Przejdź do głównej zawartości
Posty
Posty
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
hello there!
na FB jest już tak dużo śmieszkowych/poważnych pejów o muzyczce, dlatego właśnie postanowiłem założyć śmieszkowy/poważny pej o muzyczce. z nastawieniem na zagraniczny hip hop i gatunki satelitujące obok. z wykluczeniem polskich rzeczy - nie że uważam pl rap za fekalia, po prostu przestałem słuchać gdzieś na trzecim Mesie i niech w jego temacie (polskiego rapu, nie że tylko Mesa) wypowiadają się PROFESJONALIŚCI.

nie wiem jakim kierunku toto się rozwinie, ale plan działania, a.k.a. program mam mniej więcej taki:

- komentarze na temat nowości, ale raczej nie dogłębne recenzje
- podsumowanka roczne bo oczywiście
- #HOTMUSICTAKES 👌👌👌
- memiki prześmieszne xd
- gorące rankingi
- wspominki jaki to hh był kiedyś... porównywalnie dobry co teraz?
- prowokacje do ciekawych dyskusji w komentarzach na wypadek gdyby ktokolwiek został fanem tej strony
- budowa nowych ścieżek rowerowych
- legalizacja marichuanen
- no i pewnie nieraz napisze o muzyce zupełnie odbiegającej od profilu strony. bo mogę

to tyle na razie, pozdrawiam i zapraszam do subskrybowania kanału i dawania łapek w górę
27 kwi 2019, 23:35
po pierwszym odsłuchu nowego Skulboja odetchnąłem z ulgą, ponieważ jest to dużo lepszy materiał niż sugerowała seria promujących go nieciekawych (CHOP CHOP CHOPSTICKS) meh-singielków. ocenić całości nie jestem w stanie, ale na pewno odbiór zmącony został przez to jak bardzo dziwacznym, nadczynnym i w ogóle EVENTFUL albumem było poprzednie "Blank Face LP"

wasze wrażenia podyktowane będą zapewne tym, jakim typem fana jesteście. jeśli lubicie Quincy'ego jako tego największego bad boya z Black Hippy, krzyczącego YAWK YAWK ziomeczka A$AP Rocky'ego, "CrasH Talk" może być wielkim rozczarowaniem. jeśli chętniej od "Hands on the Wheel" banglaliście refleksyjne "Sacreligious", to wtedy co innego. ja stałem zawsze gdzieś po środku no i nie wiem, pomóżcie

co jeszcze zauważyłem: jak bardzo goście dyktują charakter piosenek, w których się pojawiają. nieważne czy mówimy o Kid Cudim, Ty$, czy o Sir Savage'u. Dziwne, zwykle było na odwrót

STENDAŁT: zamykające album "Attention", niepokojący i inspirujący jednocześnie przelot przez biografię rapera, tę uliczną jak i tę muzyczną
Zaktualizowano 28 kwi 2019, 13:22
28 kwi 2019, 13:22
@[371851016350131:274:MAXO KREAM] chyba nareszcie doczekał się swojego prawdziwego BREJKFRU. głównie jest to sprawka singlowego "Meet Again", wydana w tym roku piosenka z miejsca trafiła do kanonu tych najlepszych o "pozdrowieniach do więzienia wysyłanych po raz enty" i narobiła większego hałasu w opiniotwórczych mediach niż cały debiutancki album Maxo - wyszedł takowy w 2018, ale nikt tego nie zauważył.

w każdym razie ma chłop rozgłos, a jak w tym roku trafi do Freshmanów XXL, to już w ogóle będzie FAJNO. "Still" może nie dorównuje "Meet Again", ale jest takim crème de la crème (a może raczej KREAM de la KREAM xDDD hehe łapiecie) jego dotychczasowej, mikstejpowej działalności.gościnnie Masseya... znaczy się Maxa Stary.

PS
podobno @[45309870078:274:Eminem] i @[177029578989350:274:Logic] wypuścili wspólną piosenkę xDDD
Zaktualizowano 3 maj 2019, 11:37
3 maj 2019, 11:37
posłuchałem tego Logica z Eminemem i pastwiłbym się nad tym, ale po co jeśli @[10664530778:274:Rolling Stone] bardzo dobrze wyjaśnił. tak, Rolling Stone.

>“Homicide” isn’t that scary when the people who were meant to be killed keep surviving.
Zaktualizowano 4 maj 2019, 18:37
4 maj 2019, 18:37
@[170869886291532:274:Death Grips] na Openerku.
Zaktualizowano 5 maj 2019, 09:29
5 maj 2019, 09:29
wcale nie takie nudy jak można było się spodziewać! dobra, mamy już ten oczywisty i marny pun za sobą, przejdźmy więc do zachwalania "Sli'merre" @[1656723277961991:274:Young Nudy]'ego

porozmawiajmy o tym, jak Nudy balansuje między aspirowaniem do bycia Gucci Mane'em 2.0 (nothing wrong with that) a powściąganą do założonego stopnia ekspresywnością dzieci autotune'a rodzących kolejne dzieci autotune'a (nothing wrong with that)

porozmawiajmy przede wszystkim o produkującym całość albumu @[109841289060130:274:Pi'erre Bourne], który za pomocą tego albumu i zeszłorocznego "Die Lit" z Playboiem Cartim przypieczętował W MOIM SERDUSZKU status ulubionego obecnie bitmejkera. to jest kontrolowany chaos, to jest trapowy RZA łamany na trapowy Madlib, ideologia lo-fi pachnąca jakimś cudem jak milion dolarów. to nie jest KUC OD JEDNEJ SZTUCZKI jak tamci inni producenci z chwytliwym tagiem, a twórca interesującego muzycznego wszechświata, wciąż się rozrastającego. jak to wszechświat, duuh

długości powyższych akapitów sugerują, kto jest dla mnie większym bohaterem "Sli'merre", no ale nie sugerujcie się mną, chłońcie materiał jako całość, warto. kliknijcie w poniższy singiel i posłuchajcie jak to brzmi, no kurde

@[487555484786554:274:Lil Uzi Vert] też zgarnia PROPSIK za niezły featuringowo-singlowy run ostatnimi czasy. o nim pogadamy chyba niedługo trochę więcej
Zaktualizowano 9 maj 2019, 22:27
9 maj 2019, 22:27
o, kilka dni temu pojawił się pierwszy oficjalny hmm teledysk (?) do "Old Town Road". dobrze się składa, bo chciałem poruszyć temat tego singla, będącego chyba największym w tym roku wydarzeniem na rapowej scenie. oto lista pytań, które ostatnio rzucały się na usta i klawiatury wszystkich siedzących w temacie współczesnej muzyczki

- to jednak da się połączyć hip hop z country w wersji cringe-free?
- czy to oznacza, że nie ma gatunków, których nie dałoby się połączyć?
- czy singiel faktycznie zasługiwał na ściągnięcie z listy Hot Country Songs Billboardu?
- czy Billy Ray Cyrus był potrzebny by wybrnąć z tej sytuacji, czy raczej sytuacja okazała się potrzebna by Billy Ray Cyrus na chwilę mógł znów zaistnieć?
- czemu wgl ludzie zajarali się udziałem ojca Hanny Montany, jednego z największych obciachowców lat dziewięćdziesiątych i potraktowali go tutaj prawie jak powstającego z grobu Johnny'ego Casha?
- czy ta piosenka autorstwa 19-latka, który nagrał się w Red Dead Redemption 2, nie ma paradoksalnie i tak więcej wspólnego ze rdzenną istotą country niż faktyczne przeboje faktycznych aktualnych gwiazd tego gatunku?
- co to w ogóle jest za ksywa Lil Nas X, jakiś nowy rap name generator był w ruchu?
- czy Nine Inch Nails (od których wzięto sampelek z banjo) po raz kolejny zostali okradzeni z piosenki przez wykonawcę country?
- czy obecną receptą na sukces piosenki jest wylansowanie równolegle jakiegoś challenge'u w social mediach?
- czy to są najlepsze w historii czasy dla one hit wonderów?
- czy dalej czujecie ciary zażenowania jak przypomni się wam tekst LL Cool J'a z "Accidental Racist", czy może mieliście szczęście nie mieć z tym czymś do czynienia?
- czy odfiltrowując cały ten rozgardiasz jesteśmy jeszcze w stanie jeszcze z rozsądkiem ocenić czy "Old Town Road" jest w ogóle dobrą piosenką?

hm?
Zaktualizowano 12 maj 2019, 16:15
12 maj 2019, 16:15
EEEE-GORE
bardzo cieszę się z powstania albumu "Cherry Bomb". nie to żebym w końcu był w stanie go słuchać bez lekkiego zgrzytania zębami, ale teraz wiem jakie ten eklektyczny bajzel miał znaczenie dla dalszej kariery @[261944703988200:274:Tyler, The Creator]. wystarczyło że muzyk ten mętlik sobie w głowie (i poza głową) poukładał i od razu zaczęły powstawać takie instant klasyki jak "Flower Boy" i świeżutki "IGOR"

jak wypada album w zestawieniu z wydanym w 2017 poprzednikiem? tego nie powiem, ciężko ocenić świadomą rezygnację Tylera z neo-soulowego, cholernie melodyjnego ciepełka bijącego od "Kwietnego Chłopca" na rzecz... tego czegoś niesamowitego? bo co to właściwie jest, to jeszcze mieści się w ramach szeroko pojętego eksperymentalnego hip hopu? neo-neo-soul? synth funk? osobliwy, XXI-wieczny no wave? panie i panowie, to jest po prostu TYLERCORE, jego muzyka, jego świat (aczkolwiek wciąż ze tym wspólnym mianownikiem post-neptunesowej miłości do tanio brzmiących synthów), proszę szanować i podziwiać

emocjonalny i muzyczny rollercoaster to wyświechtane stwierdzenie, ale jak bardzo tutaj pasuje. ciężko mi wskazać konkretny STENDAŁT, ale wrażenie albumowego centerpiece'u sprawił na mnie utwór "A BOY IS A GUN", ot taki progresywny liścik miłosny dla epckich, soulfulowych rap singli sprzed dekady

no i jest na płycie @[134932173636292:274:Playboi Carti], a zgodnie z prastarym porzekadłem: jest Carti, jest okejka

a jak wy oceniacie album? proszę wyrazić ocenę w skali od Igora z Big Brothera do Igora Strawinskiego
Zaktualizowano 17 maj 2019, 22:22
17 maj 2019, 22:22
weekendu szanowania Tylera ciąg dalszy. wrażenia z albumu w poprzednim poście, a tymczasem popatrzcie jak sobie fajnie, śpiewa, tańczy i ROZPRZESTRZENIA OGIEŃ w teledysku do "EARFQUAKE"

tak to chciałem napisać o jednym z moich ulubionych zjawisk na współczesnej scenie muzycznej - o trzymaniu szczegółowych informacji na temat zawartości albumów (+ samo ogłaszanie dat premier last minute, to też FAJNE JEST) praktycznie do samego końca. pierwszy odsłuch jakiejś płyty w dniu premiery podczas którego dowiadujemy się o gościnnych występach niezapowiedzianych artystów, albo próbujemy ustalić czy dobrze nam się wydaje kogo słyszymy (tak jak było z właśnie z "EARFQUAKE", gdzie wielu internautów błędnie zauważyło występ Deva Hynesa a.k.a. Blood Orange) - no to jest pewnego rodzaju magia i taki fascynujący element kultury odbierania na bieżąco muzyki w obecnych czasach

jest też druga strona medalu. oglądałem jakieś tam first impressions z odsłuchu "IGOR" na YouTube, gdzie autor sarkastycznie dziękował ludziom co zepsuli mu niespodziankę zdradzając kto tam rapuje w poniższym singlu. czyżby nadszedł ten czas, w którym przed recenzją muzyczną powinien znajdować się SPOILER ALERT?
Zaktualizowano 19 maj 2019, 19:41
19 maj 2019, 19:41
BLAH BLAH BLAH BLAH BLAH
LOVE IS LIKE A MOSHPIT

łatwo było można przegapić w zeszły piątek kilka premier, w tym premierę epki pana DUCKWRTHa - nie mylić z takim jednym Kendrickiem Lamarem, który ma dosyć podobne nazwisko (Duckworth)

a może jednak trochę mylić, bo są pewne podobieństwa w doborze podkładów, czy sposobach modulacji głosu? nie zrażajcie się jednak, bo gość jednak oferuje coś ponad to, bynajmniej nie ogranicza się do hiphopowej bańki. w sumie udana przystawka do kolejnych odsłuchów ostatniego Tylera

określcie się w stosunku do niego sami, poniższy klip to taki 4-piosenkowy medley, przelot przez zawartość "The Falling Man" - w razie jakbyście nie mieli czasu przesluchać epki (epki!)
Zaktualizowano 22 maj 2019, 22:07
22 maj 2019, 22:07
IGREK GIE - CZTERY PRAWDZIWY CZTERY PRAWDZIWY

z nowym yg miałem w sumie tak samo jak z ostatnim schoolboyem, czyli brak jakichkolwiek sensownych oczekiwań pomimo sporej sympatii do wykonawcy. a miałem powody dla niej, gdyż debiutanckie "my krazy life" było zaskakującą parafrazą konceptu "good kid, m.A.A.d city" kalmara i wdzięcznym owocem ścisłej współpracy rapera ze wciąż rozchwytywanym producentem, dj'em mustardem. "still brazy" zawiesiło chwilowo na kołku tę współpracę, ale odwdzięczyło się najbardziej rdzennie westcoastowym materiałem od lat (przynajmniej jeśli chodzi o świeżaków, bo tak - wiem że twój i twój ulubiony suga free albo inny kokane żyje i coś tam od czasu do czasu puszcza w obieg)

potem zaczęło się lekkie błądzenie we mgle i "4 real 4 real" jest jego ciągiem dalszym. pomimo niespecjalnie porywających pierwszych dwóch singli (kolejna analogia do skulboja?) czwarty album ziomka z compton MA MOMENTY, w tym takie jak niżej podlinkowane "play too much", bardzo w duchu dj'a quika

musztardowy gdzieniegdzie się przejawia i mogę z pewnością przyznać, że chemia pomiędzy nimi jeszcze nie zdechła. "in the dark" jest proste ale fukcjonalne, z tym niby-banalnym ejtisowym bitem i nawiązaniami od klasycznego singla whodini do żółtego szczura co został ostatnio detektywem. AALE mimo to uważam, że dj mustard całe swoje serduszko - szalenie narażone na wieńcówkę serduszko - skierował na wydane wcześniej w tym roku collabo z 03 greedo. "still summer in the projects" - tak nazywa się ich album i zachęcam gorąco do sprawdzenia, jeśli nie boicie się naprawdę ekspresywnego AUTOTUNE-CROONINGU

ale yg też posłuchajta
Zaktualizowano 25 maj 2019, 23:45
25 maj 2019, 23:45
GDZIE NAJLEPSZY CURRYWURST W BERLINIE?

jeśli słuchacie hip hopu i nie jaracie się denzelem currym w 2019 roku to lepiej miejcie przygotowane w towarzystwie jakieś logiczne uzasadnienie. nie żebym coś narzucał, ale tak to wygląda. już w najbliższy weekend, w przeddzień dnia dziecka, będziemy mogli się cieszyć jak dziecko z nowego albumu rapera z miami. single - szczególnie "speedboat" prezentują się nieźle i jednocześnie szkicują nam obraz nowej płyty jako potencjalnej antytezy zeszłorocznego "ta13oo". kombinuj denzel, kombinuj

do innych czynników napędzających apetyt na curry należy fantastyczny featuring na nowym albumie flying lotusa, a także to poniżej:

cover "bulls on parade" z repertuaru rage against the machine to w tej chwili czwarty najlepszy singiel 2019 roku według rateyourmusic.com. może to dal kogoś nic nie znaczyć i nie będę się kłócił, ale mimo wszystko covery raczej nieczęsto tak wysoko lądują w jakichkolwiek zestawieniach. ten WYKON (ugh...) jest po prostu TAK DOBRY, że dla kogoś kto nie wychował się na muzyce Toma Morello i Zacka de la Rochy (albo przynajmniej dla kogoś kto potrafii odciąć pępowinę nostalgii) nazwanie tej wersji bardziej atrakcyjną będzie czymś co przychodzi naturalnie

może i wizja rap metalowego albumu w 2019 roku brzmi jak BARDZO zły pomysł, to nie obraziłbym się jakby pan denzel szykował jakiś gitarowy side-project. ma predyspozycje gałgan jeden

kombinuj denzel, kombinuj
Zaktualizowano 27 maj 2019, 22:16
27 maj 2019, 22:16
ZUUUUUUUUUUU

no jasne że podoba mi się nowy @[215410245198299:274:Denzel Curry]. w poprzednim poście pisałem, że spodziewam się płyty z zupełnie innej beczki niż wydane w 2018 "taboo". okazało się to być prawdą - I TO JAK BARDZO

no i powiem szczerze, że jak mam do wyboru tamten mega przemyślany, zalatujący outkastową ambicją, dopieszczony w każdej milisekundzie, z podziałem na akty and shit krążek, albo mam do wyboru ten BANGER PORN - sorry panie curry, ale mi osobiście bardziej odpowiadasz w tej spontanicznej wersji

"zuu" buja jak się masz, ale "zuu" to przede wszystkim bardzo udany hołd dla reprezentowanego przez rapera regionu stanów zjednoczonych, przedstawiający całą historią hip hopu made in florida (ale bez flo ridy hehe) . od czasów miami bass i wujka luke'a, przez egzystencje tejże skromnej sceny w cieniu rosnących w memphis i nowym orleanie imperiów, mainstreamowy sukces rick rossa i jego maybach music, aż po szaloną soundcloudową teraźniejszość - denzel niesie z dumą całą tę spuściznę i podaje nam w bardzo przystępnej, unikającej nostalgicznego dziadygowania formie

w formie nieprzekraczającej nawet 30 minut, a nagrywanie krótkich albumów (i przy tym tak intensywnych) to zawsze dla mnie wielki pozytyw

a to zamykające "p.a.t." jak IDZIE TWARDO to ja nie
Zaktualizowano 2 cze 2019, 14:10
2 cze 2019, 14:10
NIECH KTOŚ POMOŻE TEMU CZŁOWIEKOWI

czysty ekstrakt z emocji pana Fjuczera, dawka niemal toksyczna. wszystko się w tej piosence zgadza, może poza rozczarowującą jej długością. ciekawi kierunek muzyczny, tak jakby gdzieś tam w przygotowaniu był mixtape z @[90738729415:274:Bon Iver]. cała epka "SAVE ME" to taki właśnie Future w wydaniu maksymalnie przygnębiającym (in a cool way) i dekadenckim. dla mnie dość pasjonujący projekt, ale też na pewno nie entry level dla kogokolwiek niezaprzyjaźnionego do tej pory z estetyką Nayvadiusa Wilburna

jest to premierowy hajlajt tego weekendu, bo na pewno nie byłby nim nowy @[115390438488235:274:Casey Veggies] (normikowy rap album od normika dla normików, ziew), ani tym bardziej nowy Tyga xD. w sumie to nawet rozważałem przesłuchać świeży materiał od tego ostatniego, gdyż promowały go całkiem znośne single, w których kalifornijski emcee nie udawał, że jest po prostu rzemieślnikiem z fachem do stripclubowych bangerów w ręku. ale wikipedia powiedziała mi dzisiaj, że T.Y.G.A. = "Thank You God Always", więc tylko zaśmiałem się lekko pod wąsem i zamiast spędzenia 42 minut (i tak dużo) z "Legendary" zająłem się czymś bardziej konstruktywnym a.k.a. czymkolwiek innym. pewnie nie pożałuję
Zaktualizowano 9 cze 2019, 13:59
9 cze 2019, 13:59
dzisiaj będzie nie o nowym @[137438429783226:274:GoldLink]u, nie o double singlu @[83711079303:274:Drake]'a, a zrobimy taki tam DINOZAUR ZONE

ale @[46481584202:274:Common] to jednak nietypowy dinuś, bo wciąż umiejętnie trzymający wysoką pozycję w świadomości odbiorców popkultury - bo nie zapominajmy, że również aktorzy sobie trochę i jako jedyny raper skompletował prawie cały EGOT (dla niewtajemniczonych: pakiet nagród Emmy, Grammy, Oscar i Tony, do odhaczenia achievementu pozostało mu już tylko zakręcić się na deskach teatralnych)

skupiając się stricte na muzycznej karierze to sekret jego długowieczności tkwi w tym, że jednak zawsze miał pomysł na album, na redefiniowanie swojej kariery - często za pomocą świetnie go rozumiejącego producenta bądź teamu producenckiego. No I.D., Soulquarianie, Kanye, znowu No I.D. i tak dalej. okej, był mały przypał z "Universal Mind Control", ale ja tam uważam ten album za bardzo sympatyczną pokrakę

nowy singiel to produkcja @[5792106068:274:J Dilla], zmarłego 13 lat temu J Dilli. jak nie trawię wykorzystywania archiwalnych materiałów artystów-nieboszczyków, tak tutaj stłumiłem w sobie niesmak, bo to cholernie dobry, KOJĄCY DUSZĘ bicior. choć psychofani Jaya Dee powiedzą "ee ale ja już to słyszałem na beattape'ie z 2015 roku!". miło że na refrenie pojawia się @[171797026295966:274:Daniel Caesar] - dobrą decyzją było wziąć względnie nową twarz neo-soulu, a nie oddawać się na sto procent nostalgii biorąc tu @[322680454431565:274:Bilal]a czy innego Musiqa Soulchilda

a piosenka to tysięczny hiphopowy track opowiadający o hip hopie jako o kobiecie, no ale to jednak sequel pierwszego (i guess) hiphopowego tracku opowiadającego o hip hopie jako kobiecie - wybaczamy. co ciekawe, teraz jest bardziej słodko niż gorzko, a zamykająca go zwrotka bawi się (w trochę corny momentami sposób) ksywkami obecnych gwiazd gatunku, wyrażając w ten sposób zadowolenia, że jego ulubiona muzyka dzięki kreatywnym postaciom wciąż pozostaje piękna i młoda. take that dwunastolatkowie urodzeni nie w ten generacji. takie coś bardzo szanuje, lepsze to niż cringe'owanie na siłę na trapowych bitach jak chociażby @[447864388666540:274:Redman]

ogólnie wszystko cacy (no może to stammer-flow w drugiej zwrotce nawiązujące do pierwszej części wypada lekko komicznie, ale nic to), miło jest przecież. to kiedy nowy album?
Zaktualizowano 16 cze 2019, 19:56
16 cze 2019, 19:56
NO I SKOŃCZYŁO SIĘ RUMAKOWANIE

ileś tam wpisów temu zastanawiałem się nad tym jak podejść do twórczości @[2198274870487743:274:Lil Nas X] i mówiąc o twórczości miałem na myśli ten jeden utwór, który w pierwszej połowie 2019 zawładnął billboardem, playlistami i hiphopową opinią publiczną. tak jak "Old Time Road" można było uznać za niespodziewany przez nikogo we wszechświecie przebłysk geniuszu, tak cała epka dwudziestolatka z Atlanty brzmi produkt wykalkulowany od odniesienia sukcesu na Spotify

konsekwentne unikanie przekraczającej trzy minuty długości piosenek, pobieżne przeskakiwanie po poza-rapowych muzycznie inspiracjach. powierzchownie, CORNY AF, ale idealnie się wpasuję gdzieś tam w jedną, drugą, trzecią i dwa tysiące sto trzydziestą siódmą playlistę na waszym ulubionym serwisiem streamingowym. nie jest to może aż tak złe jak wskazywałaby ocena na @[28015075999:274:Pitchfork] (4.3 hehe), ale i tak pewnie nie wrócę do tego

największymi przegranymi są dziś słuchacze, którzy stworzyli sobie w głowach scenariusz, w którym Lil Nas X stałby się twarzą hasła "country hip hop finally done right" i tak - ja jestem trochę jedną z takich osób. jedynym próbującym iść w tym kierunku tworem jest "Rodeo" i jak słusznie wspomniany serwis zauważył - jest to praktycznie "Mo Bamba" Sheck Wesa przeniesiona w świat rewolwerowców, szeryfów i innych takich. z @[1584831215108516:274:Cardi B] wnoszącą krótkim wersem więcej osobowości niż Mały Nas gdziekolwiek nie licząc jego VIRALOWEGO HICIORA

to tyle na razie, teraz czas posłuchać jak tam nowy @[122044727596:274:Gucci Mane] oraz solowy projekt mojego ulubionego ostatnio producenta @[109841289060130:274:Pi'erre Bourne]'a
Zaktualizowano 21 cze 2019, 11:53
21 cze 2019, 11:53
YO PI'ERRE, CZEMU NIE MA "MARIE CURIE" NA ALBUMIE?

zanim jeden z drugim uznacie, że "The Life Of Pi’erre 4" brzmi jak krok do tyłu w stosunku do EDGY LO-FI produkcji z ostatnich albumów @[134932173636292:274:Playboi Carti]ego i @[1656723277961991:274:Young Nudy]'ego, weźcie pod uwagę że materiał ten powstawał głównie jakieś półtora do dwóch i pół lat temu. prawdopodobnie jest dokładnie tym samym czymś, o czym słyszeliśmy jeszcze w 2017 kiedy to Pi'erre Bourne tak bardzo czekał aż swoją zwrotkę dogra mu @[83711079303:274:Drake]. nie dograł

"TLOP4" to w pełni autorska wizja hip hopu, lekko jednowymiarowa, aczkolwiek chciałbym by negatywne wybrzmienie słowa "jednowymiarowość" było tutaj możliwie niewielkie. podejście Pi'erre'a do autotune'a jest trochę niedzisiejsze - tak, implikuję że autotune w hip hopie ma już swoje poszczególne epoki. w połączeniu z bardziej subtelną i delikatną niż "Magnolia" albo "R.I.P." produkcją, materiał wchodzi na rejony, które znacznie ciekawiej potrafi ostatnio zagospodarować @[483224135515672:274:Gunna], kiedy towarzyszy mu Turbo - mój kolejny bitmejkerski ulubieniec. o nim kiedy indziej

mimo wszystko jest spoko, zwłaszcza jeśli słuchamy jednym ciągiem i doceniamy sprytnie przeprowadzane przejścia między kolejnymi piosenkami - a takie zabiegi to raczej rzadkość obecnie. zadaje sobie ciągle pytanie: jak brzmiałby potencjalny, wzbogacony o kolejne doświadczenia, nagrany w 2019 roku "The Life Of Pi’erre 5"?

trochę mam tylko problem z nadmiarem producer tagów na płycie. ogólnie lubię tagi jako signum temporis i zdaję sobie sprawę z ich ewolucji od funkcji użytkowej do takiej już meta-artystycznej. ale na "TLOP4" jest już tego TROCHĘ za dużo. nie dość że kilka razy na utwór słuchamy Jamie'ego Foxxa udającego skrzypiące drzwi, to jeszcze doszedł cały soundboard @[158032114238934:274:Trap-A-Holics Mixtapes] i jest w ogóle NIEZŁA INBA z tym wszystkim. za którymś razem pewnie przestanie mi to przeszkadzać, WIERZĘ

ale brak "Marie Curie" nie przestanie mi przeszkadzać nigdy ;___;
Zaktualizowano 23 cze 2019, 20:54
23 cze 2019, 20:54
no i jak tu słuchać dziś "Bandany" lub jakiejkolwiek innej piątkowej nowości w momencie gdy "Acid Rap" @[116463258445747:274:Chance The Rapper] wreszcie pojawia się na streamingach? 🤔
Zaktualizowano 28 cze 2019, 12:41
28 cze 2019, 12:41
OBRIGADO!

zwykle nie lubię zbyt wcześnie ogłaszać tego typu opinii (i tak to robię), ale "Bandana" to nie tylko godny następca "Piñaty", bo pod kilkoma względami dla mnie istotnymi wydany pięć lat temu poprzednik został pobity jak się masz. przypominam, mówimy o "Piñacie" - chyba najważniejszym (do tej pory) stricte ulicznym materiale obecnej dekady

po pierwsze: "Bandana" jest o kwadrans krótsza, a jako że pod względem SYTOŚCI KONTENTU nie ustępuje poprzednikowi, to jest to tak zwany cud ewolucji

po drugie: @[6232872074:274:Madlib]owi o wiele lepiej współpracuje się z Gibbsem niż poprzednio. można odnieść wrażenie, że poprzednio producent hamował trochę swoje psychodeliczno-beatkonduktowe zapędy by stworzyć klasyczny, uliczny album, ale też żeby nie wystraszyć słuchaczy mniej oswojonych z katalogiem @[19442415945:274:Stones Throw Records]. teraz - he went full Madlib on this one. nie bez powodu pojawił się na okładce pod postacią Lorda Quasa. no i zrobił chyba pierwszy w swoim życiu trapowy bit? nie jestem pewien, @[7641733766:274:Okayplayer] tak sądzi przynajmniej

po trzecie: @[8065620956:274:Freddie Gibbs] również czuje się tutaj bardziej komfortowo, wcześniej można było dostrzec różnice w podejściu do klasycznych podkładów, a nieskrępowaną swobodą na trapowych instrumentalach. a tutaj? leci na każdym podkładzie jak poj*bany, co chwilę z innym, coraz to bardziej imponującym flow. liryczny REAL RAP SHIT jak zawsze, no ale trzeba trochę przymykać ucho na niektóre spostrzeżenia 36-latka biorącego pewne sprawy na przysłowiowy chłopski rozum. nie bez powodu pojawił się na okładce pod postacią zebry. bo wiecie, zebry, right? i te ich antyszczepionkowe poglądy? nieważne

"Bandana" to też dowód, że artyści mają lepsze warunki do tworzenia WSPANIAŁEJ MUZYCZKI jeśli faktycznie spotykają się w studiu i razem sobie przy tym dłubią - a nie jakieś wysyłanie sobie cedeków z instrumentalami i wokalami jak przy okazji poprzedniego albumu

także ten, znak jakości funpeja SZRP i być może tytuł albumu półrocza
Zaktualizowano 30 cze 2019, 15:46
30 cze 2019, 15:46
taki tam ciekawy niusik wieczorem

@[113591595350795:274:NAS] wydaje w końcu "The Lost Tapes 2". premiera 19 lipca

trochę taki EMOCJONALNY ROLLERCOASTER dla fana Nasty Nasa, którym ja na pewno w jakimś ułamku się czuję

z jednej strony mamy samo hasło "The Lost Tapes", które budzi ciepłe emocje wśród słuchaczy, gdyż składak ten swoją zawartością przewyższał oficjalne projekty rapera wydane w latach 1998-2001. to były mroczne czasy zaiste. do tego mamy tu producencki star power (Pharrell, Kanye, RZA, Pete Rock, Hit-Boy, Swizz...), jakby był tu jeszcze DJ Premier to wyglądałoby to na mokry sen hardkorowego fana

z drugiej strony: są to odrzuty z czterech ostatnich solówek. tej co ogłosiła śmierć hip hopu, tej co powiedziała "PS TO PRAWDA", tej co Pitchfork dał BNM i się chyba dzisiaj tego wstydzą, no i tego ćwierćproduktu z zeszłorocznej kampanii wydawniczej Ye. nie mówię, że były to marne płyty, ale jednego jestem pewien: w swoich słabszych momentach były naprawdę złe. tak więc leftovery z nich... yikes. a pamiętajmy, że pierwsze UTRACONE TAŚMY to była trochę inna sytuacja, tamte tracki nie trafiły na swoje albumy z trochę innych powodów niż ich niższa artystyczna wartość

ale niewykluczone, że i tu dostaniemy paradoksalnie dobry materiał. i że czeka nas prawdzie SUMMER ON SMASH. hehe czaicie, jak ten gówniany numer z "Life Is Good"
Zaktualizowano 2 lip 2019, 21:42
2 lip 2019, 21:42
DJ SAREPSKA TIME

nie grzeje mnie perspektywa sprawdzania dzisiejszych premier (przepraszam, ale synalek Fresh Prince'a wywołuje u mnie większe ciarki zażenowania niż Logic, Machine Gun Kelly i Hopsin razem wzięci), ale wspomnę o czymś z zeszłego tygodnia. czymś czemu bym nie dał PERFECT 10, ale jakieś DECENT TO STRONG 7 by w grę wchodziło

@[664630543594168:274:Mustard] już dawno pokazał, że umie w wydawanie fajnych producenckich projektów. "Perfect Ten" działa równie sprawnie co wydane pięć lat temu "10 Summers". podam kilka powodów, dla których warto DAĆ TO NA PLEJ

- okrutny EARWORM jakim jest singiel z Migosami

- zbudowany z BAROKOWYM rozmachem banger ze zwrotkami A$AP Ferga, YG, A$AP "uwięzionego w Szwecji" Rocky'ego i Tygi, który z jakiegoś powodu zasłużył na epicki beat switch

- zgrabne występy mało znanych kalifornijskich kotów, które nie ustępują występom udzielonym przez RAPOWE TUZY

- klasyczna reguła "jest Carti, jest okejka"

- Future i jego "Interstate 10", które pięknie by również wplotło się w estetykę ostatniej epki astronauty

- absolutnie magiczny numer z Thuggerem i Gunną, nie chce mi się szukać słów na to, klikajcie w link, no już

- zamykający projekt hołd dla niedawno zmarłego Nipseya Hussle'a - wysublimowany i taktowny, nie to co ta farsa z ostatniej składanki Khaleda

- I NIE TYLKO

no i jeszcze wspomnę, że pan Musztarda wydał w tym roku iście westcoastową perełkę jaką był wspólny album z 03 Greedo. i chyba już o tym wspominałem kiedyś. kurde chyba naprawdę lubię ten materiał
Zaktualizowano 5 lip 2019, 19:00
5 lip 2019, 19:00
DZISIAJ O NOWYM KRITACZIM, JUTRO O PREMIERZE TYGODNIA

nie wiem czy chcę tutaj pisać o nowym albumie @[256516756728:274:Big K.R.I.T.], czy o mojej burzliwej relacji z jego twórczością. w tym drugim przypadku jest o czym pisać. gdzieś tak latach 2010-2012 był dla mnie naprawdę BIG DEALEM. bo oryginalna retro-southowa stylistyka, w tamtych czasach jeszcze tak nie eksploatowana. bo wrażenie słuchania duetu UGK w jednej osobie. bo wrażenie słuchania duetu OutKast w jednej osobie. "the player & the poet" i to jeszcze samodzielnie produkujący swoje albumy, daaamn

no i tak wychodziły kolejne albumy i mixtape'y (swoją drogą Krizzle miał chyba spory wkład w ostateczne zatarcie granicy między tymi formatami). każdy coś tam nowego wnosił, ale to "coś tam" bywało dosyć niewielkie. w tym samym czasie cała reszta sceny brnęła jak szalona w kierunku nowego, innego, a poczciwy tradycjonalista K.R.I.T. pozostawał wierny pierwotnym pomysłom. w pewnym momencie przestałem już słyszeć go na nagraniach, bo jego miejsce zastąpił bot generujący randomowe dirtysouthowe kawałki o Cadillacach i byciu Królem Południa dla faktu bycia Królem Południa

oczywiście zawsze jakaś PEREŁKA się trafiła. na wydanym w ten piątek "Krit Iz Here" prawdziwego WOW MOMENTU doczekałem się na samym końcu płyty. "M.I.S.S.I.S.S.I.P.P.I." to doskonały closer zainspirowany nowoorleańskim jazzem (jak ktoś się lepiej zna to nie potwierdzi albo sprostuje), zainspirowany na skalę chyba do tej pory przez niego nie osiągniętą. oszczędne flow przeplatane wokalami i spoken wordem składają się na obraz całkiem wiarygodnie zaaranżowanej w studiu niby-improwizacji pełnej krizzle'owych lejtmotywów. IT JUST WORKS #toddhoward

a jak reszta albumu? cóż, jest... okej? coś niby zadziało się momentami w kierunku odcięcia się od schematów, mamy parę rasowo współczesnych trapowych bangerów. tak jakby jest to właśnie to czego oczekiwałem, ale jakoś jednak nie zapiałem z zachwytu nad całokształtem dzieła rapera. pewnie pomyślcie: "to czego oczekujesz ty zdziadziały, narzekający dziadzie ty jeden ty". ja odpowiem chyba najsłynniejszym cytatem z bohatera tego wpisu, z piosenki z 2011 roku: "if it don’t touch my soul then I can’t listen to it". czasem chyba w żaden racjonalny sposób nie poradzimy na to co nam smyra duszyczkę a co nie. mną nie sponiewierało, ale szanuję pana, panie K.R.I.T., rób swoje - co jak co, ale pasji do tworzenia muzyki panu nie brakuje i długo nie zabraknie. elo
Zaktualizowano 13 lip 2019, 00:01
13 lip 2019, 00:01
PREMIERA TYGODNIA: MR. BRZYDKIESŁOWO EXQUIRE I JEGO SELF TITLED

@[145600198848933:274:Mr. Muthafuckin' Exquire] to jedna z tych postaci, w których pokładałem spore nadzieje jeśli chodzi o przyszłość rapu nowojorskiego. ziomkujący się z @[109283912441149:274:EL-P] oblech zaskarbił moje zaufanie mixtape'em "Lost In Translation", a później wydaną w Universalu (!) epką, KTÓRA BYŁA CUDOWNA I ABSOLUTNIE NIE WIERZCIE RECENZJOM. to co się działo potem... no coś tam wydawał, ale przejdźmy do 2019 roku, bo wariat z Brooklynu wreszcie sprezentował nam materiał na miarę swojego talentu i niepowtarzalnego charakterku

jakby samo nazwanie płyty od swego pseudonimu artystycznego nie wystarczyło za sygnał jak miał ten album wyglądać, artysta sam nakreśla ogólny zamysł w zawartym na samym końcu komentarzu. "Mr. Muthafuckin' Exquire" miało ukazać nam wszystkie jego oblicza i tak faktycznie się dzieje. mamy tutaj numery, w których ponownie odtwarza swój wizerunek bezczelnego, wulgarnego, czasem karykaturalnie komicznego gościa rzucającego na bit co mu ślina na język przyniesie. "R.Kelly can rot in hell, but his music too good to mute" ehh czuję cie człowieniu

mamy również takie numery, w których chce z tym swoim utrwalonym wizerunkiem zerwać i robi to ładnie. stąd np osnute paranoją diagnozowanko mechanizmów społecznych w “Nosediiive” albo epicki storytelling w ponad ośmiominutowej SUICIE pod tytułem "Nothing's What it Seems: Short Film". wszystko na bitach od producentów ultra-nołnejmów, którzy mimo wszystko rozumieją skąd pan MFN pochodzi, kim jest i dokąd zmierza. lo-fi, momentami bombsquadowy nowojorski sound plus post-cloudrapowe jazdy na pokładzie

także polecam i wiecie, jeśli jesteście jednymi z tych dzbanów od "łojezu ten współczesny rap to tylko jakieś hurr durr śpiewające kolorowo-włose lamusy w rurkach" to przynajmniej uważnie dobierajcie sobie muzyków produkujących wartościową dla was przeciwwagę, a eXquire to właśnie BARDZO rozsądny wybór. no ale ogólnie to też nie bądźcie dzbanami, ok
Zaktualizowano 14 lip 2019, 00:02
14 lip 2019, 00:02
SZRP PLEJLISTY #01
WELCOME TO MIAMI: HISTORIA HIP HOPU Z FLORYDY

zainspirowany ostatnim albumem Denzela Curry'ego stworzyłem taką oto plejkę, mam nadzieję że jedna z wielu jakie ukażą się tutaj kiedyś tam

"welcome to miami: historia hip hopu z florydy" to prawie czterdzieści lat rapsów związanych z tym rejonem Stanów. z rejonem, który powinniście wszyscy mieć "w obserwowanych", wystarczy ZORIENTOWAĆ SIĘ ile nowych twarzy na scenie pochodzi właśnie z charakterystycznego na mapach Ameryki Północnej półwyspu. jak do tego doszło?

listę otwiera funkowy proto-rap z 1980, a potem to już MIAMI BASS PEŁNĄ KURKĄ. fakt, Floryda jako pierwsza wylansowała tak wyrazisty własny podgatunek tej muzyki, no ale jednak trochę się nim zachłysnęła i tkwiąc w tych krzykliwych, 808'owych bangerach ze słowem "bass" w co drugim tytule narobiła sobie ogromnych zaległości względem choćby flagowych scen Nowego Jorku i Kalifornii. no ale to również południowi sąsiedzi nabywali pewności w kreatywnym wybijaniu się ponad utarte przez wschód i zachód schematy. Slip-N-Slide Records, pierwszy taki ważny NIEBASSOWY label w Miami generował hity i platyny, ale i tak nie zbijali w latach '90s i '00s takiego historyczno-artystycznego kapitału jak Houston, Memphis albo Nowy Orlean

były gwiazdy (jedne dyskusyjnie, a inne bezdyskuzyjnie przypałowe), ale wciąż nie było jednolitej tożsamości. o dziwo, zaczęła się ona pojawiać w dekadzie obecnej, w dobie internetowej globalizacji. nurt nazywany - o ironio - soundcloud rapem w ogromnym stopniu związany jest właśnie z raperami pochodzącymi z FL i nie mówię o Fruity Loops Studio (chociaż..). jeśli uważnie wsłuchacie się w niektóre motywy (i motywiki) to zauważycie efekt zataczającego koła. bo jeśli nie ma jakiejś monumentalnej analogii między Lutherem Campbellem zdzierającym gardło do chorych miamibassowych produkcji a Denzelem Currym zdzierającym gardło do chorych soundcloudowych produkcji, TO JA NIE WIEM JUŻ

smacznego. uwaga na śladowe ilości Pitbulla. Vanilla Ice'a już wam odpuściłem, aż takim sadystą nie jestem
Zaktualizowano 16 lip 2019, 20:19
16 lip 2019, 20:19
>bądź Nasem
>rok 2018
>robisz materiał w ścisłej współpracy z jednym, high-profile producentem, tzn Kanye Westem
>dochodzi do ostrej selekcji utworów, w wyniku której wybrane zostaje tylko 7 piosenek, trwających łącznie poniżej połowy godziny
>comożepójśćnietak.exe
>wszystko idzie nie tak
>58/100 na Metacritic, nikt nie pamięta twojej płyty po dwóch tygodniach
>jesteś nasem w 2019
>wydajesz niezobowiązujący projekt będący patchworkiem z różnych odbytych sesji na przestrzeni kilku(nastu) lat
>wychodzi z tego naprawdę dobry album
>co jest

naprawdę, gdyby tylko wyrzucić stąd brutalnie gwałcące moje uszy "Jarreau of Rap (Skatt Attack)", otrzymalibyśmy najbardziej spójny projekt Nasira Jonesa OD TYLU LAT. bardzo to fajnie wyszło, nie jest pompatycznie, nie jest zbyt różnorodnie na siłę. plejada producentów wywiązuje się ze swoich ról, ale nie forsuje na siłę swoich wizji (chociaż, ten klasyczny RZA w "Tanasia" = ❤️), wszyscy jakby podporządkowali się pod Nasa. zakres tematów poruszanych przez rapera jakby nieprzypadkowo szeroki i kompletny

to mogłoby zostać wydane jako pełnoprawny album i nikt by nie zauważył żadnych śladów zszywania. z drugiej strony - marka "Zaginionych Taśm" tez ma już swoją wartość. czy to oznaczałoby że Esco świadomie podjął dobrą decyzję w kwestii promocji płyty? 🤔

jeszcze tylko jeden zgrzyt: Nas jak to Nas musiał trochę przydzbanić ze swoją miłością do teorii spiskowych. jak nie obalanie teorii ewolucji albo antyszczepionkowe wersy, to tym razem Majowie posiadali latające pojazdy, ehh

hajlajt: ta piękna produkcja Kanyego Westa, notabene lepsza od całego "Nasira". od razu pomyślałem, że track ten może mieć związek z sesjami "Hip Hop Is Dead" z 2006 roku. zrobiłem risercz, nie myliłem się
Zaktualizowano 19 lip 2019, 16:18
19 lip 2019, 16:18
ten nagłówek to trochę jakby ktoś pitchował pomysł na komedię w konwencji jailbreak movie. najlepiej osadzoną w tym samym uniwersum, w którym Bill Murray z ekipą wykrada "Once Upon a Time in Shaolin" z ukrytego w podziemiach Turing Pharmaceuticals skarbca Martina Shkreliego nie chcę się nabijać oczywiście z niewesołej sytuacji Rocky'ego. no ale chyba sami przyznacie, że mamy do czynienia z lekkimi przeskokami rzeczywistości w surrealizm. a przynajmniej z konkretnym "to naprawdę się dzieje?"
ten nagłówek to trochę jakby ktoś pitchował pomysł na komedię w konwencji jailbreak movie. najlepiej osadzoną w tym samym uniwersum, w którym Bill Murray z ekipą wykrada "Once Upon a Time in Shaolin" z ukrytego w podziemiach Turing Pharmaceuticals skarbca Martina Shkreliego

nie chcę się nabijać oczywiście z niewesołej sytuacji Rocky'ego. no ale chyba sami przyznacie, że mamy do czynienia z lekkimi przeskokami rzeczywistości w surrealizm. a przynajmniej z konkretnym "to naprawdę się dzieje?"
20 lip 2019, 19:21
@[116463258445747:274:Chance The Rapper] po raz kolejny pokazał nam jak bardzo ważną i inspirującą dla niego postacią jest Kanye West. tym razem do repertuaru zapożyczeń ze swojego poprzednika dołączyło zapowiadanie albumów, a następnie osrywanie słuchaczy w dniu premiery. taki miał być "The Big Day", ehhh

ale mimo wszystko nawet się wcale nie wściekam, bo premierę miał dzisiaj nawet całkiem oczekiwany przeze mnie debiut YBN Cordae'a, album w sumie podobnie wyprofilowany muzycznie co potencjalny nowy album Czensa. nie zdziwiłbym się, jakby Chano celowo odroczył premierę swojego projektu, by dać zabłyszczeć ziomeczkowi, u którego zresztą nawet gościnnie się pojawia. byłoby to nawet w jego stylu. BUT YOU KNOW, IT'S JUST THEORIZING

"The Lost Boy" to prawdziwie pasujący do wakacyjnej aury LETNIACZEK, który - całkiem możliwe - chętnie zapuszczę nawet i w lato 2020 albo 2021. Materiał przyjemny, niegłupi i bardzo technicznie zarapowany, ale przy tym wszystkim w ogóle nie CORNY, co jest dosyć uciążliwą klątwą współczesnych "lirycznych mc's". a za takiego przyjęto Cordae'a choćby w tegorocznej selekcji Freshmenów XXL

jak na hiphopowy debiut wydany w Atlanticu - a tam to wiecie, dyrekcja stoi z biczem nad artystami i mówi "no spoko spoko, ale mogłoby to być jeszcze bardziej popowe c'nie" - wszystko sprawia wrażenie bycia pod pełną kontrolą autora. nie żeby Cordae wypierał się popowego appealu - raper przesiąka wręcz tą "popowością", ale czuć że to jego piaskownica i jego grabki

kiedy YBN Cordae próbuje bardziej melodyjnie nawijać, od razu czuć podobieństwo do pana, o którym traktował pierwszy akapit tego wpisu. także no, jak ten mem leciał?

FRIENDSHIP ENDED WITH CHANCE THE RAPPER
NOW
YBN CORDAE
IS MY
BEST FRIEND
Zaktualizowano 26 lip 2019, 16:14
26 lip 2019, 16:14
no to jednak nowy @[116463258445747:274:Chance The Rapper] wczoraj się ukazał. nie był to jednak taki mały dzień. OR WAS IT?

mam lekki problem z oceną "The Big Day". no dobra, nie tak lekki. dostaliśmy album tak przeładowany pomysłami, featuringami, crossoverami z indie muzykami, że I CAN'T WRAP MY HEAD AROUND THIS (nie mogę owinąć głowy wokół tego - przypis tłumacza). Chance jeszcze bardziej niż na "Coloring Book" przejawia swoje kuratorskie aspiracje do bycia jak Kanye, Tyler, albo Travis Scott. ale w przeciwieństwie to wymienionych person nie jest producentem i wychodzi to gdzieniegdzie.

czasem materializują się tutaj fajne pomysły, ale raczej na potrzeby pojedynczych piosenek, a nie całego materiału. "ale zaraz zaraz, hola Chojnito, ale przecież nie każdy album musi tworzyć sensowny BIGGER PICTURE". no nie musi, ale autor ciągle zaznacza, że to jest jego pierwszy ALBUM, już nie mixtape. no nie wiem, albo artyści powinni rozdzielić te światy, albo wreszcie do cholery porzucić ten terminologiczny apartheid. taka dygresja tam

nie brakuje tu szalonego flow Czensa, jego jedynej w swoim rodzaju osobowości, ucha do melodii, intertekstualnych wycieczek w kierunku czasów "The College Dropout" Westa, czy kącika adoracji chicago house'u. tak jakby słuchacze kochający rapera głównie za "Acid Rap" z 2013 mieliby powody do zacierania łapsk jak Birdman. no właśnie w praktyce nie bardzo, oni poczują się tutaj sierotami najbardziej. z kolei ja jako osoba, bardziej jednak polubiła "Coloring Book" też jestem SKONFUNDOWANY

jeszcze pewnie wrócę do analizowania tego materiału, Chance to przeziomek i nie zasługuje na to żeby pochopnie oceniać jego twórczość. nie wiem, pojadę na tydzień w góry, przejdę się, pomyślę, w międzyczasie HEHE może @[28015075999:274:Pitchfork] napisze mi co mam myśleć o "The Big Day". bo Melon to bankowo fakt jest to podzieli panujące w sieci zniesmaczenie tym wydawnictwem
Zaktualizowano 27 lip 2019, 11:53
27 lip 2019, 11:53
streamujcie zagraniczne kompilacje znanych już od lat piosenek

nie no @[83711079303:274:Drake] dzięki, że dałeś na streamy to całe "Care package", bez ironii. praktycznie wszystko z zawartych tu piosenek znałem, ale jako że w zasadzie w ogóle nie wracam do muzyki, której trzeba szukać gdzieś dalej niż na Spoti albo na posiadanych CEDEKACH, wszystko tutaj odkrywałem na nowo. i bawiłem się (jeśli zabawą można nazwać sesję pobytu w świecie cierpiącego od sukcesu i TRUST ISSUES beta cucka na smutnych synthach) lepiej niż przy niedawnym głośnym uploadzie debiutanckiej epki "So Far Gone". i nawet lepiej niż przy "Scorpionie"

efekt lubienia tego co już się zna - ALE TAK NIE DO KOŃCA - zadziałał. ale zadziałała też ułożenia sobie w głowie ewolucji artystycznej Kanadyjczyka na przestrzeni całej bieżącej dekady. nawet jakbym nie znał tych utworów to bez problemu odgadłbym który z nich powstał w okolicach wydanie "Take Care", a który przy "Nothing Was The Same" i tak dalej. no i żałowałbym (teraz też żałuję tho), że spora część z nich nie wylądowała na tracklistach oficjalnych projektów. jak na przykład "Can I", "I Get Lonely" czy dwie części jego cyklu piosenek "któraśtam godzina w gdzieśtam". ach te jego odpustowe wordplaye typu "all this capital it's like I left the caps lock on", czemu mi one u niego nie przeszkadzają

no ale teraz mamy to oficjalnie na strimach i teraz SAM SE MOGĘ UŁOŻYĆ LEPSZE ALBUMY C'NIE. albo po prostu szczerą playlistę moich ulubionych utworów płaczka. i nazwać ją DREJKEST HIST. sorry jeśli też myśleliście o takiej nazwie, ja ją już zarejestrowałem jako własność intelektualną
Zaktualizowano 4 sie 2019, 18:59
4 sie 2019, 18:59
streamujcie zagraniczne kompilacje znanych już od lat piosenek

nie no @[83711079303:274:Drake] dzięki, że dałeś na streamy to całe "Care Package", bez ironii. praktycznie wszystko z zawartych tu piosenek znałem, ale jako że w zasadzie w ogóle nie wracam do muzyki, której trzeba szukać gdzieś dalej niż na Spoti albo na posiadanych CEDEKACH, wszystko tutaj odkrywałem na nowo. i bawiłem się (jeśli zabawą można nazwać sesję pobytu w świecie cierpiącego od sukcesu i TRUST ISSUES beta cucka na smutnych synthach) lepiej niż przy niedawnym głośnym uploadzie debiutanckiej epki "So Far Gone". i nawet lepiej niż przy "Scorpionie"

efekt lubienia tego co już się zna - ALE TAK NIE DO KOŃCA - zadziałał. ale zadziałała też ułożenia sobie w głowie ewolucji artystycznej Kanadyjczyka na przestrzeni całej bieżącej dekady. nawet jakbym nie znał tych utworów to bez problemu odgadłbym który z nich powstał w okolicach wydanie "Take Care", a który przy "Nothing Was The Same" i tak dalej. no i żałowałbym (teraz też żałuję tho), że spora część z nich nie wylądowała na tracklistach oficjalnych projektów. jak na przykład "Can I", "I Get Lonely" czy dwie części jego cyklu piosenek "któraśtam godzina w gdzieśtam". ach te jego odpustowe wordplaye typu "all this capital it's like I left the caps lock on", czemu mi one u niego nie przeszkadzają

no ale teraz mamy to oficjalnie na strimach i teraz SAM SE MOGĘ UŁOŻYĆ LEPSZE ALBUMY C'NIE. albo po prostu szczerą playlistę moich ulubionych utworów płaczka. i nazwać ją "DREJKEST HIST". sorry jeśli też myśleliście o takiej nazwie, ja ją już zarejestrowałem jako własność intelektualną
Zaktualizowano 4 sie 2019, 19:02
4 sie 2019, 19:02
obligatoryjny post o tym jak bardzo szanuję @[95323029258:274:DJ Muggs]a, a szczególnie jego działalność na przestrzeni ostatnich kilku lat

Lawrence Muggerud, The Black Goat, członek i główny producent albumów legendarnego Cypress Hill. współautor kultowego "Jump Around" grupy House of Pain - przeboju, którego popularność GRUBO wybiła ponad kręgi osób interesujących się hip hopem. jump up jump and get doooown!

oczywko nie pisałbym o jakimś pięćdziesięciolatku, który swój primetime posiał gdzieś w latach dziewięćdziesiątych, bo nie. odnoszę wrażenie, że TEN CZAS w jego przypadku nastąpił dopiero teraz. na przestrzeni ostatnich dwóch lat z hakiem Muggs wyprodukował w całości aż osiem albumów. wśród nich mamy reaktywowany autorski projekt "Soul Assassins", dziewiąty album Cypressów, no i kilka odsłon serii "MUGGS VS", gdzie muzyk komplementuje swoimi podkładami zarówno solidne marki nowojorkiego niezalu (Meyhem Lauren, Rock Marciano), jak i ZUPEŁNYCH NOŁNEJMÓW

i jest to bardzo, bardzo solidne portfolio gościa, który przez lata wypracował swój styl i wykorzystał go do zbudowania własnej niszy, własnej mini sceny. elementy scenografii w postaci ciężkiej, tripowej samplodelii i fascynująco nieprzyjaznej atmosfery powtarzają się, ale zaskakują konfiguracjami z coraz to kolejnymi raperami, bo każdy kolejny z tych projektów ma jakiś tam gimmick. pomimo intensywnego cyklu wydawniczego (w tym roku wyszły już trzy albumy produced by Muggs) twórczości tej jest tak daleko od rzemieślnictwa, jak tylko może być. no a o tym jak fantastyczny był zaaranżowany jako FAZKA PO LSD ostatni krążek Cypressów ("Elephants on Acid"), to mógłbym się rozpisać osobno, tak było fajno

z tego roku najlepiej przypasował mi Muggs w kombinacji z niejakim Mach-Hommym, no ale jeszcze świeży album z jeszcze bardziej niejakim CRIMEAPPLE też jest niczego sobie i dostarcza satysfakcji mojej duszy domagającej się posłuchać czegoś klasycznego i kreatywnego zarazem. do tego pojawiające się w wersach KRYMINALISTYCZNEGO JABŁKA hiszpańskojęzyczne akcenty dają bonusowy efekt zamykającego się okręgu, OR SOME SHIT LIKE THAT
Zaktualizowano 6 sie 2019, 19:05
6 sie 2019, 19:05
ludzie listy piszą nawet w małej wiosce
listy szare, białe, kolorowe
kapelusz przed poczta zdejm

i nagle internety zaczęły wymieniać swoje top pięćdziesiątki ulubionych raperów. za sprawą podcastu, który ma na FB jakieś sto siedemdziesiąt lajków. hej, prawie tyle co ja, kiedyś też na pewno WIRALNĘ, wierzę

ale własnej takiej listy nigdy bym chyba nie ułożył. o ile w przypadku zestawień albumów da się porównywać między sobą krążki ogarniając bezpośrednio ich zawartość oraz ogólny kontekst powstania i wydania, tak w przypadku konfrontowania ze sobą mc's liczba zmiennych mnie przerasta.

sam chyba nie wiem co czyni GOATa GOATem, kiedyś głównie patrzyłem na jakość dyskografii, ale i tu można się kłócić czy lepszy jest bezbłędny kilkuletni run, czy rozprzestrzenione po więcej niż jednej dekadzie RELEVANCE (pozdro Jay Z). a może jednak olać dysko i skupić się na aspektach pionierskich, bo przecież bez Rakimów i Kool G Rapów rap dalej by brzmiał jak wyliczanki przy grze w klasy? lepiej być bigger than rap jak Kanye, czy być beneficjentem dobrych rozwiązań jak Kędryś? a może to wszystko jest nieważne, bo liczy się umiejętność grania dobrych koncertów? a może nic nie ma na świecie znaczenia?

miała być jakaś puenta, ale zapomniałem. sami sobie wyciągnijcie
Zaktualizowano 7 sie 2019, 19:22
7 sie 2019, 19:22
okej, kilka rozay-izmów z "Port of Miami 2", najnowszej płyty @[106672932712721:274:Rick Ross]a:

"ass on all my bitches so I squeeze 'em in the coupe
fascinated with the fortune and it came true
i may pass you in the porsche with the brains blew
got your bitch so wet, I'm steppin' out in rainboots"

"kissing on you might create some freaky scenes
playing in your weave before I spark my weed
fuck you on the beach, then order uber eats"

"yo, watchin' kanye interview, feel like I wanna cry
for every innocent brother charged with a homicide"

"you a freak and I'm a prophet
painted the chevy doo-doo chocolate
i drop the top and let 'em watch these livin' legends out the projects"

"half my team illiterate, i know it sound pathetic
but we can each get a brick that's on a line of credit"

"huh"

tak poza tym to dawno tak dobrze się nie bawiłem podczas odsłuchiwania jakiegokolwiek albumu klawisza. trafił w mój gust, zachował odpowiednie proporcje i stworzył coś w duchu najlepszych czasów swojej kariery - a dla mnie byłyby to czasy wydania "Teflon Don".

to co mi się jeszcze podoba to jak w te olbrzymie jak należy pokłady LUXURY RAPU wkradają się nuty niepokoju. od czasu ostatniego albumu Rozey przeszedł THROUGH SOME SHIT, mowa o jego problemach ze zdrowiem i śmierci przyjaciela/menedżera Black Bo. momentami Rysiek autentycznie afirmuje, zdaje sobie sprawę ze swojej śmiertelności i KRUCHOŚCI ŻYĆKA. zwrotka w "I Still Pray" jest prosta w przekazie jak drut, ale to i tak może jest nawet <skrecze>realest shit he ever wrote</skrecze>

jeśli tylko mam z czymś problem to z tym, że niewiele na tej płycie jest zawartości usprawiedliwiającej nazwanie albumu sequelem "Port of Miami". ja tam nazwałbym ten projekt "Jakikolwiek Inny Od Debiutu Album Ryśka 2" i miałoby to więcej sensu. no ale rozumiem, jedynka to do dziś najbardziej respektowane w środowisku wydawnictwo założyciela @[177110875670631:274:Maybach Music Group] i daje to większe szanse na zgadzanie się hajsu. ale KURKA WODNA, nawet @[48382669205:274:JAY-Z] wydał ten marny "Blueprint 3" w 2009 i przynajmniej w założeniach miała tam miejsce jakaś próba kontynuowania pomysłu z jedynki i dwójki

ale nic to, jak wyszedł z tego bardziej "Teflon Don 2" to tym lepiej dla mnie. pozdro dla wszystkich gruszek! (KMWTW)

ps "Maybach Music VI" to spokojnie top 3 numerów z tego cyklu, rzekłem
Zaktualizowano 9 sie 2019, 22:50
9 sie 2019, 22:50
ten weekend to nie tylko @[106672932712721:274:Rick Ross], a dużo innych hiphopowych premier, więc szybkie, nieobwiązujące do niczego podsumowanko. video not related, ale to mój pej i mogę robić co chcę

MURS & 9TH WONDER - miło było wrócić do tego duetu, cykl albumów @[10206447476:274:Murs]a z Wonderem to dla mnie flagowa seria rapera i patrząc na jego ostatnie produkcje to nie zmienia się nic jak u Rycha. wszystko gra, tylko ten utwór "Glitter Unicorn", GOD DAMN. nie od dzisiaj lubi nawijać o teges śmeges fą fą, ale to już jest krindż, taki zapraszam-na-morenkę-poziom krindż

BLUEFACE - coraz bardziej przekonuje mnie do siebie, choć dalej nie wiem skąd jego fenomen, bo równie dobrze furorę mógłby zrobić <miejsce na dowolnego rapera z Kalifornii, który wypłynął od czasu YG>. może za parę albumów, dam znać. ps trochę już męczy mnie ten hit a'la "Grindin" Clipse'ów. Blufejs zmień producentów plz

UGLY GOD - oto jeden z FRESZMENÓW XXL, którym coś nie pykło, ile w ogóle osób zauważyło, że wyszedł dziś jego debiutancki album? wiem, że gość to nie z tych co mają jakiekolwiek parcie na bycie BIG TIME graczem, ale tutaj nic się nie dzieje, n-i-c. może album ten zainteresowałoby mnie muzycznie w świecie jak z filmu "Yesterday" - w którym to nagle zniknęliby z ludzkiej świadomości najwybitniejsi songwriterzy wszech czasów - @[134932173636292:274:Playboi Carti] i @[109841289060130:274:Pi'erre Bourne]

TRIPPIE REDD - możecie się domyślić, sprawdziłem dla jednego featuringu i nie żałuję, bo BABY VOICE INTENSYFIKUJE MOCNO

CHALI 2NA & KRAFTY KUTS - Murs miał stanowić "truskul corner", ale jednak Tuńczyk zrobił materiał smażony w bardzo głębokim oleju rapowego klasycyzmu. słucham takich rzeczy raczej tylko w kategorii ciekawostek, ale jest to bardzo solidnie wykonane przedstawiania dla "kurła kiedyś to było" słuchaczy. no co, im coś też się w życiu należy

what?
it ain't no more to it
Zaktualizowano 11 sie 2019, 19:09
11 sie 2019, 19:09
premiera sezonu już w ten piątek, warto z tej okazji refleksyjnie spojrzeć na dorobek muzyczny Thuggera i odpowiedzieć na pytanie: czy istnieje coś takiego jak najbardziej youngthugowy kawałek @[1449839998576128:274:Young Thug]a?

hmm raczej nie istnieje
ok, do usłyszenia w weekend po premierze "So Much Fun"!
pozdro

nie no, mam prywatnego faworyta od jakiegoś czasu i właśnie "Hercules" zawarte na wydanym w 2016 mikstejpie "I'm Up" dostarcza mi co nieco jako DEFINITIVE THUGGER TRACK. "Hercules" to imponujący nawet jak na Jeffery'ego wachlarz odmiennych flow zawartych w jednej cholernej piosence. "Hercules" to monumentalny (ya dig) podkład mojego chyba ulubionego producenta dekady (tego co ciągle chce czegoś więcej i lepiej dla waszego życia jak wam ufa, wiecie). "Hercules" to idealna manifestacja artystycznego ADHD rapera, potok abstrakcyjnego PRZECHWALANKA, które nie miało się tak dobrze od czasów świetności Ghostface'a

bo Young Thug to taki Herakles naszych czasów, półboskiej krwi bohater, którego etos jest czymś, na temat czego możemy najwyżej prawie-że-trafnie spekulować, ale nigdy w pełni nie zrozumieć. nie wiadomo również jak heros nasz stoi z wykonywaniem swoich dwunastu prac, ale bankowo WORK IN PROGRESS, a w piątek - miejmy nadzieję - jakaś hydra zostanie ujebana. albo chociaż wyczyści jakąś stajnię

a wy macie jakiś swój "jedyny" utwór rapera SEX?
Zaktualizowano 14 sie 2019, 17:46
14 sie 2019, 17:46
zanim wgryzę się w premierę weekendu: ciekawe co teraz robi Snoop Doggy Dogg?

a no robi to co robi najczęściej: nagrywa przeładowane piosenkami, komercyjnie wydane mikstejpy, o których szybko się zapomni. mydło i powidło z odniesieniami do g-funkowych korzeni, wyprofilowanymi pod mainteramowe trendy momentami i eksperymentami - takimi na zasadzie "jestę snupę i mogę robić co chcę, czego nie chcecie usłyszeć tym razem?"

przed premierą "I Wanna Thank Me" dobrze zapowiadała się pod tym westcoastowym kątem, głównie dzięki kalifornijskiemu wizjonerowi Battlecatowi. ten, nie licząc SAMPLOWANIA FUNKY WORM W 2019 ROKU, wiąż ma to w sobie, rozumie ocb, ma dalej KOCUR ten zmysł lepszej percepcji g-funku od samych pionierów g-funku. w połączeniu z odkopanym i bardzo zacnym refrenem Nate Dogga, ciekawą refleksją Snoopa nad historią wytwórni Death Row w "Let Bygones Be Bygones" można było zrobić z tego albumik w stylu również ŁESTKOŁSTOWEGO JAK TRZA "Neva Left" z 2017, w odrobinę mniej retrofilskiej wersji

ale "I Wanna Thank Me" to również ten latynoski banger ze Jermaine'em Duprim ze wszystkich ludzi świata, new jack swingowa piosenka BO CZEMU NIE, Swizz Beatz "śpiewający" po swojemu najgorzej wykorzystane w historii hip hopu "Rising to the Top" Keni Burke BO CZEMU KURKA NIE. różne rzeczy się dzieją.

no tragedii nie ma, no i można rzec że Snoop Dogg jak to Snoop Dogg, o co ci chodzi człowieku. ale Snoop Dogg to też czasem Snoop Lion, czasem Snoopzilla, czasem ktoś kto zrobił z Pharrellem przemyślane od a do z "BUSH". a chyba właśnie takie EKSCESY bardziej wnoszą coś do legacy Wujka Snoopa niż te "normalne" albumy
Zaktualizowano 16 sie 2019, 15:55
16 sie 2019, 15:55
myślałem, że na ten moment będę już ekspertem w kwestii nowego albumu MŁODEGO ROZBÓJNIKA, ale w sumie to inne weekendowe premiery namieszały mi w planach. pozdro thrashowi @[168329496513295:274:King Gizzard & The Lizard Wizard], pozdro @[768248609901172:274:Sleater-Kinney] z @[64294390660:274:St. Vincent], bardzo fajne płytki. ALE DO RZECZY tylko @[1449839998576128:274:Young Thug] może sprawić, że będę jednocześnie tak jakby zachwycony i tak jakby rozczarowany. chodzi o to, że "So Much Fun" to właśnie so much fun indeed - udana kompilacja bangerów, po prostu solidnych, czytelnych dla nawet niedzielnego słuchacza trapowo-thuggerowych bangerów. solidne flow i hooki Jeffery'ego, produkcje świadome swoich konwencji, nawet selekcja gości taka jaką można było w 95% procentach przewidzieć. i to wszystko daje mi naprawdę TAK DUŻO RADOCHY drugą stroną medalu jest brak momentów, w których raper chwyciłby kijek z zaostrzonym końcem i szturchał nim moje poczucie "ok znam dobrze tego artystę". brak czegoś OD CZAPY, jakiegoś "o jeny nie wierzę że udaje fokę w refrenie", albo "coveru Eltona Johna to ja się nie spodziewałem". wiecie ocb jeżeli taką Thugger miał wizję swojego pierwszego oficjalnego (podobno teraz to tak na 100%) albumu to ok, ma ona jakiś sens w tym pozbawionym sensu i kierunku świecie, ALE dało się sprawić, by był to bardziej wyjątkowy kamień milowy dla jego kariery. WIDZĘ DOKĄD ZBÓJ ZMIERZAŁ z dużą ilością gościnek od swych muzycznych dzieci kierujących się od lat wytyczonymi przez niego ścieżkami. ale jeszcze fajniej by było jakby dobitniej pokazał tym swoim muzycznym bombelkom, że chociaż go doganiają to zawsze będzie o parę kroków przed nimi. a ja z jakiegoś powodu zawaliłem cały akapit metaforami związanymi z chodzeniem co wyrzuciłem z siebie to już nie moje, więc mogę wracać do dalszego słuchania, bo jest o czego wracać. shout outy dla @[109841289060130:274:Pi'erre Bourne]a (też zastanawialiście się mimo wszystko, co na tych biciorach zrobiłby Carti?), dostarczającego dwóch morderczych zwrotek Lil Duke'a, Future'a organizującego jakiś konkurs na najzabawniejszy ad-lib świata, oraz dla executive producera @[86386329660:274:J.Cole]'a. z roku na rok coraz bardziej doceniam jego istnienie jako osoby zaangażowanej w scenę hip hopu, choć wciąż niekoniecznie za nagrywanie własnych płyt
myślałem, że na ten moment będę już ekspertem w kwestii nowego albumu MŁODEGO ROZBÓJNIKA, ale w sumie to inne weekendowe premiery namieszały mi w planach. pozdro thrashowi King Gizzard & The Lizard Wizard, pozdro Sleater-Kinney z St. Vincent, bardzo fajne płytki. ALE DO RZECZY

tylko Young Thug może sprawić, że będę jednocześnie tak jakby zachwycony i tak jakby rozczarowany. chodzi o to, że "So Much Fun" to właśnie so much fun indeed - udana kompilacja bangerów, po prostu solidnych, czytelnych dla nawet niedzielnego słuchacza trapowo-thuggerowych bangerów. solidne flow i hooki Jeffery'ego, produkcje świadome swoich konwencji, nawet selekcja gości taka jaką można było w 95% procentach przewidzieć. i to wszystko daje mi naprawdę TAK DUŻO RADOCHY

drugą stroną medalu jest brak momentów, w których raper chwyciłby kijek z zaostrzonym końcem i szturchał nim moje poczucie "ok znam dobrze tego artystę". brak czegoś OD CZAPY, jakiegoś "o jeny nie wierzę że udaje fokę w refrenie", albo "coveru Eltona Johna to ja się nie spodziewałem". wiecie ocb

jeżeli taką Thugger miał wizję swojego pierwszego oficjalnego (podobno teraz to tak na 100%) albumu to ok, ma ona jakiś sens w tym pozbawionym sensu i kierunku świecie, ALE dało się sprawić, by był to bardziej wyjątkowy kamień milowy dla jego kariery. WIDZĘ DOKĄD ZBÓJ ZMIERZAŁ z dużą ilością gościnek od swych muzycznych dzieci kierujących się od lat wytyczonymi przez niego ścieżkami. ale jeszcze fajniej by było jakby dobitniej pokazał tym swoim muzycznym bombelkom, że chociaż go doganiają to zawsze będzie o parę kroków przed nimi. a ja z jakiegoś powodu zawaliłem cały akapit metaforami związanymi z chodzeniem

co wyrzuciłem z siebie to już nie moje, więc mogę wracać do dalszego słuchania, bo jest o czego wracać. shout outy dla Pi'erre Bournea (też zastanawialiście się mimo wszystko, co na tych biciorach zrobiłby Carti?), dostarczającego dwóch morderczych zwrotek Lil Duke'a, Future'a organizującego jakiś konkurs na najzabawniejszy ad-lib świata, oraz dla executive producera J.Cole'a. z roku na rok coraz bardziej doceniam jego istnienie jako osoby zaangażowanej w scenę hip hopu, choć wciąż niekoniecznie za nagrywanie własnych płyt
17 sie 2019, 15:46
SUP MATE

nie wyróżniłem w poprzednim wpisie żadnego STAND OUTU z nowej płyty Young Thuga, ale to nie tak, że wcale go nie ma. jeśli "So Much Fun" miałoby się otrzeć w którymś momencie o post-rapowy geniusz to dzieje się to właśnie w tym duecie z Future'em

"Sup Mate" jest chyba jednak takim moim spełnieniem marzenia o wspólnym utworze dwóch głównych animatorów współczesnego hip hopu, w którym słyszelibyśmy jak obaj symbiotycznie wyciągają z siebie to co najlepsze. no dobra, "Relationship" z "Beatiful Thugger Girls" też było piękne, ale to było coś zupełnie odmiennego gatunkowo. bardziej chodzi o to, że te dwa basałyki nagrały wspólny mixtape i tam jakoś nie potrafili złapać tej wspólnej częstotliwości

a w "Sup Mate" fale się nałożyły i ŁO PANIE. utwór to taki czysty, nieskrępowany żadnymi normami nakazującymi trzymania się klasycznych piosenkowych struktur, szalony GOIN' OFF dwóch świrów, napędzających siebie nawzajem i tak jakby konkurujących kto wyda z siebie bardziej abstrakcyjną serię ad-libów. podstawowa zasada hip hopu to brak zasad i utwór ten jest tego ucieleśnieniem

takie duety zdarzają się nieczęsto, a jakbym miał tłumaczyć ten utwór na język jakiegoś rapowego konserwatysty to porównałbym go do pamiętnego momentu jak Ol Dirty Bastard zremiksował z Bustą Rhymesem "Woo Hah" czyniąc i tak zwariowany numer jeszcze bardziej zwariowanym

widziałem, że "Sup Mate" jest najbardziej polaryzującym słuchaczy momentem na albumie, co zresztą już samo świadczy o jakiejś tam jego wyjątkowości. miejcie jednak na uwadze, że w imieniu SZRP daje kciuk w górę, więc też się nie wstydźcie
Zaktualizowano 19 sie 2019, 17:44
19 sie 2019, 17:44
o jejku

nawet jeśli "Whole Lotta Red" miało w tym roku nie wyjść (OBY TAK NIE BYŁO), to i tak nikt nie odbierze Pi'erre'owi tytułu -=KRÓLA BITMEJKERÓW 2019 ROKU=-
Zaktualizowano 21 sie 2019, 17:19
21 sie 2019, 17:19
nie wiem jak Was, ale #mnieśmieszy jak wytwórnia @[393542857439913:274:Quality Control Music] swoimi kolejnymi składankami udowadnia, że zawarta w nazwie labelu "kontrola jakości" jest dla nich czynnością nie do końca zrozumiałą. w tym miejscu powinna się teraz pojawić analiza trwającego tyle co niejeden MOŁSZYN PIKCZER molocha "Control the Streets, Volume 2". ale nie, nie będę poważnie traktował albumu z piosenką @[858660534290000:274:Lil Baby] i @[686668494816790:274:DaBaby] noszącą tytuł "Baby" coś tam poskakałem po utworach i jedyne do czego pewnie będę wracał to solowy numer @[836314363160973:274:Offset]a. ALE DLACZEGO PROSZĘ PANA? chociaż nie jest to nowe "Ric Flair Drip", track ten dosadnie przypomniał mi o cechach czyniących typa najciekawszym @[106886382853711:274:Migos]em. sam podkład w świadomy sposób prowokuje nas do skojarzeń z "Bad and Boujee", a wraz z tym idzie w parze kolejne DEŻA WI - umiejętność rapera do tworzenia świetnych, złożonych technicznie refrenów które subtelnie przechodzą w zwrotki i na choć na początku ciężko się w tych strukturach odnaleźć, to w pewnym momencie coś zaczyna klikać i pyk, jestem kupiony what else? cze na zwrotce, czy nie refrenie, flow wciąż unikalne, niezależnie od stopnia zagęszczenia nałożonego autotune'a. niby po wpływem Migosów 2/3 sceny zainteresowało się uskutecznianiem triplet flow, ale jednak nikt wciąż nie podchodzi do tematu tak jak OFFSECIK "What It Is" trwa dwie i pół minuty, a cały składak sto pięć minut. także można sobie zapętlić ten track dokładnie czterdzieści dwa razy i będzie to prawdopodobnie lepszy sposób na spędzenie tego czasu. ale może tego nie róbcie to też chyba dobry moment, żeby wrócić do wydanego w lutym "Father of 4", które ma świeżo całkiem mi się podobało, i zastanowić się dlaczego praktycznie do tego nie wracam 🤔
nie wiem jak Was, ale #mnieśmieszy jak wytwórnia Quality Control Music swoimi kolejnymi składankami udowadnia, że zawarta w nazwie labelu "kontrola jakości" jest dla nich czynnością nie do końca zrozumiałą. w tym miejscu powinna się teraz pojawić analiza trwającego tyle co niejeden MOŁSZYN PIKCZER molocha "Control the Streets, Volume 2". ale nie, nie będę poważnie traktował albumu z piosenką Lil Baby i DaBaby noszącą tytuł "Baby"

coś tam poskakałem po utworach i jedyne do czego pewnie będę wracał to solowy numer Offseta. ALE DLACZEGO PROSZĘ PANA? chociaż nie jest to nowe "Ric Flair Drip", track ten dosadnie przypomniał mi o cechach czyniących typa najciekawszym Migosem. sam podkład w świadomy sposób prowokuje nas do skojarzeń z "Bad and Boujee", a wraz z tym idzie w parze kolejne DEŻA WI - umiejętność rapera do tworzenia świetnych, złożonych technicznie refrenów które subtelnie przechodzą w zwrotki i na choć na początku ciężko się w tych strukturach odnaleźć, to w pewnym momencie coś zaczyna klikać i pyk, jestem kupiony

what else? cze na zwrotce, czy nie refrenie, flow wciąż unikalne, niezależnie od stopnia zagęszczenia nałożonego autotune'a. niby po wpływem Migosów 2/3 sceny zainteresowało się uskutecznianiem triplet flow, ale jednak nikt wciąż nie podchodzi do tematu tak jak OFFSECIK

"What It Is" trwa dwie i pół minuty, a cały składak sto pięć minut. także można sobie zapętlić ten track dokładnie czterdzieści dwa razy i będzie to prawdopodobnie lepszy sposób na spędzenie tego czasu. ale może tego nie róbcie

to też chyba dobry moment, żeby wrócić do wydanego w lutym "Father of 4", które ma świeżo całkiem mi się podobało, i zastanowić się dlaczego praktycznie do tego nie wracam 🤔
22 sie 2019, 18:06
wjechał pierwszy odcinek "The Vince Staples Show", czymkolwiek "The Vince Staples Show" miało być. no ale ważne, że towarzyszy temu nowy singiel. wszystko spoko, tylko dziwnie brzmią słowa "why they hate on me" z ust prawdopodobnie najmniej hejtowanego człowieka na scenie. no chyba, że coś przeoczyłem albo chodzi o te oceny w granicach 6/10 od @[152124549777:274:The Needle Drop] HEHE

nie no, wiem że niekoniecznie tu chodzi o perspektywę autora. propsy @[1490116171213474:274:Vince Staples] i w ogóle:

"this is for my fans, who are suicidal
why kill yourself when you can go and kill a rival"
Zaktualizowano 22 sie 2019, 20:30
22 sie 2019, 20:30
moi znajomi mogą potwierdzić, że jeszcze tydzień temu wypowiadałem zaklęcie "łojezu ale by było dobrze jakby Missy wróciła", no i proszę, MISSY WRÓCIŁA nie bez powodu często wyrażałem tęsknotę za kolejnymi jej nagraniami, bo co by nie mówić pani Elliott zapisała się w historii hip hopu bardzo mocną dyskografią, a wraz z jej mentorem Timblandem stworzyła być może najlepiej zgrany duet mc/producent jaki kiedykolwiek istniał (może to HOT MUSIC TAKE, może nie, oceńcie sami). na przemian z OutKastami poszerzała ramy, za pomocą których uzmysławiałem sobie czym może być ta muzyka. do tego wszystkiego zeszła ze sceny w 2005 roku NIEPOKONANA, w zasadzie nie domykając nigdy swojego artystycznego c.v. czymś wyraźnie słabszym i niepotrzebnym, nie postawiła kropki po sentencji wyrażającej skalę jej oryginalności. zapotrzebowanie na nowe nagrania pozostało i nie zgasło przez te 1,5 dekady no i trochę smutne, że kilkanaście lat czekania zaowocowało kilkunastoma minutami muzyki - i to bez żadnych sugestii, że miałaby to być rozgrzewka przed prawdziwym longplayem. żeby nie było, "Iconology" dało nam jakąś tam skondensowaną wizję tego kim jest w 2019 roku @[11154087554:274:Missy Elliott], włącznie z charakterystycznym dla niej konfrontowaniem współczesności z EJTISOWĄ elegancją oldkulowego rapu. no i ta druga połowa epki zatopiona w gęstym sosiku NAJNTISOWEGO r&b, TO JEST TO CO CZUJĘ, ELO no i przy tym wszystkim człowiek zamiast cieszyć się tym co ma myśli "co jakby było jednak więcej kawałków". jaki klimat by zdominował płytę? kogo by zaprosiła na featuringi? czy byłby to Carti? czy znalazłoby się miejsce na bardziej hiperaktywne flow Misdemeanor (to nie tak ze jest zbyt poważna na to, hej słyszeliśmy przecież jej występ u @[123287957731763:274:Lizzo])? oczywiście mogę się mylić i to faktycznie będzie tylko prolog do czegoś. jeśli tak TO NA ZDROWIE aha, to oczywiście niejedyna ważna dziś premiera związana z kobiecym hip hopem. WIĘCEJ W NASTĘPNYM WPISIE, BUZIAKI
moi znajomi mogą potwierdzić, że jeszcze tydzień temu wypowiadałem zaklęcie "łojezu ale by było dobrze jakby Missy wróciła", no i proszę, MISSY WRÓCIŁA

nie bez powodu często wyrażałem tęsknotę za kolejnymi jej nagraniami, bo co by nie mówić pani Elliott zapisała się w historii hip hopu bardzo mocną dyskografią, a wraz z jej mentorem Timblandem stworzyła być może najlepiej zgrany duet mc/producent jaki kiedykolwiek istniał (może to HOT MUSIC TAKE, może nie, oceńcie sami). na przemian z OutKastami poszerzała ramy, za pomocą których uzmysławiałem sobie czym może być ta muzyka. do tego wszystkiego zeszła ze sceny w 2005 roku NIEPOKONANA, w zasadzie nie domykając nigdy swojego artystycznego c.v. czymś wyraźnie słabszym i niepotrzebnym, nie postawiła kropki po sentencji wyrażającej skalę jej oryginalności. zapotrzebowanie na nowe nagrania pozostało i nie zgasło przez te 1,5 dekady

no i trochę smutne, że kilkanaście lat czekania zaowocowało kilkunastoma minutami muzyki - i to bez żadnych sugestii, że miałaby to być rozgrzewka przed prawdziwym longplayem. żeby nie było, "Iconology" dało nam jakąś tam skondensowaną wizję tego kim jest w 2019 roku Missy Elliott, włącznie z charakterystycznym dla niej konfrontowaniem współczesności z EJTISOWĄ elegancją oldkulowego rapu. no i ta druga połowa epki zatopiona w gęstym sosiku NAJNTISOWEGO r&b, TO JEST TO CO CZUJĘ, ELO

no i przy tym wszystkim człowiek zamiast cieszyć się tym co ma myśli "co jakby było jednak więcej kawałków". jaki klimat by zdominował płytę? kogo by zaprosiła na featuringi? czy byłby to Carti? czy znalazłoby się miejsce na bardziej hiperaktywne flow Misdemeanor (to nie tak ze jest zbyt poważna na to, hej słyszeliśmy przecież jej występ u Lizzo)?

oczywiście mogę się mylić i to faktycznie będzie tylko prolog do czegoś. jeśli tak TO NA ZDROWIE

aha, to oczywiście niejedyna ważna dziś premiera związana z kobiecym hip hopem. WIĘCEJ W NASTĘPNYM WPISIE, BUZIAKI
23 sie 2019, 22:12
"It’s my version of talking to the men. It’s not like I’m trying to come at your head. I want you to feel it, emotionally. I want you to feel the pain that some black women are feeling, without feeling like you’re getting beat up in the process. I wanted to find a way where you can feel it in a respectful way, to have a conversation" ok, to już chyba nie muszę pisać za co tak spodobał mi się nowy album @[21457593700:274:Rapsody] sama autorka ładnie podsumowała w wywiadzie dla @[10643211755:274:NPR]. ale "Eve" nie stoi samą potęgą lirycznej treści, namaszczającej album na bycie feministycznym "To Pimp a Butterfly". tu się zgadza wiele, wiele więcej "Eve" to dziewiętnaście świetnie i nawet pomysłowo wyprodukowanych piosenek, godnych budżetu przeznaczonego na wyczyszczenie sampli (a to jak "In The Air Tonight" w ogóle zadziałało pod palcami @[132857280547:274:9th Wonder]a, to ja nie ogarniam). to momenty, w których autorka przygasza nadmiary żarzącego się BLACK-FEMALE-EMPOWERMENT-PATOSU bardziej humorystycznymi i przyziemnymi tworami jak "Whoopi" ("They gon' make me go tap into my ratchet //I'ma go Left Eye when I get the matches"), czy po prostu PYSZNIE bawiąc się pisaniem SPRYTNYCH LINIJEK no i zmyślnie zaplanowani i wykorzystani goście. @[90061353027:274:Queen Latifah] będąca pośrednio jedną z postaci zawartych w tytułach piosenek, @[160119897381286:274:D'Angelo] podśpiewujący wu-tangowe chorały (i @[6313328302:274:GZA] w komplecie!), @[86386329660:274:J.Cole], którego niepokojąco coraz bardziej zaczynam szanować HEHE. ps @[1635628860043366:274:J.I.D] #nikogo czego sobie wyszukujesz na stronkach z TEGES ŚMEGES "Eve" autorstwa Rapsody. mocna rzecz i dzięki za pierwsze 100 lajków MOI MILI : ***
"It’s my version of talking to the men. It’s not like I’m trying to come at your head. I want you to feel it, emotionally. I want you to feel the pain that some black women are feeling, without feeling like you’re getting beat up in the process. I wanted to find a way where you can feel it in a respectful way, to have a conversation"

ok, to już chyba nie muszę pisać za co tak spodobał mi się nowy album Rapsody sama autorka ładnie podsumowała w wywiadzie dla NPR. ale "Eve" nie stoi samą potęgą lirycznej treści, namaszczającej album na bycie feministycznym "To Pimp a Butterfly". tu się zgadza wiele, wiele więcej

"Eve" to dziewiętnaście świetnie i nawet pomysłowo wyprodukowanych piosenek, godnych budżetu przeznaczonego na wyczyszczenie sampli (a to jak "In The Air Tonight" w ogóle zadziałało pod palcami 9th Wondera, to ja nie ogarniam). to momenty, w których autorka przygasza nadmiary żarzącego się BLACK-FEMALE-EMPOWERMENT-PATOSU bardziej humorystycznymi i przyziemnymi tworami jak "Whoopi" ("They gon' make me go tap into my ratchet //I'ma go Left Eye when I get the matches"), czy po prostu PYSZNIE bawiąc się pisaniem SPRYTNYCH LINIJEK

no i zmyślnie zaplanowani i wykorzystani goście. Queen Latifah będąca pośrednio jedną z postaci zawartych w tytułach piosenek, D'Angelo podśpiewujący wu-tangowe chorały (i GZA w komplecie!), J.Cole, którego niepokojąco coraz bardziej zaczynam szanować HEHE. ps J.I.D #nikogo czego sobie wyszukujesz na stronkach z TEGES ŚMEGES

"Eve" autorstwa Rapsody. mocna rzecz

i dzięki za pierwsze 100 lajków MOI MILI : ***
25 sie 2019, 10:12
świat: o jeju Sony kończy współpracę z Marvelem w kwestii Spidermana

ja: o jeju katalog @[372522369618341:274:Death Row Records] jest teraz własnością Hasbro

oczywiście przejęcie legendarnej hiphopowej wytwórni przez produkującego zabawki korpo-giganta nie było celem samym w sobie. po prostu skapnęła im ona przy okazji wykupienia całego Entertainent One posiadającego prawa do wizerunku między innymi ostro memicznej ostatnio Świnki Peppy. i to było właściwym celem tego dealu, a nie jakieś dżi-fanki sprzed stu lat. RAP GAME FUCKED UP BOI

nie mniej czekam na jakieś @[61760373876:274:THE OFFICIAL DOGG POUND GANGSTA] Action Figures, najlepiej w crossoverze z Autobotami. albo chociaż na @[104452656299465:274:2PAC]a gościnnie na albumie Twilight Sparkle. i nie pytajcie skąd znam więcej niż zero imion kuców z @[118429394841173:274:My Little Pony]
Zaktualizowano 25 sie 2019, 15:12
25 sie 2019, 15:12
posłuchałem kilku numerów z "TM104: The Legend Of The Snowman" @[32697717639:274:Jeezy]'ego i zainspirowały mnie one do czegoś. do przełączenia się na jego album z 2008 roku i podzielenia się przemyśleniami na temat tej starszej produkcji właśnie "The Recession" to dla mnie przykład oksymoronu znanego pod hasłem "prywatny klasyk", był to album jakiego w tamtym czasie potrzebowałem - nawet nie do końca o tym wiedząc. były to czasy kiedy gwiazdy południowego hip hopu stawały się gwiazdami ŚWIATOWEGO hip hopu, ale nie stawały się nimi bez kompromisów. Luda, T.I., Wayne, wszyscy tak projektowali swoje ówczesne wydawnictwa, żeby przyciągnęły słuchacza wychowanego na Nowym Jorku, z dirty southem obcującego od święta, a i jakiś refrenik od Rihanny też by dobrze zrobił. Young Jeezy miał wyjebane i jego kontynuacja przełomowego "The Inspiration: Thug Motivation 102" była po prostu BENGEREM NA BENGERZE, SEKCJA POŁUDNIOWA żeby nie było, pojawiły się gdzie nie gdzie kuszące 20-letniego mnie soulfulowe sampelki, Anthony Hamilton i Trey Songz wpadli coś tam zaśpiewać, ale featy te pojawiają się dopiero w trzynastej piosence na osiemnaście zarejestrowanych. co oznacza, że początkowe dwie trzecie płyty to jedna długa sesja z szorstkim jak papier ścierny wokalem Snowmana, prawie wyłącznie na dynamicznych drumrollach i chamskich syntetycznych akordach. album nie zwalnia tempa nawet jak Kanye wpada ze swoją zwrotką przesiąkniętą sesjami do "808s & Heartbreak" i jeszcze ten cudowny liryczny ambient linijek Bałwana, czasem godny nazwania go bałwanem, albo przynajmniej podejrzeniem o ośmiolatka w roli ghostwritera. TAKIE UROCZE GŁUPOTKI, aż wkleję moją ukochaną zwrotkę z "Welcome back": "And my yayo in my kitchen, Scott Storch everywhere White vette, black top, Kung Fu Panda Bear Call me sensei, I got the tae kwon dough On my Angelina shit, I want that Brad Pitt's dough I say it's so funny, same time so money Ain't nothin' funny bitch, I'm on my money shit A movie star bitch, we can make our own flick I just came to beat it down, you play with your own shit Yeah, Ok I'm bout to wild out Call it a V-neck (why), took a nine out 750 Left, 750 Here But yall don't even know what 750 is Welcome Back" "The Recession" zaszyło mi się w pamięci jako protoplasta nurtu, który miał parę lat później nadejść. wiem, że to nieprawda i że zaraz ukamienują mnie wyznawcy Mafijki, bo DJ Paul i reszta byli pierwsi ze wszystkim: trapami, tripletami i w ogóle wynaleźli koło. ale od tego właśnie albumu według mnie był już tylko kroczek do Lexa Lugera, Waki i "Flockaveli", a stamtąd to już do wszystkiego co stworzyło krajobraz obecnej dekady. do tego wciąż całkiem dobrze się słucha tego materiału - albumu w jakiś tam pokrętny sposób rejestrującego ówczesne emocje Afroamerykanów straszonych gospodarczym kryzysem i wierzących, że Barack Obama przyjdzie i naklei na kuku plasterek z napisem "HOPE". i wszystko będzie dobrze
posłuchałem kilku numerów z "TM104: The Legend Of The Snowman" Jeezy'ego i zainspirowały mnie one do czegoś. do przełączenia się na jego album z 2008 roku i podzielenia się przemyśleniami na temat tej starszej produkcji właśnie

"The Recession" to dla mnie przykład oksymoronu znanego pod hasłem "prywatny klasyk", był to album jakiego w tamtym czasie potrzebowałem - nawet nie do końca o tym wiedząc. były to czasy kiedy gwiazdy południowego hip hopu stawały się gwiazdami ŚWIATOWEGO hip hopu, ale nie stawały się nimi bez kompromisów. Luda, T.I., Wayne, wszyscy tak projektowali swoje ówczesne wydawnictwa, żeby przyciągnęły słuchacza wychowanego na Nowym Jorku, z dirty southem obcującego od święta, a i jakiś refrenik od Rihanny też by dobrze zrobił. Young Jeezy miał wyjebane i jego kontynuacja przełomowego "The Inspiration: Thug Motivation 102" była po prostu BENGEREM NA BENGERZE, SEKCJA POŁUDNIOWA

żeby nie było, pojawiły się gdzie nie gdzie kuszące 20-letniego mnie soulfulowe sampelki, Anthony Hamilton i Trey Songz wpadli coś tam zaśpiewać, ale featy te pojawiają się dopiero w trzynastej piosence na osiemnaście zarejestrowanych. co oznacza, że początkowe dwie trzecie płyty to jedna długa sesja z szorstkim jak papier ścierny wokalem Snowmana, prawie wyłącznie na dynamicznych drumrollach i chamskich syntetycznych akordach. album nie zwalnia tempa nawet jak Kanye wpada ze swoją zwrotką przesiąkniętą sesjami do "808s & Heartbreak"

i jeszcze ten cudowny liryczny ambient linijek Bałwana, czasem godny nazwania go bałwanem, albo przynajmniej podejrzeniem o ośmiolatka w roli ghostwritera. TAKIE UROCZE GŁUPOTKI, aż wkleję moją ukochaną zwrotkę z "Welcome back":

"And my yayo in my kitchen, Scott Storch everywhere
White vette, black top, Kung Fu Panda Bear
Call me sensei, I got the tae kwon dough
On my Angelina shit, I want that Brad Pitt's dough
I say it's so funny, same time so money
Ain't nothin' funny bitch, I'm on my money shit
A movie star bitch, we can make our own flick
I just came to beat it down, you play with your own shit
Yeah, Ok I'm bout to wild out
Call it a V-neck (why), took a nine out
750 Left, 750 Here
But yall don't even know what 750 is
Welcome Back"

"The Recession" zaszyło mi się w pamięci jako protoplasta nurtu, który miał parę lat później nadejść. wiem, że to nieprawda i że zaraz ukamienują mnie wyznawcy Mafijki, bo DJ Paul i reszta byli pierwsi ze wszystkim: trapami, tripletami i w ogóle wynaleźli koło. ale od tego właśnie albumu według mnie był już tylko kroczek do Lexa Lugera, Waki i "Flockaveli", a stamtąd to już do wszystkiego co stworzyło krajobraz obecnej dekady. do tego wciąż całkiem dobrze się słucha tego materiału - albumu w jakiś tam pokrętny sposób rejestrującego ówczesne emocje Afroamerykanów straszonych gospodarczym kryzysem i wierzących, że Barack Obama przyjdzie i naklei na kuku plasterek z napisem "HOPE". i wszystko będzie dobrze
26 sie 2019, 22:23
Warszawiaku, nie pomyl imprez! prawdziwe WARSAW CHALLENEGE odbyło się już w lutym wait, ale czemu w ogóle piszę na peju o zagranicznym hip hopie o @[389234945016105:844:Warsaw Challenge 2019]? A NO WŁAŚNIE popełniłbym małe angry-stonoga-type-rant w tym miejscu, ale nie byłoby to w moim stylu, ale lekki żal wyrazić muszę. wiem, że gwoździem programu tych imprez jest bredgens czyli taniec na głowie, ale jako próżny konsument kultury zachodniej zapamiętałem przede wszystkim WC jako okazję by zobaczyć te koncerty zagranicznych wykonawców. i to za darmoszkę HEHE. a w tym roku takowych nie ma a trzeba przyznać, że miasto w organizowaniu fajnych koncertów ROBIŁO ROBOTĘ. przy ograniczonym budżecie i co by nie było truskulowym profilu wydarzenia, dało się zobaczyć te parę koncertów godnych odhaczenia. headlinerzy wcześniejszych edycji dziś mogą nie robić wrażenia nic a nic, bo Talib Kweli albo Dilated Peoples grali później we wschodniej Europie w każde dożynki, ale wtedy było WHOA. później takie strzały jak De La Soul, Blackmilk, Prhyme, czy - HELOŁ - jeden z najlepszych żyjących raperów Ghostface Killah (występ bardzo rozczarował, ale to inna historia)? albo tak zaskakujące (ale pozytywnie) wybory jak DMX, The Pharcyde, albo Devinek? im dłużej o tym myślę tym bardziej liczę, że jednak w ostatniej chwili wezmą i ogłoszą tego kogokolwiek z zagramanicy tak czy inaczej może pójdę, w sumie @[116486008423860:274:Emil Blef] i @[112075802185248:274:Ten Typ Mes] to dobry wybór dla kogoś kto nie słucha pl hh od 1410. but still APELUJĘ O OGARNIĘCIE TEMATU w przyszłości elo rap
Warszawiaku, nie pomyl imprez! prawdziwe WARSAW CHALLENEGE odbyło się już w lutym

wait, ale czemu w ogóle piszę na peju o zagranicznym hip hopie o Warsaw Challenge 2019? A NO WŁAŚNIE

popełniłbym małe angry-stonoga-type-rant w tym miejscu, ale nie byłoby to w moim stylu, ale lekki żal wyrazić muszę. wiem, że gwoździem programu tych imprez jest bredgens czyli taniec na głowie, ale jako próżny konsument kultury zachodniej zapamiętałem przede wszystkim WC jako okazję by zobaczyć te koncerty zagranicznych wykonawców. i to za darmoszkę HEHE. a w tym roku takowych nie ma

a trzeba przyznać, że miasto w organizowaniu fajnych koncertów ROBIŁO ROBOTĘ. przy ograniczonym budżecie i co by nie było truskulowym profilu wydarzenia, dało się zobaczyć te parę koncertów godnych odhaczenia. headlinerzy wcześniejszych edycji dziś mogą nie robić wrażenia nic a nic, bo Talib Kweli albo Dilated Peoples grali później we wschodniej Europie w każde dożynki, ale wtedy było WHOA. później takie strzały jak De La Soul, Blackmilk, Prhyme, czy - HELOŁ - jeden z najlepszych żyjących raperów Ghostface Killah (występ bardzo rozczarował, ale to inna historia)? albo tak zaskakujące (ale pozytywnie) wybory jak DMX, The Pharcyde, albo Devinek? im dłużej o tym myślę tym bardziej liczę, że jednak w ostatniej chwili wezmą i ogłoszą tego kogokolwiek z zagramanicy

tak czy inaczej może pójdę, w sumie Emil Blef i Ten Typ Mes to dobry wybór dla kogoś kto nie słucha pl hh od 1410. but still APELUJĘ O OGARNIĘCIE TEMATU w przyszłości

elo rap
28 sie 2019, 16:13
gdzieś pomiędzy kolejnymi moimi odsłuchami najlepszego do tej pory albumu @[21457593700:274:Rapsody], powodującym opad szczęki podsumowaniem dorobku @[11154087554:274:Missy Elliott] na VMA, a samym faktem umieszczenia w tegorocznym składzie Freshmenów XXL aż trzech ksywek rapujących pań w mojej głowie eskaluje już długo krążąca myśl, że nigdy kobiecy hip hop nie miał się tak dobrze jak ma się obecnie

what else? znakomite oceny krytyków dla ostatnich albumów @[114897295346030:274:Noname], @[2038256776406407:274:Tierra Whack] czy @[352531741797001:274:Megan Thee Stallion]. fakt, że odnajdziemy jakąś interesującą postać kobiecą w praktycznie każdym nurcie hip hopu, jaki tylko jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. wciąż dominujące jako supergwiazdy @[150024648352527:274:Nicki Minaj] i @[1584831215108516:274:Cardi B] mogą nie być dla każdego, ale wystarczy sobie odpalić takie "Motorsport" Migosów by usłyszeć jak te dwie potrafią rozdrobnić w pył gospodarzy charyzmą i tym jak DUŻO POSTARANIA SIĘ ma miejsce przy pisaniu linijek. chociaż przy każdej możliwej okazji umniejszam znaczeniu nagród Grammy, to coraz częstsze zwracanko uwagi na panie przy rapowych nominacjach musi być jakimś autentycznym znakiem czasu. jeżeli Akademia coś widzi, to to naprawdę MUSI SIĘ DZIAĆ

i to wszystko to po prostu piękna sytuacja, bo im więcej dziewczyn wchodzi ze śmiałością na scenę, bez kompleksów i oczekiwań na masę porównań do @[611430335551319:274:Ms. Lauryn Hill] albo bycia oskarżoną o bycie n-tym klonem @[32935921265:274:Lil Kim], tym lepiej dla kolorytu całej sceny

mówiąc o kolorycie: poniżej jeden z moich ulubionych klipów tego roku i zarazem jeden z ukochanych singli a.d. 2019. @[1430648807010572:274:Rico Nasty] jedzie ostatnio JAK TAK JAK WALEC i każdym kolejnym singlem albo featuringiem skutecznie podkręca hajp przed kolejnym longplejowym ruchem (btw sprawdźcie EP z Kenny Beatsem!), a @[384538594965626:274:Doja Cat]... to Doja Cat. od czasu genialnego prowo singla "moo" szanuję jak głupi. życzę jej dobrze i żeby trochę ogarniała z pisaniem niestosownych rzeczy w social mediach, gdyż CANCEL CULTURE to srogie oręże dzisiejszego społeczeństwa
Zaktualizowano 29 sie 2019, 19:29
29 sie 2019, 19:29
CRAZY FAN THEORY: nowy album @[46481584202:274:Common]a powstał tylko po to, żeby można było na nim zamieścić "Show Me That You Love" ten ponad siedmiominutowy EPIC JOINT o wystawianej na coraz to cięższe próby relacji z córką w jazz soulowym aranżu (@[167158704505:274:♥ Jill Scott ♥] included!) to coś co można uznać za taki commonowy standard, ale jednak wszystkie detale są tutaj podciągnięte i podkręcone na sto procent. czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. niestety jednocześnie czujemy, że cała reszta płyty jest czymś znacznie mniejszym - włącznie z chwalonym kiedyś przeze mnie "HER Love" poważnie: "Let Love" to po prostu obiecany kiedyś tam sequel, "Black America Again", ale z mniejszym ładunkiem politycznym i z identycznymi post-soulquarianowymi założeniami muzycznymi. KOMĄ mówi nam "heh, no to raczej będę już takie albumy z Rigginsem nagrywać do samej śmierci. FYI te kapcie co mam do chodzenia po domu są bardzo ciepłe i wygodne" no ale nie hejtuje, myślę że w pewnym momencie wręcz przystoi odnaleźć się w swojej artystycznej strefie komfortu. tym bardziej, że jesteś Commonem i naprawdę wiele osiągnąłeś włącznie z wybaitowaniem Oscara. tym bardziej, że ciągłe zapotrzebowanie sporej grupy słuchaczy na nawiązywanie do dziedzictwa Soulquarianów (najlepiej w wykonaniu samych Soulquarianów) ISTNIEJE. a jakby pomyśleć to nikt nie robi takich albumów. pomimo kilku funkcjonujących aktów neo-soul revivalu, nikt nie ma takiej wczutki jak legenda Chi Town. no i ten Kareem Riggins ze swym doświadczeniem na garach ma jednak parę pomysłów jak uczynić żywą perkusję w rapie interesującą, a nie tylko małpującą motywy znane z samplowanych breaków podsumowując: cieszę się i nie cieszę. ale z powodu samego "Show Me That You Love" jestem zadowolony z dzisiejszej premiery
CRAZY FAN THEORY: nowy album Commona powstał tylko po to, żeby można było na nim zamieścić "Show Me That You Love"

ten ponad siedmiominutowy EPIC JOINT o wystawianej na coraz to cięższe próby relacji z córką w jazz soulowym aranżu (♥ Jill Scott ♥ included!) to coś co można uznać za taki commonowy standard, ale jednak wszystkie detale są tutaj podciągnięte i podkręcone na sto procent. czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. niestety jednocześnie czujemy, że cała reszta płyty jest czymś znacznie mniejszym - włącznie z chwalonym kiedyś przeze mnie "HER Love"

poważnie: "Let Love" to po prostu obiecany kiedyś tam sequel, "Black America Again", ale z mniejszym ładunkiem politycznym i z identycznymi post-soulquarianowymi założeniami muzycznymi. KOMĄ mówi nam "heh, no to raczej będę już takie albumy z Rigginsem nagrywać do samej śmierci. FYI te kapcie co mam do chodzenia po domu są bardzo ciepłe i wygodne"

no ale nie hejtuje, myślę że w pewnym momencie wręcz przystoi odnaleźć się w swojej artystycznej strefie komfortu. tym bardziej, że jesteś Commonem i naprawdę wiele osiągnąłeś włącznie z wybaitowaniem Oscara. tym bardziej, że ciągłe zapotrzebowanie sporej grupy słuchaczy na nawiązywanie do dziedzictwa Soulquarianów (najlepiej w wykonaniu samych Soulquarianów) ISTNIEJE. a jakby pomyśleć to nikt nie robi takich albumów. pomimo kilku funkcjonujących aktów neo-soul revivalu, nikt nie ma takiej wczutki jak legenda Chi Town. no i ten Kareem Riggins ze swym doświadczeniem na garach ma jednak parę pomysłów jak uczynić żywą perkusję w rapie interesującą, a nie tylko małpującą motywy znane z samplowanych breaków

podsumowując: cieszę się i nie cieszę. ale z powodu samego "Show Me That You Love" jestem zadowolony z dzisiejszej premiery
30 sie 2019, 16:36
"Travis Scott: Look Mom I Can Fly". warto? czytałem kiedyś taką szeroko dostępną w polskich księgarniach nieautoryzowaną biografię Kate Bush. czytać jej nigdy nie skończyłem, ponieważ strasznie zmęczyło mnie FANBOJSKIE, bezkrytyczne podejście autorki do pisania o swojej ulubienicy. takie laurki potrafią męczyć i podobne awkward odczucia miałem momentami przy (tutaj autoryzowanym na 100%) seansie dokumentu od @[574340469443267:274:Netflix]a "Mamo, potrafię latać" przedstawia nam człowieka idealnego, artystę spełniającego swoje dziecinne marzenia, skromnego, pokornego gościa, wspaniałego family mana i bohatera w rodzinnym mieście. rapera zapraszającego do studia różnych artystów szanujących go tak jak on szanuje ich. tego który nie zostawia przeszłości w tyle. celebrytę nieprzerażonego wizualnie przytłaczającymi obrazami HORD FANÓW, którzy to wcale nie utrudniają mu życia, a wręcz spoko, jestem @[114308365327046:274:Travis Scott] i z każdym z was zbiję piątala. nawet jak gdzieś tam opiernicza ekipę realizatorów, to w kontekście rzeźbienia wizerunku perfekcjonisty totalnego. och i ach nie wykluczam, że Jacques Webster Jr jest po prostu chodzącym świętym, a jego życie to bajka INDEED. ale nawet bez pokazywania potencjalnych brudów dało się tutaj podsunąć nam więcej odpowiedzi na pytania: KIM JEST TRAVIS SCOTT? skąd czerpie inspiracje? czy napotkał jakieś przeszkody w dążeniu do szczytu? skąd się bierze ciemna strona jego osobowości, którą nieraz przedstawia w swoich piosenkach? pojawiający się na nagraniach fani mówią tylko o pozytywnym wpływie jego twórczości na ich życia, o inspiracji, yada yada, ale przecież jego muzyka to nie tylko pszczółki i ptaszki po co powstał tał ten film? głównie w celu mitologizowania albumu "Astroworld" jako "Thrillera" naszych czasów ALBO COŚ. w celu uchwycenia towarzyszących temu wydarzeń jako prime time'u jego kariery, tak jakby ktoś za dziesięć lat miał nam nie uwierzyć, że Travi$ był takim gwiazdorem jakim był. jest tu też ten pierwiastek romantyzowania tego modnego popkulturowego revealu o tym, że GWIAZDA RAPU to nowa GWIAZDA ROCKA, ale kaman, już to wszyscy wiemy. btw wiecie co pomogłoby tej produkcji? jeszcze więcej montaży ze stage divingiem! w sumie super by było jakbyśmy zamiast tego filmu dostali pełny zapis występu na Astrowold Festival, bo to dostajemy na urywkach naprawdę URYWA DUPSKO. tu trzeba przyznać - utwierdzanie nas w i tak powszechnym już przekonaniu, że gościu jest królem rapowych koncertów wyszło całkiem nieźle prawie zapomniałem napisać czy warto. jeśli jesteście najbardziej szalonymi fanami artysty: a można jak najbardziej, jeszcze jak. jeśli nie to darujcie sobie te 1,5h i korzystajcie z takiego wciąż ciepłego i pięknego lata żartuję, niech ono się już skończy PLS
"Travis Scott: Look Mom I Can Fly". warto?

czytałem kiedyś taką szeroko dostępną w polskich księgarniach nieautoryzowaną biografię Kate Bush. czytać jej nigdy nie skończyłem, ponieważ strasznie zmęczyło mnie FANBOJSKIE, bezkrytyczne podejście autorki do pisania o swojej ulubienicy. takie laurki potrafią męczyć i podobne awkward odczucia miałem momentami przy (tutaj autoryzowanym na 100%) seansie dokumentu od Netflixa

"Mamo, potrafię latać" przedstawia nam człowieka idealnego, artystę spełniającego swoje dziecinne marzenia, skromnego, pokornego gościa, wspaniałego family mana i bohatera w rodzinnym mieście. rapera zapraszającego do studia różnych artystów szanujących go tak jak on szanuje ich. tego który nie zostawia przeszłości w tyle. celebrytę nieprzerażonego wizualnie przytłaczającymi obrazami HORD FANÓW, którzy to wcale nie utrudniają mu życia, a wręcz spoko, jestem Travis Scott i z każdym z was zbiję piątala. nawet jak gdzieś tam opiernicza ekipę realizatorów, to w kontekście rzeźbienia wizerunku perfekcjonisty totalnego. och i ach

nie wykluczam, że Jacques Webster Jr jest po prostu chodzącym świętym, a jego życie to bajka INDEED. ale nawet bez pokazywania potencjalnych brudów dało się tutaj podsunąć nam więcej odpowiedzi na pytania: KIM JEST TRAVIS SCOTT? skąd czerpie inspiracje? czy napotkał jakieś przeszkody w dążeniu do szczytu? skąd się bierze ciemna strona jego osobowości, którą nieraz przedstawia w swoich piosenkach? pojawiający się na nagraniach fani mówią tylko o pozytywnym wpływie jego twórczości na ich życia, o inspiracji, yada yada, ale przecież jego muzyka to nie tylko pszczółki i ptaszki

po co powstał tał ten film? głównie w celu mitologizowania albumu "Astroworld" jako "Thrillera" naszych czasów ALBO COŚ. w celu uchwycenia towarzyszących temu wydarzeń jako prime time'u jego kariery, tak jakby ktoś za dziesięć lat miał nam nie uwierzyć, że Travi$ był takim gwiazdorem jakim był. jest tu też ten pierwiastek romantyzowania tego modnego popkulturowego revealu o tym, że GWIAZDA RAPU to nowa GWIAZDA ROCKA, ale kaman, już to wszyscy wiemy. btw wiecie co pomogłoby tej produkcji? jeszcze więcej montaży ze stage divingiem!

w sumie super by było jakbyśmy zamiast tego filmu dostali pełny zapis występu na Astrowold Festival, bo to dostajemy na urywkach naprawdę URYWA DUPSKO. tu trzeba przyznać - utwierdzanie nas w i tak powszechnym już przekonaniu, że gościu jest królem rapowych koncertów wyszło całkiem nieźle

prawie zapomniałem napisać czy warto. jeśli jesteście najbardziej szalonymi fanami artysty: a można jak najbardziej, jeszcze jak. jeśli nie to darujcie sobie te 1,5h i korzystajcie z takiego wciąż ciepłego i pięknego lata

żartuję, niech ono się już skończy PLS
31 sie 2019, 19:07
bardzo zacny tekst o "In My Lifetime, Vol. 1" Jaya Z w ramach sunday reviews na Widełkach

jak przystało na te lepsze materiały z cyklu, opracowano tutaj interesujący wgląd w kulisy i przyczyny takiego, a nie innego kierunku muzycznego SOFOMORU Hovy - także przez pozornie nieznaczące detale z życia Pana Cartera. zawsze mnie ten album fascynował jako ten epizod instant przejęcia pałeczki po dopiero co zmarłym Notoriousie. a także jako ten, który zawiera jednocześnie parę imo najlepszych jak i najgorszych piosenek w jego karierze

zatem nie zabrakło ciepłych inaczej słów w stosunku do “I Know What Girls Like” jak i specjalnej pochwały dla "Where I'm From"

SWOJĄ DROGĄ ptaszki ćwierkają, że nowy projekt w drodze i po raz kolejny będzie to album-platforma do rozliczania się z pewnę medialną DRAMĄ. to chyba miła informacja, i guess?
Zaktualizowano 1 wrz 2019, 19:34
1 wrz 2019, 19:34
nie wiem o czym dziś napisać to chociaż wrzucę co miała do powiedzenia @[249886838517050:274:FKA twigs] (wokalistka, producentka, modelka, tancerka, nadkobieta, nowy album już niedługo) o współpracy z pewnym raperem co przyszłość ma nieprzypadkowo wyrytą w swym artystycznym pseudonimie: “I wasn’t sure whether he would even know who I am. I was like, ‘Hi, it’s Twigs. Let me know if you wanna talk about music or anything.’ He He texted back right away and I was like [throws her phone onto the sofa], ‘Oh my god, he’s just messaged me back!’ He’s such a sweetheart. I sent him the album and I called him up and was like, ‘Listen, Future… this is what my album’s about. It’s a really empowering, sensitive record, with a lot of feminine energy, and this song is probably the most fun track on it, but I still need lyrical content.’ And he said, ‘Okay, I’ve got it’. And his verse is beautiful. He’s just talking about his downfalls as a man; how he’s sorry and asking for healing. I love sad Future. I love when he gets emo, when he expresses himself.” awwwww 🖤🖤🖤
nie wiem o czym dziś napisać to chociaż wrzucę co miała do powiedzenia FKA twigs (wokalistka, producentka, modelka, tancerka, nadkobieta, nowy album już niedługo) o współpracy z pewnym raperem co przyszłość ma nieprzypadkowo wyrytą w swym artystycznym pseudonimie:

“I wasn’t sure whether he would even know who I am. I was like, ‘Hi, it’s Twigs. Let me know if you wanna talk about music or anything.’ He He texted back right away and I was like [throws her phone onto the sofa], ‘Oh my god, he’s just messaged me back!’ He’s such a sweetheart. I sent him the album and I called him up and was like, ‘Listen, Future… this is what my album’s about. It’s a really empowering, sensitive record, with a lot of feminine energy, and this song is probably the most fun track on it, but I still need lyrical content.’ And he said, ‘Okay, I’ve got it’. And his verse is beautiful. He’s just talking about his downfalls as a man; how he’s sorry and asking for healing. I love sad Future. I love when he gets emo, when he expresses himself.”

awwwww 🖤🖤🖤
4 wrz 2019, 16:21
wchodzimy i klikamy PRE-SAVE

nowy @[129712633771971:274:Danny Brown] już czwartego października zagości w naszych głośnikach, tydzień po zapowiedzianej również niedawno świeżej dawce Kanyego Westa

dodajmy do tego teasowane mocno nowe nagrania od @[665814993476244:274:Run The Jewels], @[1490116171213474:274:Vince Staples], @[134932173636292:274:Playboi Carti], weźmy też poprawkę na potencjalne FAJNE RZECZY wyskakujące nam znikąd i otrzymujemy potężnie obiecującą końcówkę 2019 roku

a gdzieś tam w WIRTUALNYM BRUDNOPISIE rodzi się epickie podsumowanko dekady, która nie ma chyba w języku polskim powszechnie przyjętej nazwy ("lata dziesiąte" brzmi jakoś tak meh). kurka, jak sporo się jeszcze może tam zmienić

S P O R O
Zaktualizowano 4 wrz 2019, 20:11
4 wrz 2019, 20:11
jeśli ktoś się zastanawiał (np ja) nad tym czy @[271577592877253:274:Q-Tip] to na pewno odpowiednia producencka partia dla naszego ukochanego schizofrenika, to THERE YOU GO, macie, słuchajcie, nie zastanawiajcie się dłużej @[129712633771971:274:Danny Brown] z historyjką typu "co do piekła jest nie w porządku z tobą człowieku" i z bitem typu "nikt inny nigdy przenigdy by pod to nie nawinął, człowieku" THAT'S SICK AND I LOVE IT
jeśli ktoś się zastanawiał (np ja) nad tym czy Q-Tip to na pewno odpowiednia producencka partia dla naszego ukochanego schizofrenika, to THERE YOU GO, macie, słuchajcie, nie zastanawiajcie się dłużej

Danny Brown z historyjką typu "co do piekła jest nie w porządku z tobą człowieku" i z bitem typu "nikt inny nigdy przenigdy by pod to nie nawinął, człowieku"

THAT'S SICK AND I LOVE IT
5 wrz 2019, 22:02
no to hop, wskakujemy na bandwagon pana IDK, bo chyba warto w magiczny sposób omijał mnie fakt istnienia i funkcjonowania tego człowieka na rapowej scenie - i wiem, że nie jedyny doznałem w tym tygodniu oświecenia, no bo TY i TY i TY mieliście podobnie przyznam, że dużo frajdy dostarcza słuchanie jego zwrotek - choć może nie aż tyle ile dostarczała mi lektura komentarzy sfrustrowanych fanów Toola pod wczorajszą recenzją na Pitchforku. Jay IDK to trochę niedzisiejszy raperzyna, kłania się szkoła wczesnego Kanyego Westa oraz całej tej pierwszej fali raperów bezpośrednio zainspirowanych koledżowym Westem. w pakiecie ze zbliżonym głosem, akcentowaniem, humorem dostajemy wizerunek takiego prostolinijnego SMARTASSA łopatologicznie rozbierającego rzeczywistość na czynniki pierwsze. i chciałbym tu przytoczyć jakieś cytaty, ale trudno byłoby je wyrwać ze świadomie konstruowanych kontekstów. bo ma chłopak talent do wynajdywania ciekawych pomysłów na kawałki - ostatecznie łączących się w powracający parokrotnie motyw powątpiewania w istnienie kogoś tam na górze (SZAH MAT WIEŻONCY) jeśli miałbym z czymś problem na "Is He Real?" to z samymi podkładami. to znaczy są w porządku, słuchać jak korzystają po trochu z tego z tamtego co było popularne w przeciągu tejże dekady, no ale tak jakby nie wyszło ze zbudowaniem SOUNDU równie charakternego co sam emcee. wiecie, żadnej piosenki nie odpaliłbym ponownie tylko dlatego, że miała KOZACKI BICIK. dodajmy do tego przyciągające do inicjalnego zapoznania się - a co do czego zupełnie zbędne -featuringi na trackliście i wychodzi na to, że IDK sam w sobie jest zasadniczym atutem tego materiału. w sumie to zajebista sprawa IF YOU THINK ABOUT IT ps "Julia . . ." co za numer. jeszcze ta rozkmina z kolorami na samym końcu, ile ja razy miałem w głowie to samo xD
no to hop, wskakujemy na bandwagon pana IDK, bo chyba warto

w magiczny sposób omijał mnie fakt istnienia i funkcjonowania tego człowieka na rapowej scenie - i wiem, że nie jedyny doznałem w tym tygodniu oświecenia, no bo TY i TY i TY mieliście podobnie

przyznam, że dużo frajdy dostarcza słuchanie jego zwrotek - choć może nie aż tyle ile dostarczała mi lektura komentarzy sfrustrowanych fanów Toola pod wczorajszą recenzją na Pitchforku. Jay IDK to trochę niedzisiejszy raperzyna, kłania się szkoła wczesnego Kanyego Westa oraz całej tej pierwszej fali raperów bezpośrednio zainspirowanych koledżowym Westem. w pakiecie ze zbliżonym głosem, akcentowaniem, humorem dostajemy wizerunek takiego prostolinijnego SMARTASSA łopatologicznie rozbierającego rzeczywistość na czynniki pierwsze. i chciałbym tu przytoczyć jakieś cytaty, ale trudno byłoby je wyrwać ze świadomie konstruowanych kontekstów. bo ma chłopak talent do wynajdywania ciekawych pomysłów na kawałki - ostatecznie łączących się w powracający parokrotnie motyw powątpiewania w istnienie kogoś tam na górze (SZAH MAT WIEŻONCY)

jeśli miałbym z czymś problem na "Is He Real?" to z samymi podkładami. to znaczy są w porządku, słuchać jak korzystają po trochu z tego z tamtego co było popularne w przeciągu tejże dekady, no ale tak jakby nie wyszło ze zbudowaniem SOUNDU równie charakternego co sam emcee. wiecie, żadnej piosenki nie odpaliłbym ponownie tylko dlatego, że miała KOZACKI BICIK. dodajmy do tego przyciągające do inicjalnego zapoznania się - a co do czego zupełnie zbędne -featuringi na trackliście i wychodzi na to, że IDK sam w sobie jest zasadniczym atutem tego materiału. w sumie to zajebista sprawa IF YOU THINK ABOUT IT

ps "Julia . . ." co za numer. jeszcze ta rozkmina z kolorami na samym końcu, ile ja razy miałem w głowie to samo xD
6 wrz 2019, 16:52
"What's in the portfolio? Sicker than polio Shit so personal, my mom can't listen to Oh so original, nigga's extra-crispy Bars so Bukowski, Soda Popinski" będzie w tym miesiącu powracał temat Danny'ego kilkukrotnie, tak mocno czekam na nowy album - przy okazji odświeżając i dokonując rekonstrukcji mojej opinii na temat tych poprzednich czuję, że nigdy w pełni nie doceniałem BREAKTHROUGH rapera, jakim było "XXX" z 2011 roku. owszem, dzięki tej płycie (i kilku featuringom) polubiłem wariata, w związku z tym w przeddzień premiery "Old" moje ciało było gotowe i czekałem na nowy wykaz instrukcji dotyczących autodestrukcji własnego żyćka. to właśnie "Old" i wydane trzy lata potem "Atrocity Exhibiton" raczej powszechnie uznano artystyczny krok do przodu, NO I SPOKO ale jednak były to płyty gościa, który stał się świadomy bycia CRITICALLY ACCLAIMED i sytuacja ta wyraźnie napełniała go dumą (jeszcze pamiętam, jak w jednym z wywiadów flexował się dziewiątką u "white nigga with glasses", SRSLY). zmierzam do tego, że charakter tych późniejszych płyt był w jakimś stopniu ukształtowany misją prężenia artystycznych muskułów przed krytyką, bo po tych wszystkich propsach wypadałoby nie krytykuje absolutnie takiego podejścia, jestem snobem co twierdzi, że każdy artysta powinien słuchać recenzentów, a nie szarego słuchacza, czekam na dramę xD, MY POINT IS, "XXX" było jedyną tak szczerą ekspresją Browna, na której dostajemy najmniej zmąconą projekcję osobowości typa wychowanego na ulicach najbardziej upadłego miasta Stanów Zjednoczonych. wszystko co tutaj mówi Danny, co opisuje, liczba DICK JOKE'ÓW tutaj padających, nic tutaj nie miało zaskarbić zaufania jakiejkolwiek grupy słuchaczy, bo chyba odpowiednia grupa docelowa jeszcze nie zaistniała. on sam ją stworzył nawet te pozornie paździerzowe podkłady, jakby złożone z czegokolwiek co było pod ręką, ale jednak doskonale komplementujące (nie wiem czy to dobre słowo) historie rapera o nim i innych ludzi pozbawionych cienia nadziei na lepsze jutro. ten sam Danny był potem w stanie wyjebać całe swoje oszczędności na wyczyszczenie nietanich sampli, nasłuchał się EDM-ów, post-punków i im podobnych, BUT STILL te szkielety z "XXX" potrafią jednak skuteczniej mrozić krew w żyłach podsumowując, jeśli macie jakiś ulubiony album Danny'ego w tej dekadzie, to i tak macie rację, WSZYSTKIE SĄ SUPER, no i następny przecież w drodze. ale "XXX" to wy szanujcie "We about to drink some PBR No bottles at the club, nigga, we at the bar UK niggas up in the pubs, they watching them soccer games We drunk as fuck, nigga, we bumping Waka Flame POW POW POW POW"
"What's in the portfolio? Sicker than polio
Shit so personal, my mom can't listen to
Oh so original, nigga's extra-crispy
Bars so Bukowski, Soda Popinski"

będzie w tym miesiącu powracał temat Danny'ego kilkukrotnie, tak mocno czekam na nowy album - przy okazji odświeżając i dokonując rekonstrukcji mojej opinii na temat tych poprzednich

czuję, że nigdy w pełni nie doceniałem BREAKTHROUGH rapera, jakim było "XXX" z 2011 roku. owszem, dzięki tej płycie (i kilku featuringom) polubiłem wariata, w związku z tym w przeddzień premiery "Old" moje ciało było gotowe i czekałem na nowy wykaz instrukcji dotyczących autodestrukcji własnego żyćka. to właśnie "Old" i wydane trzy lata potem "Atrocity Exhibiton" raczej powszechnie uznano artystyczny krok do przodu, NO I SPOKO

ale jednak były to płyty gościa, który stał się świadomy bycia CRITICALLY ACCLAIMED i sytuacja ta wyraźnie napełniała go dumą (jeszcze pamiętam, jak w jednym z wywiadów flexował się dziewiątką u "white nigga with glasses", SRSLY). zmierzam do tego, że charakter tych późniejszych płyt był w jakimś stopniu ukształtowany misją prężenia artystycznych muskułów przed krytyką, bo po tych wszystkich propsach wypadałoby

nie krytykuje absolutnie takiego podejścia, jestem snobem co twierdzi, że każdy artysta powinien słuchać recenzentów, a nie szarego słuchacza, czekam na dramę xD, MY POINT IS, "XXX" było jedyną tak szczerą ekspresją Browna, na której dostajemy najmniej zmąconą projekcję osobowości typa wychowanego na ulicach najbardziej upadłego miasta Stanów Zjednoczonych. wszystko co tutaj mówi Danny, co opisuje, liczba DICK JOKE'ÓW tutaj padających, nic tutaj nie miało zaskarbić zaufania jakiejkolwiek grupy słuchaczy, bo chyba odpowiednia grupa docelowa jeszcze nie zaistniała. on sam ją stworzył

nawet te pozornie paździerzowe podkłady, jakby złożone z czegokolwiek co było pod ręką, ale jednak doskonale komplementujące (nie wiem czy to dobre słowo) historie rapera o nim i innych ludzi pozbawionych cienia nadziei na lepsze jutro. ten sam Danny był potem w stanie wyjebać całe swoje oszczędności na wyczyszczenie nietanich sampli, nasłuchał się EDM-ów, post-punków i im podobnych, BUT STILL te szkielety z "XXX" potrafią jednak skuteczniej mrozić krew w żyłach

podsumowując, jeśli macie jakiś ulubiony album Danny'ego w tej dekadzie, to i tak macie rację, WSZYSTKIE SĄ SUPER, no i następny przecież w drodze. ale "XXX" to wy szanujcie

"We about to drink some PBR
No bottles at the club, nigga, we at the bar
UK niggas up in the pubs, they watching them soccer games
We drunk as fuck, nigga, we bumping Waka Flame
POW POW POW POW"
8 wrz 2019, 11:35
@[282106645148368:274:Future] dostarczył niemal tak jak Efka obiecywała

"Don't know there's God on you just to fall asleep there
Pray for my sins, make me stronger where I'm weaker
We die, we die together, the prophecy complete, yeah
We gettin' high, we touch the sky until we deceased, yeah"
😿😿😿

wgl co za team producencki: Sounwave, Jack "jestem teraz wszędzie" Antonoff, Noah Goldstein, Skrillex, Kenny Beats i sama @[249886838517050:274:FKA twigs]. czy utwór brzmi jak matematyczna suma talentów wszystkich zgromadzonych? nie skądże, nigdy tak się nie dzieje, skąd takie pytanie durne. ale wrażenie robi, spróbuj to przebić Kanye na swoim nowym albumie
Zaktualizowano 9 wrz 2019, 22:35
9 wrz 2019, 22:35
w zeszłym tygodniu premierę miał trzynasty solowy album @[132123490805:274:Ghostface Killah], jutro oficjalnie ma wjechać na serwisy streamingowe. niestety, znaki na niebie (mam tu na myśli single i towarzyszące im klipy konstruujące chyba najbardziej niezręczne heist movie w historii) sugerują niszczycielską moc numeru 13 i będę chyba czuł się zmuszony do NIESPRAWDZENIA co tam autor mojej ulubionej dyskografii tym razem przygotował. mogę się mylić i mieć z dupy uprzedzenie, więc jeśli ktoś posłucha i ma argumenty by mnie zachęcić to bardzo proszę. tymczasem przejdźmy do głównego tematu , czyli KIEDYŚ TO BYŁO o "Supreme Clientele" i jego niedocenianym wpływie na kulturę powiedziano już chyba wszystko, ale niekoniecznie o tych błyskotliwych momentach składających się na geniusz drugiego albumu Tony'ego Starksa. dla mnie najbardziej ekscytującymi i polaryzującymi minutami tego nagrania niewątpliwie są te dwie zagospodarowane pod "Stroke of Death" UDERZENIE ŚMIERCI to totalna kondensacja abstrakcyjnej przewózki Ghosta (plus Solomona i Rizzy, nie zapominajmy), bez której za nic w świecie nie wykrystalizowałby się choćby Kanye - w formie za którą go kochamy i nienawidzimy. no ale nie ma też co ukrywać - główną przyczyną, dla której piosenka kładzie nas NA JEDNEGO STRZAŁA jest podkład. to jest RZA w swoim szczytowym trybie działania - zupełnie anarchistyczny w podejściu do reguł gry, wyznaczający granice tego co jest dopuszczalne, a co nie, ale też wracający do własnych korzeni. bo przypomnę, że jeszcze za czasów "36 Komnat" odnosił się do siebie bardziej jak do DJ'a podmieniającego loopy na deckach, niż faktycznego producenta najlepszej rapowej płyty wszech czasów (hyhy) oczywiście możecie mi powiedzieć, że co ty jarasz się typem który dziewiętnaście lat temu przesuwał co sekundę winyl i nawet nie wyciął odgłosu scratcha. dla mnie jest to absolutnie COLD ASS, rapowa hardkor-surówka jak seler z porem bez nawet śladowej ilości śmietany. do dziś istotna część tej powiedzmy bardziej indie sceny hiphopowej mierzy się z dylematem jak osiągnąć ten brudny, odpychający muzyczny suplement do swoich maksymalistycznych w swym minimalizmie wersów (deep shit, i know). tak, do dziś powstają niesamowite rzeczy (choćby albumy Earla i VInce'a z tych bardziej rezonujących), ale hej, pewne rzeczy jednak zdążyły już osiągnąć absolut zresztą sam Chris Rock powiedział: "Stroke Of Death is so gangster it makes you wanna stab your baby sitter". a jak Chris coś powie, to wiecie. jeśli jeszcze nie słuchaliście to schowajcie wpierw ostre przedmioty w trudno dostępnym miejscu na zdjęciu kaseciakowe wydanie "SC", zrobleno v Ukrayini, bez powodu. chociaż... to "RAP STYLE" w rogu jest tak ZŁODUPNE, że koresponduje jednak z motywem przewodnim wpisu
w zeszłym tygodniu premierę miał trzynasty solowy album Ghostface Killah, jutro oficjalnie ma wjechać na serwisy streamingowe. niestety, znaki na niebie (mam tu na myśli single i towarzyszące im klipy konstruujące chyba najbardziej niezręczne heist movie w historii) sugerują niszczycielską moc numeru 13 i będę chyba czuł się zmuszony do NIESPRAWDZENIA co tam autor mojej ulubionej dyskografii tym razem przygotował.

mogę się mylić i mieć z dupy uprzedzenie, więc jeśli ktoś posłucha i ma argumenty by mnie zachęcić to bardzo proszę. tymczasem przejdźmy do głównego tematu , czyli KIEDYŚ TO BYŁO

o "Supreme Clientele" i jego niedocenianym wpływie na kulturę powiedziano już chyba wszystko, ale niekoniecznie o tych błyskotliwych momentach składających się na geniusz drugiego albumu Tony'ego Starksa. dla mnie najbardziej ekscytującymi i polaryzującymi minutami tego nagrania niewątpliwie są te dwie zagospodarowane pod "Stroke of Death"

UDERZENIE ŚMIERCI to totalna kondensacja abstrakcyjnej przewózki Ghosta (plus Solomona i Rizzy, nie zapominajmy), bez której za nic w świecie nie wykrystalizowałby się choćby Kanye - w formie za którą go kochamy i nienawidzimy. no ale nie ma też co ukrywać - główną przyczyną, dla której piosenka kładzie nas NA JEDNEGO STRZAŁA jest podkład. to jest RZA w swoim szczytowym trybie działania - zupełnie anarchistyczny w podejściu do reguł gry, wyznaczający granice tego co jest dopuszczalne, a co nie, ale też wracający do własnych korzeni. bo przypomnę, że jeszcze za czasów "36 Komnat" odnosił się do siebie bardziej jak do DJ'a podmieniającego loopy na deckach, niż faktycznego producenta najlepszej rapowej płyty wszech czasów (hyhy)

oczywiście możecie mi powiedzieć, że co ty jarasz się typem który dziewiętnaście lat temu przesuwał co sekundę winyl i nawet nie wyciął odgłosu scratcha. dla mnie jest to absolutnie COLD ASS, rapowa hardkor-surówka jak seler z porem bez nawet śladowej ilości śmietany. do dziś istotna część tej powiedzmy bardziej indie sceny hiphopowej mierzy się z dylematem jak osiągnąć ten brudny, odpychający muzyczny suplement do swoich maksymalistycznych w swym minimalizmie wersów (deep shit, i know). tak, do dziś powstają niesamowite rzeczy (choćby albumy Earla i VInce'a z tych bardziej rezonujących), ale hej, pewne rzeczy jednak zdążyły już osiągnąć absolut

zresztą sam Chris Rock powiedział: "Stroke Of Death is so gangster it makes you wanna stab your baby sitter". a jak Chris coś powie, to wiecie. jeśli jeszcze nie słuchaliście to schowajcie wpierw ostre przedmioty w trudno dostępnym miejscu

na zdjęciu kaseciakowe wydanie "SC", zrobleno v Ukrayini, bez powodu. chociaż... to "RAP STYLE" w rogu jest tak ZŁODUPNE, że koresponduje jednak z motywem przewodnim wpisu
12 wrz 2019, 18:58
nigdy jakoś wcześniej nie kupowałem @[434965786940869:274:Jpegmafia] pomimo kilku podejść do zeszłorocznego "Veteran" nie mogłem przełamać lodów z kreacją artystyczną gościa tworzącego muzykę skierowaną wyraźnie do osób, które spędzają zbyt dużo czasu w internecie scrollując Fejsika, śledząc hiphopowe vlogi na YouTube'e, lubiących posłuchać sobie Death Grips, a generalnie warto słuchać tylko tego, co ma na RYM średnią powyżej 3.ileśtam albo kiedy Fantano dał co najmniej LIGHT TO DECENT 6. album dla rapowych nerdów czujących się pełnoprawnymi obywatelami post-ironicznego świata ok, po części to tak jakbym siebie opisał, no ale lubię jednak żyć w świadomości, że artysta tworzy coś choćby w niewielkim stopniu wykraczającego poza naznaczony target, bardziej od siebie dla siebie. Peggy sprawiał dla mnie wrażenie muzyka udziwniającego swoje piosenki, BO TAK i nic ponadto, na dodatek raczej w sposób nie wymagający jakiegoś poważnego wysiłku chyba trochę rozumiem, czemu świeże "All My Heroes Are Cornballs" podoba mi się trochę już bardziej. to produkcja, na której wspomniany wysiłek zaczyna eskalować i choćby podkłądy tutaj zawarte nabierają tekstury, charakteru, wybijają się ponad EFFORTLESS "plumkanie". jako raper, postanowił jeszcze bardziej drążyć w skale swój wizerunek autoironicznego meta-rapera, wchodzącego na kolejne stopnie świadomości swojego nerdcore'owego ja. przerywniki zatytułowane "... TYPE BEAT", obrazy samego siebie vape'ującego będąc przytulonym do swojej dakimakury, albo "Beta Male Strategies" w całej swej okazałości. jakby scrollowanie walla na Facebooku (na którym 90% zawartości to shitposty i lifehacki DIY jak zrobić granat odłamkowy z brokatu, gorącego kleju i gówna) miało swój dźwięk, to byłby on właśnie taki. to już zaszło tak daleko, że chyba zaczynam być na tak ps szkoda, że ten cover TLC taki nie do końca rozbudowany. gdyby tak zrobić wersję rozszerzoną mielibyśmy DRUGI najlepszy WYKON "No Scrubs" w tym roku
nigdy jakoś wcześniej nie kupowałem Jpegmafia

pomimo kilku podejść do zeszłorocznego "Veteran" nie mogłem przełamać lodów z kreacją artystyczną gościa tworzącego muzykę skierowaną wyraźnie do osób, które spędzają zbyt dużo czasu w internecie scrollując Fejsika, śledząc hiphopowe vlogi na YouTube'e, lubiących posłuchać sobie Death Grips, a generalnie warto słuchać tylko tego, co ma na RYM średnią powyżej 3.ileśtam albo kiedy Fantano dał co najmniej LIGHT TO DECENT 6. album dla rapowych nerdów czujących się pełnoprawnymi obywatelami post-ironicznego świata

ok, po części to tak jakbym siebie opisał, no ale lubię jednak żyć w świadomości, że artysta tworzy coś choćby w niewielkim stopniu wykraczającego poza naznaczony target, bardziej od siebie dla siebie. Peggy sprawiał dla mnie wrażenie muzyka udziwniającego swoje piosenki, BO TAK i nic ponadto, na dodatek raczej w sposób nie wymagający jakiegoś poważnego wysiłku

chyba trochę rozumiem, czemu świeże "All My Heroes Are Cornballs" podoba mi się trochę już bardziej. to produkcja, na której wspomniany wysiłek zaczyna eskalować i choćby podkłądy tutaj zawarte nabierają tekstury, charakteru, wybijają się ponad EFFORTLESS "plumkanie". jako raper, postanowił jeszcze bardziej drążyć w skale swój wizerunek autoironicznego meta-rapera, wchodzącego na kolejne stopnie świadomości swojego nerdcore'owego ja. przerywniki zatytułowane "... TYPE BEAT", obrazy samego siebie vape'ującego będąc przytulonym do swojej dakimakury, albo "Beta Male Strategies" w całej swej okazałości. jakby scrollowanie walla na Facebooku (na którym 90% zawartości to shitposty i lifehacki DIY jak zrobić granat odłamkowy z brokatu, gorącego kleju i gówna) miało swój dźwięk, to byłby on właśnie taki. to już zaszło tak daleko, że chyba zaczynam być na tak

ps szkoda, że ten cover TLC taki nie do końca rozbudowany. gdyby tak zrobić wersję rozszerzoną mielibyśmy DRUGI najlepszy WYKON "No Scrubs" w tym roku
13 wrz 2019, 17:26
wspólny album Big Boia ze Sleepym Brownem, prawdopodobnie w pełni wyprodukowany przez Organized Noize? jasne, czemu nie. ale daje mi do myślenia - zapowiedź którą obecnie przyjmuję ze stoickim dystansem, jakieś dziesięć lat temu spędzałoby mi sen z powiek do dnia premiery. tak bardzo bym czekał, JAK GŁUPI JAKIŚ

moja zmiana nastroju nie bierze się z powietrza, ani z fali mumble rapu przeżerającego mój muzyczny gust. od dwóch albumów (albo trzech jakby doliczyć to coś z Phantogramem) Pan Lucjusz dostarcza tak, że albo gra niepokojąco bezpiecznie, albo daje się regularnie przerastać swoim pomysłom, do których nie ma już takiej SMYKAŁKI jak za czasów OutKastu

"Intentions" to taki właśnie easy listening track na bardzo generycznym synth-funkowym bicie, wszystko niby gra, MIŁO JEST PRZECIEŻ. ale jednak Dungeon Family za świetności miało jednak ten swój kodeks, wedle którego czerpali estetykę z Księciów, Clintonów i przetwarzali na swój kompletnie odpałowy, futurystyczny dla własnych czasów sposób. i mówię tu również o wszystkich autorskich projektach Sleep'yego Browna. jeśli "Big Sleepover" miałoby czymś zostać uratowane to może jakimiś piosenkami, których zalążki zrodziły się w głowach PODZIEMNEJ FAMILII jeszcze w poprzedniej dekadzie? i co to w ogóle za anty-kreatywny tytuł albumu?

może za bardzo jestem surowy w stosunku do artystów, którzy SWOJE JUŻ ZROBILI, ale magia OutKastu zawsze była dla mnie czymś constant. i tak długo jak Andrzej Trzy Patyki rzuca gdzieś znienacka featuring, a ja wtedy klikam "play" jak szalony, to wciąż I WANT TO BELIEVE
Zaktualizowano 15 wrz 2019, 15:20
15 wrz 2019, 15:20
#diggininyoutube

bez głębszych przemyśleń dzisiaj. za każdym cholernym razem mam lepszy humor w trybie instant jak przypominam sobie, że TO zaistniało
Zaktualizowano 16 wrz 2019, 22:27
16 wrz 2019, 22:27
jeszcze nie wyczyściłem brudu naniesionego do mojego mieszkania przez poprzedni singiel Danny'ego Browna, a już zaserwowano nam kolejny, który jest... najładniejszą piosenką Daniela ever? z grzecznym, cieplutkim od soulfulowej roboty Q-Tipa podkładem, autobiograficznymi zwrotkami i pozytywnie jak tylko się da wybrzmiewającym refrenem? póki co rysuje się nam obrazek płyty wykręcającej stylistyczną sto osiemdziesiątkę w stosunku do ostatnich nagrań. ale kto tam wie - jeszcze nie doświadczyliśmy udziału Jpegmafii, ani innych artystów, którzy mają nas zaszczycić obecnością i mogliby zapewnić jakiś artystyczny PLOT TWIST. może to tylko zmyła i "Best Life" będzie łyżką miodu w beczce dziegciu? a może nie? gunwo wiemy i to jest piękne
jeszcze nie wyczyściłem brudu naniesionego do mojego mieszkania przez poprzedni singiel Danny'ego Browna, a już zaserwowano nam kolejny, który jest... najładniejszą piosenką Daniela ever? z grzecznym, cieplutkim od soulfulowej roboty Q-Tipa podkładem, autobiograficznymi zwrotkami i pozytywnie jak tylko się da wybrzmiewającym refrenem?

póki co rysuje się nam obrazek płyty wykręcającej stylistyczną sto osiemdziesiątkę w stosunku do ostatnich nagrań. ale kto tam wie - jeszcze nie doświadczyliśmy udziału Jpegmafii, ani innych artystów, którzy mają nas zaszczycić obecnością i mogliby zapewnić jakiś artystyczny PLOT TWIST. może to tylko zmyła i "Best Life" będzie łyżką miodu w beczce dziegciu? a może nie?

gunwo wiemy i to jest piękne
18 wrz 2019, 16:52
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
jakieś ciekawe premiery jutro wgl?
19 wrz 2019, 21:51
oto ja - pan maruda, niszczyciel nostalgicznej postawy, pogromca uśmiechów fanatyków starej szkoły - siedzę sobie i czuję fale komfortu przepływające przeze mnie po odsłuchaniu pierwszego od 16 lat singla @[281534522055779:274:Gang Starr] to taki miły powrót po domu, chociaż żaden album Guru i DJ'a Premiera nigdy nie miał dla mnie AŻ takiej mocy, bym nazywał go swoim domem. ani też nigdy tak długo nie byłem poza domem by szczerze posługiwać się metaforą powracania do niego. więc zostawmy to już Preemo dostarczył DJ PREMIER TYPE BEAT, ale czuć serduszko wniesione w wymuskanie przyjemnego, melodyjnego loopa, a nie pocięcie czegokolwiek w premierowym stylu "a ch*j, truskule ze Wschodniej Europy i tak to kupią". Guru ostrożnie, sympatycznie, z klasą (ale trochę i bez: "I like my world of rap //Your rhymin', hah, it's like a world of crap", DŻIZAS), ale to też sam fakt usłyszenia tych dwóch artystów ponownie razem ma jakiś metafizyczny wymiar, którego do końca pojąć nie potrafię (starość, czy to ty?) ale niestety nic tak nie wybija mnie z tego dziwnie przyjemnego transu jak zwrotka @[86386329660:274:J.Cole]'a, wciśniętego tutaj na featuring PONIEWAŻ: POWODY. w tym roku jestem daleki jak nigdy od hejtowania Jermaine'a, ale tutaj zupełnie nie wbił się ze swoim elastycznym, nowoczesnym z domieszką konserwatyzmu stylem. cóż, być może nic tak nie komponuje się z bitami Premiera jak (cytując towarzysza sieaha) minecraftowe flow, a najśmieszniejsze że p.s. to chyba prawda prawdą jest również że jakkolwiek by nie nawinął, to ustawianie takich pośmiertmych kolaboracji, do których nie wiadomo czy kiedykolwiek by faktycznie doszło i czy Guru faktycznie by tego chciał, zawsze będzie miało dla mnie etykietkę NOT COOL p.s.2 @[582791268460985:274:Rap Bzdury] reaktywujcie się pls
oto ja - pan maruda, niszczyciel nostalgicznej postawy, pogromca uśmiechów fanatyków starej szkoły - siedzę sobie i czuję fale komfortu przepływające przeze mnie po odsłuchaniu pierwszego od 16 lat singla Gang Starr

to taki miły powrót po domu, chociaż żaden album Guru i DJ'a Premiera nigdy nie miał dla mnie AŻ takiej mocy, bym nazywał go swoim domem. ani też nigdy tak długo nie byłem poza domem by szczerze posługiwać się metaforą powracania do niego. więc zostawmy to już

Preemo dostarczył DJ PREMIER TYPE BEAT, ale czuć serduszko wniesione w wymuskanie przyjemnego, melodyjnego loopa, a nie pocięcie czegokolwiek w premierowym stylu "a ch*j, truskule ze Wschodniej Europy i tak to kupią". Guru ostrożnie, sympatycznie, z klasą (ale trochę i bez: "I like my world of rap //Your rhymin', hah, it's like a world of crap", DŻIZAS), ale to też sam fakt usłyszenia tych dwóch artystów ponownie razem ma jakiś metafizyczny wymiar, którego do końca pojąć nie potrafię (starość, czy to ty?)

ale niestety nic tak nie wybija mnie z tego dziwnie przyjemnego transu jak zwrotka J.Cole'a, wciśniętego tutaj na featuring PONIEWAŻ: POWODY. w tym roku jestem daleki jak nigdy od hejtowania Jermaine'a, ale tutaj zupełnie nie wbił się ze swoim elastycznym, nowoczesnym z domieszką konserwatyzmu stylem. cóż, być może nic tak nie komponuje się z bitami Premiera jak (cytując towarzysza sieaha) minecraftowe flow, a najśmieszniejsze że p.s. to chyba prawda

prawdą jest również że jakkolwiek by nie nawinął, to ustawianie takich pośmiertmych kolaboracji, do których nie wiadomo czy kiedykolwiek by faktycznie doszło i czy Guru faktycznie by tego chciał, zawsze będzie miało dla mnie etykietkę NOT COOL

p.s.2 Rap Bzdury reaktywujcie się pls
20 wrz 2019, 17:56
w oczekiwaniu na kolejną datę premiery "Yandhi"/"Jesus is King"/"Slavery was a Choice" czy jak to ma się tam nazywać stwierdziłem, że to dobry czas na odświeżenie swojej opinii na temat poprzedniej płyty naszego ulubionego zdobywcy obu biegunów każdy czas jest na to lepszy niż ten rok temu, gdyż okres świeżo po premierze "ye" to był jeden wielki SHITSHOW w internetach. pole minowe, gdzie człowiek bał się powiedzieć jakiekolwiek "ale", gdyż owocowało to wyzwiskami ej ty lewaku oceniający twórczość Yeezy'ego przez pryzmat jego przyjacielskiej relacji z Trumpem. nie mówię, że np recenzja Pitchforka nie miała wcale lekkiego politycznego wydźwięku, ale koniec końców fanatycy potrafili każdej, nawet najbardziej konstruktywnej opinii, dorobić rogi ostracyzmu i och ach piszmy listy do Amnesty International, ARTYSTE KAŻOM ZA POGLONDY kiedyś całkowicie zmieniłem swoje zdanie o albumie "Yeezus", ale "Yeezus" był tworem zostawiającym wiele miejsca do reinterpretacji, zmiany poglądu poprzez MYŚLENIE POZA PUDEŁKIEM, itd. natomiast "ye" przez swą prostolinijność nie daje się odkryć na nowo, jest dla mnie po prostu ok albumem, ale i tak najgorszym w karierze Westa - przy czym nazywanie jakiegoś jego materiału gorszym ISN'T SAYING MUCH, więc wytrzyjcie sobie pianę z ust moi wielbiący Kanyego przyjaciele myślę, że największym problemem albumu jest jego długość. generalnie uważam, że w muzyce im krócej tym lepiej, ale przygotowując zwarty materiał trzeba jednak postarać się by był on zwarty. tutaj tego nie mamy, opener i closer to najbardziej nijakie momenty w dyskografii Westa. klasyczne throwbacki są miłe, ale nie pasują do gościa, który na "TLOP" śmieszkował ze słuchaczy tęskniących za jego dawną wersją. większość utworów z "ye" odnalazłoby się na trackliście 20-numerowego albumu, który ma swoje wzloty i upadki, ale w ostatecznym rozliczeniu ma jakiś sens. tak właśnie było w przypadku "The Life Of Pablo", które uwielbiałem i dalej uwielbiam (ale jeny co oni zrobili w obecnej wersji z "Famous"?). z drugiej strony mamy też "Kids See Ghosts" OD PRAKTYCZNIE TEGO SAMEGO CZŁOWIEKA W TYM SAMYM CZASIE. "KSG" udowodniło, że i te skromne 20 minut potrafi być naprawdę EVENTFUL każdy wcześniejszy album Westa miał swój własny klimat, spajającą klamrę inspiracji. od barokowego "Late Registration" przez progowy "MBDTF" do co by nie było przepełnionego gospelową determinacją "The Life Of Pablo". przy "ye" nigdy nie wyczułem jakiegoś punktu zaczepienia, ja wy jakiś widzicie to chętnie usłyszę jaki. przez braki na tej płaszczyźnie coraz mocniej zaczęły mnie drażnić obecne u Kanyego od lat wordplayowe suchary i ZEGZ DŻOŁKI rodem z obrazków dla boomerów. jakieś przebłyski geniuszu mogłyby mi to zrekompensować, ale tym razem hmmm na osłodę wpisu 3 kwestie: - "Ghost Town" to świetny numer, jeden z moich ulubionych jego w ogóle. uwielbiam jak Ye gromadzi wokół siebie talenty z różnych muzycznych stron, konfrontuje je, obsadza w większych i mniejszych rolach i reżyseruje fantastyczne wokalne kolaże - Ye to wciąż taki ARTYSTA, że jeśli nie przypasuje nam jakiś jego album to wciąż jest ogromna szansa, że następny będzie zupełnie inny. tak więc piątek, czekamy, jestem z Wami psychofani - zapomniałem co miało być trzecie
w oczekiwaniu na kolejną datę premiery "Yandhi"/"Jesus is King"/"Slavery was a Choice" czy jak to ma się tam nazywać stwierdziłem, że to dobry czas na odświeżenie swojej opinii na temat poprzedniej płyty naszego ulubionego zdobywcy obu biegunów

każdy czas jest na to lepszy niż ten rok temu, gdyż okres świeżo po premierze "ye" to był jeden wielki SHITSHOW w internetach. pole minowe, gdzie człowiek bał się powiedzieć jakiekolwiek "ale", gdyż owocowało to wyzwiskami ej ty lewaku oceniający twórczość Yeezy'ego przez pryzmat jego przyjacielskiej relacji z Trumpem. nie mówię, że np recenzja Pitchforka nie miała wcale lekkiego politycznego wydźwięku, ale koniec końców fanatycy potrafili każdej, nawet najbardziej konstruktywnej opinii, dorobić rogi ostracyzmu i och ach piszmy listy do Amnesty International, ARTYSTE KAŻOM ZA POGLONDY

kiedyś całkowicie zmieniłem swoje zdanie o albumie "Yeezus", ale "Yeezus" był tworem zostawiającym wiele miejsca do reinterpretacji, zmiany poglądu poprzez MYŚLENIE POZA PUDEŁKIEM, itd. natomiast "ye" przez swą prostolinijność nie daje się odkryć na nowo, jest dla mnie po prostu ok albumem, ale i tak najgorszym w karierze Westa - przy czym nazywanie jakiegoś jego materiału gorszym ISN'T SAYING MUCH, więc wytrzyjcie sobie pianę z ust moi wielbiący Kanyego przyjaciele

myślę, że największym problemem albumu jest jego długość. generalnie uważam, że w muzyce im krócej tym lepiej, ale przygotowując zwarty materiał trzeba jednak postarać się by był on zwarty. tutaj tego nie mamy, opener i closer to najbardziej nijakie momenty w dyskografii Westa. klasyczne throwbacki są miłe, ale nie pasują do gościa, który na "TLOP" śmieszkował ze słuchaczy tęskniących za jego dawną wersją. większość utworów z "ye" odnalazłoby się na trackliście 20-numerowego albumu, który ma swoje wzloty i upadki, ale w ostatecznym rozliczeniu ma jakiś sens. tak właśnie było w przypadku "The Life Of Pablo", które uwielbiałem i dalej uwielbiam (ale jeny co oni zrobili w obecnej wersji z "Famous"?). z drugiej strony mamy też "Kids See Ghosts" OD PRAKTYCZNIE TEGO SAMEGO CZŁOWIEKA W TYM SAMYM CZASIE. "KSG" udowodniło, że i te skromne 20 minut potrafi być naprawdę EVENTFUL

każdy wcześniejszy album Westa miał swój własny klimat, spajającą klamrę inspiracji. od barokowego "Late Registration" przez progowy "MBDTF" do co by nie było przepełnionego gospelową determinacją "The Life Of Pablo". przy "ye" nigdy nie wyczułem jakiegoś punktu zaczepienia, ja wy jakiś widzicie to chętnie usłyszę jaki. przez braki na tej płaszczyźnie coraz mocniej zaczęły mnie drażnić obecne u Kanyego od lat wordplayowe suchary i ZEGZ DŻOŁKI rodem z obrazków dla boomerów. jakieś przebłyski geniuszu mogłyby mi to zrekompensować, ale tym razem hmmm

na osłodę wpisu 3 kwestie:
- "Ghost Town" to świetny numer, jeden z moich ulubionych jego w ogóle. uwielbiam jak Ye gromadzi wokół siebie talenty z różnych muzycznych stron, konfrontuje je, obsadza w większych i mniejszych rolach i reżyseruje fantastyczne wokalne kolaże

- Ye to wciąż taki ARTYSTA, że jeśli nie przypasuje nam jakiś jego album to wciąż jest ogromna szansa, że następny będzie zupełnie inny. tak więc piątek, czekamy, jestem z Wami psychofani

- zapomniałem co miało być trzecie
25 wrz 2019, 17:57
dobra o czym chcecie przeczytać w weekend, w razie gdyby "JESUS IS KING" jutro nie wyszło?

- Kanye albums BEST TO WORST
- wrażenia z czegoś innego co wyjdzie jutro (do wyboru: DaBaby, Pezet, David Hasselhoff xD)
- bez kontekstu o jakimś klasyczku sprzed lat
- kolejny odcinek rozpływania się nad twórczością Danny'ego Browna na tydzień przed premierą nowego krążka
- nic nie pisać i zrobić coś w końcu konstruktywnego w życiu
Zaktualizowano 26 wrz 2019, 19:36
26 wrz 2019, 19:36
wspominałem coś o rankingu płyt Westa? jako że chłop dał nam trochę dłużej na wstrzymanie z premierą "Jesus is King" (jak ja go kurła nienawidzę), to zrobimy to inaczej. zapraszam na pierwszy odcinek PRZEWODNIKA PO ALBUMACH KANYEGO BY S.Z.R.P. #1 TUTUŁ: "kolydż drapałt" ROK WYDANIA: ten w którym wyszło "Madvillainy", ale mnie oczywiście w tamtych czasach bardziej interesowały solówki członków G-Unit czy "Tical 0" Method Mana xD COVER STORY: chyba najsłabsza okładka w dyskografii (ta ramka, ughhh), ale zapoczątkowująca bardzo pozytywny trend wychodzenia spoza oczekiwań wobec typowego hiphopowego covera. chociaż... jak na tamte czasy i tak to było co najmniej 8/10. no i misiek stał się ikoniczny, c'nie HIP HOP, ALE TROCHĘ JAK: soul. z lekkimi wybuchami gospelu. ale soul CYTAT Z ALBUMU: "Last year shoppin' my demo, I was tryin' to shine Every motherfucker told me that I couldn't rhyme Now I could let these dream killers kill my self-esteem Or use my arrogance as the steam to power my dreams" ALSO CYTAT Z ALBUMU: "But I can't complain what the accident did to my left eye Cause look what an accident did to Left Eye" WSPOMNIENIE ZWIĄZANE Z ALBUMEM: cóż, chyba to jak po prostu pierwszy raz zobaczyłem w MTV BASE teledysk do "Through The Wire" i było to pierwsze moje zetknięcie z Kanye w roli solowego artysty, bo jako producenta słyszałem go już nieraz u Hovy, nie wiedząc zresztą o tym. przyznam, że potrzebowałem więcej argumentów do zainteresowania się całym albumem. całkiem możliwe, że "The College Dropout" było moim pierwszym zakupem w sklepie internetowym KAZAA (gimby nie znajo), po tym jak doczekałem się nareszcie STAŁKI NA DZIELNI (gimby nie znajo 2) WRAŻENIA WTEDY: zachwyt, idealnie album wstrzelił się w moje ówczesne oczekiwania wobec hip hopu, czyli żeby było w nim jednak sporo tej melodii, różnorodności w produkcji, znanych featów. zauroczył mnie też samym ciepłem nawijki Westa, jakiegoś takiego innego rapera wśród tych 50 centów i Lloydów Banksów. po prostu nie dało się nie kochać "The College Dropout", nawet jak nie było się jakoś specjalnie narażonym i manipulowanym przez hiper pozytywną reakcję środowiska - które odkryło z nim ten złoty środek między diamentowym mainstreamem, a backpackerskim niezalem. ciekawe czy jestem pierwszą osobą, która w ciągu ostatnich dziesięciu lat użyła określenia "backpackerski" WRAŻENIA DZIŚ: z prawie każdym kolejnym krążkiem "The College Dropout" coś w moich oczach traciło. choć już w tym prehistorycznym 2004 roku autor miał taki producencki warsztat jak mało kto, "CD" było raczej showcase'em jego znanych do tej pory patentów (z chipmunk soulem na czele), ukoronowaniem dorobku typa KLEPIĄCEGO BICIORY dla innych. wychodzenie na przeciw wszystkiemu i wszystkim - mój ulubiony motyw twórczości tego artysty - miał dopiero nadejść. wciąż bardzo lubię osobowość Kanyego zaprezentowaną tutaj, pomimo jeszcze takiego sobie flow (choć i tak było lepiej niż na tej przypałowej zwrotce z "Blueprint 2"). IN YOUR FACE buc, ale jeszcze taki nieokrzesany, gówniarski, z potencjałem na stand-upera - ale takiego dobrego. przyziemny, w jakiś pokrętny sposbób sympatyczny gość, z którym można by się NAPIĆ WÓDECZKI i przeszperać skrzynie w sklepie z winylami. może i potem zaczął się dystansować od rzeczywistości przynależnej śmiertelnikom tacy jak my, ale był to koszt warty poniesienia. BUT STILL - miło, że pozostało nam świadectwo tamtego Yeezy'ego będącego jak JA WAM TERAZ POKAŻĘ LAMUSY UTWÓR FAWORYT: chyba "We Don't Care". nie słucham tego na mieście by przypadkiem nie zacząć nieświadomie śpiewać refrenu. budująco, cwaniacko, cholernie melodyjnie i BLISKO LUDZI. "Wyrzutek z Koledżu" w pigule i cudowny opener albumu UTWÓR ZDECYDOWANIE-NIE-FAWORYT: "Breathe In Breathe Out", nuuuuuudny muzycznie i ogólnie niepotrzebny numer WHAT ELSE: po pierwszych odsłuchach ubóstwiałem "The New Workout Plan", co dzisiaj mnie trochę śmieszy, bo ta piosenka jednak trochę cringe-fest. ale zapoczątkowała pewną tradycję - t w ramach której Ye pokazywał, że potrafi wyprodukować rozbudowaną piosenkę FROM SCRATCH, bez żadnych sampli. nie umiem dziś jednoznacznie powiedzieć jak podoba mi się dzisiaj ten VIOLIN PORN, ale wciąż mega uwielbiam outro z talk-boxem. aż szkoda że West jako miłośnik kreatywnej obróbki ludzkiego głosu nie kontynuował przygody z pudłem, ale trochę też rozumiem. autotune i vocodery są prostsze w użyciu, ale i - jak sam pan West później pokazał - dają nieograniczone możliwości zabawy MIEJSCE W MOIM RANKINGU PŁYT WESTA: gdzieś w tej drugiej, gorszej połowie. sorry stary, jeszcze uśmiechnięty i wyluzowany KAŃJEJU, konkurencję zrobiłeś sobie samemu później niemałą
wspominałem coś o rankingu płyt Westa? jako że chłop dał nam trochę dłużej na wstrzymanie z premierą "Jesus is King" (jak ja go kurła nienawidzę), to zrobimy to inaczej. zapraszam na pierwszy odcinek

PRZEWODNIKA PO ALBUMACH KANYEGO BY S.Z.R.P.

#1

TUTUŁ:
"kolydż drapałt"

ROK WYDANIA:
ten w którym wyszło "Madvillainy", ale mnie oczywiście w tamtych czasach bardziej interesowały solówki członków G-Unit czy "Tical 0" Method Mana xD

COVER STORY:
chyba najsłabsza okładka w dyskografii (ta ramka, ughhh), ale zapoczątkowująca bardzo pozytywny trend wychodzenia spoza oczekiwań wobec typowego hiphopowego covera. chociaż... jak na tamte czasy i tak to było co najmniej 8/10. no i misiek stał się ikoniczny, c'nie

HIP HOP, ALE TROCHĘ JAK:
soul. z lekkimi wybuchami gospelu. ale soul

CYTAT Z ALBUMU:
"Last year shoppin' my demo, I was tryin' to shine
Every motherfucker told me that I couldn't rhyme
Now I could let these dream killers kill my self-esteem
Or use my arrogance as the steam to power my dreams"

ALSO CYTAT Z ALBUMU:
"But I can't complain what the accident did to my left eye
Cause look what an accident did to Left Eye"

WSPOMNIENIE ZWIĄZANE Z ALBUMEM:
cóż, chyba to jak po prostu pierwszy raz zobaczyłem w MTV BASE teledysk do "Through The Wire" i było to pierwsze moje zetknięcie z Kanye w roli solowego artysty, bo jako producenta słyszałem go już nieraz u Hovy, nie wiedząc zresztą o tym. przyznam, że potrzebowałem więcej argumentów do zainteresowania się całym albumem. całkiem możliwe, że "The College Dropout" było moim pierwszym zakupem w sklepie internetowym KAZAA (gimby nie znajo), po tym jak doczekałem się nareszcie STAŁKI NA DZIELNI (gimby nie znajo 2)

WRAŻENIA WTEDY:
zachwyt, idealnie album wstrzelił się w moje ówczesne oczekiwania wobec hip hopu, czyli żeby było w nim jednak sporo tej melodii, różnorodności w produkcji, znanych featów. zauroczył mnie też samym ciepłem nawijki Westa, jakiegoś takiego innego rapera wśród tych 50 centów i Lloydów Banksów. po prostu nie dało się nie kochać "The College Dropout", nawet jak nie było się jakoś specjalnie narażonym i manipulowanym przez hiper pozytywną reakcję środowiska - które odkryło z nim ten złoty środek między diamentowym mainstreamem, a backpackerskim niezalem. ciekawe czy jestem pierwszą osobą, która w ciągu ostatnich dziesięciu lat użyła określenia "backpackerski"

WRAŻENIA DZIŚ:
z prawie każdym kolejnym krążkiem "The College Dropout" coś w moich oczach traciło. choć już w tym prehistorycznym 2004 roku autor miał taki producencki warsztat jak mało kto, "CD" było raczej showcase'em jego znanych do tej pory patentów (z chipmunk soulem na czele), ukoronowaniem dorobku typa KLEPIĄCEGO BICIORY dla innych. wychodzenie na przeciw wszystkiemu i wszystkim - mój ulubiony motyw twórczości tego artysty - miał dopiero nadejść. wciąż bardzo lubię osobowość Kanyego zaprezentowaną tutaj, pomimo jeszcze takiego sobie flow (choć i tak było lepiej niż na tej przypałowej zwrotce z "Blueprint 2"). IN YOUR FACE buc, ale jeszcze taki nieokrzesany, gówniarski, z potencjałem na stand-upera - ale takiego dobrego. przyziemny, w jakiś pokrętny sposbób sympatyczny gość, z którym można by się NAPIĆ WÓDECZKI i przeszperać skrzynie w sklepie z winylami. może i potem zaczął się dystansować od rzeczywistości przynależnej śmiertelnikom tacy jak my, ale był to koszt warty poniesienia. BUT STILL - miło, że pozostało nam świadectwo tamtego Yeezy'ego będącego jak JA WAM TERAZ POKAŻĘ LAMUSY

UTWÓR FAWORYT:
chyba "We Don't Care". nie słucham tego na mieście by przypadkiem nie zacząć nieświadomie śpiewać refrenu. budująco, cwaniacko, cholernie melodyjnie i BLISKO LUDZI. "Wyrzutek z Koledżu" w pigule i cudowny opener albumu

UTWÓR ZDECYDOWANIE-NIE-FAWORYT:
"Breathe In Breathe Out", nuuuuuudny muzycznie i ogólnie niepotrzebny numer

WHAT ELSE:
po pierwszych odsłuchach ubóstwiałem "The New Workout Plan", co dzisiaj mnie trochę śmieszy, bo ta piosenka jednak trochę cringe-fest. ale zapoczątkowała pewną tradycję - t w ramach której Ye pokazywał, że potrafi wyprodukować rozbudowaną piosenkę FROM SCRATCH, bez żadnych sampli. nie umiem dziś jednoznacznie powiedzieć jak podoba mi się dzisiaj ten VIOLIN PORN, ale wciąż mega uwielbiam outro z talk-boxem. aż szkoda że West jako miłośnik kreatywnej obróbki ludzkiego głosu nie kontynuował przygody z pudłem, ale trochę też rozumiem. autotune i vocodery są prostsze w użyciu, ale i - jak sam pan West później pokazał - dają nieograniczone możliwości zabawy

MIEJSCE W MOIM RANKINGU PŁYT WESTA:
gdzieś w tej drugiej, gorszej połowie. sorry stary, jeszcze uśmiechnięty i wyluzowany KAŃJEJU, konkurencję zrobiłeś sobie samemu później niemałą
30 wrz 2019, 18:39
"If I'm correct, the really cool kids prolly callin' it lit" największe obawy jakie miałem wobec nadchodzącego albumu Danny'ego dotyczyły strachu przed tym, że @[434965786940869:274:Jpegmafia] mógłby wrzucić na album jakieś podkłady - niedobitki ze swojego albumu, mogące potencjalnie gryźć się z zarysowaną już w mojej głowie wizją albumu EXECUTIVE PRODUCED by Q-Tip. wcale tak jednak nie jest i czuć, że wszystko jest stylistycznie trzymane króciutko i w ryzach, weź uspokój się człowieku i nie martw o ten projekt ani minuty dłużej zapowiedziany przez Daniela stand-uperski zamysł INTENSYFIKUJE z każdą kolejną linijką, ale to jednak po wejściu El-P i Mike'a zaczyna się prawdziwe COMEDY NIGHT, AM I RIGHT GUYS?. chyba coraz mocniej doskwiera mi potrzeba usłyszenia nareszcie kolejnego albumu @[665814993476244:274:Run The Jewels] i liczę, że ten featuring to taki przedsmak czegoś wychodzącego wkrótce z cyferką "4" w nazwie 😢😢😢 = 👌👌👌
"If I'm correct, the really cool kids prolly callin' it lit"

największe obawy jakie miałem wobec nadchodzącego albumu Danny'ego dotyczyły strachu przed tym, że Jpegmafia mógłby wrzucić na album jakieś podkłady - niedobitki ze swojego albumu, mogące potencjalnie gryźć się z zarysowaną już w mojej głowie wizją albumu EXECUTIVE PRODUCED by Q-Tip. wcale tak jednak nie jest i czuć, że wszystko jest stylistycznie trzymane króciutko i w ryzach, weź uspokój się człowieku i nie martw o ten projekt ani minuty dłużej

zapowiedziany przez Daniela stand-uperski zamysł INTENSYFIKUJE z każdą kolejną linijką, ale to jednak po wejściu El-P i Mike'a zaczyna się prawdziwe COMEDY NIGHT, AM I RIGHT GUYS?. chyba coraz mocniej doskwiera mi potrzeba usłyszenia nareszcie kolejnego albumu Run The Jewels i liczę, że ten featuring to taki przedsmak czegoś wychodzącego wkrótce z cyferką "4" w nazwie

😢😢😢 = 👌👌👌
2 paź 2019, 20:29
@[1579549672174577:274:YBN Cordae] ledwo co zaczął swój mainstreamowy run, a już może wpisać sobie w SIWI, że współpracował z takimi tytanami jazzu jak @[36465344630:274:Quincy Jones] i @[7211826782:274:Herbie Hancock]. kto następny? @[167868776638101:274:Keith Jarrett]? @[123972210968351:274:Wayne Shorter]? @[106928552668727:274:O.S.T.R.]?

album "The Lost Boy" wciąż rezonuje w moich myślach jako jeden z przyjemniejszych rapowych odsłuchów tego roku i bardzo miło będzie się wybrać na koncert YBNa JUŻ NIEDŁUGO
Zaktualizowano 3 paź 2019, 11:06
3 paź 2019, 11:06
nie jestem jeszcze gotów mówić o wrażeniach z odsłuchu nowego Danny'ego ale hej, BYŁY CHŁOPAK KYLIE JENNER (tak od teraz go będę nazywał w hołdzie dla wszystkich ploteczkowych serwisów przebierających od miesięcy nogami by móc wreszcie tak go podsumować) wypuścił ten nowy singiel. ten co tak go prężnie zapowiadał. nawet ówczesna dziewczyna chłopaka Kylie Jenner związała "HIGHEST IN THE ROOM" z promocją własnego produktu, nie pytajcie mnie jakiego kontekst potężnego rozstania nie przywołuję tylko z przyczyn: śmieszkowość, złośliwość. także dlatego, że wyszła nam tutaj piosenka pełna słów, o których nie można nawet powiedzieć, że szybko się zestarzeją. bo nawet na to jest już za późno. także YIKES przy "She fill my mind up with ideas" i innych takich oświadczeniach tyle że nawet w alternatywnym wszechświecie, w którym między Kylie Jenner a jeszcze-nie-byłym chłopakiem Kylie Jenner WCIĄŻ JEST SPOKO, utwór ten raczej nie dożywałby do hajpu nowego lead singla następującego po takim wydarzeniu jak "ASTROWORLD". autor nie zapomniał o IMOŁSZYNS, ale zapomniał o takich podstawach swojej singlologii jak np hmm... błyskawicznie zapadający w pamięci refren? jakbym miał mieć jakąś nadzieję to miałbym taką, że jest to zaledwie edit albumowej wersji, w której to numer trwa o kilka minut dłużej, gdyż obecne tu outro rozrasta się to obrzydliwych rozmiarów psychodelicznego post-trapowego jamu. no bo szkoda, że tak się urywa...
nie jestem jeszcze gotów mówić o wrażeniach z odsłuchu nowego Danny'ego ale hej, BYŁY CHŁOPAK KYLIE JENNER (tak od teraz go będę nazywał w hołdzie dla wszystkich ploteczkowych serwisów przebierających od miesięcy nogami by móc wreszcie tak go podsumować) wypuścił ten nowy singiel. ten co tak go prężnie zapowiadał. nawet ówczesna dziewczyna chłopaka Kylie Jenner związała "HIGHEST IN THE ROOM" z promocją własnego produktu, nie pytajcie mnie jakiego

kontekst potężnego rozstania nie przywołuję tylko z przyczyn: śmieszkowość, złośliwość. także dlatego, że wyszła nam tutaj piosenka pełna słów, o których nie można nawet powiedzieć, że szybko się zestarzeją. bo nawet na to jest już za późno. także YIKES przy "She fill my mind up with ideas" i innych takich oświadczeniach

tyle że nawet w alternatywnym wszechświecie, w którym między Kylie Jenner a jeszcze-nie-byłym chłopakiem Kylie Jenner WCIĄŻ JEST SPOKO, utwór ten raczej nie dożywałby do hajpu nowego lead singla następującego po takim wydarzeniu jak "ASTROWORLD". autor nie zapomniał o IMOŁSZYNS, ale zapomniał o takich podstawach swojej singlologii jak np hmm... błyskawicznie zapadający w pamięci refren? jakbym miał mieć jakąś nadzieję to miałbym taką, że jest to zaledwie edit albumowej wersji, w której to numer trwa o kilka minut dłużej, gdyż obecne tu outro rozrasta się to obrzydliwych rozmiarów psychodelicznego post-trapowego jamu. no bo szkoda, że tak się urywa...
4 paź 2019, 17:12
KURDE JAKIE TO JEST DOBRE/10 ale najpierw: @[129712633771971:274:Danny Brown] ty niekonsekwentny kłamczuszku, który nie od dziś przeciwstawia się słuchaczom domagającym się "starego Danny'ego" zamiast pozwalać artyście na rozwinięcie skrzydeł or sth like that. nie mówię, że "uknowhatimsayin¿" to jakiś full-opcja powrót do korzeni, ale jest w tym krążku coś z miękkiego rebootu epickiej albumowej sagi. porzucone zostały szersze koncepty, odsunięte na bok abstrakcyjne tony z "Atrocity Exhibition", a dostaliśmy NOWĄ WERSJĘ WYDARZEŃ będących następstwem przełomowego "XXX" przy takim "Belly of the Beats" zupełnie poczułem się jakbym BACK IN 2011 odkrywał na nowo tego freaka i zastanawiał się jak mocno degradującą trucizną jest życie na zdychających ulicach Detroit. tym razem jednak całe to spaczenie i rozkoszna niepoprawność jego tekstów nie przybiera już formy romansujacego z samobójczymi myślami narkotykowego zjazdu w pustą otchłań. cała ta siła przełożona zostaje na stworzenie THE RAP ALBUMU z nabuzowanymi bitewnymi wersami, perypetiami z osiedla i dissami na szeroko pojętych lamusów. odwieczny konflikt z demonami przybrał postać przyjacielskiego sparingu. nihilizm? owszem, ale pomazany tymi samymi jaskrawymi zakreślaczami co okładka i gdzie nie gdzie jednak obszyty srebrną nicią pozytywnego myślenia o tym, że JAKOŚ TO BĘDZIE na ostatnich albumach często rap Danny'ego bywał dodatkiem do determinujących charakter podkładów, ALE TUTAJ NIE. słowa, słowa, słowa są tu na pierwszym planie, bo to w końcu miał być taki one man show. ale show tak bardzo szczodrze podparty został szczerym zaangażowaniem Q-Tipa w role wykonawczego. tu nie będę się już produkował, na Apple Music znaleźć można komentarz rapera, gdzie przy każdej możliwej okazji podkreśla rolę TRAJBA przy ukształtowaniu ostatecznej wersji "uknowhatimsayin¿". można odnieść wrażenie, że raper bez zgody producenta nie podejmował nawet decyzji o tym kiedy wciągnąć powietrze do płuc podczas sesji w kabinie, ALE TO DOBRZE. executive producer to często zajebiście niedoceniana fucha w sztuce tworzenia albumów muzycznych, tutaj mamy do czynienia z czystą celebracją istoty tego stanowiska album super, przesłuchany już wielokrotnie, z każdym odsłuchem rosnący w moich uszach. a wy co, dalej modlicie się do snippetów niewychodzącego albumu Westa? apple music: https://music.apple.com/us/album/uknowhatimsayin/1476829920
KURDE JAKIE TO JEST DOBRE/10

ale najpierw: Danny Brown ty niekonsekwentny kłamczuszku, który nie od dziś przeciwstawia się słuchaczom domagającym się "starego Danny'ego" zamiast pozwalać artyście na rozwinięcie skrzydeł or sth like that. nie mówię, że "uknowhatimsayin¿" to jakiś full-opcja powrót do korzeni, ale jest w tym krążku coś z miękkiego rebootu epickiej albumowej sagi. porzucone zostały szersze koncepty, odsunięte na bok abstrakcyjne tony z "Atrocity Exhibition", a dostaliśmy NOWĄ WERSJĘ WYDARZEŃ będących następstwem przełomowego "XXX"

przy takim "Belly of the Beats" zupełnie poczułem się jakbym BACK IN 2011 odkrywał na nowo tego freaka i zastanawiał się jak mocno degradującą trucizną jest życie na zdychających ulicach Detroit. tym razem jednak całe to spaczenie i rozkoszna niepoprawność jego tekstów nie przybiera już formy romansujacego z samobójczymi myślami narkotykowego zjazdu w pustą otchłań. cała ta siła przełożona zostaje na stworzenie THE RAP ALBUMU z nabuzowanymi bitewnymi wersami, perypetiami z osiedla i dissami na szeroko pojętych lamusów. odwieczny konflikt z demonami przybrał postać przyjacielskiego sparingu. nihilizm? owszem, ale pomazany tymi samymi jaskrawymi zakreślaczami co okładka i gdzie nie gdzie jednak obszyty srebrną nicią pozytywnego myślenia o tym, że JAKOŚ TO BĘDZIE

na ostatnich albumach często rap Danny'ego bywał dodatkiem do determinujących charakter podkładów, ALE TUTAJ NIE. słowa, słowa, słowa są tu na pierwszym planie, bo to w końcu miał być taki one man show. ale show tak bardzo szczodrze podparty został szczerym zaangażowaniem Q-Tipa w role wykonawczego. tu nie będę się już produkował, na Apple Music znaleźć można komentarz rapera, gdzie przy każdej możliwej okazji podkreśla rolę TRAJBA przy ukształtowaniu ostatecznej wersji "uknowhatimsayin¿". można odnieść wrażenie, że raper bez zgody producenta nie podejmował nawet decyzji o tym kiedy wciągnąć powietrze do płuc podczas sesji w kabinie, ALE TO DOBRZE. executive producer to często zajebiście niedoceniana fucha w sztuce tworzenia albumów muzycznych, tutaj mamy do czynienia z czystą celebracją istoty tego stanowiska

album super, przesłuchany już wielokrotnie, z każdym odsłuchem rosnący w moich uszach. a wy co, dalej modlicie się do snippetów niewychodzącego albumu Westa?

apple music:
https://music.apple.com/us/album/uknowhatimsayin/1476829920
5 paź 2019, 12:10
PRZEWODNIK PO ALBUMACH WESTA BY S.Z.R.P. CHAPTER II TUTUŁ: "Späte Anmeldung" ROK WYDANIA: ten w którym wydarzył się huragan Katrina. jakiś typo w pasiastej polówce u boku Mike'a Myersa na żywo w NBC wypowiedział słynne "George Bush Doesn't Care About Black People" - słowa, które przerosły jakikolwiek cytat z samego czterdziestego trzeciego POTUSa i stały się - cytując samego Jurka - najgorszym momentem całej jego prezydentury. to także był początek fascynującej historii relacji Westa z kolejnymi prezydentami Stanów Zjednoczonych, o której to kiedyś powstanie cała książka. jeśli się mylę to sam ją napiszę COVER STORY: kolejna niekonwencjonalna jak na hip hop okładka, motyw Dropout Beara na frontach kolejnych albumów IS NOW A THING. lecimy dalej, później będzie znacznie ciekawiej w tym podpunkcie HIP HOP, ALE TROCHĘ JAK: soul i pop, ale taki z barokową ornamentyką, czasem przesiąknięty chamberpopową intymnością CYTAT Z ALBUMU: "You hear that? What Gil Scott was hearin' When our heroes and heroines got hooked on heroin Crack raised the murder rate in D.C. and Maryland We invested in that, it's like we got Merrill lynched" ALSO CYTAT Z ALBUMU: "If your stripper name "Porsche" and you get tips from many men Then your fat friend, her nickname is "Minivan" WSPOMNIENIE ZWIĄZANE Z ALBUMEM: Paul Wall powiedział w jakimś wywiadzie, że dzięki piosence Kanyego dowiedział się o istnieniu takiego kraju jak Sierra Leone, po czym sam wręcz zaangażował się we współpracy z telewizją VH1 w uświadamianie ludzi na temat pochodzenia "krwawych diamentów". HIP IS THE KNOWLEDGE, HOP IS THE MOVEMENT, KRS One byłby dumny WRAŻENIA WTEDY: trudno dziś uwierzyć w to jak bardzo "Late Registration" sprawiało wrażenie albumu zupełnie innego od wydanego zaledwie rok wcześniej debiutu. pamiętam opinie, że najbardziej Westowym podkładem na płycie było "Touch The Sky" które akurat było dziełem Just Blaze'a w mało kreatywny sposób zapętlającego przebój Curtisa Mayfielda. najwyraźniej dostrzegalną zmianą było odejście od high-pitchowych sampli wokalnych na rzecz odrobinkę takich mniej przetworzonych, czego zwiastunem był monumentalny singiel wykorzystujący Shriley Bassey wyśpiewującą jeden z najlepszych bondowskich openingów. drugim elementem były teksty Westa, takie jakby BARDZIEJ WOKE w opozycji do jeszcze szczeniackiego "The College Dropout". chociaż sam od pierwszych odsłuchów jeszcze nie pokochałem "LR", od razu miałem odczucie obcowania z czymś wielkim. pewnym było, że egzamin na SOFOMOR dorównujący debiutowi zdał na piątkę z plusem. no i jeszcze ta zwrotka będącego na tymczasowej emeryturze Jaya-Z z kilkoma do dziś kultowymi linijkami, WHOA WRAŻENIA DZIŚ: odnoszę czasem wrażenie, że to najmniej lubiany album przez słuchaczy nieprzywiązanych do dyskografii Westa SINCE DAY ONE. garść argumentów przeciwko "LR" jest po części słuszna, album faktycznie jest trochę rozpasły i miewa problemy z utrzymaniem jakiegoś pasjonującego całościowo momentum, nie jest łatwy do słuchania od deski do deski. ale rozbierając krążek na pojedyncze utwory otrzymujemy epizody Kanyego takiego, za jakim jednak trochę nawet tęsknię. kiedy później West był tak liryczny i subtelny jak w sekwencji "Roses", "Bring Me Down" i "Addiction"? czy później aby na pewno tak szczerze wierzył w moc słowa rapowanego jak w "Crack Music" albo w drugiej zwrotce bezdżejowego "Diamonds from Sierra Leone"? największym przełomem odczuwalnym do dzisiaj jest przerastające dotychczasowe hiphopowe poletko podejście do produkcji. mówię głównie o zatrudnieniu Jona Briona. kompozytor score'ów do takich genialnych filmów jak "Magnolia", "Zakochany bez Pamięci", czy "Lady Bird" sprawił, że "Late Registration" było jak - WELL - filmowe doświadczenie. to był symboliczny koniec Kanyego bitmejkera i początek Kanyego producenta-producenta UTWÓR FAWORYT: "Gone". esencja wspomnianej przeze mnie "baroque popowości" i rosnących jak na drożdżach artystycznych ambicji Kanyego. połączenie nadającego z zaświatów Otisa Reddinga z kilkunastoosobową orkiestrą smyczkową zaaranżowaną przez Briona dało nam instrumental żyjący własnym życiem, ewoluujący, niepozwalający na poczucie znużenia przez całe te pięć i pół minuty rapowanka Westa, Consequence'a i oczywiście wyróżniającego się jak zawsze Cam'Rona. "Knock knock, who's there? Killa Cam, Killa who? // Killa Cam, hustler, grinder, guerilla true" UTWÓR ZDECYDOWANIE-NIE-FAWORYT: "Drive Slow", boooooriiiiiing WHAT ELSE: w ogóle NAS NA PŁYCIE ZE STAJNI ROC-A-FELLA, co to był za wstrząs dla fanów hip hopu wciąż traktujących scenę jako beefowy poligon, gdzie podziały musiały istnieć i konserwować poszczególne obozy na amen. odnośnie gorących konfliktów na scenie to West spróbował załagodzić jeszcze jeden. w "Crack Music" oryginalnie Game miał oprócz refrenu mieć jeszcze całą zwrotkę, ale ze względu na zaczepki w stronę 50 centa Kanye wolał nie wpychać się nie w swoje sprawy. niby nic ale jednak kolejny fundament pod zakończenie prymu spiętych gangsta raperów na scenie. wątek Fifty'ego powróci natomiast w następnym odcinku przewodnika hehe MIEJSCE W RANKINGU PŁYT WESTA: najwyżej z całej koledżowej trylogii, tyle jestem w stanie zapewnić
PRZEWODNIK PO ALBUMACH WESTA BY S.Z.R.P.
CHAPTER II

TUTUŁ:
"Späte Anmeldung"

ROK WYDANIA:
ten w którym wydarzył się huragan Katrina. jakiś typo w pasiastej polówce u boku Mike'a Myersa na żywo w NBC wypowiedział słynne "George Bush Doesn't Care About Black People" - słowa, które przerosły jakikolwiek cytat z samego czterdziestego trzeciego POTUSa i stały się - cytując samego Jurka - najgorszym momentem całej jego prezydentury. to także był początek fascynującej historii relacji Westa z kolejnymi prezydentami Stanów Zjednoczonych, o której to kiedyś powstanie cała książka. jeśli się mylę to sam ją napiszę

COVER STORY:
kolejna niekonwencjonalna jak na hip hop okładka, motyw Dropout Beara na frontach kolejnych albumów IS NOW A THING. lecimy dalej, później będzie znacznie ciekawiej w tym podpunkcie

HIP HOP, ALE TROCHĘ JAK:
soul i pop, ale taki z barokową ornamentyką, czasem przesiąknięty chamberpopową intymnością

CYTAT Z ALBUMU:
"You hear that? What Gil Scott was hearin'
When our heroes and heroines got hooked on heroin
Crack raised the murder rate in D.C. and Maryland
We invested in that, it's like we got Merrill lynched"

ALSO CYTAT Z ALBUMU:
"If your stripper name "Porsche" and you get tips from many men
Then your fat friend, her nickname is "Minivan"

WSPOMNIENIE ZWIĄZANE Z ALBUMEM:
Paul Wall powiedział w jakimś wywiadzie, że dzięki piosence Kanyego dowiedział się o istnieniu takiego kraju jak Sierra Leone, po czym sam wręcz zaangażował się we współpracy z telewizją VH1 w uświadamianie ludzi na temat pochodzenia "krwawych diamentów". HIP IS THE KNOWLEDGE, HOP IS THE MOVEMENT, KRS One byłby dumny

WRAŻENIA WTEDY:
trudno dziś uwierzyć w to jak bardzo "Late Registration" sprawiało wrażenie albumu zupełnie innego od wydanego zaledwie rok wcześniej debiutu. pamiętam opinie, że najbardziej Westowym podkładem na płycie było "Touch The Sky" które akurat było dziełem Just Blaze'a w mało kreatywny sposób zapętlającego przebój Curtisa Mayfielda. najwyraźniej dostrzegalną zmianą było odejście od high-pitchowych sampli wokalnych na rzecz odrobinkę takich mniej przetworzonych, czego zwiastunem był monumentalny singiel wykorzystujący Shriley Bassey wyśpiewującą jeden z najlepszych bondowskich openingów. drugim elementem były teksty Westa, takie jakby BARDZIEJ WOKE w opozycji do jeszcze szczeniackiego "The College Dropout". chociaż sam od pierwszych odsłuchów jeszcze nie pokochałem "LR", od razu miałem odczucie obcowania z czymś wielkim. pewnym było, że egzamin na SOFOMOR dorównujący debiutowi zdał na piątkę z plusem. no i jeszcze ta zwrotka będącego na tymczasowej emeryturze Jaya-Z z kilkoma do dziś kultowymi linijkami, WHOA

WRAŻENIA DZIŚ:
odnoszę czasem wrażenie, że to najmniej lubiany album przez słuchaczy nieprzywiązanych do dyskografii Westa SINCE DAY ONE. garść argumentów przeciwko "LR" jest po części słuszna, album faktycznie jest trochę rozpasły i miewa problemy z utrzymaniem jakiegoś pasjonującego całościowo momentum, nie jest łatwy do słuchania od deski do deski. ale rozbierając krążek na pojedyncze utwory otrzymujemy epizody Kanyego takiego, za jakim jednak trochę nawet tęsknię. kiedy później West był tak liryczny i subtelny jak w sekwencji "Roses", "Bring Me Down" i "Addiction"? czy później aby na pewno tak szczerze wierzył w moc słowa rapowanego jak w "Crack Music" albo w drugiej zwrotce bezdżejowego "Diamonds from Sierra Leone"? największym przełomem odczuwalnym do dzisiaj jest przerastające dotychczasowe hiphopowe poletko podejście do produkcji. mówię głównie o zatrudnieniu Jona Briona. kompozytor score'ów do takich genialnych filmów jak "Magnolia", "Zakochany bez Pamięci", czy "Lady Bird" sprawił, że "Late Registration" było jak - WELL - filmowe doświadczenie. to był symboliczny koniec Kanyego bitmejkera i początek Kanyego producenta-producenta

UTWÓR FAWORYT:
"Gone". esencja wspomnianej przeze mnie "baroque popowości" i rosnących jak na drożdżach artystycznych ambicji Kanyego. połączenie nadającego z zaświatów Otisa Reddinga z kilkunastoosobową orkiestrą smyczkową zaaranżowaną przez Briona dało nam instrumental żyjący własnym życiem, ewoluujący, niepozwalający na poczucie znużenia przez całe te pięć i pół minuty rapowanka Westa, Consequence'a i oczywiście wyróżniającego się jak zawsze Cam'Rona. "Knock knock, who's there? Killa Cam, Killa who? // Killa Cam, hustler, grinder, guerilla true"

UTWÓR ZDECYDOWANIE-NIE-FAWORYT:
"Drive Slow", boooooriiiiiing

WHAT ELSE:
w ogóle NAS NA PŁYCIE ZE STAJNI ROC-A-FELLA, co to był za wstrząs dla fanów hip hopu wciąż traktujących scenę jako beefowy poligon, gdzie podziały musiały istnieć i konserwować poszczególne obozy na amen. odnośnie gorących konfliktów na scenie to West spróbował załagodzić jeszcze jeden. w "Crack Music" oryginalnie Game miał oprócz refrenu mieć jeszcze całą zwrotkę, ale ze względu na zaczepki w stronę 50 centa Kanye wolał nie wpychać się nie w swoje sprawy. niby nic ale jednak kolejny fundament pod zakończenie prymu spiętych gangsta raperów na scenie. wątek Fifty'ego powróci natomiast w następnym odcinku przewodnika hehe

MIEJSCE W RANKINGU PŁYT WESTA:
najwyżej z całej koledżowej trylogii, tyle jestem w stanie zapewnić
6 paź 2019, 16:02
ciekawa i istotna z punktu widzenia muzyko-nerdów lista trafiła do sieci i nie, nie mówię o top 50 raperów z Atlanty by cholera-wie-kto, gdzie CyHi i B.o.B wylądowali wyżej od Future'a i Thuggera xD

parę wniosków i wrażeń (oczywiście w odniesieniu do hiphopowych pozycji w zestawieniu) :

* super że przysłowiowym rzutem na taśmę na miejsca 200. i 198. załapały się dwa zajebiście istotne dla mnie albumy. wiele dałbym, żeby debiut Ratkingów i zeszłoroczne kolabo Quelle Chrisa z Jean Grae były znacznie bardziej rozpoznawanymi pozycjami. chociaż obie nie miały nawet krzty potencjału by coś zmienić i poustawiać na scenie, niezwykle sprawnie bawiły się kolejno w reinterpretacje trueschoolu na post-deathgripowym gruncie, oraz w odnajdywaniu oazy dla błądzących we mgle dzieci wychowanych na katalogu Stones Throw Records

* jak często na takich listach bywa, czasem zamiast zapychać wielu lokat solidną dyskografią jakiegoś artysty, wybiera się jakiś album po prostu najbardziej dla takowego runu reprezentatywny. dotknęło to zapewne Danny'ego Browna, Young Thuga, oraz RTJ'ów - z ich błyskotliwymi solówkami włącznie. ale najbardziej poharatano według mnie dorobek Chief Keefa, "Finally Rich" to najwyżej starter pack i to taki nie do końca przekonujący do wejścia z buta w rozkosznie niekomfortowe mikstejpowe uniwersum Keith Cozarta. A WARTO

* tak z ciekawości: czy ktokolwiek kiedykolwiek wrócił późiej niż kilka miesięcy od premiery do tych zamieszonych tutaj wydawnictw Rick Rossa i Meeka?

* gdzie "The Life Of Pablo" ja się pytam?

* szanuję rekompensatę za wcześniejsze niedocenianie "Savage Mode". minialbum, który swoją gęstą atmosferą mógłby obdarzyć kilka opasłych longplayów był chyba jednym z największych FAKAPÓW Widełek jeśli chodzi o wstępne niepoznanie się na czymś wielkim

* TOTALLY FINE jestem z reprezentacją Drejka na liście, nawet jeśli umieszczenie na niej tylko dwóch płyt POP ARTYSTY DEKADY mogło wywołać niemałe poruszenie. bo jeśli tylko dwie to właśnie "Take Care" i to z długim tytułem co nie chce mi się go kopiować

* spoko, że w ogóle tutaj trafili: Rae Sremmurd, Noname, Waka Flocka ("Flockaveli" jednym z najbardziej wpływowych projektów dziesięciolecia, CHANGE MY MIND), Earlik. Tierra

* gdzie "The Life Of Pablo" ja się pytam? [2]

* "DAMN" jednak nie takie hiper-super-chruper-ocena-9.coś jak się wydawało po premierze? YEP, też tak sądzę. ja bym w ogóle zamiast tego dał wciąż po tylu latach urocze "section.80"

* self titled Cartiego zamiast "Die Lit"? NO NIE WIEM NO

* natomiast (pono, fu i koras) brak "TPAB" na podium to TROCHĘ ZDZIWKO, zwłaszcza po "Alright" z jedynką na liście partii "najlepsze single 2010s". i tak jak cholernie ważny był IMPACT KUTUROWY tej premiery w swoim czasie, to odnoszę wrażenie, że wszystko inne z pierwszej dziesiątki przeżyje ten album swoją długowiecznością. no może poza tą akurat, mocno okopaną w duchu swoich czasów płytką @[28940545600:274:Beyoncé]

* let's have a toast for the douchebags

* w ogóle kto podsumowuje lata 10s trzy miesiące przed ich końcem? tak, wiem kto. @[28015075999:274:Pitchfork]
Zaktualizowano 8 paź 2019, 18:50
8 paź 2019, 18:50
taki niezły match z poprzednim postem, gdzie wspominałem znakomity album grupy Ratking. nikt mi nie powiedział, że parę dni temu Wiki wypuścił nowy singiel - i to na podkładzie legendarnego producenta i pasjonata marihunaen

jeśli mimo wszystko współpraca Madliba z CHULIGAŃSKIM Gibbsem nie była waszą parą kaloszy, a wolelibyście go w konfiguracji np. ponownie z MF Doomem - albo chociaż kimś w choćby lekkim tonie Dooma - THIS ONE IS FOR YOU GUYS. najsympatyczniejsza mordka nowego Nowego Jorku w trybie "Madvillainy" (bo wiecie, z Otisem) łamanym na tryb "Mm.. Food" (bo wiecie, jajka, JEDZENIE). chcę więcej!
Zaktualizowano 10 paź 2019, 20:11
10 paź 2019, 20:11
PRZEWODNIK PO ALBUMACH WESTA BY S.Z.R.P. NUMEEEEER TRZYYYY TUTUŁ: graduazione 👌 ROK WYDANIA: ten sam, w którym wyszło "Souljaboytellem.com" COVER STORY: wchodzimy na nowy level. bo zatrudnienie do stworzenia okładki postmodernisty Takashiego Murakamiego to było naprawdę odważne przyjęcie stanowiska w romansowaniu hip hopu ze sztuką wysoką, albo raczej z wysoką i niską w tym samym czasie. ogarnijcie w sumie sami czym w 2007 roku była japońska grafika na rapowej okładce, a potem to jak wielu młodych raperów dziś czerpię inspirację i dumę ze znajomości CHIŃSKICH BAJEK. w ogóle ten cover to nie jedyny obrazek towarzyszący premierze płyty. uniform z kultowymi okularami-żaluzjami, seria singli wydanych na picture discach, fragmenty z "Akiry" w klipie do "Stronger" czy zdjęcia designerskich mebli na BLOGASKU - Kanye zaznaczał swoją obecność w kulturze bardziej wizualnie niż kiedykolwiek HIP HOP, ALE TROCHĘ JAK: pop rock w trybie stadionowym CYTAT Z ALBUMU: I had a dream I could buy my way to heaven When I awoke, I spent that on a necklace I told God I'd be back in a second Man it's so hard not to act reckless ALSO CYTAT Z ALBUMU: Have you ever popped champagne on a plane While getting' some brain Whipped it out, she said "I never seen snakes on a plane" WSPOMNIENIE ZWIĄZANE Z ALBUMEM: chyba całe to starcie z 50 centem. "Curtis" kontra "Graduation". trzeci album rapera z pistoletem na zdjęciu kontra trzeci album rapera z różowym polo. kto sprzeda więcej? słuchacze zagłosowali portfelami jaki krajobraz mainstreamowego hip hopu preferują i cóż, miło było być po stronie sztabu wyborczego Westa. ogólnie fajna akcja i nawet jeśli była tylko ustawką to przybrała formę zdrowego, konstruktywnego i nieagresywnego współzawodnictwa. o taki hip hop nic nie robiłem. do idealnego obrazu tej nietuzinkowej sytuacji zabrakło mi tylko tej autentycznej niby-prezydenckiej debaty, która miała się wówczas odbyć między dwójką gwiazdorów. ALE BY BYŁO WRAŻENIA WTEDY: SUPER PŁYTA 10/10. tuż po premierze byłem ultra zachwycony, a co za moim zachwytem przemawiało? zapewne spójność projektu, jego satysfakcjonująca długość, skupienie się artysty na osobie samego siebie (HEHE) poprzez ograniczenie licznych do tej pory featuringów, no i ogólne klimatyczne spuszczenie z tonu. tym miała być w założeniach koledżowej trylogii jej konkluzja, no i TAK BYŁO WRAŻENIA DZIŚ: dziś jestem pewien, że ze wszystkim albumów Kanyego żaden inny nie sprawia wrażenia tak bardzo przypisanego do czasów swej premiery jak właśnie "Graduation". może to zmierzchowe podejście do samplingu, może to obecny na produkcji DJ Toomp będący silną wizytówką dirty southu tamtej epoki, może starcie na cheesy braggi z Lil Wayne'em? a może T-Pain pojawiający się gościnnie jakby wciąż miał mieć w przyszłości monopol na auto-tune? albo te lekko męczące dziś "gotyckie synthy" jak to wówczas nazywali je recenzenci? "Graduation" było celebracją imponująco rosnącego w znaczeniu na scenie Westa bez miejsca na subtelność czy ekspresję rzucających nim emocji - gdyż Kanye przed epoką wyrywania nagród z rąk wschodzących pop gwiazdek nie miał praktycznie żadnych poważnych powodów do zmartwień. każdy go kochał, może poza dzbanami typu Vinnie Paz. nie mówię że tylko wrukwiony artysta to dobry artysta, ale zwykle jak się używa zwrotu "nie mówię że..." to chyba jednak właśnie tak się myśli xD. "Graduation" było miłym, przestronnym wakacyjnym apartamentem z widokiem na puchnące w blasku słońca ego naszego ulubieńca. oczywiście pomimo swej powierzchowności Ye dojrzewał jak charyzmatyczny emcee, który idąc tropem ewolucji swojego wielkiego brata Jaya-Z (po raz pierwszy bez featuringu, ale za to z piosenką jemu poświęconą) uczył się jak to można powiedzieć więcej mówiąc mniej. nawet jeśli było to pocieszne dreptanie w afekcie uczucia "MOJE JEST WYGRANKO" - to hej, był to jakiś krok do przodu UTWÓR FAWORYT: "Flashing Lights" - miłość od pierwszego odsłuchu i w sumie do dziś bez zmian. do tego jeden z najlepszych antyteledysków jakie widziałem (mówię oczywiście o tym z Ritą G, bo ogólnie to powstały aż trzy!). "I'm just saying, Hey Mona Lisa // Come home, you know you can't Rome without Caesar" UTWÓR ZDECYDOWANIE-NIE-FAWORYT: ej mała, lubisz Coldplay? WHAT ELSE: musimy porozmawiać o "Drunk and Hot Girls". to był ten najbardziej polaryzujący moment na płycie, jeśli nie ten jedyny. track który wielu słuchaczy wówczas nauczył robić skipa między "Barry Bonds" a "Flashing Lights". osiemnastoletni ja nawet lubił ten numer jako narzucający ciekawy obrót wydarzeń muzyczny żart. ale osiemnastoletni ja nie znał "Ege Bamyasi" od legendarnego Can i nie zdawał sobie sprawy jakim OUT OF LEFT FIELD ruchem było nagrywanie coveru krautrockowego klasyka, w ogóle samplowanie Can wykraczające ponad proszący się o to funkowy break z "Vitamin C". "Drunk and Hot Girls" było pierwszym tak intensywnie intertekstualnym momentem w twórczości Kanyego - momentem w którym słuchacz musi podjąć decyzję czy potrafi naprawdę zaufać artyście czy odbić będąc jak "nie, to głupie jak but jest, nara". nie muszę chyba pisać ile takich momentów było potem MIEJSCE W RANKINGU PŁYT WESTA: przedostatnie :C
PRZEWODNIK PO ALBUMACH WESTA BY S.Z.R.P.

NUMEEEEER TRZYYYY

TUTUŁ:
graduazione 👌

ROK WYDANIA:
ten sam, w którym wyszło "Souljaboytellem.com"

COVER STORY:
wchodzimy na nowy level. bo zatrudnienie do stworzenia okładki postmodernisty Takashiego Murakamiego to było naprawdę odważne przyjęcie stanowiska w romansowaniu hip hopu ze sztuką wysoką, albo raczej z wysoką i niską w tym samym czasie. ogarnijcie w sumie sami czym w 2007 roku była japońska grafika na rapowej okładce, a potem to jak wielu młodych raperów dziś czerpię inspirację i dumę ze znajomości CHIŃSKICH BAJEK. w ogóle ten cover to nie jedyny obrazek towarzyszący premierze płyty. uniform z kultowymi okularami-żaluzjami, seria singli wydanych na picture discach, fragmenty z "Akiry" w klipie do "Stronger" czy zdjęcia designerskich mebli na BLOGASKU - Kanye zaznaczał swoją obecność w kulturze bardziej wizualnie niż kiedykolwiek

HIP HOP, ALE TROCHĘ JAK:
pop rock w trybie stadionowym

CYTAT Z ALBUMU:
I had a dream I could buy my way to heaven
When I awoke, I spent that on a necklace
I told God I'd be back in a second
Man it's so hard not to act reckless

ALSO CYTAT Z ALBUMU:
Have you ever popped champagne on a plane
While getting' some brain
Whipped it out, she said "I never seen snakes on a plane"

WSPOMNIENIE ZWIĄZANE Z ALBUMEM:
chyba całe to starcie z 50 centem. "Curtis" kontra "Graduation". trzeci album rapera z pistoletem na zdjęciu kontra trzeci album rapera z różowym polo. kto sprzeda więcej? słuchacze zagłosowali portfelami jaki krajobraz mainstreamowego hip hopu preferują i cóż, miło było być po stronie sztabu wyborczego Westa. ogólnie fajna akcja i nawet jeśli była tylko ustawką to przybrała formę zdrowego, konstruktywnego i nieagresywnego współzawodnictwa. o taki hip hop nic nie robiłem. do idealnego obrazu tej nietuzinkowej sytuacji zabrakło mi tylko tej autentycznej niby-prezydenckiej debaty, która miała się wówczas odbyć między dwójką gwiazdorów. ALE BY BYŁO

WRAŻENIA WTEDY:
SUPER PŁYTA 10/10. tuż po premierze byłem ultra zachwycony, a co za moim zachwytem przemawiało? zapewne spójność projektu, jego satysfakcjonująca długość, skupienie się artysty na osobie samego siebie (HEHE) poprzez ograniczenie licznych do tej pory featuringów, no i ogólne klimatyczne spuszczenie z tonu. tym miała być w założeniach koledżowej trylogii jej konkluzja, no i TAK BYŁO

WRAŻENIA DZIŚ:
dziś jestem pewien, że ze wszystkim albumów Kanyego żaden inny nie sprawia wrażenia tak bardzo przypisanego do czasów swej premiery jak właśnie "Graduation". może to zmierzchowe podejście do samplingu, może to obecny na produkcji DJ Toomp będący silną wizytówką dirty southu tamtej epoki, może starcie na cheesy braggi z Lil Wayne'em? a może T-Pain pojawiający się gościnnie jakby wciąż miał mieć w przyszłości monopol na auto-tune? albo te lekko męczące dziś "gotyckie synthy" jak to wówczas nazywali je recenzenci? "Graduation" było celebracją imponująco rosnącego w znaczeniu na scenie Westa bez miejsca na subtelność czy ekspresję rzucających nim emocji - gdyż Kanye przed epoką wyrywania nagród z rąk wschodzących pop gwiazdek nie miał praktycznie żadnych poważnych powodów do zmartwień. każdy go kochał, może poza dzbanami typu Vinnie Paz. nie mówię że tylko wrukwiony artysta to dobry artysta, ale zwykle jak się używa zwrotu "nie mówię że..." to chyba jednak właśnie tak się myśli xD. "Graduation" było miłym, przestronnym wakacyjnym apartamentem z widokiem na puchnące w blasku słońca ego naszego ulubieńca. oczywiście pomimo swej powierzchowności Ye dojrzewał jak charyzmatyczny emcee, który idąc tropem ewolucji swojego wielkiego brata Jaya-Z (po raz pierwszy bez featuringu, ale za to z piosenką jemu poświęconą) uczył się jak to można powiedzieć więcej mówiąc mniej. nawet jeśli było to pocieszne dreptanie w afekcie uczucia "MOJE JEST WYGRANKO" - to hej, był to jakiś krok do przodu

UTWÓR FAWORYT:
"Flashing Lights" - miłość od pierwszego odsłuchu i w sumie do dziś bez zmian. do tego jeden z najlepszych antyteledysków jakie widziałem (mówię oczywiście o tym z Ritą G, bo ogólnie to powstały aż trzy!). "I'm just saying, Hey Mona Lisa // Come home, you know you can't Rome without Caesar"

UTWÓR ZDECYDOWANIE-NIE-FAWORYT:
ej mała, lubisz Coldplay?

WHAT ELSE:
musimy porozmawiać o "Drunk and Hot Girls". to był ten najbardziej polaryzujący moment na płycie, jeśli nie ten jedyny. track który wielu słuchaczy wówczas nauczył robić skipa między "Barry Bonds" a "Flashing Lights". osiemnastoletni ja nawet lubił ten numer jako narzucający ciekawy obrót wydarzeń muzyczny żart. ale osiemnastoletni ja nie znał "Ege Bamyasi" od legendarnego Can i nie zdawał sobie sprawy jakim OUT OF LEFT FIELD ruchem było nagrywanie coveru krautrockowego klasyka, w ogóle samplowanie Can wykraczające ponad proszący się o to funkowy break z "Vitamin C". "Drunk and Hot Girls" było pierwszym tak intensywnie intertekstualnym momentem w twórczości Kanyego - momentem w którym słuchacz musi podjąć decyzję czy potrafi naprawdę zaufać artyście czy odbić będąc jak "nie, to głupie jak but jest, nara". nie muszę chyba pisać ile takich momentów było potem

MIEJSCE W RANKINGU PŁYT WESTA:
przedostatnie :C
13 paź 2019, 20:07
powracająca ostatnio do łask hiphopowych głów fascynacja stylówą rodem z kina blaxploitation wrzuca coraz to wyższe biegi w swoim błyszczącym Chevrolecie. wciąż łapię się na takie obrazki, nie ukrywam. przy okazji przypominajka jednego z przyjemniejszych singli tego roku - który no trochę tak przynależy co najmniej do poprzedniej dekady, BUT WHO CARES
Zaktualizowano 14 paź 2019, 19:58
14 paź 2019, 19:58
niejasny proces wydawania przez Kanyego swojej nowej płyty sprawił tak trochę, że niedotrzymywanie obietnic uszło płazem paru innym ŁEBKOM. i tak, mówię tutaj w pierwszej kolejności o Playboiu Cartim i wyczekiwanej przez wszystkich fajnych ludzi kontynuacji "Die Lit". COŚ JEST NIE TAK - powiedziałem, gdy upłynęły te dwa miesiące, w przeciągu których "Whole Lotta Red" miało się pojawić i uczynić świat lepszym miejscem. to było wtedy - a właśnie w SOCIAL MEDIACH rapera zaczęły kiełkować sugestie dotyczące hmmm.. jakiejś piątkowej premiery? oby tak było. w najgorszym przypadku będę się w weekend zasłuchiwać nowym albumem clipping., co w sumie nie będzie wcale takim złym przypadkiem

poniżej "Kid Cudi", jedna z największych tak naprawdę nigdy nie wydanych hiphopowych piosenek EVAH
Zaktualizowano 16 paź 2019, 22:20
16 paź 2019, 22:20
no i nie ma dziś nowego Cartiego. jest za to nowy clipping.. ale jest też nowy Gucci Mane z dyskografią Guwopa mam tak, że każdy kolejny album jest dla mnie po prostu MATERIAŁEM EKSPLOATACYJNYM, którego można z przyjemnością posłuchać w weekend premiery, po czym odstawić na metaforyczną półkę w bibliotece Spotify (ewentualnie zapisać maksymalnie 1-2 utwory). bo tak naprawdę zanim najdzie mnie ponowna chęć na przesłuchanie całego albumu/mixtape'u od Gucciego to zdąży wyjść kolejna świeża porcja wygrzewów trapowej ekscelencji ze zmieniającymi się featuringami i producer tagami w tle płyty Gucciego - mówiąc bardziej poetycko - są drewnem które dokładasz do pieca, ale jest to lapacho sprowadzane z Brazylii po 400 zł za metr kwadratowy. albo ŚLEDZIK NA RAZ, tylko że zamiast taniego rybiego truchła z dyskontu wypakowujesz z folii srebrzyste anchois prosto z Collioure "Wobtopera II" jeszcze nie słuchałem, ale zaraz będę i wiem, że BĘDĘ SPĘDZAŁ DOBRZE CZAS. tak naprawdę piszę teraz tylko dlatego, że okładka albumu jest przecudowna i musiała się znaleźć w mojej galerii burr!
no i nie ma dziś nowego Cartiego. jest za to nowy clipping.. ale jest też nowy Gucci Mane

z dyskografią Guwopa mam tak, że każdy kolejny album jest dla mnie po prostu MATERIAŁEM EKSPLOATACYJNYM, którego można z przyjemnością posłuchać w weekend premiery, po czym odstawić na metaforyczną półkę w bibliotece Spotify (ewentualnie zapisać maksymalnie 1-2 utwory). bo tak naprawdę zanim najdzie mnie ponowna chęć na przesłuchanie całego albumu/mixtape'u od Gucciego to zdąży wyjść kolejna świeża porcja wygrzewów trapowej ekscelencji ze zmieniającymi się featuringami i producer tagami w tle

płyty Gucciego - mówiąc bardziej poetycko - są drewnem które dokładasz do pieca, ale jest to lapacho sprowadzane z Brazylii po 400 zł za metr kwadratowy. albo ŚLEDZIK NA RAZ, tylko że zamiast taniego rybiego truchła z dyskontu wypakowujesz z folii srebrzyste anchois prosto z Collioure

"Wobtopera II" jeszcze nie słuchałem, ale zaraz będę i wiem, że BĘDĘ SPĘDZAŁ DOBRZE CZAS. tak naprawdę piszę teraz tylko dlatego, że okładka albumu jest przecudowna i musiała się znaleźć w mojej galerii

burr!
18 paź 2019, 16:19
nowy album @[208945919161267:274:Clipping.] to najlepszy horrorcore od czasów... nie wiem w sumie, ta gałąź hip hopu nie była nigdy dla mnie szczególnie ważna i nie do końca traktowałem ją poważnie. ale teraz chcę, ponieważ Daveed Diggs wraz ze swoim producenckim duetem już nieraz udowodnili jak bardzo potrafią być SPOOKY/CREEPY, a "There Existed an Addiction to Blood" to już horror na całego przygotujcie się na hektolitry krwi i deszcz fruwających części ciała, wystrzegajcie się wilkołaków i zombie, miejcie na uwadze ideę egzorcyzmów, drzemiącej głęboko w nas żądzy krwi, chorego gówna rodem z deep webu. Diggs dostarcza nam tego wszystkiego, ale bez jakiegoś spodziewanego w tego typu popkulturowych kolażach kampowego puszczania oczka, albo - co gorsza- bełkotu o ŻYCIU W SPOŁECZEŃSTWIE. to potrafi być autentycznie DISTURBING SHIT, a cholernie techniczny - w zasadzie to nieludzki - styl rapera tylko potęguje tę atmosferę. dla broadwayowskiego wyjadacza wcielenie się w narratora tego chorego świata to zapewne rola jak każda inna, ale dla nas ciarki na plecach, bynajmniej nie żenady duet Jonathan Snipes i William Hutson też odrobili pracę domową z przedmiotu "straszenie ludzi" i abstrahując od powszechnie docenionych już w ich muzyce inspiracji glitchem, industrialem i musique concrete - z pewnością przesłuchali niejedną ze ścieżek dźwiękowych pana Johna Carpentera i jakoś przetłumaczyli ten styl na język hip hopu "There Existed an Addiction to Blood" to też taki fajny kompromis między poprzednimi oficjalnymi longplayami grupy. bez tematycznego rozrzutu debiutanckiego "CLPPNG", ale też bez biorącego górę nad wszystkim innym zaparcia w budowaniu fabularnego konceptu ciekawie prezentuje się też trwające 18 minut outro, czyli "Burning Piano". uwielbiam jak hiphopowe albumy kończą się nagraniem dźwięku palących się instrumentów muzycznych, a wy? odważny - aczkolwiek pożyczony od awangardowej artystki z lat '60s - artystyczny statement, czy pretensjonalny bullshit bez kontekstu? 🤔
nowy album Clipping. to najlepszy horrorcore od czasów... nie wiem w sumie, ta gałąź hip hopu nie była nigdy dla mnie szczególnie ważna i nie do końca traktowałem ją poważnie. ale teraz chcę, ponieważ Daveed Diggs wraz ze swoim producenckim duetem już nieraz udowodnili jak bardzo potrafią być SPOOKY/CREEPY, a "There Existed an Addiction to Blood" to już horror na całego

przygotujcie się na hektolitry krwi i deszcz fruwających części ciała, wystrzegajcie się wilkołaków i zombie, miejcie na uwadze ideę egzorcyzmów, drzemiącej głęboko w nas żądzy krwi, chorego gówna rodem z deep webu. Diggs dostarcza nam tego wszystkiego, ale bez jakiegoś spodziewanego w tego typu popkulturowych kolażach kampowego puszczania oczka, albo - co gorsza- bełkotu o ŻYCIU W SPOŁECZEŃSTWIE. to potrafi być autentycznie DISTURBING SHIT, a cholernie techniczny - w zasadzie to nieludzki - styl rapera tylko potęguje tę atmosferę. dla broadwayowskiego wyjadacza wcielenie się w narratora tego chorego świata to zapewne rola jak każda inna, ale dla nas ciarki na plecach, bynajmniej nie żenady

duet Jonathan Snipes i William Hutson też odrobili pracę domową z przedmiotu "straszenie ludzi" i abstrahując od powszechnie docenionych już w ich muzyce inspiracji glitchem, industrialem i musique concrete - z pewnością przesłuchali niejedną ze ścieżek dźwiękowych pana Johna Carpentera i jakoś przetłumaczyli ten styl na język hip hopu

"There Existed an Addiction to Blood" to też taki fajny kompromis między poprzednimi oficjalnymi longplayami grupy. bez tematycznego rozrzutu debiutanckiego "CLPPNG", ale też bez biorącego górę nad wszystkim innym zaparcia w budowaniu fabularnego konceptu

ciekawie prezentuje się też trwające 18 minut outro, czyli "Burning Piano". uwielbiam jak hiphopowe albumy kończą się nagraniem dźwięku palących się instrumentów muzycznych, a wy? odważny - aczkolwiek pożyczony od awangardowej artystki z lat '60s - artystyczny statement, czy pretensjonalny bullshit bez kontekstu? 🤔
18 paź 2019, 22:30
@[549429725208433:274:Frank Ocean] teasuje nowy album singlem, w którym przechwala się opasłym dyskiem twardym pełnym niewydanych piosenek, które w momencie wydania i tak będą wyprzedzać swój czas, PS TAK BĘDZIE. "DHL" jest chyba zbyt auto-referencyjne i hmm.. hiphopowe by trafiło na tracklistę kontynuacji "Blonde" - chociaż kim ja niby jestem by móc przewidywać następne kroki mistrza?

"All in the day and I paid for the studio rate, instead of the rent, yeah
Now I can hang in this bitch every day waitin' for some inspiration to hit me
Look like I'm dressed for a hike but I really look like I'm in Paris and shit, yeah
Look like I'm dressed for a camp 'cause I'm pitchin' up that, like I'm pitchin' a tent, yeah"
Zaktualizowano 20 paź 2019, 10:49
20 paź 2019, 10:49
Streamujcie zagraniczne rap płyty utworzył(a) ankietę.
Ankieta: jaki nastroje przed piąteczkową premierą?
  •  WYJDZIE
  •  NIE WYJDZIE
jakie nastroje przed piąteczkową premierą?
21 paź 2019, 17:55
okej, kilka słów o dwóch fajnych wrzutkach, jakie na przestrzeni ostatniego tygodnia nastąpiły na muzycznych serwisach streamingowych, ponieważ nazwa tego peja, duuuh

po pierwsze: wreszcie mamy NA ŁĄCZACH cały praktycznie katalog ♡kitty♡, znanej również wcześniej jako Kitty Pryde. księżniczka cloud rapu, dobra kumpela takich spoko ziomeczków jak Riff Raff i (kiedyś) Danny Brown, a do tego ikona PORCYS-core'u. wychowana na internet-rapowym poletku zainicjowanym wcześniej przez Lil B jeszcze dobitniej popchnęła granice tego kto i czy może w ogóle robić hip hop w postaci, w jakiej przodkom śnić się nawet nie mogło. takie "Haha, I'm Sorry" czy "D.A.I.S.Y. Rage" do dzisiaj robią wrażenie pomimo tego jak KLAŁDY były tak bardzo pierwsza połowa tej dekady. dyskografia Kitty nie pojawiła się teraz przypadkowo - okazją było założenie przez raperkę własnego labelu. PRETTY WAVY jakby ktoś pytał

po drugie: na dwudziestą rocznicę swojej premiery na streamy wjechał debiut Pharoahe Moncha - i to włącznie z "Simon Says", które swojego czasu troszkę udupiło album z powodu problemów związanych z samplowaniem Godzilli. przyznam, że nie jest to nawet mój ulubiony album rapera - za takowy uznaję wydany 8 lat później "Desire" gdzie mc tak naprawdę dopiero zaczął zaspokajać swoje muzyczna ambicje. ale "Internal Affairs" miało w sobie pokłady nieskrępowanej energii i swojego czasu była moim osobistym BENCHMARKIEM w kwestii angażującego uwagę i elastycznego - jak na nowojorskie standardy - flow. dziś niektóre podkłady brzmią bardzo pretekstowo, a takie "Rape" jako całość - po prostu obrzydliwie, niemniej WARTO. poza tym pisanie o "Simon Says" przypomniało mi o pewnym kultowym filmiku z jutuba i oczywiście, że go zapostuję w komentarzu
23 paź 2019, 18:42
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
pytanie do wierzących. czy w Piśmie Świętym jest zapisane jakieś hidden przykazanie typu "nie będziesz w imię mnie i mego Syna nagrywał wokali na rapowy album za pomocą wysokiej jakości mikrofonów, a mikseru bedacego narzędziem diabła się wystrzegaj"? pytam, gdyż "Kolorowanka" Chance'a miała podobne problemy 🤔
25 paź 2019, 21:51
trochę ponarzekam, ale trochę też pochwalę z komentarzem na temat miksu/kompresji wyrwałem się już wczoraj i z tego zniesmaczenia się nie wycofuje. wokale przypominające mi czasy jak dla oszczędzenia czasu i przepływu danych ściągało się empetrójki w jakości 96 kbit/s to nie jest cool lo-fi. Kanye na "Jesus is King" to nie jest cholerny Ariel Pink z retrofilskim odlotem czy jakiś cloud raper z filtrem vhs w teledysku. to jest gospel, to ma być barwne, to ma być UPLIFTING, chce radować się jego nawróceniem w HQ, a nie w warunkach kojarzących się z kanciapą Mariusza Maxa Kolonki. chyba tylko w przypadku "Water" jakoś taka estetyka pasuje, a tak to ehhh. oprócz miksu to dziwne są również surowe przejścia między utworami oraz samo ich sekwencjonowanie, tak jakby ktoś kilkukrotnie poprawiał tracklistę... oh wait nie jestem na tyle kompetentny, by ocenić autentyczność jeszcze-bardziej-niż-kiedykolwiek uduchowionego Kanyego, odróżnić faktyczne przyjęcie misji od Boga od stanu umysłu szemranego amerykańskiego teleewangelisty. bliski wiary w to jestem przy "God Is", które brzmi jak westowski meltdown z emocjami w stu procentach przekierowanymi w inne miejsce - i jakie by nie było, lepsze jest od docelowego? może. tak czy inaczej PASSION OF THE WEST wciąż ma przebłyski tego samego człowieka jak zawsze, z pociesznymi głupotkami w edycji rekolekcyjnej ("When I thought the Book of Job was a job // The Devil had my soul, I can't lie" abo "What if Eve made apple juice? //You gon’ do what Adam do? //Or say, ‘Baby, let’s put this back on the tree’”, JEZU) i takim tłamszeniem w sobie dalej obecnego przekonania "ej przecież to ja jestem Bogiem", któremu daje upust choćby przyrównując swój los do Noego (dobre i to) aha, dzieje się też tutaj jakiś pseudo-subtelny DAMAGE CONTROL dotyczący ostatnich kontrowersyjnych wypowiedzi, który to - jestem pewien - o wiele, wiele lepiej wybrzmiewał w głowie autora, niźli faktycznie wybrzmiał na albumie. i weź się Kanye z tym uwalnianiem skazanych z więzień. tak to nie działa. please don't czyli co? całujmy krzyż Jezuska i w ogóle, a i tak wyszedł z tego album Kanyego Westa o Kanye Weście? no kto by pomyślał! jakby co mi to odpowiada, status quo w egocentrycznej mitologii rapera pozostało nietknięte, tak trzeba żyć przejdźmy do sekcji pochwał, w której znajdzie się wszystko co przy pominięciu fatalnego miksu wiąże się z produkcją i aranżacją muzyki. JEST DOBRZE, oczywiście wszystko mieści się w zakresie znanych już u Westa SZTUCZEK Z KAPELUSZA, wypadkowa trzech ostatnich płyt z ich wszystkimi trapowymi wpływami, pompatycznymi przejściami, jak zwykle mnóstwo tutaj zabawy obróbką głosu, syntezowaniem chórów z nawarstwianych post-produkcyjnie wokali. gospelowy koncept równa się idealna piaskownica dla takich właśnie zabaw, więc autor piachu, łopatek i foremek nie szczędził. na pewno dużo więcej się dzieje niż na zeszłorocznym, niebezpiecznie zachowawczym "Ye". do klasy "The Life Of Pablo" jednak sporo zabrakło, a to też był niby "gospel album". "Selah" kontra "Ultralight Beam" to jak "you vs guy she told you not to worry about" highlighty. hmmm na pewno "On God", czyli THE ACTUAL BANGER na płycie. nie chodzi nawet o jego uptempo a o nerdcore'owy motyw rodem z 16-bitowej gierki, mam słabość do takich rzeczy. ale zastanawia mnie czy nie jest to przypadkiem jakaś pozostałość z czasów gdy pracował nad projektem "TurboGrafx-16". also, "God Is" robi wielkie wrażenie, o czym już pisałem ale NAJ NAJ dla mnie to moment, w którym No Malice wjeżdża ze swoim krótkim wersem. czuć tutaj, że 1/2 Clipse była głodna mikrofonu jak dewot święconej kiełbaski z wielkanocnego koszyczka po czterdziestu dniach postu. śmiałbym stwierdzić, że najbardziej uduchowiony moment "Jesus is King" należy właśnie do tego rapera, który dosłownie poświęcił swą karierę dla wiary. jest taka teoria spiskowa (sam wymyśliłem), że cały projekt powstał tylko po to by zjednoczyć w studiu braci Thorntonów. jeśli to prawda to album super, daję 10/10 wybaczcie złośliwości, ale w sumie zawsze miałem problem z religijnością mainstreamowych raperów, którzy do wiary niemal zawsze podchodzili egoistycznie, selektywnie, o mierzeniu jej poziomu w karatach JESUS PIECE'ÓW nie wspominając. nawet jeśli "Jesus is KIng" stoi poziom wyżej, to nie jest to "chyba się jednak nawrócę" materiał. ale nie jest to też hiphopowy odpowiednik cynicznego christian rockowego projektu Erica Cartmana. także Kanye luz, IMMA HAPPY FOR YOU (dawno nikt do tego nie nawiązywał co), jeżeli w ten sposób chcesz się realizować ale proszę weź tego Mike'a Deana, Consequence'a, albo nawet i Ricka Rubina żeby naprawili album do kur*y nędzy
trochę ponarzekam, ale trochę też pochwalę

z komentarzem na temat miksu/kompresji wyrwałem się już wczoraj i z tego zniesmaczenia się nie wycofuje. wokale przypominające mi czasy jak dla oszczędzenia czasu i przepływu danych ściągało się empetrójki w jakości 96 kbit/s to nie jest cool lo-fi. Kanye na "Jesus is King" to nie jest cholerny Ariel Pink z retrofilskim odlotem czy jakiś cloud raper z filtrem vhs w teledysku. to jest gospel, to ma być barwne, to ma być UPLIFTING, chce radować się jego nawróceniem w HQ, a nie w warunkach kojarzących się z kanciapą Mariusza Maxa Kolonki. chyba tylko w przypadku "Water" jakoś taka estetyka pasuje, a tak to ehhh. oprócz miksu to dziwne są również surowe przejścia między utworami oraz samo ich sekwencjonowanie, tak jakby ktoś kilkukrotnie poprawiał tracklistę... oh wait

nie jestem na tyle kompetentny, by ocenić autentyczność jeszcze-bardziej-niż-kiedykolwiek uduchowionego Kanyego, odróżnić faktyczne przyjęcie misji od Boga od stanu umysłu szemranego amerykańskiego teleewangelisty. bliski wiary w to jestem przy "God Is", które brzmi jak westowski meltdown z emocjami w stu procentach przekierowanymi w inne miejsce - i jakie by nie było, lepsze jest od docelowego? może. tak czy inaczej PASSION OF THE WEST wciąż ma przebłyski tego samego człowieka jak zawsze, z pociesznymi głupotkami w edycji rekolekcyjnej ("When I thought the Book of Job was a job // The Devil had my soul, I can't lie" abo "What if Eve made apple juice? //You gon’ do what Adam do? //Or say, ‘Baby, let’s put this back on the tree’”, JEZU) i takim tłamszeniem w sobie dalej obecnego przekonania "ej przecież to ja jestem Bogiem", któremu daje upust choćby przyrównując swój los do Noego (dobre i to)

aha, dzieje się też tutaj jakiś pseudo-subtelny DAMAGE CONTROL dotyczący ostatnich kontrowersyjnych wypowiedzi, który to - jestem pewien - o wiele, wiele lepiej wybrzmiewał w głowie autora, niźli faktycznie wybrzmiał na albumie. i weź się Kanye z tym uwalnianiem skazanych z więzień. tak to nie działa. please don't

czyli co? całujmy krzyż Jezuska i w ogóle, a i tak wyszedł z tego album Kanyego Westa o Kanye Weście? no kto by pomyślał! jakby co mi to odpowiada, status quo w egocentrycznej mitologii rapera pozostało nietknięte, tak trzeba żyć

przejdźmy do sekcji pochwał, w której znajdzie się wszystko co przy pominięciu fatalnego miksu wiąże się z produkcją i aranżacją muzyki. JEST DOBRZE, oczywiście wszystko mieści się w zakresie znanych już u Westa SZTUCZEK Z KAPELUSZA, wypadkowa trzech ostatnich płyt z ich wszystkimi trapowymi wpływami, pompatycznymi przejściami, jak zwykle mnóstwo tutaj zabawy obróbką głosu, syntezowaniem chórów z nawarstwianych post-produkcyjnie wokali. gospelowy koncept równa się idealna piaskownica dla takich właśnie zabaw, więc autor piachu, łopatek i foremek nie szczędził. na pewno dużo więcej się dzieje niż na zeszłorocznym, niebezpiecznie zachowawczym "Ye". do klasy "The Life Of Pablo" jednak sporo zabrakło, a to też był niby "gospel album". "Selah" kontra "Ultralight Beam" to jak "you vs guy she told you not to worry about"

highlighty. hmmm na pewno "On God", czyli THE ACTUAL BANGER na płycie. nie chodzi nawet o jego uptempo a o nerdcore'owy motyw rodem z 16-bitowej gierki, mam słabość do takich rzeczy. ale zastanawia mnie czy nie jest to przypadkiem jakaś pozostałość z czasów gdy pracował nad projektem "TurboGrafx-16". also, "God Is" robi wielkie wrażenie, o czym już pisałem

ale NAJ NAJ dla mnie to moment, w którym No Malice wjeżdża ze swoim krótkim wersem. czuć tutaj, że 1/2 Clipse była głodna mikrofonu jak dewot święconej kiełbaski z wielkanocnego koszyczka po czterdziestu dniach postu. śmiałbym stwierdzić, że najbardziej uduchowiony moment "Jesus is King" należy właśnie do tego rapera, który dosłownie poświęcił swą karierę dla wiary. jest taka teoria spiskowa (sam wymyśliłem), że cały projekt powstał tylko po to by zjednoczyć w studiu braci Thorntonów. jeśli to prawda to album super, daję 10/10

wybaczcie złośliwości, ale w sumie zawsze miałem problem z religijnością mainstreamowych raperów, którzy do wiary niemal zawsze podchodzili egoistycznie, selektywnie, o mierzeniu jej poziomu w karatach JESUS PIECE'ÓW nie wspominając. nawet jeśli "Jesus is KIng" stoi poziom wyżej, to nie jest to "chyba się jednak nawrócę" materiał. ale nie jest to też hiphopowy odpowiednik cynicznego christian rockowego projektu Erica Cartmana. także Kanye luz, IMMA HAPPY FOR YOU (dawno nikt do tego nie nawiązywał co), jeżeli w ten sposób chcesz się realizować

ale proszę weź tego Mike'a Deana, Consequence'a, albo nawet i Ricka Rubina żeby naprawili album do kur*y nędzy
26 paź 2019, 11:50
kontynuując wątek zacnych produkcji WTEM pojawiających się na platformach streamingowych: nareszcie możemy sobie komfortowo posłuchać "Monster" Future'a! niemal wszyscy muzyczni ogarniacze i krytycy bez syndromu leśnego dziadka zdążyli już dojść do słusznego konsensusu, że "Potwór" był dla twórczości astronauty z Atlanty tym czym "Music of My Mind" dla Steviego Wondera albo "What's Going On" w przypadku dysko Marvina Gaye'a, WIECIE O CO CHO. o tym właśnie momencie w swojej karierze nawinął później na "DS2" pamiętne bo prawdziwe "Tryna make me a pop star and they made a monster". potwornie (HEHEHEH) dobry materiał
kontynuując wątek zacnych produkcji WTEM pojawiających się na platformach streamingowych: nareszcie możemy sobie komfortowo posłuchać "Monster" Future'a!

niemal wszyscy muzyczni ogarniacze i krytycy bez syndromu leśnego dziadka zdążyli już dojść do słusznego konsensusu, że "Potwór" był dla twórczości astronauty z Atlanty tym czym "Music of My Mind" dla Steviego Wondera albo "What's Going On" w przypadku dysko Marvina Gaye'a, WIECIE O CO CHO. o tym właśnie momencie w swojej karierze nawinął później na "DS2" pamiętne bo prawdziwe "Tryna make me a pop star and they made a monster". potwornie (HEHEHEH) dobry materiał
28 paź 2019, 19:26
wesołego Halloween, tylko gdzie "Savage Mode 2" albo "Without Warning 2"? pomimo krążących ploteczek żadnego pełnoprawnego materiału od @[1646942642209942:274:21 Savage] RACZEJ dziś nie dostaniemy, ale hej, jest przynajmniej singielek. czekałem na premierę "Immortal" odkąd Scorpion tłukł Raidena w trailerze "Mortal Kombat 11" w akompaniamencie posępnego flow mojego ulubionego brytyjskiego emcee. ku uciesze nerda, który spędził przy serii bijatyk więcej czasu niż chciałby się przyznać, cały track najeżony jest nawiązaniami do MK. krew, flaki i Kid Hazel, który jako producent rozumie się chyba z raperem równie dobrze co Metro Boomin i wie jak prawić komplementy jego CREEPY IN A GOOD WAY nawijce. cukierki nikogo przy takim psikusie

ps zimno się zrobiło, więc lecę jutro do ciepłych krajów. o tym jak wypadł powracający z pół-zaświatów Gang Starr pogadamy dopiero gdzieś za 1.5 tygodnia. trzymajcie się w tej Polsce !!!
Zaktualizowano 31 paź 2019, 17:15
31 paź 2019, 17:15
serwus, wróciłem z urlopu i chętnie usłyszę od was moi mili co tam ciekawego się wydarzyło w krajach pierwszego świata. póki co zdążyłem się zorientować, że szanowane przeze mnie postaci @[384538594965626:274:Doja Cat] i Wiki wyskoczyły z solóweczkami, @[281534522055779:274:Gang Starr] nie jest jedynym duetem z gwiazdą w nazwie który robi KOMBEK, recenzenci pieją nad nową @[249886838517050:274:FKA twigs], a hasło "ok boomer" tak wywindowało w powszechnej świadomości, że jego używanie nie jest już cool anymore ale oczywiście kwadrans na nadrobienie Earla się znalazł, a on jak to on, po raz kolejny testuje zasięg powiedzenia LESS IS MORE. uwielbiam jak gość wpada w coraz to głębsze tony posępnej, poetyckiej szaro-burości, choć posępna, poetycka szaro-burość zdawała się osiągnąć swój szczyt... no, w zasadzie już na debiucie. nie jestem muzyko-meteoropatą ale kurka jak bardzo mi to podchodzi pod tą smutną polską jesień
serwus, wróciłem z urlopu i chętnie usłyszę od was moi mili co tam ciekawego się wydarzyło w krajach pierwszego świata. póki co zdążyłem się zorientować, że szanowane przeze mnie postaci Doja Cat i Wiki wyskoczyły z solóweczkami, Gang Starr nie jest jedynym duetem z gwiazdą w nazwie który robi KOMBEK, recenzenci pieją nad nową FKA twigs, a hasło "ok boomer" tak wywindowało w powszechnej świadomości, że jego używanie nie jest już cool anymore

ale oczywiście kwadrans na nadrobienie Earla się znalazł, a on jak to on, po raz kolejny testuje zasięg powiedzenia LESS IS MORE. uwielbiam jak gość wpada w coraz to głębsze tony posępnej, poetyckiej szaro-burości, choć posępna, poetycka szaro-burość zdawała się osiągnąć swój szczyt... no, w zasadzie już na debiucie. nie jestem muzyko-meteoropatą ale kurka jak bardzo mi to podchodzi pod tą smutną polską jesień
9 lis 2019, 16:19
"Look, I have to say I could be an asshole Replaced the pack a day for the apple Pack of dope a day, not tobacco Not my fault I was placed in the Apple I was raised on raisins, Snapple Catholic on the upper west Bagels at Chapel See I'm an enigma they tryna get rid of Thought I was a contender Until they forget ya Whatever you did, whoever came with ya Gotta be better, not bitter I'll be back in all of my splendor" co by się na współczesnej scenie nie działo i jak bardzo lub nie bardzo bylibyśmy w stanie to zaakceptować, zawsze znajdzie się na scenie jakiś sympatyczny NORMIK rapujący z szczery sposób o swojej życiowej rutynie i jeszcze bardziej swoich drobnych dziwactwach, celebrując swoją niezależność na każdej możliwej płaszczyźnie, ale także nie ukrywając rozczarowania niekorzystną talią kart rozdanych przez los. Wiki to właśnie taki twój REGULAR DUDE i uwierz jak bardzo chcesz go posłuchać, dotknąć tego żyćka w ciasnym nowojorskim apartamencie telepanym przez przejeżdżające obok składy kolejki miejskiej nieważne czy znasz gościa od czasu nagrywania w ekipie Ratking, czy będzie to wasz pierwszy kontakt z rapsami Patricka Moralesa, "OOFIE" to kolejna w tym roku zacna pozycja z nurtu tego klasycznego (but with a twist) hip hopu. jakby za mało mocna była moja rekomendacja to jeszcze wspomnę, że sesja tej urzekającej nosowo-szczerbatej nawijki wzbogacona została o kilku naprawdę sensownie wyselekcjonowanych gości. wśród nich: Lil Ugly Mane, Denzel Curry, Princess Nokia i Your Old Droog a.k.a. lepszy Nas
"Look, I have to say I could be an asshole
Replaced the pack a day for the apple
Pack of dope a day, not tobacco
Not my fault I was placed in the Apple
I was raised on raisins, Snapple
Catholic on the upper west
Bagels at Chapel
See I'm an enigma they tryna get rid of
Thought I was a contender
Until they forget ya
Whatever you did, whoever came with ya
Gotta be better, not bitter
I'll be back in all of my splendor"

co by się na współczesnej scenie nie działo i jak bardzo lub nie bardzo bylibyśmy w stanie to zaakceptować, zawsze znajdzie się na scenie jakiś sympatyczny NORMIK rapujący z szczery sposób o swojej życiowej rutynie i jeszcze bardziej swoich drobnych dziwactwach, celebrując swoją niezależność na każdej możliwej płaszczyźnie, ale także nie ukrywając rozczarowania niekorzystną talią kart rozdanych przez los. Wiki to właśnie taki twój REGULAR DUDE i uwierz jak bardzo chcesz go posłuchać, dotknąć tego żyćka w ciasnym nowojorskim apartamencie telepanym przez przejeżdżające obok składy kolejki miejskiej

nieważne czy znasz gościa od czasu nagrywania w ekipie Ratking, czy będzie to wasz pierwszy kontakt z rapsami Patricka Moralesa, "OOFIE" to kolejna w tym roku zacna pozycja z nurtu tego klasycznego (but with a twist) hip hopu. jakby za mało mocna była moja rekomendacja to jeszcze wspomnę, że sesja tej urzekającej nosowo-szczerbatej nawijki wzbogacona została o kilku naprawdę sensownie wyselekcjonowanych gości. wśród nich: Lil Ugly Mane, Denzel Curry, Princess Nokia i Your Old Droog a.k.a. lepszy Nas
11 lis 2019, 13:55
z panem @[11592717710:274:Tyga] to ja mam tak: im bardziej dochodzi on do wniosku, że nikt nigdy nie będzie traktował go poważnie bo jest gościem od STRIP CLUB ANTHEMÓW i niczego więcej, tym bardziej nabieram pewnego typu szacunku (?) do niego

ale makarena w jego wydaniu to już oficjalnie wejście kalifornijskiego jaszczuroczłeka w czwartą gęstość, chcę go zaprosić jako ARTYSTĘ na swoje wesele someday
Zaktualizowano 11 lis 2019, 17:40
11 lis 2019, 17:40
no i fajnie, @[109841289060130:274:Pi'erre Bourne] wystąpi w Polsce. najwyraźniejsza w tej chwili postać na amerykańskiej scenie produkcyjnej, wciąż na wznoszącej fali. lord hiphopowego chiptune'a i aktualny CEO klubu spadkobierców estetyki "808s & Heartbreak", bo jasne że taki klub istnieje. "Marie Curie" to mój ulubiony solowy track Pierre'a, choćby za to jak silnie ucieleśnia wspomnianą kanyejowość. Piotrek, musisz to zagrać u nas - nie tylko dlatego, że ŁOLABOGA PIOSENKA O POLSKIEJ NOBLISTCE

@[3250909604922590:844:Pi'erre Bourne @Hybrydy Warszawa]
Zaktualizowano 14 lis 2019, 18:55
14 lis 2019, 18:31
wpis organizacyjny. zdjęcie Drake'a dla atencji idzie koniec '10s więc wypadałoby coś podsumowywać. myślałem o klasycznym zestawieniu albumów do najmniej do najbardziej fajniutkiego, ale to jest zbyt BASIC. ostatecznie pewnie i taką listę zamieszczę (w formie surowej, bez opisów), ale bardziej postanowiłem wczuć się w niezobowiązujące zestawienie moich ulubionych piosenek dekady. od jutra do któregoś tam dnia w grudniu, codziennie o którymś z fajnych utworów, bez znaczącego numerowania, ot jaka piosenka przypomni mi się, że jest ważna, to o niej akuratnie napiszę. niech będzie, że potrwa to 30 dni. tak jak 30 TON LISTA LISTA PRZEBOJÓW, ale taka bez Spice Girls, Golców i "Pater Noster" poza tym będę brał udział w podsumowanku na ZAPRZYJAŹNIONYM PORTALU MUZYCZNYM, oczywiście będę informował gdzie i kiedy żebym nie musiał tłumaczyć tego samego, daję od razu odpowiedź na pytanie "czy dekada nie kończy się przypadkiem dopiero pod koniec przyszłego roku?" oczywiście, że tak - pod warunkiem że jesteś uczniem podstawówki i nauczyciel na KLASÓWIE Z HISTY dręczy cię systemem typu 2001-2010. w każdym innym przypadku prowadzisz debatę z inteligentnymi ludźmi na temat historii, kultury, polityki, czegokolwiek i stosujesz system taki jak ja. OKJE? ps. zdjęcie Drake'a tak naprawdę nie tylko dla atencji. również dlatego, bo jest to pan i władca dekady, który owinął ją sobie wokół palca. a który to palec, to już sami zdecydujcie ps2. cieszę się, że jesteście u mnie i pomimo wciąż niewielkiej liczby lajków całkiem solidnie się udzielacie ❤️ ale zachęcam, żebyście sami też zachęcali innych znajomych do zaglądania na SZRP - wiem, że nie brakuje ogarniętych ludzi na FB do tworzenia COMMUNITY lubiącego sobie pogadać o zagranicznym hh
wpis organizacyjny. zdjęcie Drake'a dla atencji

idzie koniec '10s więc wypadałoby coś podsumowywać. myślałem o klasycznym zestawieniu albumów do najmniej do najbardziej fajniutkiego, ale to jest zbyt BASIC. ostatecznie pewnie i taką listę zamieszczę (w formie surowej, bez opisów), ale bardziej postanowiłem wczuć się w niezobowiązujące zestawienie moich ulubionych piosenek dekady. od jutra do któregoś tam dnia w grudniu, codziennie o którymś z fajnych utworów, bez znaczącego numerowania, ot jaka piosenka przypomni mi się, że jest ważna, to o niej akuratnie napiszę. niech będzie, że potrwa to 30 dni. tak jak 30 TON LISTA LISTA PRZEBOJÓW, ale taka bez Spice Girls, Golców i "Pater Noster"

poza tym będę brał udział w podsumowanku na ZAPRZYJAŹNIONYM PORTALU MUZYCZNYM, oczywiście będę informował gdzie i kiedy

żebym nie musiał tłumaczyć tego samego, daję od razu odpowiedź na pytanie "czy dekada nie kończy się przypadkiem dopiero pod koniec przyszłego roku?" oczywiście, że tak - pod warunkiem że jesteś uczniem podstawówki i nauczyciel na KLASÓWIE Z HISTY dręczy cię systemem typu 2001-2010. w każdym innym przypadku prowadzisz debatę z inteligentnymi ludźmi na temat historii, kultury, polityki, czegokolwiek i stosujesz system taki jak ja. OKJE?

ps. zdjęcie Drake'a tak naprawdę nie tylko dla atencji. również dlatego, bo jest to pan i władca dekady, który owinął ją sobie wokół palca. a który to palec, to już sami zdecydujcie

ps2. cieszę się, że jesteście u mnie i pomimo wciąż niewielkiej liczby lajków całkiem solidnie się udzielacie ❤️
ale zachęcam, żebyście sami też zachęcali innych znajomych do zaglądania na SZRP - wiem, że nie brakuje ogarniętych ludzi na FB do tworzenia COMMUNITY lubiącego sobie pogadać o zagranicznym hh
18 lis 2019, 22:19
ECHA '10s, odcinek 1 @[111529277124:274:Action Bronson] & @[285913118190454:274:Riff Raff] "BiRD ON A WiRE" prod. @[130130737067140:274:La Musica de Harry Fraud (Official)] (2012) na dobry początek doskonały duet prawdziwego Króla Albanii i Radosława Majdana rap gry. chciałem zacząć mocnym uderzeniem - piosenka, w której otyły rudobrody kucharz z Queens wjeżdża na bit linijką "blow a kiss to my dick, wash my body with the sponge" to zdecydowanie trafiony odmulacz i piękne przedsłowie do opowieści o tym jak hip hop stał się przez ostatnie lata rozkosznie abstrakcyjny i autoironiczny. Bronsolini powala sztuką rzucania wersów od niechcenia na podkład Harry'ego Frauda, który to sam w sobie brzmi jak nieustająca, kilkudniowa sesja z jazzem - ALE WIECIE O JAKI DŻEZ TAK NAPRAWDĘ MI CHODZI WINK WINK IKSDE. dym tak gęsty, że da się go ciąć tylko tasakiem do porcjowania kości ale "Ptaszek na Uwięzi" to również Riff Raff. rapowy KING OF COMEDY tej dekady, ale najpiękniejszy związany z nim żart tkwi w tym, że pod pokładami wizerunku przygłupa rodem z reality show stacji MTV skrywa się utalentowana bestia do surrealistycznego krzyżowania słów podlana wygimnastykowanym, teksańskim flow dwie (a w zasadzie to trzy licząc z Harrym) bestie w swoim PRAJMIE, to nie mogło nie wypalić, ALE WIECIE O JAKIM PALENIU MÓW... dobra, już nie będę
ECHA '10s, odcinek 1

Action Bronson & Riff Raff
"BiRD ON A WiRE"
prod. La Musica de Harry Fraud (Official) (2012)

na dobry początek doskonały duet prawdziwego Króla Albanii i Radosława Majdana rap gry. chciałem zacząć mocnym uderzeniem - piosenka, w której otyły rudobrody kucharz z Queens wjeżdża na bit linijką "blow a kiss to my dick, wash my body with the sponge" to zdecydowanie trafiony odmulacz i piękne przedsłowie do opowieści o tym jak hip hop stał się przez ostatnie lata rozkosznie abstrakcyjny i autoironiczny. Bronsolini powala sztuką rzucania wersów od niechcenia na podkład Harry'ego Frauda, który to sam w sobie brzmi jak nieustająca, kilkudniowa sesja z jazzem - ALE WIECIE O JAKI DŻEZ TAK NAPRAWDĘ MI CHODZI WINK WINK IKSDE. dym tak gęsty, że da się go ciąć tylko tasakiem do porcjowania kości

ale "Ptaszek na Uwięzi" to również Riff Raff. rapowy KING OF COMEDY tej dekady, ale najpiękniejszy związany z nim żart tkwi w tym, że pod pokładami wizerunku przygłupa rodem z reality show stacji MTV skrywa się utalentowana bestia do surrealistycznego krzyżowania słów podlana wygimnastykowanym, teksańskim flow

dwie (a w zasadzie to trzy licząc z Harrym) bestie w swoim PRAJMIE, to nie mogło nie wypalić, ALE WIECIE O JAKIM PALENIU MÓW... dobra, już nie będę
18 lis 2019, 23:57
ECHA '10s, odcinek 2 @[215410245198299:274:Denzel Curry] "Ultimate" prod. @[1915909898657861:274:Ronny J] (2015) "Ultimate" to nomen omen ostateczny GOING HARD ANTHEM, który zdaniem większości uznanych profesorów memologii stosowanej okazał się bardziej niż godnym następcą takich SZLAGIERÓW jak "Ante Up" M.O.P. lub "X Gon' Give It To Ya" DMXa ma w sobie coś, czego zabrakło w solidnym na poziomie domku z kart "Rap God" Eminema i rożnych tego typu wypocinach Machine Gun Kellych i innych fast xd rapperów. podejściu do robienia hip hopu na zasadzie "szybciej, mocniej, więcej" najczęściej mówię NIE i porównuję do prestiżu bycia akrobatą w cyrku - okej, masz talent i wyćwiczoną formę, ale dalej jesteś akrobatą w cyrku. Denzel potrafił nadać swojemu ultra-wystąpieniu wymiar apokaliptyczny, refren z każdym kolejnym wersem eskaluje i coraz bardziej nabiera fizycznego pędu rozpędzonego na autostradzie tira. to samo można powiedzieć o nawarstwianiu kolejnych deklaracji w zwrotkach ("flow like a prophet, lyrical toxic / flow like a foreigner, I'm the torturer / out of South Florida, call the coroner / killed in the corridor, I'm the overlord / rhymes like a sorcerer, I'm an animorph") "Ultimate" działa, bo endgame'em nie jest księga rekordów Guinessa - ale to, żebyśmy poczuli w duszy i w kościach nieskrępowaną zajebistość słów padających z ust rapera
ECHA '10s, odcinek 2

Denzel Curry
"Ultimate"
prod. Ronny J (2015)

"Ultimate" to nomen omen ostateczny GOING HARD ANTHEM, który zdaniem większości uznanych profesorów memologii stosowanej okazał się bardziej niż godnym następcą takich SZLAGIERÓW jak "Ante Up" M.O.P. lub "X Gon' Give It To Ya" DMXa

ma w sobie coś, czego zabrakło w solidnym na poziomie domku z kart "Rap God" Eminema i rożnych tego typu wypocinach Machine Gun Kellych i innych fast xd rapperów. podejściu do robienia hip hopu na zasadzie "szybciej, mocniej, więcej" najczęściej mówię NIE i porównuję do prestiżu bycia akrobatą w cyrku - okej, masz talent i wyćwiczoną formę, ale dalej jesteś akrobatą w cyrku. Denzel potrafił nadać swojemu ultra-wystąpieniu wymiar apokaliptyczny, refren z każdym kolejnym wersem eskaluje i coraz bardziej nabiera fizycznego pędu rozpędzonego na autostradzie tira. to samo można powiedzieć o nawarstwianiu kolejnych deklaracji w zwrotkach ("flow like a prophet, lyrical toxic / flow like a foreigner, I'm the torturer / out of South Florida, call the coroner / killed in the corridor, I'm the overlord / rhymes like a sorcerer, I'm an animorph")

"Ultimate" działa, bo endgame'em nie jest księga rekordów Guinessa - ale to, żebyśmy poczuli w duszy i w kościach nieskrępowaną zajebistość słów padających z ust rapera
19 lis 2019, 18:40
ECHA '10s, odcinek 3 @[145600198848933:274:Mr. Muthafuckin' Exquire], @[182793228220:274:Das Racist], Despot, @[129712633771971:274:Danny Brown] & @[109283912441149:274:EL-P] "The Last Huzzah" prod. Necro (2011) co tu się po kolei wydarzyło: - raper o bardzo niecenzuralnej ksywce nagrał swój breakthrough mixtape "Lost In Translation", a an nim zamieścił singiel "Huzzah" wyprodukowany przez Necro, OF ALL PEOPLE - utwór w trybie instant doczekał się remiksu na modłę starych poczciwych posse-cutów typu "Flava in Ya Ear (remix)". zaprosił swojego ówczesnego mentora El-P oraz innych raperów o hm... podobnym podejściu do żyćka? - sam klip to też jeden wielki hołd dla teledysku Craig Macka, już od pierwszych sekund - kawałek otworzył Despot i zrobił to zgrabnie, choć jest względnie największym normikiem w ekipie. w sumie to całą dekadę czekałem na jego album, a skończyło się dosłownie na kilku zarejestrowanych zwrotkach (?) - następnie ster przejął Kool A.D. z nieistniejącego już Das Racist i od tego momentu nic już nie było takie samo. "I'm reading Sun-Tzu, translating Don Killuminati into Spanish / wrapping my body in bandages". do tego pana jeszcze wrócę w tym zestawieniu - Heems podtrzymał klimat zwrotki swojego ziomeczka zaliczając jedne z najzabawniejszych anty przechwałek pod słońcem ("I got three shirts and they all look expensive (two of 'em do!) / 2000 Volkswagen mad old and dented / Skateboard P, Ashanti: foolish (Foolish!) / the worst rapper on this track, third coolest") - Dap, czyli hype man Das Racist zaliczył tylko featuring tańczony w teledysku, ja tam szanuję - Danny Brown. możliwe że właśnie ten jego wers był dealbreakerem dla mnie jeśli chodzi o trwający do dziś wielki szacunek dla typa - El-P wjechał chyba z najbardziej przemyślaną zwrotką w utworze z pieczołowicie zrealizowanym konceptem wyliczanki. ale mało kto docenił, bo ważniejszy wówczas był debiut EPICKIEGO WĄSA na video - warto wspomnieć, że na drugim planie pojawił się Killer Mike i to było jeszcze w czasach zanim powstało @[665814993476244:274:Run The Jewels], a i nikt jeszcze oficjalnie nie słyszał o JAKIEJKOLWIEK współpracy Jaime'ego i Michaela - wszystko to domknął jak zawsze bezczelny i fantastycznie obleśny gospodarz, pamiętnie puentujący największe albumowe wydarzenie 2011 roku ("Fuck a throne, watch the project bench covered in pigeon shit") - do dziś "The Last Huzzah" nie można posłuchać na Spotify :C
ECHA '10s, odcinek 3

Mr. Muthafuckin' Exquire, Das Racist, Despot, Danny Brown & EL-P
"The Last Huzzah"
prod. Necro (2011)

co tu się po kolei wydarzyło:

- raper o bardzo niecenzuralnej ksywce nagrał swój breakthrough mixtape "Lost In Translation", a an nim zamieścił singiel "Huzzah" wyprodukowany przez Necro, OF ALL PEOPLE

- utwór w trybie instant doczekał się remiksu na modłę starych poczciwych posse-cutów typu "Flava in Ya Ear (remix)". zaprosił swojego ówczesnego mentora El-P oraz innych raperów o hm... podobnym podejściu do żyćka?

- sam klip to też jeden wielki hołd dla teledysku Craig Macka, już od pierwszych sekund

- kawałek otworzył Despot i zrobił to zgrabnie, choć jest względnie największym normikiem w ekipie. w sumie to całą dekadę czekałem na jego album, a skończyło się dosłownie na kilku zarejestrowanych zwrotkach (?)

- następnie ster przejął Kool A.D. z nieistniejącego już Das Racist i od tego momentu nic już nie było takie samo. "I'm reading Sun-Tzu, translating Don Killuminati into Spanish /
wrapping my body in bandages". do tego pana jeszcze wrócę w tym zestawieniu

- Heems podtrzymał klimat zwrotki swojego ziomeczka zaliczając jedne z najzabawniejszych anty przechwałek pod słońcem ("I got three shirts and they all look expensive (two of 'em do!) /
2000 Volkswagen mad old and dented /
Skateboard P, Ashanti: foolish (Foolish!) /
the worst rapper on this track, third coolest")

- Dap, czyli hype man Das Racist zaliczył tylko featuring tańczony w teledysku, ja tam szanuję

- Danny Brown. możliwe że właśnie ten jego wers był dealbreakerem dla mnie jeśli chodzi o trwający do dziś wielki szacunek dla typa

- El-P wjechał chyba z najbardziej przemyślaną zwrotką w utworze z pieczołowicie zrealizowanym konceptem wyliczanki. ale mało kto docenił, bo ważniejszy wówczas był debiut EPICKIEGO WĄSA na video

- warto wspomnieć, że na drugim planie pojawił się Killer Mike i to było jeszcze w czasach zanim powstało Run The Jewels, a i nikt jeszcze oficjalnie nie słyszał o JAKIEJKOLWIEK współpracy Jaime'ego i Michaela

- wszystko to domknął jak zawsze bezczelny i fantastycznie obleśny gospodarz, pamiętnie puentujący największe albumowe wydarzenie 2011 roku ("Fuck a throne, watch the project bench covered in pigeon shit")

- do dziś "The Last Huzzah" nie można posłuchać na Spotify :C
20 lis 2019, 19:08
ECHA '10s, odcinek 4 @[836314363160973:274:Offset] "Ric Flair Drip" prod. @[384292674949894:274:Metro Boomin] (2017) fejm Migosów sprawił, że gdzieś w drugiej połowie dekady niemal cała scena zaczęła nawijać tak jak oni. jest to prawda w 66,666%, bo Offset i jego oryginalne podejście do zaprzęgania triplet flow pod unikalne polirytmiczne kaskady to wciąż ewenement "Ric Flair Drip" to coś więcej niż kolejny hołd dla uwielbianego w rapowych szeregach (od Mastera P przez Danny'ego Browna po Pushę T) wrestlera. "Ric Flair Drip" to pieprzony poligon, na którym raper testuje swoje atomowe flow patterny niedoścignione przez innych w tym wyścigu zbrojeń zwanym rap grą. teren pod te wybuchy i serie z KARABINKA wydzierżawił od Metro i chyba nikt nie mógł zapewnić mu pełniejszej przestrzeni i akustyki niby pozorny, niewinny kawałeczek z niezobowiązującego halloweenowego mikstejpu, a tu proszę. nawet sam the stylin', profilin', limousine riding, jet flying, kiss-stealing, wheelin' n' dealin' son of a gun odwdzięczył się za taką laurkę występem w teledysku. powiedzmy sobie szczerze, kto by nie był wdzięczny?! WOO!
ECHA '10s, odcinek 4

Offset
"Ric Flair Drip"
prod. Metro Boomin (2017)

fejm Migosów sprawił, że gdzieś w drugiej połowie dekady niemal cała scena zaczęła nawijać tak jak oni. jest to prawda w 66,666%, bo Offset i jego oryginalne podejście do zaprzęgania triplet flow pod unikalne polirytmiczne kaskady to wciąż ewenement

"Ric Flair Drip" to coś więcej niż kolejny hołd dla uwielbianego w rapowych szeregach (od Mastera P przez Danny'ego Browna po Pushę T) wrestlera. "Ric Flair Drip" to pieprzony poligon, na którym raper testuje swoje atomowe flow patterny niedoścignione przez innych w tym wyścigu zbrojeń zwanym rap grą. teren pod te wybuchy i serie z KARABINKA wydzierżawił od Metro i chyba nikt nie mógł zapewnić mu pełniejszej przestrzeni i akustyki

niby pozorny, niewinny kawałeczek z niezobowiązującego halloweenowego mikstejpu, a tu proszę. nawet sam the stylin', profilin', limousine riding, jet flying, kiss-stealing, wheelin' n' dealin' son of a gun odwdzięczył się za taką laurkę występem w teledysku. powiedzmy sobie szczerze, kto by nie był wdzięczny?!

WOO!
20 lis 2019, 19:37
nominacje do GRAMMY (czyli nagród, które powinny już od dawna #nikogo, ale jednak wciąż #kogokolwiek) w kategorii BEST RAP ALBUM Dreamville – Revenge of the Dreamers III Meek Mill – Championships 21 Savage – I Am > I Was Tyler, The Creator – IGOR YBN Cordae – The Lost Boy w sumie klasyczny zestaw. jest sekcja WTF (Dreamville), jest nominacja taka bardziej dla tworzącej go osobowości niż albumu (Meek), jest również krążek fajny, ale jednak taki grzeczny i jakby skrojony pod potencjalny gust akademii (Cordae) ale są też dwie bardzo satysfakcjonujące nomki, czyli 21 i Tyler. typa z nożem na czole się tutaj nie spodziewałem i gdzieś tam w duszy uśmiecham się na myśl, że akademickie grono fonograficznych dziadów dostrzegło w "I Am > I Was" jakieś wartości. WY TEŻ POWINNIŚCIE. natomiast "IGOR" to mój zdecydowany typ w przewidywaniach WHO SHOULD WIN i WHO WILL WIN. Tyler, tylko proszę nic nie świruj i przyjmij ten cholerny pozłacany patefon, zawsze to w CV (albo we wpisie na Wikipedii) ładnie wygląda
nominacje do GRAMMY (czyli nagród, które powinny już od dawna #nikogo, ale jednak wciąż #kogokolwiek) w kategorii BEST RAP ALBUM

Dreamville – Revenge of the Dreamers III
Meek Mill – Championships
21 Savage – I Am > I Was
Tyler, The Creator – IGOR
YBN Cordae – The Lost Boy

w sumie klasyczny zestaw. jest sekcja WTF (Dreamville), jest nominacja taka bardziej dla tworzącej go osobowości niż albumu (Meek), jest również krążek fajny, ale jednak taki grzeczny i jakby skrojony pod potencjalny gust akademii (Cordae)

ale są też dwie bardzo satysfakcjonujące nomki, czyli 21 i Tyler. typa z nożem na czole się tutaj nie spodziewałem i gdzieś tam w duszy uśmiecham się na myśl, że akademickie grono fonograficznych dziadów dostrzegło w "I Am > I Was" jakieś wartości. WY TEŻ POWINNIŚCIE. natomiast "IGOR" to mój zdecydowany typ w przewidywaniach WHO SHOULD WIN i WHO WILL WIN. Tyler, tylko proszę nic nie świruj i przyjmij ten cholerny pozłacany patefon, zawsze to w CV (albo we wpisie na Wikipedii) ładnie wygląda
20 lis 2019, 22:16
good guy Greedo - co nabroił w życiu to nabroił, ale przed pójściem do paki nagrał tyle materiału, że wystarczy na kilka albumów rocznie do samego końca odsiadki. poza tym pamiętajmy, że to ta koreliańska szumowina Han Solo strzelił jako pierwszy w oryginalnej wersji @[169299103121699:274:Star Wars] "Netflix and Deal" to kolejne sympatyczne kolabo @[879948338842866:274:03 Greedo] wydane w 2019. po eksponującym kalifornijskie koneksje projekcie z @[664630543594168:274:Mustard]em ruszyła po szynach maszyna Kenny'ego Beatsa - producenckiego rzemieślnika który mimo wszystko potrafi zbudować specyficzny sound wokół kogoś - nieważne czy tym kimś jest Vince Staples, Rico Nasty czy właśnie dzisiejszy bohater Ken stworzył tutaj bardzo trafiony, ale nie przeszarżowany koncept takiego - nie wiem no - GOOFY TRAPU (?) który dobrze komplementuje spektrum dziwactw, do jakich 03 zazwyczaj posuwa się chwytając za mikrofon i utrwalając coraz wyraźniejszy dla mnie tytuł westcoastowego Young Thuga ot fajny projekt z fajnymi featuringami (numer z @[8065620956:274:Freddie Gibbs]!), gdzie nagranie piosenki będącej wyliczanką filmów z udziałem Brada Pitta jest somehow świetnym pomysłem
good guy Greedo - co nabroił w życiu to nabroił, ale przed pójściem do paki nagrał tyle materiału, że wystarczy na kilka albumów rocznie do samego końca odsiadki. poza tym pamiętajmy, że to ta koreliańska szumowina Han Solo strzelił jako pierwszy w oryginalnej wersji Star Wars

"Netflix and Deal" to kolejne sympatyczne kolabo 03 Greedo wydane w 2019. po eksponującym kalifornijskie koneksje projekcie z Mustardem ruszyła po szynach maszyna Kenny'ego Beatsa - producenckiego rzemieślnika który mimo wszystko potrafi zbudować specyficzny sound wokół kogoś - nieważne czy tym kimś jest Vince Staples, Rico Nasty czy właśnie dzisiejszy bohater

Ken stworzył tutaj bardzo trafiony, ale nie przeszarżowany koncept takiego - nie wiem no - GOOFY TRAPU (?) który dobrze komplementuje spektrum dziwactw, do jakich 03 zazwyczaj posuwa się chwytając za mikrofon i utrwalając coraz wyraźniejszy dla mnie tytuł westcoastowego Young Thuga

ot fajny projekt z fajnymi featuringami (numer z Freddie Gibbs!), gdzie nagranie piosenki będącej wyliczanką filmów z udziałem Brada Pitta jest somehow świetnym pomysłem
22 lis 2019, 17:03
Echa '10s, odcinek 5 @[83711079303:274:Drake] "Know Yourself" prod. @[255844677824038:274:Boi-1da] (2015) Drejk śpiewany czy Drejk rapowany? to pytanie spędza sen z powiek wielu obserwatorom muzyki z lat 2010-2019. no, na pewno ja się nad tym zastanawiam. z zaskoczenia zazwyczaj odpowiadam na to pytanie wygodnym "to zależy", albo wskazując palcem na utwory z tzw. POGRANICZA "Know Yourself" to oczywiście raczej RAP ACT (i to pochodzący z takiego bardziej przerapowanego albumu Kanadyjczyka), ale nigdy by zaistniał bez płynącej z paru innych źródeł wrażliwości na melodię i frywolności w poszukiwaniu struktury kapitalny DYPTYK wstępnie symulujacy laidbackową przejażdżkę drzemiącymi ulicami Toronto, a następnie eskalujący do serii być może najbardziej POWERFUL wersów w dyskografii Aubreya. niekonwencjonalne podejście do konwencjonalnej formy reprezentowania swojej małej ojczyzny. do definiowania i poznawania samego siebie - tak jak panowie mędrcy w starożytnej Grecji sugerowali I WAS - RUNNIN - THROUGH THE - SIX - WITH MY WOES wiecie jak to powinno iść wiecie jak to powinno iść
Echa '10s, odcinek 5

Drake
"Know Yourself"
prod. Boi-1da (2015)

Drejk śpiewany czy Drejk rapowany? to pytanie spędza sen z powiek wielu obserwatorom muzyki z lat 2010-2019. no, na pewno ja się nad tym zastanawiam. z zaskoczenia zazwyczaj odpowiadam na to pytanie wygodnym "to zależy", albo wskazując palcem na utwory z tzw. POGRANICZA

"Know Yourself" to oczywiście raczej RAP ACT (i to pochodzący z takiego bardziej przerapowanego albumu Kanadyjczyka), ale nigdy by zaistniał bez płynącej z paru innych źródeł wrażliwości na melodię i frywolności w poszukiwaniu struktury

kapitalny DYPTYK wstępnie symulujacy laidbackową przejażdżkę drzemiącymi ulicami Toronto, a następnie eskalujący do serii być może najbardziej POWERFUL wersów w dyskografii Aubreya. niekonwencjonalne podejście do konwencjonalnej formy reprezentowania swojej małej ojczyzny. do definiowania i poznawania samego siebie - tak jak panowie mędrcy w starożytnej Grecji sugerowali

I WAS - RUNNIN - THROUGH THE - SIX - WITH MY WOES
wiecie jak to powinno iść
wiecie jak to powinno iść
22 lis 2019, 20:13
Echa '10s, odcinek 6 @[199366073403:274:Black Hippy] "Vice City" prod. Cardo & Yung Exclusive (2015) @[241273033091:274:Kendrick Lamar], @[10275495447:274:Jay Rock]. @[128926473831602:274:ScHoolboyQ] i @[291293186303:274:Ab-Soul] dowieźli nam w tej dekadzie wielu godnych zapamiętania albumów, ale też bardzo rozczarowali niespełnieniem jednej z największych fantazji własnego fanbase'u. okej, nikt nigdy nie obiecywał, że kwartet nagra wspólny album, a sama nazwa Black Hippy była takim spontanicznym UMBRELLA TERM dla czwórki najzdolniejszych byków akurat zasilających szeregi wytwórni @[402409753299372:274:Top Dawg Entertainment]. no ale co z tego, skoro każdy przypadek kiedy spotykali się w komplecie na bicie, wyrywał z butów? "Vice City" bez Tommy'ego Vercetti i Lance'a Vance'a, ale za to z grupką dobrych ziomków robiących ustawkę pod wspólny flow pattern. wyszło tak, że - owszem - każdy do reguły się dopasował, ale OSLO każdy nadał swoim wersom własnej trajektorii lotu i pozostawił na bicie kawał swojej dystynktywnej osobowości. przy tym wszystkim podchodząc z rezerwą i lekko zaaranżowaną niedbałością o formę, ale wszystko w imię tego by pokazać jak bardzo są "inni a tacy sami". Brockhampton wcale nie był pierwszym rapowym boysbandem, SOREWICZ
Echa '10s, odcinek 6
Black Hippy
"Vice City"
prod. Cardo & Yung Exclusive (2015)

Kendrick Lamar, Jay Rock. ScHoolboyQ i Ab-Soul dowieźli nam w tej dekadzie wielu godnych zapamiętania albumów, ale też bardzo rozczarowali niespełnieniem jednej z największych fantazji własnego fanbase'u. okej, nikt nigdy nie obiecywał, że kwartet nagra wspólny album, a sama nazwa Black Hippy była takim spontanicznym UMBRELLA TERM dla czwórki najzdolniejszych byków akurat zasilających szeregi wytwórni Top Dawg Entertainment. no ale co z tego, skoro każdy przypadek kiedy spotykali się w komplecie na bicie, wyrywał z butów?

"Vice City" bez Tommy'ego Vercetti i Lance'a Vance'a, ale za to z grupką dobrych ziomków robiących ustawkę pod wspólny flow pattern. wyszło tak, że - owszem - każdy do reguły się dopasował, ale OSLO każdy nadał swoim wersom własnej trajektorii lotu i pozostawił na bicie kawał swojej dystynktywnej osobowości. przy tym wszystkim podchodząc z rezerwą i lekko zaaranżowaną niedbałością o formę, ale wszystko w imię tego by pokazać jak bardzo są "inni a tacy sami". Brockhampton wcale nie był pierwszym rapowym boysbandem, SOREWICZ
23 lis 2019, 21:05
Echa '10s, odcinek 7 @[44436607298:274:The Bullitts], @[588790961292569:274:Yasiin Bey], @[1408850729380223:274:Jay Electronica] & @[282183905235927:274:Lucy Liu] (!) "They Die By Dawn" Prod. The Bullitts (2013) nagroda za najlepszy hiphopowy numer w klimatach dzikiego zachodu idzie... wcale nie do Małego Nasa X. "Old Town Road" przy "They Die By Dawn" jest jak "Bardzo Dziki Zachód" przy "Dobrym, Złym i Brzydkim". i nawet nie przesadzam z porównaniem do klasyka Sergio Leone, bo utwór czerpie garściami ze spaghetti-westernowej metody budowania suspensu, jak i z instrumentarium pana Ennio Morricone. Mos Def bardzo obrazowo nakreśla gatunkowe detale na drugim planie, przygotowując setting pod łapiącego za serducho Jaya Electronicę "My grandmother told me Never ever go to sleep in the church house / Wear a shirt and a tie to the court house / Look the judge in the eye like a man / Not a dove, not a lamb, not a slave, or a church mouse / You a king, you a god, you a holy El / Get out this hole and give these motherfuckers holy hell / So over time, I perfected my rhymes and / That's why I shine like I climbed out the Holy Grail" a to wszystko w ramach piosenki do filmu, o którym w Polsce słyszało może z dziesięć osób. The Bullitts to w ogóle był dziwaczny multimedialny projekt, który pomimo eklektycznej natury, konkretnego budżetu i gwiazdorskich koneksji Jeymesa Samuela jakoś nigdy nie wypalił BIG TIME. podobno pracuje on właśnie nad kolejnym westernem. z główną rolą by @[207846693691:274:Idris Elba], dystrybucją by @[574340469443267:274:Netflix] i pieniążkiem by @[48382669205:274:JAY-Z]. trzymam kciuki za sukces. i za kolejny dobry soundtrack
Echa '10s, odcinek 7

The Bullitts, Yasiin Bey, Jay Electronica & Lucy Liu (!)
"They Die By Dawn"
Prod. The Bullitts (2013)

nagroda za najlepszy hiphopowy numer w klimatach dzikiego zachodu idzie... wcale nie do Małego Nasa X. "Old Town Road" przy "They Die By Dawn" jest jak "Bardzo Dziki Zachód" przy "Dobrym, Złym i Brzydkim". i nawet nie przesadzam z porównaniem do klasyka Sergio Leone, bo utwór czerpie garściami ze spaghetti-westernowej metody budowania suspensu, jak i z instrumentarium pana Ennio Morricone. Mos Def bardzo obrazowo nakreśla gatunkowe detale na drugim planie, przygotowując setting pod łapiącego za serducho Jaya Electronicę

"My grandmother told me Never ever go to sleep in the church house / Wear a shirt and a tie to the court house /
Look the judge in the eye like a man /
Not a dove, not a lamb, not a slave, or a church mouse /
You a king, you a god, you a holy El /
Get out this hole and give these motherfuckers holy hell /
So over time, I perfected my rhymes and /
That's why I shine like I climbed out the Holy Grail"

a to wszystko w ramach piosenki do filmu, o którym w Polsce słyszało może z dziesięć osób. The Bullitts to w ogóle był dziwaczny multimedialny projekt, który pomimo eklektycznej natury, konkretnego budżetu i gwiazdorskich koneksji Jeymesa Samuela jakoś nigdy nie wypalił BIG TIME. podobno pracuje on właśnie nad kolejnym westernem. z główną rolą by Idris Elba, dystrybucją by Netflix i pieniążkiem by JAY-Z. trzymam kciuki za sukces. i za kolejny dobry soundtrack
24 lis 2019, 14:51
Echa '10s, odcinek 8 @[129712633771971:274:Danny Brown] "Ain't it Funny" prod. Paul White (2016) "Atrocity Exhibition" przepełnione było momentami, w których łapałem się za głowę i zastanawiałem "matko czego ja właśnie słucham" - oczywiście w pozytywnym tego znaczeniu. żaden jednak nie zapadł mi w pamięci tak głęboko, jak inicjalny kontakt z trackiem numer sześć. już po trzech minutach wiedziałem, że będzie to jeden z moich ulubionych utworów w historii hip hopu (serio) napędzany potencjalnie każdym istniejącym środkiem odurzającym zjazd Danny'ego w niekończącą się otchłań własnego szaleństwa natychmiastowo odurza swoim błyskawicznym i absurdalnie komiksowym DELIVERY, do tego stopnia, że bardzo łatwo przegapić niejedną inteligentną metaforę zagubienia we własnym pokręconym trybie życia. trochę boli, bo to takie MY PAIN, YOUR ENTERTAINMENT, co świetnie uzmysławia wyreżyserowany przez @[195529090943614:274:Jonah Hill]a teledynio. no ale słyszeliśmy też najnowszy album rapera, gdzie czuć że wszystko ma się ku lepszemu, it's all good now mam mały prywatny żal do piosenki, bo podkład Paula White'a nie okazał się pomysłowym składakiem jak zakładałem, a w zasadzie niemalże nietkniętym loopem z utworu Nicka Masona z Pink Floyd. chociaż... znaleźć fajną pętlę to też sztuka, a same z-piekła-rodem wersy Danny'ego są wystarczającą wartością dodaną
Echa '10s, odcinek 8
Danny Brown
"Ain't it Funny"
prod. Paul White (2016)

"Atrocity Exhibition" przepełnione było momentami, w których łapałem się za głowę i zastanawiałem "matko czego ja właśnie słucham" - oczywiście w pozytywnym tego znaczeniu. żaden jednak nie zapadł mi w pamięci tak głęboko, jak inicjalny kontakt z trackiem numer sześć. już po trzech minutach wiedziałem, że będzie to jeden z moich ulubionych utworów w historii hip hopu (serio)

napędzany potencjalnie każdym istniejącym środkiem odurzającym zjazd Danny'ego w niekończącą się otchłań własnego szaleństwa natychmiastowo odurza swoim błyskawicznym i absurdalnie komiksowym DELIVERY, do tego stopnia, że bardzo łatwo przegapić niejedną inteligentną metaforę zagubienia we własnym pokręconym trybie życia. trochę boli, bo to takie MY PAIN, YOUR ENTERTAINMENT, co świetnie uzmysławia wyreżyserowany przez Jonah Hilla teledynio. no ale słyszeliśmy też najnowszy album rapera, gdzie czuć że wszystko ma się ku lepszemu, it's all good now

mam mały prywatny żal do piosenki, bo podkład Paula White'a nie okazał się pomysłowym składakiem jak zakładałem, a w zasadzie niemalże nietkniętym loopem z utworu Nicka Masona z Pink Floyd. chociaż... znaleźć fajną pętlę to też sztuka, a same z-piekła-rodem wersy Danny'ego są wystarczającą wartością dodaną
24 lis 2019, 15:17
Echa '10s, odcinek 9 @[376974442459686:274:Rapper Jean Grae], @[484754608209632:274:Quelle Chris] "Gold Purple Orange" prod. Quelle Chris (2018) moje ukochane hiphopowe małżeństwo trochę delektuje się, a trochę pastwi nad piękną katastrofą kondycji współczesnego społeczeństwa. rozlicza durne i krzywdzące stereotypy, zachęca do odcięcia się od nich. wszystko puentuje niby oczywistą, ale jednak wartą wielokrotnego wałkowania puentą o tym jak prawdziwa osobowość powinna powoli i swoim czasie dojrzewać. niczym kaczka w piekarniku "Gold Purple Orange" nie byłoby oczywiście tym samym bez swojego abstract-jazzowego animuszu i gęstych oparów absurdu, uczucia oglądania zaginionego odcinka "The Eric Andre Show". no, nie bez powodu dwaj prowadzący z najzabawniejszego talk show w historii telewizji mają swoje epizodyczne role w teledysku jeśli nigdy nie słyszeliście wspólnego albumu Jean i Quelle'a to gorąco zachęcam do nadrobienia. świadomość, że ktoś po tym wpisie faktycznie sprawdzi "Everything’s Fine" utrzyma mnie w przekonaniu, że prowadzenie tego funpeja ma jakiś cel : >
Echa '10s, odcinek 9

Rapper Jean Grae, Quelle Chris
"Gold Purple Orange"
prod. Quelle Chris (2018)

moje ukochane hiphopowe małżeństwo trochę delektuje się, a trochę pastwi nad piękną katastrofą kondycji współczesnego społeczeństwa. rozlicza durne i krzywdzące stereotypy, zachęca do odcięcia się od nich. wszystko puentuje niby oczywistą, ale jednak wartą wielokrotnego wałkowania puentą o tym jak prawdziwa osobowość powinna powoli i swoim czasie dojrzewać. niczym kaczka w piekarniku

"Gold Purple Orange" nie byłoby oczywiście tym samym bez swojego abstract-jazzowego animuszu i gęstych oparów absurdu, uczucia oglądania zaginionego odcinka "The Eric Andre Show". no, nie bez powodu dwaj prowadzący z najzabawniejszego talk show w historii telewizji mają swoje epizodyczne role w teledysku

jeśli nigdy nie słyszeliście wspólnego albumu Jean i Quelle'a to gorąco zachęcam do nadrobienia. świadomość, że ktoś po tym wpisie faktycznie sprawdzi "Everything’s Fine" utrzyma mnie w przekonaniu, że prowadzenie tego funpeja ma jakiś cel : >
24 lis 2019, 15:41
a więc @[10705539669:274:The Game] w przyszłym tygodniu wydaje swój finalny album. "Born 2 Rap" otwierać i zamykać będą dwie różne od siebie piosenki z gościnnym udziałem Eda Sheerana. ktoś tu chyba osobiście jest świadom tego ile znaczą obietnice przejścia na emeryturę w wykonaniu raperów i w związku z tym NAWET NIE PRÓBUJE

singiel z Andersonem.Paakiem tak jakby chciałby być sympatyczny i chillujący, ale nie umiał. albo to mi się już przejadł i odbija ten oczywisty schemat, w jaki wpadają raperzy zapraszający Breezy'ego Lovejoya na featuring
Zaktualizowano 24 lis 2019, 19:49
24 lis 2019, 19:49
Echa '10s, odcinek 10 @[106886382853711:274:Migos] "T-Shirt" prod. XL Eagle & @[13760769467:274:Nard & B] (2017) jeśli Rae Sremmurd są (byli?) czarnymi Beatlesami, to jak w takim razie okrzyknąć Migosów? w celu ustalenia doskonałej analogii zebrałem na fejsbukowej konferencji gremium dziennikarzy, blogerów i pasjonatów muzyki rozrywkowej, jej ewolucji na przestrzeni ostatnich 60 lat. po kilku godzinach burzliwej debaty... no dobra, nic takiego nie było. sam sobie właśnie wymyśliłem, że trio Atlanty musi być w tej sytuacji czarnymi Beach Boysami "T-Shirt" jakoś mi to tak uświadamia. rodzinny kolektyw artystów przeistacza codzienność swojej metody funkcjonowania w obrębie amerykańskiego snu w poetycko płynący potok BAROKOWYCH CUDENIEK, wymuskuje nowatorskimi zagrywkami produkcyjnymi, no i ach te harmonie wokalne w tle! wszystko się zgadza w skali 1:1, musicie tylko w swych otwartych głowach podmienić deski surfingowe i urocze kózki na cegły koksu i najbardziej błyszczące modele Pateków. serio, dalej nic? nawet mi was nie żal
Echa '10s, odcinek 10
Migos
"T-Shirt"
prod. XL Eagle & Nard & B (2017)

jeśli Rae Sremmurd są (byli?) czarnymi Beatlesami, to jak w takim razie okrzyknąć Migosów? w celu ustalenia doskonałej analogii zebrałem na fejsbukowej konferencji gremium dziennikarzy, blogerów i pasjonatów muzyki rozrywkowej, jej ewolucji na przestrzeni ostatnich 60 lat. po kilku godzinach burzliwej debaty... no dobra, nic takiego nie było. sam sobie właśnie wymyśliłem, że trio Atlanty musi być w tej sytuacji czarnymi Beach Boysami

"T-Shirt" jakoś mi to tak uświadamia. rodzinny kolektyw artystów przeistacza codzienność swojej metody funkcjonowania w obrębie amerykańskiego snu w poetycko płynący potok BAROKOWYCH CUDENIEK, wymuskuje nowatorskimi zagrywkami produkcyjnymi, no i ach te harmonie wokalne w tle! wszystko się zgadza w skali 1:1, musicie tylko w swych otwartych głowach podmienić deski surfingowe i urocze kózki na cegły koksu i najbardziej błyszczące modele Pateków. serio, dalej nic? nawet mi was nie żal
26 lis 2019, 21:40
Echa '10s, odcinek 11 @[288846824561031:274:Earl Sweatshirt], @[115390438488235:274:Casey Veggies], @[1490116171213474:274:Vince Staples] "Hive" prod. Earl Sweatshirt a.k.a. RandomBlackDude & Matt Martians (2013) dyskografia Earla to eden wielki trip w świat ciężkiego doła łamany na ASMR, łamany na "za MF DOOMa to był dopiero hip hop". najlepiej przyjemności te konsumuje się "od deski do deski", a jak przychodzi mnie ochota wrzucić szybko coś (mrożącego krew w żyłach) na ząb, to kilk i leci "Hive". bo to znakomite POWER MOVES młodziaka w gęstą przestrzeń rap gry ("One adolescent, fuckin' six-nigga energy / And crawlin' down 'fax like a rich nigga centipede"), no i raport z osiedla w najlepszym wykonaniu ("Breakin' News: Death's less important when the Lakers lose / It's lead in that baby food, heads try to make it through") w tym samym czasie a po tym całym technicznym majstersztyku przychodzi życióweczka VInce'a Staplesa. w opozycji do minimalistycznych form jakie później pojawiły się na jego albumach, tutaj dostajemy zwrotkę-rzekę od obiecującego jak cholera złego brata bliźniaka Snoop Dogga. już wtedy wiedziałem, że znajdzie się on wkrótce w mojej ścisłej czołówce rapujących ulubieńców tej dekady
Echa '10s, odcinek 11

Earl Sweatshirt, Casey Veggies, Vince Staples
"Hive"
prod. Earl Sweatshirt a.k.a. RandomBlackDude & Matt Martians (2013)

dyskografia Earla to eden wielki trip w świat ciężkiego doła łamany na ASMR, łamany na "za MF DOOMa to był dopiero hip hop". najlepiej przyjemności te konsumuje się "od deski do deski", a jak przychodzi mnie ochota wrzucić szybko coś (mrożącego krew w żyłach) na ząb, to kilk i leci "Hive". bo to znakomite POWER MOVES młodziaka w gęstą przestrzeń rap gry ("One adolescent, fuckin' six-nigga energy / And crawlin' down 'fax like a rich nigga centipede"), no i raport z osiedla w najlepszym wykonaniu ("Breakin' News: Death's less important when the Lakers lose / It's lead in that baby food, heads try to make it through") w tym samym czasie

a po tym całym technicznym majstersztyku przychodzi życióweczka VInce'a Staplesa. w opozycji do minimalistycznych form jakie później pojawiły się na jego albumach, tutaj dostajemy zwrotkę-rzekę od obiecującego jak cholera złego brata bliźniaka Snoop Dogga. już wtedy wiedziałem, że znajdzie się on wkrótce w mojej ścisłej czołówce rapujących ulubieńców tej dekady
26 lis 2019, 22:05
Echa '10s, odcinek 12 @[6885814958:274:Lil Wayne], @[298417060438078:274:Cory Gunz] "6 Foot 7 Foot" prod. Bangladesh (2011) mogłoby się wydawać, że dzisiejszy wybór bardziej przynależy do tej poprzedniej dekady. i nie mówię tego by szkalować "6 Foot 7 Foot" - po prostu tak dobrze kojarzy mi się z najmocniejszym okresem kariery Tuńczyka, tzn latami 2005-2008 sinigel, który w początkowych założeniach miał być sequelem "A Milli" z "Tha Carter III", przerósł swój pierwowzór i uznaję go osobiście za kropkę nad "i" złotej lilwayne'owej ery. a może nawet za jego MAGNUM OPUS? może Weezy postawił tutaj wszystko na jedną kartę - czyli na zabawne punchline'y i gry słowne, które tak już zapuściły korzenie w mitologii nowoorleańskiego szamana, że zapewniły mu immunitet na bycie KINDA CORNY i jakiego suchara by nie rzucił na track, spotka się z akceptacją publiczności tyle że fantastyczne linijki typu "Life is the bitch, and death is her sister / Sleep is the cousin—what a fuckin' family picture / You know Father Time, and we all know Mother Nature / It's all in the family, but I am of no relation" wcale nie są czerstwe. natłoczenie kreatywnych wersów może nas wprowadzić w zakłopotanie. na szczęście niemal "dosłowne video" Hype'a Williamsa ratuje nas przed zabłądzeniem w szalonym ŚWIECIE WAYNE'A ("We're not worthy!"). w świecie, w którym wybijający rytm, niby kuriozalny sampel z "Banana Boat Song" okazuje się być zaskakująco skutecznym i organicznym spoiwem
Echa '10s, odcinek 12

Lil Wayne, Cory Gunz
"6 Foot 7 Foot"
prod. Bangladesh (2011)

mogłoby się wydawać, że dzisiejszy wybór bardziej przynależy do tej poprzedniej dekady. i nie mówię tego by szkalować "6 Foot 7 Foot" - po prostu tak dobrze kojarzy mi się z najmocniejszym okresem kariery Tuńczyka, tzn latami 2005-2008

sinigel, który w początkowych założeniach miał być sequelem "A Milli" z "Tha Carter III", przerósł swój pierwowzór i uznaję go osobiście za kropkę nad "i" złotej lilwayne'owej ery. a może nawet za jego MAGNUM OPUS? może

Weezy postawił tutaj wszystko na jedną kartę - czyli na zabawne punchline'y i gry słowne, które tak już zapuściły korzenie w mitologii nowoorleańskiego szamana, że zapewniły mu immunitet na bycie KINDA CORNY i jakiego suchara by nie rzucił na track, spotka się z akceptacją publiczności

tyle że fantastyczne linijki typu "Life is the bitch, and death is her sister / Sleep is the cousin—what a fuckin' family picture / You know Father Time, and we all know Mother Nature / It's all in the family, but I am of no relation" wcale nie są czerstwe. natłoczenie kreatywnych wersów może nas wprowadzić w zakłopotanie. na szczęście niemal "dosłowne video" Hype'a Williamsa ratuje nas przed zabłądzeniem w szalonym ŚWIECIE WAYNE'A ("We're not worthy!"). w świecie, w którym wybijający rytm, niby kuriozalny sampel z "Banana Boat Song" okazuje się być zaskakująco skutecznym i organicznym spoiwem
29 lis 2019, 09:06
@[208945919161267:274:Clipping.] - dopiero co po wydaniu świetnego "There Existed an Addiction to Blood" - właśnie poprawili swój wkład w 2019 rok jeszcze 3-trackową epeczką <3 od razu pojawiły się pytania czy to nie aby odrzuty z ostatniego longplaya. nie jest to prawda, aczkolwiek nie jest to też zupełnie świeży materiał. tytułowy utwór premierę miał jeszcze w 2017 i za przedstawioną w nim historię opartą na retro-afrofuturystycznej wizji żyjącej pod powierzchnią wody cywilizacji zespół otrzymał nominacje do Nagrody Hugo - najbardziej prestiżowej nagrody dla twórców sci-fi, I GUESS "The Deep EP" to wspomniana piosenka rozbudowana o dwie dodatkowe osadzone w tym samym uniwersum, z gościnnym występem @[117954334892194:274:Shabazz Palaces]. plus instrumentale. polecanko
Clipping. - dopiero co po wydaniu świetnego "There Existed an Addiction to Blood" - właśnie poprawili swój wkład w 2019 rok jeszcze 3-trackową epeczką ♥

od razu pojawiły się pytania czy to nie aby odrzuty z ostatniego longplaya. nie jest to prawda, aczkolwiek nie jest to też zupełnie świeży materiał. tytułowy utwór premierę miał jeszcze w 2017 i za przedstawioną w nim historię opartą na retro-afrofuturystycznej wizji żyjącej pod powierzchnią wody cywilizacji zespół otrzymał nominacje do Nagrody Hugo - najbardziej prestiżowej nagrody dla twórców sci-fi, I GUESS

"The Deep EP" to wspomniana piosenka rozbudowana o dwie dodatkowe osadzone w tym samym uniwersum, z gościnnym występem Shabazz Palaces. plus instrumentale. polecanko
29 lis 2019, 12:49
za każdym razem jak gdzieś pojawia się @[1646942642209942:274:21 Savage] zapala mi się lampka podpisana "sprawdzać natychmiast!" i zazwyczaj nie żałuję zapału. raper pojawił się też na nowym albumie @[10705539669:274:The Game] i chociaż wolałbym ogólnie przemilczeć istnienie "Born 2 Rap", kolabo wypadło naprawdę stylowo - z korzyścią dla obu panów

wisienką na torcie wczorajszych premier jest dla mnie "On the Inside" ze ścieżki dźwiękowej do jakiegoś serialu którego na 99% nigdy w życiu nie obejrzę, co to wgl jest epix. ale utwór zapisuję do ulubionych bo to wciąż ten rozkręcający swój poziom 21, urzekający swoim hipnotyzującym, creepy-in-a-good-way delivery. i choć tym razem nie grozi mojej złotej rybce ani nie sprawozdaje raportu ze stanu posiadanych samochodów i garaży, to jest trochę wersów z których można ŚMIECHNĄĆ. z nim, nie z niego

"Pulled my ding-a-ling out, she thought it was a Blimpy /
Lil' boy, I'm a killer whale, you could never shrimp me /
Fronted me 300 bags, that shit there was tempting /
Whole pointer VVS's, got my neck rinsing /
Chinese bitch, don't know her name, I just call her Ling Ling /
Made a couple M's, spent a quarter on a ring-ring /
Cash Money, '99, bitch, I got that bling-bling"
Zaktualizowano 30 lis 2019, 16:20
30 lis 2019, 16:20
Echa '10s, odcinek 13 @[282106645148368:274:Future] "I Serve the Base" prod. @[384292674949894:274:Metro Boomin] (2015) gdzieś tam w dolinie położonej między pasmem hiper agresywnych trapowych bangerów a wyżynami lepkiego autotune'owego crooningu można odnaleźć garść utworów tak specyficznych dla Pana Astronauty, że jakiekolwiek próby rekonstrukcji przez (licznych przecie) naśladowców spełzają na niczym. ścieżka numer dwa na albumie "DS2" jest dla mnie właśnie takim El Dorado meta deklaracja osobistych układów na linii diler-klient tudzież muzyk-słuchacz zarysowana zostaje subtelnie, bo bez wypruwania z siebie duszy i owijania jej wokół mikrofonu, ale i tak daje solidnie popalić. szczególnie, że "odurzone" flow rapera wchodzi w silną symbiozę z GRITTY jak cholera, industrialną ścianą dźwięku by Metro. chyba jeszcze nie miałem okazji rozpisywać się o mojej miłości do produkcji Bomb Squadu, ale pewien jestem, że żaden utwór z tej dekady nie dał mi takich flashbacków z czasów świetności Public Enemy jak "I Serve the Base" a tak w ogóle to to jest taka kopalnia cytatów definiujących kim jest Future jako artysta, że aż nie wyobrażam sobie by jakikolwiek jego fan nie czuł z tym trackiem wyjątkowej więzi
Echa '10s, odcinek 13

Future
"I Serve the Base"
prod. Metro Boomin (2015)

gdzieś tam w dolinie położonej między pasmem hiper agresywnych trapowych bangerów a wyżynami lepkiego autotune'owego crooningu można odnaleźć garść utworów tak specyficznych dla Pana Astronauty, że jakiekolwiek próby rekonstrukcji przez (licznych przecie) naśladowców spełzają na niczym. ścieżka numer dwa na albumie "DS2" jest dla mnie właśnie takim El Dorado

meta deklaracja osobistych układów na linii diler-klient tudzież muzyk-słuchacz zarysowana zostaje subtelnie, bo bez wypruwania z siebie duszy i owijania jej wokół mikrofonu, ale i tak daje solidnie popalić. szczególnie, że "odurzone" flow rapera wchodzi w silną symbiozę z GRITTY jak cholera, industrialną ścianą dźwięku by Metro. chyba jeszcze nie miałem okazji rozpisywać się o mojej miłości do produkcji Bomb Squadu, ale pewien jestem, że żaden utwór z tej dekady nie dał mi takich flashbacków z czasów świetności Public Enemy jak "I Serve the Base"

a tak w ogóle to to jest taka kopalnia cytatów definiujących kim jest Future jako artysta, że aż nie wyobrażam sobie by jakikolwiek jego fan nie czuł z tym trackiem wyjątkowej więzi
30 lis 2019, 20:16
Echa '10s, odcinek 14 @[182490322686:274:Angel Haze], @[203196396394162:274:Kool A.D.] "Jungle Fever (Remix)" prod. J. LA (2012) Victor Vazquez to jedna z najbardziej fascynujących mnie rapowych osobowości tego dziesięciolecia. pomimo totalnego zblazowania i mocno napiętego planu wydawniczego (ponad czterdzieści projektów na koncie!) nieraz zagiął mnie swoim jakże wartkim strumieniem świadomości, wysyłającym sprzeczne komunikaty przedstawiające go jako kompletnie stukniętego nihilistę, ale też jako arcyinteligentnego mistrza słowa. no posłuchajcie tylko co się wyprawia w "Jungle Fever", pokrętnej reinterpretacji przeboju Steviego Wondera: "Five hour energy High power Hennessy / Kids, anything you want to be you ought to be / Except a cop cause a cop is wack though" "Like Wayne Carter New Wayne Shorter / Shorter than a baller No Oscar no soccer / But I kick game on a motherfucking ladder that's forever / Yeah whatever" "Plebeian, but still use a word like plebeian" niczego oczywiście nie chcę ujmować gospodyni utworu -Angel Haze - która też zabłysnęła charyzmatyczną zwrotką ("Mind frame, yeah, make shit up / And I'm Hitler cause I was great to fuck") i naprawdę szkoda mi było, że nie udało jej się przekuć swego talentu w mainstreamowy sukces. a próbowała
Echa '10s, odcinek 14

Angel Haze, Kool A.D.
"Jungle Fever (Remix)"
prod. J. LA (2012)

Victor Vazquez to jedna z najbardziej fascynujących mnie rapowych osobowości tego dziesięciolecia. pomimo totalnego zblazowania i mocno napiętego planu wydawniczego (ponad czterdzieści projektów na koncie!) nieraz zagiął mnie swoim jakże wartkim strumieniem świadomości, wysyłającym sprzeczne komunikaty przedstawiające go jako kompletnie stukniętego nihilistę, ale też jako arcyinteligentnego mistrza słowa. no posłuchajcie tylko co się wyprawia w "Jungle Fever", pokrętnej reinterpretacji przeboju Steviego Wondera:

"Five hour energy High power Hennessy /
Kids, anything you want to be you ought to be /
Except a cop cause a cop is wack though"

"Like Wayne Carter New Wayne Shorter /
Shorter than a baller No Oscar no soccer /
But I kick game on a motherfucking ladder that's forever /
Yeah whatever"

"Plebeian, but still use a word like plebeian"

niczego oczywiście nie chcę ujmować gospodyni utworu -Angel Haze - która też zabłysnęła charyzmatyczną zwrotką ("Mind frame, yeah, make shit up / And I'm Hitler cause I was great to fuck") i naprawdę szkoda mi było, że nie udało jej się przekuć swego talentu w mainstreamowy sukces. a próbowała
1 gru 2019, 20:47
Echa '10s, odcinek 15 @[605083229565089:274:DJ Khaled], @[690628550989934:274:Scarface], @[113591595350795:274:NAS], @[168149273306185:274:DJ Premier] "Hip Hop" prod @[172027246172289:274:J.U.S.T.I.C.E. League] (2012) serio, w zestawieniu ulubionych utworów 2010s dajesz kawałek z cyklu "personifikacja muzyki jako kobiety"? a no daję, bo korzystając z nerdowskiej parafrazy jest to "utwór jedyny, by władać wszystkimi" jeśli chodzi o takie właśnie tematy powiedzieć, że Face potrafił tutaj zawładnąć słuchaczem to jak nic nie powiedzieć. można być raperem aktywnym od końcówki lat 80 i wciąż robić to samo, można być sprawnie posługującym się narzędziami starej szkoły newcomerem - retrofilem. ale do nagrywania takich podsumowań, przelewających się od nadmiaru goryczy wyrzutów spazmatycznego żalu, musisz być emcee z takim przebiegiem, z takim doświadczeniem, z taką niewyczerpaną charyzmą i charakterem jak legenda Houston "Twisting on the blade in my heart, deep Always on my mind so I can't sleep She used to tell me she was all mine Now the only way I see the broad is online I'm doing drugs trying to feel you I'm killing me trying to kill you I built my whole life around ya I thought I found it all when I found her" ☹️ "Hip Hop" to również bit-monument od specjalistów w budowaniu podniosłych rapowych tracków oraz SŁYNNY DJ NA CUTACH I SKRECZACH. ale nie Khaled. another one. mamy tu też Nasa, który po genialnej zwrocie Fejsa może najwyżej pójść zaparzyć herbatę, ale i tak sprawdza się jako AFTERTHOUGHT. jakby takie utwory potrafił nagrywać na własne krążki, świat byłby odrobinkę lepszym miejscem
Echa '10s, odcinek 15

DJ Khaled, Scarface, NAS, DJ Premier
"Hip Hop"
prod J.U.S.T.I.C.E. League (2012)

serio, w zestawieniu ulubionych utworów 2010s dajesz kawałek z cyklu "personifikacja muzyki jako kobiety"? a no daję, bo korzystając z nerdowskiej parafrazy jest to "utwór jedyny, by władać wszystkimi" jeśli chodzi o takie właśnie tematy

powiedzieć, że Face potrafił tutaj zawładnąć słuchaczem to jak nic nie powiedzieć. można być raperem aktywnym od końcówki lat 80 i wciąż robić to samo, można być sprawnie posługującym się narzędziami starej szkoły newcomerem - retrofilem. ale do nagrywania takich podsumowań, przelewających się od nadmiaru goryczy wyrzutów spazmatycznego żalu, musisz być emcee z takim przebiegiem, z takim doświadczeniem, z taką niewyczerpaną charyzmą i charakterem jak legenda Houston

"Twisting on the blade in my heart, deep
Always on my mind so I can't sleep
She used to tell me she was all mine
Now the only way I see the broad is online
I'm doing drugs trying to feel you
I'm killing me trying to kill you
I built my whole life around ya
I thought I found it all when I found her"
☹️

"Hip Hop" to również bit-monument od specjalistów w budowaniu podniosłych rapowych tracków oraz SŁYNNY DJ NA CUTACH I SKRECZACH. ale nie Khaled. another one. mamy tu też Nasa, który po genialnej zwrocie Fejsa może najwyżej pójść zaparzyć herbatę, ale i tak sprawdza się jako AFTERTHOUGHT. jakby takie utwory potrafił nagrywać na własne krążki, świat byłby odrobinkę lepszym miejscem
3 gru 2019, 10:00
Echa '10s, odcinek 16 @[203402616358637:274:Kanye West], @[106672932712721:274:Rick Ross], @[48382669205:274:JAY-Z], @[150024648352527:274:Nicki Minaj], @[90738729415:274:Bon Iver] "Monster" prod. Kanye West, Mike Dean, Plain Pat (2010) "Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się potworem. Zaś gdy długo spoglądasz w bezdeń, spogląda bezdeń także w ciebie." - Friedrich Nietzsche - XIX-wieczny filozof "Ludzie (...) lubią wymyślać potwory i potworności. Sami sobie wydają się wtedy mniej potworni (...) Wtedy jakoś lżej im się robi na sercu. I łatwiej im żyć." - Andrzej S. - wędkarz, pomysłodawca serii słowiańskich gier video "Jestem jaguarem, wściekłym psem!" - Klocuch wybaczcie miłośnicy Westa tkwiącego w stadium freaka modlącego się na ranczu w Wyoming, ale prawdziwe DEFINIUJĄCE MOMENTY miały miejsce dużo wcześniej. "Monster" to był absolutny triumf Kanyego jako pomysłodawcy utworów, jako scenarzysty i reżysera pięknych rapowych momentów, aranżowania fascynujących zestawień artystów i wyciągania z nich tego co najlepsze, nawet to banalne czterowersowe intro Rozaya, czy też Hova rozliczający swoich małych żałosnych backstabberów, wychodzą tu SAVAGE AF. no i ta Nicki wchodząca pod koniec cała na różowo z jedną z najbardziej ikonicznych zwrotek tego tysiąclecia "Monster" było doskonałe jako teaser wielkiego powrotu Ye do nagrywania stricte hip hopu w ramach serii GOOD Fridays. ale było też doskonałe w kontekście już całego "My Beautiful Dark Twisted Fantasy", które przecież było jednym wielkim ego tripem zmierzającym do pogodzenia się z własną spektakularną bucowatością przy jednoczesnym przekuwaniu tego w monument, na wieki wieków. w momencie, w którym przestał się martwić byciem potworem w czyichkolwiek oczach, wtedy tak naprawdę urodził się na nowo
Echa '10s, odcinek 16

Kanye West, Rick Ross, JAY-Z, Nicki Minaj, Bon Iver
"Monster"
prod. Kanye West, Mike Dean, Plain Pat (2010)

"Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by sam przytem nie stał się potworem. Zaś gdy długo spoglądasz w bezdeń, spogląda bezdeń także w ciebie."
- Friedrich Nietzsche - XIX-wieczny filozof

"Ludzie (...) lubią wymyślać potwory i potworności. Sami sobie wydają się wtedy mniej potworni (...) Wtedy jakoś lżej im się robi na sercu. I łatwiej im żyć."
- Andrzej S. - wędkarz, pomysłodawca serii słowiańskich gier video

"Jestem jaguarem, wściekłym psem!"
- Klocuch

wybaczcie miłośnicy Westa tkwiącego w stadium freaka modlącego się na ranczu w Wyoming, ale prawdziwe DEFINIUJĄCE MOMENTY miały miejsce dużo wcześniej. "Monster" to był absolutny triumf Kanyego jako pomysłodawcy utworów, jako scenarzysty i reżysera pięknych rapowych momentów, aranżowania fascynujących zestawień artystów i wyciągania z nich tego co najlepsze, nawet to banalne czterowersowe intro Rozaya, czy też Hova rozliczający swoich małych żałosnych backstabberów, wychodzą tu SAVAGE AF. no i ta Nicki wchodząca pod koniec cała na różowo z jedną z najbardziej ikonicznych zwrotek tego tysiąclecia

"Monster" było doskonałe jako teaser wielkiego powrotu Ye do nagrywania stricte hip hopu w ramach serii GOOD Fridays. ale było też doskonałe w kontekście już całego "My Beautiful Dark Twisted Fantasy", które przecież było jednym wielkim ego tripem zmierzającym do pogodzenia się z własną spektakularną bucowatością przy jednoczesnym przekuwaniu tego w monument, na wieki wieków. w momencie, w którym przestał się martwić byciem potworem w czyichkolwiek oczach, wtedy tak naprawdę urodził się na nowo
3 gru 2019, 23:13
dziękujemy Panie @[48382669205:274:JAY-Z]. chociaż mam praktycznie całą jego dyskografię na fizycznych nośnikach (pamiętacie? były takie...), to jednak ciągła nieobecność pewnych utworów na Spoti stale odbierała mi smak układania wymarzonych hiphopowych playlist

jaki był pierwszy utwór, jaki postanowiliście odpalić? u mnie miało to być "La-La-La (Excuse Me Miss Again)" z "Blueprint 2.1" - ale okazało się, że nie ma : C

Shawnowi Carterowi oczywiście życzymy wszystkiego najlepszego i zapraszam od zamieszczania w komentarzach urodzinowych obrazków w klimatach "użytkownik 50+ na fejsie"
Zaktualizowano 4 gru 2019, 15:57
4 gru 2019, 15:57
Echa '10s, odcinek 17 @[112548645472634:274:Sheck Wes] "Mo Bamba" prod. @[294008294111196:274:16yrold], Take A Daytrip (2017) "Sheck is love, Sheck is life" coś jest w tej "Mo Bambie". coś oddolnego, coś naturalistycznego, coś spokrewnionego z punkowym DIY. coś sprawiającego, że inne piosenki w tym zestawieniu sprawiają w większości wrażenie zbyt wygłaskanych i przekombinowanych na swoich kilkunastu etapach powstawania ta brudna, soundcloudowa spontan-sesja nawet nie miała być hitem, ale prawami internetowego viralu stała się takowym. słuchaczy zafascynowała powtarzana niemal cały utwór, niby irytująca, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób gimnastykująca percepcję fraza wokalna, która doskonale sprawdziła się budując napięcie przed krótkim, ale JAKŻE energicznym, stricte rapowanym wejściem utwór narobił mi wówczas ogromnego smaku na dalsze poczynania reprezentanta Harlemu. pomimo wsparcia Travisa Scotta i świadomie budowanego własnego soundu na albumie "Mudboy", wciąż istnieje poważne zagrożenie, że Sheck Wes przejdzie do historii w oczach wielu jako one hit wonder. cóż, może kompilacja "Jack Boys" przyniesie jakiś obiecujący rozwój sytuacji...
Echa '10s, odcinek 17

Sheck Wes
"Mo Bamba"
prod.
16yrold, Take A Daytrip (2017)

"Sheck is love, Sheck is life"

coś jest w tej "Mo Bambie". coś oddolnego, coś naturalistycznego, coś spokrewnionego z punkowym DIY. coś sprawiającego, że inne piosenki w tym zestawieniu sprawiają w większości wrażenie zbyt wygłaskanych i przekombinowanych na swoich kilkunastu etapach powstawania

ta brudna, soundcloudowa spontan-sesja nawet nie miała być hitem, ale prawami internetowego viralu stała się takowym. słuchaczy zafascynowała powtarzana niemal cały utwór, niby irytująca, ale w jakiś niewytłumaczalny sposób gimnastykująca percepcję fraza wokalna, która doskonale sprawdziła się budując napięcie przed krótkim, ale JAKŻE energicznym, stricte rapowanym wejściem

utwór narobił mi wówczas ogromnego smaku na dalsze poczynania reprezentanta Harlemu. pomimo wsparcia Travisa Scotta i świadomie budowanego własnego soundu na albumie "Mudboy", wciąż istnieje poważne zagrożenie, że Sheck Wes przejdzie do historii w oczach wielu jako one hit wonder. cóż, może kompilacja "Jack Boys" przyniesie jakiś obiecujący rozwój sytuacji...
5 gru 2019, 10:00
to naprawdę coś
to naprawdę coś
5 gru 2019, 11:30
Echa '10s, odcinek 18 @[241273033091:274:Kendrick Lamar], @[158890204282576:274:Gunplay] "Cartoon & Cereal" prod. J.LBS, THC (2012) patrzcie jaki edgy chce być, z całej imponującej dyskografii Kalmara postanowił wybrać odrzut z "good kid, m.A.A.d city" "Cartoon & Cereal" nie trafiło na głośny mainstreamowy debiut rapera z Compton PONIEWAŻ POWODY, główny z nich to ponoć problemy z wyczyszczeniem animkowych sampli. moim zdaniem tym główniejszym powodem była obawa bandy decydentów z Interscope że utwór mógłby być zbyt ambitny, zbyt rozpasany w swojej sekcji refrenowej i ogólnie zbyt OVERWHELMING jak na warunki zgrabnie wyrzeźbionego albumu w formie coming-of-age opowiastki a byłby to naprawdę istotny rozdział tej historii, z całą jego wielopoziomową narracją rekonstruującą mit o utraconej niewinności, kreśloną przebłyskami popkulturowych obrazków, chłoniętych za dzieciaka na zasadzie "opium dla ludu" wszelakich konsumpcyjnych dóbr. wszystko to zatopione w dusznej atmosferze rodem z paranoicznej prozy postmodernistycznej i jeszcze ta przeforsowana przez Kendricka decyzja o zaproszeniu do utworu nietraktowanego poważnie przez team, nieobliczalnego Gunplaya. ależ to była dobra decyzja!
Echa '10s, odcinek 18

Kendrick Lamar, Gunplay
"Cartoon & Cereal"
prod. J.LBS, THC (2012)

patrzcie jaki edgy chce być, z całej imponującej dyskografii Kalmara postanowił wybrać odrzut z "good kid, m.A.A.d city"

"Cartoon & Cereal" nie trafiło na głośny mainstreamowy debiut rapera z Compton PONIEWAŻ POWODY, główny z nich to ponoć problemy z wyczyszczeniem animkowych sampli. moim zdaniem tym główniejszym powodem była obawa bandy decydentów z Interscope że utwór mógłby być zbyt ambitny, zbyt rozpasany w swojej sekcji refrenowej i ogólnie zbyt OVERWHELMING jak na warunki zgrabnie wyrzeźbionego albumu w formie coming-of-age opowiastki

a byłby to naprawdę istotny rozdział tej historii, z całą jego wielopoziomową narracją rekonstruującą mit o utraconej niewinności, kreśloną przebłyskami popkulturowych obrazków, chłoniętych za dzieciaka na zasadzie "opium dla ludu" wszelakich konsumpcyjnych dóbr. wszystko to zatopione w dusznej atmosferze rodem z paranoicznej prozy postmodernistycznej

i jeszcze ta przeforsowana przez Kendricka decyzja o zaproszeniu do utworu nietraktowanego poważnie przez team, nieobliczalnego Gunplaya. ależ to była dobra decyzja!
6 gru 2019, 00:10
nie wiem czy to mój specyficzny humor ostatnio, czy może nadmiar różnego typu spraw, czy piątkowe zmęczenie, czy może fakt, że akurat miesiąc temu zwiedzałem ojczyznę autora albumu i może tamtejsze słoneczko pozostawiło na mnie wciąż gorejące piętno. a może @[450131130590:274:French Montana] po prostu wziął się ogarnął i z mniejszą/większą pomocą wciąż imponującego Harry'ego Frauda nagrał projekt, przy którym bardzo miło spędziłem czas. i chętnie posłucham co najmniej raz jeszcze, choć prawdopodobnie z pominięciem tych radiowych bangerków na początku "side A" tak, ten album ma strony A i B wrzucam zdjęcie oryginalnie planowanej okładki bo była ona fantastyczna, a to co trafiło ostatecznie na front zasługuje najwyżej na gif kiwającego głową ze zniesmaczenia Zbigniewa Stonogi
nie wiem czy to mój specyficzny humor ostatnio, czy może nadmiar różnego typu spraw, czy piątkowe zmęczenie, czy może fakt, że akurat miesiąc temu zwiedzałem ojczyznę autora albumu i może tamtejsze słoneczko pozostawiło na mnie wciąż gorejące piętno. a może French Montana po prostu wziął się ogarnął i z mniejszą/większą pomocą wciąż imponującego Harry'ego Frauda nagrał projekt, przy którym bardzo miło spędziłem czas. i chętnie posłucham co najmniej raz jeszcze, choć prawdopodobnie z pominięciem tych radiowych bangerków na początku "side A"

tak, ten album ma strony A i B

wrzucam zdjęcie oryginalnie planowanej okładki bo była ona fantastyczna, a to co trafiło ostatecznie na front zasługuje najwyżej na gif kiwającego głową ze zniesmaczenia Zbigniewa Stonogi
6 gru 2019, 16:05
Echa '10s, odcinek 19 @[114308365327046:274:Travis Scott], @[1449839998576128:274:Young Thug], @[318393548742156:274:Quavo] "Pick Up the Phone" prod. Vinylz, Frank Dukes, Mike Dean, Allen Ritter (2016) panie i panowie, trzech tenorów trapu! przez ostatnie lata nie brakowało nam różnych kombinacji tych wykonawców, ale to właśnie "Pick Up the Phone" sprawia wrażenie tego ostatecznego, tego esencjonalnego i tego definiującego ducha niesubtelnego flirtu ery internetu to taki obraz efektywnej synergii trójki wykonawców, że aż miło popatrzeć jak komplementują swoje partie, albo jak jeden z nich praktycznie wymyśla tytuł albumu drugiemu ("Birds in the Trap Sing McKnight") w swoim autotune'owym transie. czy wspomniałem też o zbudowanym przez podkład klimacie skompresowanej egzotyki wybijanej dźwiękami przytłumionego steel pana? no właśnie wspomniałem hiphopowa korona silnie zaznaczonego w popkulturze tej dekady motywu "miłości przez telefon" - a przypominam, że to ta sama dekada, w której nieprzerwanie mainstreamowy rząd sprawował niejaki Drake
Echa '10s, odcinek 19

Travis Scott, Young Thug, Quavo
"Pick Up the Phone"
prod. Vinylz, Frank Dukes, Mike Dean, Allen Ritter (2016)

panie i panowie, trzech tenorów trapu! przez ostatnie lata nie brakowało nam różnych kombinacji tych wykonawców, ale to właśnie "Pick Up the Phone" sprawia wrażenie tego ostatecznego, tego esencjonalnego i tego definiującego ducha niesubtelnego flirtu ery internetu

to taki obraz efektywnej synergii trójki wykonawców, że aż miło popatrzeć jak komplementują swoje partie, albo jak jeden z nich praktycznie wymyśla tytuł albumu drugiemu ("Birds in the Trap Sing McKnight") w swoim autotune'owym transie. czy wspomniałem też o zbudowanym przez podkład klimacie skompresowanej egzotyki wybijanej dźwiękami przytłumionego steel pana? no właśnie wspomniałem

hiphopowa korona silnie zaznaczonego w popkulturze tej dekady motywu "miłości przez telefon" - a przypominam, że to ta sama dekada, w której nieprzerwanie mainstreamowy rząd sprawował niejaki Drake
7 gru 2019, 09:43
Echa '10s, odcinek 20, DOUBLE FEATURE @[118907304865324:274:ASAP Rocky], @[128926473831602:274:ScHoolboyQ] "Brand New Guy", prod. Lyle LeDuff (2011) "Hands on the Wheel", prod. Best Kept Secret (2012) pamiętacie SWAG? na początku dekady wszyscy używali tego zwrotu w formie każdej możliwej części mowy. nikt nie wiedział co to jest - a jednocześnie każdy doskonale wiedział, że definicja istnieje, a jej sedno balansuje gdzieś pomiędzy Lil B okrzykującym siebie Justinem Bieberem a podkolanówkami Tylera, the Creatora. ale była też machina zwana A$AP Rockym i jego otoczeniem za każdym cholernym razem jak Rocky nawiązywał COAST II COAST współpracę z szalonym kalifornijskim delegatem ScHoolboyem Q, działy się wielkie rzeczy, a czujniki swagometrów przepalały się od wywalania się poza skalę nooo więc dwa utwory. pierwszy to post-houstonowska petarda z dwójką wchodzącą sobie wers w wers, Quincy testuje na przyszłość swoje hardkorowe modulacje głosu, a Rakim kontruje imponującymi technicznie jak na takiego LUZAKA zbitkami ("Like a Mac attack when that strap on / Like a Shaq attack on that backboard"). drugi track to dożywotni karnet na przejażdżki po nihilistycznym świecie niekończącego się melanżu, tworzący metafizyczną więź z tym niespodziewanym przez nikogo na świecie samplem z live actu wokalistki coverującej przebój Cuddera oba numery kocham równie mocno, a wy?
Echa '10s, odcinek 20, DOUBLE FEATURE

ASAP Rocky, ScHoolboyQ
"Brand New Guy", prod. Lyle LeDuff (2011)
"Hands on the Wheel", prod. Best Kept Secret (2012)

pamiętacie SWAG? na początku dekady wszyscy używali tego zwrotu w formie każdej możliwej części mowy. nikt nie wiedział co to jest - a jednocześnie każdy doskonale wiedział, że definicja istnieje, a jej sedno balansuje gdzieś pomiędzy Lil B okrzykującym siebie Justinem Bieberem a podkolanówkami Tylera, the Creatora. ale była też machina zwana A$AP Rockym i jego otoczeniem

za każdym cholernym razem jak Rocky nawiązywał COAST II COAST współpracę z szalonym kalifornijskim delegatem ScHoolboyem Q, działy się wielkie rzeczy, a czujniki swagometrów przepalały się od wywalania się poza skalę

nooo więc dwa utwory. pierwszy to post-houstonowska petarda z dwójką wchodzącą sobie wers w wers, Quincy testuje na przyszłość swoje hardkorowe modulacje głosu, a Rakim kontruje imponującymi technicznie jak na takiego LUZAKA zbitkami ("Like a Mac attack when that strap on / Like a Shaq attack on that backboard"). drugi track to dożywotni karnet na przejażdżki po nihilistycznym świecie niekończącego się melanżu, tworzący metafizyczną więź z tym niespodziewanym przez nikogo na świecie samplem z live actu wokalistki coverującej przebój Cuddera

oba numery kocham równie mocno, a wy?
8 gru 2019, 09:57
między kolejnymi wspomnieniami z mijającej dekady uskuteczniam także przygotowania do albumowego podsumowania samego 2019. naturalnym elementem jak co roku jest DIGGIN IN THE RATEYOURMUSIC w celu wyłapania przespanych pozycji i oto na czym chwilowo się zatrzymałem "Dungeon Rap: The Introduction" to cholernie klimatyczna trylogia minimikstejpów od ukraińskich (!) didżejów - piwniczaków z gościnnymi występami takich tuzów post-mafijnego memphis soundu jak Devilish Trio albo MC Holocaust (nie wymyślam tych ksywek). to jest jeszcze bardziej "in character" od najbardziej "in character" nagrań Lil Ugly Mane'a. jeśli czujecie chociażby minimalną sympatię do takiego nurtu, poświęćcie te trzy kwadranse youtube: https://youtu.be/-rtsZXEIxDs bandcamp: https://naturalsciences.bandcamp.com/album/dungeon-rap-the-introduction
między kolejnymi wspomnieniami z mijającej dekady uskuteczniam także przygotowania do albumowego podsumowania samego 2019. naturalnym elementem jak co roku jest DIGGIN IN THE RATEYOURMUSIC w celu wyłapania przespanych pozycji i oto na czym chwilowo się zatrzymałem

"Dungeon Rap: The Introduction" to cholernie klimatyczna trylogia minimikstejpów od ukraińskich (!) didżejów - piwniczaków z gościnnymi występami takich tuzów post-mafijnego memphis soundu jak Devilish Trio albo MC Holocaust (nie wymyślam tych ksywek). to jest jeszcze bardziej "in character" od najbardziej "in character" nagrań Lil Ugly Mane'a. jeśli czujecie chociażby minimalną sympatię do takiego nurtu, poświęćcie te trzy kwadranse

youtube:
https://youtu.be/-rtsZXEIxDs

bandcamp:
https://naturalsciences.bandcamp.com/album/dungeon-rap-the-introduction
8 gru 2019, 14:43
Echa '10s, odcinek 21 @[1490116171213474:274:Vince Staples] "Norf Norf" prod. @[223225074367852:274:Clams Casino] (2014) okej, załóżmy że wszyscy tutaj słuchamy hip hopu (duh) i znamy postać Vince'a (duh). słyszeliśmy jego albumy, ogarniamy wspólny mianownik twórczości, etykę jego pracy i jej przekład na muzykę. cenimy go za równą dyskografię. tylko czemu instynktownie i bez konsultowania między sobą miażdżąca wiekszość z nas uznaje "Norf Norf" za "THE VINCE STAPLES SONG"? odpowiedzi na to pytanie nie podam, ale mogę udzielić kilku wskazówek. pamiętajmy na przykład o ikonicznym już wejściu na bit, które zapewniło chłopakowi z Long Beach kontrakt z tym producentem pewnych napoi. może to ten mrożący krew w żyłach synth w refrenie towarzyszący apatycznemu "I ain't never ran from nothin' but the police". warto wspomnieć również o certyfikacie autentyczności, jaki wystawiła tej piosence pewna nawiedzona bigotka z YouTube'a no, jest trochę hintów, zbierzcie je sobie i udzielcie odpowiedzi. ja tymczasem idę do lodówki po niegazowaną wodę mineralną, bo przecież nie po paskudną puszkę cukru z gazem
Echa '10s, odcinek 21

Vince Staples
"Norf Norf"
prod. Clams Casino (2014)

okej, załóżmy że wszyscy tutaj słuchamy hip hopu (duh) i znamy postać Vince'a (duh). słyszeliśmy jego albumy, ogarniamy wspólny mianownik twórczości, etykę jego pracy i jej przekład na muzykę. cenimy go za równą dyskografię. tylko czemu instynktownie i bez konsultowania między sobą miażdżąca wiekszość z nas uznaje "Norf Norf" za "THE VINCE STAPLES SONG"?

odpowiedzi na to pytanie nie podam, ale mogę udzielić kilku wskazówek. pamiętajmy na przykład o ikonicznym już wejściu na bit, które zapewniło chłopakowi z Long Beach kontrakt z tym producentem pewnych napoi. może to ten mrożący krew w żyłach synth w refrenie towarzyszący apatycznemu "I ain't never ran from nothin' but the police". warto wspomnieć również o certyfikacie autentyczności, jaki wystawiła tej piosence pewna nawiedzona bigotka z YouTube'a

no, jest trochę hintów, zbierzcie je sobie i udzielcie odpowiedzi. ja tymczasem idę do lodówki po niegazowaną wodę mineralną, bo przecież nie po paskudną puszkę cukru z gazem
8 gru 2019, 20:58
Echa '10s, odcinek 22 @[1646942642209942:274:21 Savage], @[384292674949894:274:Metro Boomin] "No Heart" prod. Metro Boomin, Southside, Cubeatz (2016) oczywiście że zawsze i wszędzie kibicuje temu sympatycznego koledze z nożem wytatuowanym na czole. obserwując warsztatowy progres z albumu na album oraz kapitalną sekwencję udanych gościnek i luźnych tracków - i tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że najwięcej serca włożył tam gdzie serca nie było "Savage Mode" to już klasyk, a "No Heart" to jego wizytówka. obskurny, gęsty klimat. prosty, ale niesamowicie przestrzenny i maksymalnie funkcjonalny w swoim minimalizmie podkład. no i Sir Savage, apatyczny niczym przesiąknięty złem do szpiku kości najgorszy zwyrol, tłumaczący odbiorcy czemu warto być jego słuchaczem. mnie przekonał i do dziś jestem wdzięczny, oby zapoczątkowana w tej piosence memiczna epopeja o garażu na dwanaście aut trwała jak najdłużej który to już w ogóle utwór wyprodukowany przez Młodego Metro na mojej liście? chyba możemy już uznać za oficjalnie ustalone kto był moim ulubionym bitmejkerem dziesięciolecia
Echa '10s, odcinek 22

21 Savage, Metro Boomin
"No Heart"
prod. Metro Boomin, Southside, Cubeatz (2016)

oczywiście że zawsze i wszędzie kibicuje temu sympatycznego koledze z nożem wytatuowanym na czole. obserwując warsztatowy progres z albumu na album oraz kapitalną sekwencję udanych gościnek i luźnych tracków - i tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że najwięcej serca włożył tam gdzie serca nie było

"Savage Mode" to już klasyk, a "No Heart" to jego wizytówka. obskurny, gęsty klimat. prosty, ale niesamowicie przestrzenny i maksymalnie funkcjonalny w swoim minimalizmie podkład. no i Sir Savage, apatyczny niczym przesiąknięty złem do szpiku kości najgorszy zwyrol, tłumaczący odbiorcy czemu warto być jego słuchaczem. mnie przekonał i do dziś jestem wdzięczny, oby zapoczątkowana w tej piosence memiczna epopeja o garażu na dwanaście aut trwała jak najdłużej

który to już w ogóle utwór wyprodukowany przez Młodego Metro na mojej liście? chyba możemy już uznać za oficjalnie ustalone kto był moim ulubionym bitmejkerem dziesięciolecia
10 gru 2019, 01:24
Echa '10s, odcinek 23 @[414820971884598:274:Pusha T], Kanye West, @[132123490805:274:Ghostface Killah] "New God Flow.1" prod. Kanye West, Boogz & Tapez, Anthony Kilhoffer (2012) kolejne z wielkich osiągnięć Kanyego: nikt chyba nigdy w historii hip hopu nie miał skonstruowanego tak ogromnego hype'u na album będący zaledwie kompilacją wytwórni. chociaż "Cruel Summer" ostatecznie zapisało się w historii jako najmniej CELEBROWANY projekt Westa, to i tak miewało takie momenty że @[186944378102664:274:Łoooooooooo JAK RED] "New God Flow" to klasa sama w sobie. produkcja nie wymagała chóru, orkiestry smyczkowej czy epickiego beat switchu przy wersach pana prezesa, to najprostszy układ z cyklu "weźmiemy pianinko i drumbreak, a do tego nagramy tak zajebiste zwroteczki jak tylko potrafimy". i faktycznie, Kanye osiąga tutaj w moich oczach swój raperski peak, konfrontuje swą osobę z innymi "wielkimi" i emanuje swoją potencjalną boskością w każdej linijce - do tego stopnia, że do dziś rozgrzeszam go za te wszystkie liryczne dziwolągi o trzystu Rzymianach czy o wybielaniu anusa Puszaty - pomimo trzymania fasonu od lat poprzez ustatkowanie się w swojej post-dilerskiej strefie komfortu - również tak jakby tchnął w te swoje dwie zwrotki kilkanaście procentów więcej emocji niż zazwyczaj. jakby jeszcze nam mało było cudu, miodu i orzeszków, to do finalnej albumowej wersji dograł się jeszcze mój najpoważniejszy kandydat do tytułu G.O.A.T. "New God Flow, " fuck everything else!
Echa '10s, odcinek 23

Pusha T, Kanye West, Ghostface Killah
"New God Flow.1"
prod. Kanye West, Boogz & Tapez, Anthony Kilhoffer (2012)

kolejne z wielkich osiągnięć Kanyego: nikt chyba nigdy w historii hip hopu nie miał skonstruowanego tak ogromnego hype'u na album będący zaledwie kompilacją wytwórni. chociaż "Cruel Summer" ostatecznie zapisało się w historii jako najmniej CELEBROWANY projekt Westa, to i tak miewało takie momenty że Łoooooooooo JAK RED

"New God Flow" to klasa sama w sobie. produkcja nie wymagała chóru, orkiestry smyczkowej czy epickiego beat switchu przy wersach pana prezesa, to najprostszy układ z cyklu "weźmiemy pianinko i drumbreak, a do tego nagramy tak zajebiste zwroteczki jak tylko potrafimy". i faktycznie, Kanye osiąga tutaj w moich oczach swój raperski peak, konfrontuje swą osobę z innymi "wielkimi" i emanuje swoją potencjalną boskością w każdej linijce - do tego stopnia, że do dziś rozgrzeszam go za te wszystkie liryczne dziwolągi o trzystu Rzymianach czy o wybielaniu anusa

Puszaty - pomimo trzymania fasonu od lat poprzez ustatkowanie się w swojej post-dilerskiej strefie komfortu - również tak jakby tchnął w te swoje dwie zwrotki kilkanaście procentów więcej emocji niż zazwyczaj. jakby jeszcze nam mało było cudu, miodu i orzeszków, to do finalnej albumowej wersji dograł się jeszcze mój najpoważniejszy kandydat do tytułu G.O.A.T.

"New God Flow, " fuck everything else!
10 gru 2019, 23:42
tymczasem w OLD HEAD kąciku SZRP: @[132845190077946:274:The Roots] wypuścili nowy singiel, być może zwiastun tego "End Game" co wychodzi i wychodzi od lat - no ale wiadomo jak wygląda życie zespołu regularnie występującego w amerykańskim late night show

pytacie czy zachwyca? no nie zachwyca specjalnie, ale trochę za to sugeruje odbicie się od wysoko konceptualnych, ultra negatywnych klimatów poprzedniego longplaya.

"...And Then You Shoot Your Cousin" - pomimo tego jak świadomie i ambitnie spełniało artystyczne widzimisię Questlove'a - pogrążyło karierę Rootsów na kilka ładnych lat. bo fani, choć nie zawsze gotowi są do tego się przyznać, chcą od zespołu muzyki takiej trochę dla ducha i trochę dla ciała

cokolwiek z tego wyjdzie, bez zawahania sprawdzam
Zaktualizowano 11 gru 2019, 20:12
11 gru 2019, 20:12
Echa '10s, odcinek 24 @[665814993476244:274:Run The Jewels], @[1569199956718933:274:Zack de la Rocha] "Close Your Eyes (And Count to Fuck)" prod. @[109283912441149:274:EL-P] (2014) nie wiem czy "RTJ2" było najlepszą odsłoną serii, ale na pewno miało najmocniejszy singlowy arsenał z całej (póki co) trylogii. "Close Your Eyes..." minimalnie wygrywa z "Oh My Darling Don’t Cry" i "Blockbuster Night, Pt. 1" ponieważ... no nie podam tu jakiejś wyjątkowej przyczyny, po prostu w prywatnym odczuciu Mike i El-P właśnie tutaj kąsają najgroźniej, a i sama produkcja wynosi utwór na jakiś faktyczny poziom hiphopowego surrealizmu no dobra, jest tu jeszcze pewien "czynnik x". jest nim nieformalny trzeci Klejnocik, czyli Zack de la Rocha. nie dość, że jego zapętlony głos słyszymy ALL OVER THE PLACE, to jeszcze sama zwrotka jest rozkosznie osadzona w charakterze randomowego białego rapera z początku lat '90, zawzięcie tryhardującego by być nowym najgorętszym nazwiskiem w rap grze. wiecie, z nawiązaniami do Rakima i w ogóle. czasem wychodzi też z niego natura lidera @[274618105973317:274:Rage Against The Machine], ale to nawet jeszcze lepiej tak w ogóle to czwarty album Run the Jewels podobno gotowy, "Last Christmas" już na dobre zagościło w radiu i centrach handlowych... też liczycie na małe "A Christmas Fucking Miracle" w tym roku?
Echa '10s, odcinek 24

Run The Jewels, Zack de la Rocha
"Close Your Eyes (And Count to Fuck)"
prod. EL-P (2014)

nie wiem czy "RTJ2" było najlepszą odsłoną serii, ale na pewno miało najmocniejszy singlowy arsenał z całej (póki co) trylogii. "Close Your Eyes..." minimalnie wygrywa z "Oh My Darling Don’t Cry" i "Blockbuster Night, Pt. 1" ponieważ... no nie podam tu jakiejś wyjątkowej przyczyny, po prostu w prywatnym odczuciu Mike i El-P właśnie tutaj kąsają najgroźniej, a i sama produkcja wynosi utwór na jakiś faktyczny poziom hiphopowego surrealizmu

no dobra, jest tu jeszcze pewien "czynnik x". jest nim nieformalny trzeci Klejnocik, czyli Zack de la Rocha. nie dość, że jego zapętlony głos słyszymy ALL OVER THE PLACE, to jeszcze sama zwrotka jest rozkosznie osadzona w charakterze randomowego białego rapera z początku lat '90, zawzięcie tryhardującego by być nowym najgorętszym nazwiskiem w rap grze. wiecie, z nawiązaniami do Rakima i w ogóle. czasem wychodzi też z niego natura lidera Rage Against The Machine, ale to nawet jeszcze lepiej

tak w ogóle to czwarty album Run the Jewels podobno gotowy, "Last Christmas" już na dobre zagościło w radiu i centrach handlowych... też liczycie na małe "A Christmas Fucking Miracle" w tym roku?
12 gru 2019, 01:25
Echa '10s, odcinek 25 @[208945919161267:274:Clipping.] "Story 2" prod. William Hutson, Jonathan Snipes (2014) okej, lubimy być cool, łapać i rozumieć trendy, posiadać własne dumne stanowisko na temat ewolucji muzyki, tego jak czasem musi zaliczyć artystyczny reset uwalniający do jej napuszonych ambicji, albo zarzucić poniekąd słusznym stwierdzeniem, że "styl ma być fajny, nie trudny". ale czasem też włącza się też ten nieznośny tryb poszukiwania w muzyce fajnych wyczynów porównywalnych z tym epickim kilkuminutowym gitarowym solo, którym jara się twój wujek. i wtedy cały na biało wchodzi Daveed Diggs ze swoją math rapową nawijką w "Story 2" mogłem coś przegapić, ale nie pamiętam by w hip hopie - gatunku gdzie 3/4 uchodzi za nietypowe metrum - ktoś w jednej piosence zastosował motyw zmieniającej się co chwilę TIME SYGNATURKI. z trzech czwartych,do czterech czwartych, następnie do pięciu czwartych i tak dalej i tak dalej. mógł wyjść z tego niezły burdel, ale wytrawni ziomkowie z clipping nieraz udowodnili, że potrafią utrzymać w ryzach nawet najbardziej absurdalne pomysły. do tego jest to jeszcze zupełnie kompletny i obrazowo nakreślony storytelling, będący epizodem większej, międzyalbumowej narracji...
Echa '10s, odcinek 25

Clipping.
"Story 2"
prod. William Hutson, Jonathan Snipes (2014)

okej, lubimy być cool, łapać i rozumieć trendy, posiadać własne dumne stanowisko na temat ewolucji muzyki, tego jak czasem musi zaliczyć artystyczny reset uwalniający do jej napuszonych ambicji, albo zarzucić poniekąd słusznym stwierdzeniem, że "styl ma być fajny, nie trudny". ale czasem też włącza się też ten nieznośny tryb poszukiwania w muzyce fajnych wyczynów porównywalnych z tym epickim kilkuminutowym gitarowym solo, którym jara się twój wujek. i wtedy cały na biało wchodzi Daveed Diggs ze swoją math rapową nawijką w "Story 2"

mogłem coś przegapić, ale nie pamiętam by w hip hopie - gatunku gdzie 3/4 uchodzi za nietypowe metrum - ktoś w jednej piosence zastosował motyw zmieniającej się co chwilę TIME SYGNATURKI. z trzech czwartych,do czterech czwartych, następnie do pięciu czwartych i tak dalej i tak dalej. mógł wyjść z tego niezły burdel, ale wytrawni ziomkowie z clipping nieraz udowodnili, że potrafią utrzymać w ryzach nawet najbardziej absurdalne pomysły. do tego jest to jeszcze zupełnie kompletny i obrazowo nakreślony storytelling, będący epizodem większej, międzyalbumowej narracji...
12 gru 2019, 23:51
trochę nowej magii od Lil Uzi Verta. jeśli raper z Philly faktycznie posiada jakąś nadprzyrodzoną moc, to jest nią umiejętność nagrywania pod podkłady, które w rękach innych artystów zaowocowałyby zupełną cepelią. natomiast u niego końcowy efekt... też jest trochę cepelią. ale taką sympatyczna, kontrolowaną, trzymaną króciutko za mordę, skłaniającą do zastanowienia czy przypadkiem dobrym pomysłem nie byłoby zacząć kolekcjonować ręcznie malowane drewniane koguciki, filiżanki albo inne hand made barachło

leci nowy Uzik i bujam nóżką, choć jeszcze nie wiem jak - a zakładam że tytuł totalnie odnosi się do jakiegoś tańca i wraz z premierą klipu dowiemy się czym dokładnie jest "Futsal Shuffle 2020"

edit: dobra, taniec już zaistniał i poszedł w świat via Twitter, miłego weekendu
Zaktualizowano 13 gru 2019, 17:06
13 gru 2019, 17:06
Echa '10s. odcinek 26 @[134932173636292:274:Playboi Carti] "R.I.P." prod @[109841289060130:274:Pi'erre Bourne] (2018) istnieje pewien problem jeśli chodzi o pisanie o Cartim. raper obrósł już tak silnym internetowym kultem i post-kultem jednocześnie, że czytając gdzieś kolejny tekst wypunktowujący wyjątkowość jego utworów nie mamy pewności czy jest to autentyczny zachwyt, czy jednak karmienie mema pasącego się na poletku melonowskiego "PLAYBOI CARTI INVENTED MUSIC". z hiperbolą czy bez, trudno typowi odmówić wprawy w skutecznym dokonywaniu decydującego aktu dekonstrukcji gatunku "R.I.P." rzutem na taśmę strąciło z listy "Magnolię". bo jednak trochę lepiej obrazuje tę słynną punkowość Playboia. bo mocniej uwydatnia soczystą symbiozę z producentem (yo Pi'erre!). poza tym "Fuck that mumblin' shit , fuck that mumblin' shit / Bought that crib for my mama off that mumblin' shit" pięknie odbija się donośnym echem jako śmiech ukontentowanego losu, jako triumf tych niechcianych / nielubianych nad nieznośnym konserwatyzmo-konformizmem słuchaczy. cholera, teraz i ja brzmię jakbym robił trolololo
Echa '10s. odcinek 26

Playboi Carti
"R.I.P."
prod Pi'erre Bourne (2018)

istnieje pewien problem jeśli chodzi o pisanie o Cartim. raper obrósł już tak silnym internetowym kultem i post-kultem jednocześnie, że czytając gdzieś kolejny tekst wypunktowujący wyjątkowość jego utworów nie mamy pewności czy jest to autentyczny zachwyt, czy jednak karmienie mema pasącego się na poletku melonowskiego "PLAYBOI CARTI INVENTED MUSIC". z hiperbolą czy bez, trudno typowi odmówić wprawy w skutecznym dokonywaniu decydującego aktu dekonstrukcji gatunku

"R.I.P." rzutem na taśmę strąciło z listy "Magnolię". bo jednak trochę lepiej obrazuje tę słynną punkowość Playboia. bo mocniej uwydatnia soczystą symbiozę z producentem (yo Pi'erre!). poza tym "Fuck that mumblin' shit , fuck that mumblin' shit / Bought that crib for my mama off that mumblin' shit" pięknie odbija się donośnym echem jako śmiech ukontentowanego losu, jako triumf tych niechcianych / nielubianych nad nieznośnym konserwatyzmo-konformizmem słuchaczy. cholera, teraz i ja brzmię jakbym robił trolololo
14 gru 2019, 00:05
Echa '10s, odcinek 27 @[116463258445747:274:Chance The Rapper] "Good Ass Intro" prod. Peter Cottontale, Cam O'bi, Stefan Ponce (2013) "dobre-dupa-intro" było dla mnie - jak i pewnie dla bardzo wielu innych osób - pierwszym zetknięciem z twórczością rapera z Wietrznego Miasta. jeśli początkowe wrażenie rzeczywiście liczy się najbardziej, to kurczę Chano naprawdę rozegrał to elegancko. absolutnie magiczna produkcja czerpiąca z gatunkowego spektrum od gospelu przez soul lat 70 po juke, no i stylówa na mikrofonie wyciągająca wszystko co najlepsze od najlepszych (Lil Wayne, Kendrick Lamar, Kanye, a nawet wczesny Eminem). pięknie zapakowana bombonierka ze szczególną dedykacja dla wszystkich, którzy chcieliby by Kanye West nigdy nie wyszedł z koledżowo-goodassjobowej fazy swojej kariery. ja tak nie miałem, ale i tak piekielnie cieszyłem się na myśl o spadkobiercy, który wie WHAT'S UP niestety, tegoroczna płyta mocno ostudziła mój zapał do poważnego traktowania Chancelora Bennetta, ale i tak gdzieś tam zawsze we mnie pozostanie bardzo miłe wspomnienie o tym awkward dzieciaku z głową pełna marzeń i z językiem pełnym LSD
Echa '10s, odcinek 27
Chance The Rapper
"Good Ass Intro"
prod. Peter Cottontale, Cam O'bi, Stefan Ponce (2013)

"dobre-dupa-intro" było dla mnie - jak i pewnie dla bardzo wielu innych osób - pierwszym zetknięciem z twórczością rapera z Wietrznego Miasta. jeśli początkowe wrażenie rzeczywiście liczy się najbardziej, to kurczę Chano naprawdę rozegrał to elegancko. absolutnie magiczna produkcja czerpiąca z gatunkowego spektrum od gospelu przez soul lat 70 po juke, no i stylówa na mikrofonie wyciągająca wszystko co najlepsze od najlepszych (Lil Wayne, Kendrick Lamar, Kanye, a nawet wczesny Eminem). pięknie zapakowana bombonierka ze szczególną dedykacja dla wszystkich, którzy chcieliby by Kanye West nigdy nie wyszedł z koledżowo-goodassjobowej fazy swojej kariery. ja tak nie miałem, ale i tak piekielnie cieszyłem się na myśl o spadkobiercy, który wie WHAT'S UP

niestety, tegoroczna płyta mocno ostudziła mój zapał do poważnego traktowania Chancelora Bennetta, ale i tak gdzieś tam zawsze we mnie pozostanie bardzo miłe wspomnienie o tym awkward dzieciaku z głową pełna marzeń i z językiem pełnym LSD
15 gru 2019, 00:38
Echa '10s, odcinek 28 (jeszcze tylko trochę...) @[487555484786554:274:Lil Uzi Vert] "XO Tour Llif3" prod. TM88, JW Lucas (2017) przebój, który wcale nie miał stać się przebojem (ale czy na pewno?), a jednak stał się CROWN JEWELEM współczesnego emo rapu (zaznaczam "współczesnego", żeby nie zlecieli się tu jacyś fanatycy Sluga z mieszkaniem zajebanym albumami Atmosphere), czy tam mumble rapu, nieważne. ważne, że swoją przebojowością i zaraźliwą post-rapową melodyką podbił nawet serca tych słuchaczy, którzy możliwie daleko trzymają się od wspomnianych nurtów. i nie ma co się dziwić takiej sytuacji, bo Uzik to jednak gość, który jest o krok do przodu przed miażdżącą większością podobnych, zawsze ma jakiś wyraźny atut po swojej stronie. the break up song naszych czasów, jakkolwiek by to o naszych czasach nie świadczyło co jeszcze? uwielbiam video do tej piosenki, ale nie ostateczny live action klip, tylko tą zapętloną jakby flashową animację ze skutym LUVem za kółkiem. mało który obrazek tak mocno wypalił się ostatnio w mojej pamięci jak ten
Echa '10s, odcinek 28 (jeszcze tylko trochę...)

Lil Uzi Vert
"XO Tour Llif3"
prod. TM88, JW Lucas (2017)

przebój, który wcale nie miał stać się przebojem (ale czy na pewno?), a jednak stał się CROWN JEWELEM współczesnego emo rapu (zaznaczam "współczesnego", żeby nie zlecieli się tu jacyś fanatycy Sluga z mieszkaniem zajebanym albumami Atmosphere), czy tam mumble rapu, nieważne. ważne, że swoją przebojowością i zaraźliwą post-rapową melodyką podbił nawet serca tych słuchaczy, którzy możliwie daleko trzymają się od wspomnianych nurtów. i nie ma co się dziwić takiej sytuacji, bo Uzik to jednak gość, który jest o krok do przodu przed miażdżącą większością podobnych, zawsze ma jakiś wyraźny atut po swojej stronie. the break up song naszych czasów, jakkolwiek by to o naszych czasach nie świadczyło

co jeszcze? uwielbiam video do tej piosenki, ale nie ostateczny live action klip, tylko tą zapętloną jakby flashową animację ze skutym LUVem za kółkiem. mało który obrazek tak mocno wypalił się ostatnio w mojej pamięci jak ten
15 gru 2019, 22:36
Echa '10s, odcinek 29 @[114308365327046:274:Travis Scott], @[241273033091:274:Kendrick Lamar] "goosebumps" prod. Yung Exclusive, CuBeatz, Cardo (2016) jak to się stało, że mój najmniej lubiany album Travisa zawiera na swojej trackliście moje dwa ulubione numery rapera? jak można robić tak dobre refreny? jak można napisać zwrotkę niemniej CATCHY od tego refrenu? jakim cudem Drake, ScHoolboy Q albo Future przepuścili szanse na wykorzystanie tego podkładu? czy wspomnieni w ogóle byliby w stanie tak widowiskowo zagospodarować ten bit jak Scott swoją fascynującą jak zawsze gotycką architekturą? czy Kendrick powinien pójść za ciosem i nagrać cały album używając ikonicznego tutaj philly-sound-falsetu? czy czując prąd przechodzących po plecach ciarek możemy uznać "goosebumps" za jeden z najbardziej adekwatnych tytułów piosenek ever? czy napisanie całego posta za pomocą pytań i pozostawienie go bez wyraźnej puenty miałoby jakikolwiek sens? "nie wiem"
Echa '10s, odcinek 29

Travis Scott, Kendrick Lamar
"goosebumps"
prod. Yung Exclusive, CuBeatz, Cardo (2016)

jak to się stało, że mój najmniej lubiany album Travisa zawiera na swojej trackliście moje dwa ulubione numery rapera? jak można robić tak dobre refreny? jak można napisać zwrotkę niemniej CATCHY od tego refrenu? jakim cudem Drake, ScHoolboy Q albo Future przepuścili szanse na wykorzystanie tego podkładu? czy wspomnieni w ogóle byliby w stanie tak widowiskowo zagospodarować ten bit jak Scott swoją fascynującą jak zawsze gotycką architekturą? czy Kendrick powinien pójść za ciosem i nagrać cały album używając ikonicznego tutaj philly-sound-falsetu? czy czując prąd przechodzących po plecach ciarek możemy uznać "goosebumps" za jeden z najbardziej adekwatnych tytułów piosenek ever? czy napisanie całego posta za pomocą pytań i pozostawienie go bez wyraźnej puenty miałoby jakikolwiek sens?

"nie wiem"
17 gru 2019, 00:44
Echa '10s, odcinek 30 finałowy odcinek mojej dekadowej wyliczanki postanowiłem poświęcić wam moi czytelnicy, żebyście sami dokonali wyboru i zadecydowali o... nie no żartuję, mam jeszcze jeden typ @[295643317166832:274:SchoolBoy Q] "THere He Go" prod. Sounwave (2012) na sam koniec PRYWATA MOCNO, bo być może nie jest to wybitny stand out w dyskografii Quincy'ego, ale w moim osobistym odbiorze współczesnego rapu odegrał bardzo istotną rolę. "THere He Go" to w zasadzie taka ścieżka dźwiękowa do "moje jest wygranko the movie", motyw przewodni tej ścieżki. za każdym razem kiedy tego słucham to czujedobrzeczlowiek.jpg i myślę o tym jak to fajnie byłoby się obudzić rano, umyć się, ubrać, zjeść dobre śniadanie i wyjść z domu z takim nieskrępowanym poczuciem jedwabistości, jak ScHoolboy w studiu w dniu nagrania tego utworu. dodatkowy shout out dla Soundwave'a, który parę lat przed tym jak stał się producenckim kombajnem Kendricka, wraz z innymi producentami z Digi+Phonics tworzył kolektyw cholernie kreatywnych poszukiwaczy odjechanych sampli *** i that's all folks, mam nadzieję, że miło było śledzić moje subiektywne zestawienie numerów dekady. mam nadzieję, że pozwoliło ono wam trochę NOSTALGNĄĆ, trochę zrewidować swoje poglądy na niektóre rzeczy, a być może zupełnie usłyszeć coś po raz pierwszy lista, z godnie z założeniami, miała charakter "a, co mi przyjdzie do głowy to wtedy napiszę" i pomimo tego wyszło tak jakbym faktycznie trochę dłużej nad wszystkim myślał. niestety, przykro mi trochę było gdy okazało się, że zabrakło tutaj lokat dla takich istotnych postaci jak @[261944703988200:274:Tyler, The Creator], @[106038246207427:274:Chief Keef], Gucci Mane, @[106917292698829:274:Waka Flocka Flame], @[879948338842866:274:03 Greedo], @[8065620956:274:Freddie Gibbs], @[122869907730199:274:Lil B "THE BASEDGOD"] i wielu, wielu innych. nie oznacza to, że są oni jakimś gorszym sortem. może nawet wręcz przeciwnie, może to efekt tego jak upletli stabilne, nietykalne pod względem selekcjonowania pojedynczych momentów, imponujące tkanki swych dyskografii, tworzących struktury tego na czym dzisiaj my wszyscy słuchacze rapsów stoimy? może to, może tamto, nie wiem. postaram się w każdym razie przygotować playlistę zestawienia w formie extended, gdzie postaram się zbudować jeszcze bardziej kompletny obrazek lat 2010-2019 aaaa poza tym kończy się 2019, więc the best of właśnie ten rok jest jak najbardziej w przygotowaniu, tym razem dla odmiany ALBUMY. ale to tak bardziej już po okresie świątecznym, tak żeby nadrobić parę zaległości (w tym tygodniu ogarnąłem album MAVIego i o jejku, czemu dopiero teraz) no i poczekać na Run the Jewels 4 HEHE piąteczka!
Echa '10s, odcinek 30

finałowy odcinek mojej dekadowej wyliczanki postanowiłem poświęcić wam moi czytelnicy, żebyście sami dokonali wyboru i zadecydowali o... nie no żartuję, mam jeszcze jeden typ

SchoolBoy Q
"THere He Go"
prod. Sounwave (2012)

na sam koniec PRYWATA MOCNO, bo być może nie jest to wybitny stand out w dyskografii Quincy'ego, ale w moim osobistym odbiorze współczesnego rapu odegrał bardzo istotną rolę. "THere He Go" to w zasadzie taka ścieżka dźwiękowa do "moje jest wygranko the movie", motyw przewodni tej ścieżki. za każdym razem kiedy tego słucham to czujedobrzeczlowiek.jpg i myślę o tym jak to fajnie byłoby się obudzić rano, umyć się, ubrać, zjeść dobre śniadanie i wyjść z domu z takim nieskrępowanym poczuciem jedwabistości, jak ScHoolboy w studiu w dniu nagrania tego utworu. dodatkowy shout out dla Soundwave'a, który parę lat przed tym jak stał się producenckim kombajnem Kendricka, wraz z innymi producentami z Digi+Phonics tworzył kolektyw cholernie kreatywnych poszukiwaczy odjechanych sampli

***

i that's all folks, mam nadzieję, że miło było śledzić moje subiektywne zestawienie numerów dekady. mam nadzieję, że pozwoliło ono wam trochę NOSTALGNĄĆ, trochę zrewidować swoje poglądy na niektóre rzeczy, a być może zupełnie usłyszeć coś po raz pierwszy

lista, z godnie z założeniami, miała charakter "a, co mi przyjdzie do głowy to wtedy napiszę" i pomimo tego wyszło tak jakbym faktycznie trochę dłużej nad wszystkim myślał. niestety, przykro mi trochę było gdy okazało się, że zabrakło tutaj lokat dla takich istotnych postaci jak Tyler, The Creator, Chief Keef, Gucci Mane, Waka Flocka Flame, 03 Greedo, Freddie Gibbs, Lil B "THE BASEDGOD" i wielu, wielu innych. nie oznacza to, że są oni jakimś gorszym sortem. może nawet wręcz przeciwnie, może to efekt tego jak upletli stabilne, nietykalne pod względem selekcjonowania pojedynczych momentów, imponujące tkanki swych dyskografii, tworzących struktury tego na czym dzisiaj my wszyscy słuchacze rapsów stoimy? może to, może tamto, nie wiem. postaram się w każdym razie przygotować playlistę zestawienia w formie extended, gdzie postaram się zbudować jeszcze bardziej kompletny obrazek lat 2010-2019

aaaa poza tym kończy się 2019, więc the best of właśnie ten rok jest jak najbardziej w przygotowaniu, tym razem dla odmiany ALBUMY. ale to tak bardziej już po okresie świątecznym, tak żeby nadrobić parę zaległości (w tym tygodniu ogarnąłem album MAVIego i o jejku, czemu dopiero teraz) no i poczekać na Run the Jewels 4 HEHE

piąteczka!
17 gru 2019, 23:53
ALERT PLAYLISTOWY tak jak pewnie ktoś mógł zauważyć, w moim zestawieniu utworów rapowych dekady jakoś tak zabrakło numerów z bieżącego 2019 roku. żeby nie było, ułożyłem playlistę pełną miłych wspomnień z tych mijających 12 miesięcy. no bo przecież jakieś były, naliczyłem ponad pięć dych piosenkowe podsumowanko z podziałem na trzy akty. pierwszy to plejada IDĄCYCH TWARDO bangerów, drugi stawia bardziej samplodeliczno-staroszkolny vibe, a trzeci to autotune'owo-balladowo-coś-tam-jeszcze la grande finale ps albumy 2019 coming soon, c'nie ps2 wiem, grafika 11/10
ALERT PLAYLISTOWY

tak jak pewnie ktoś mógł zauważyć, w moim zestawieniu utworów rapowych dekady jakoś tak zabrakło numerów z bieżącego 2019 roku. żeby nie było, ułożyłem playlistę pełną miłych wspomnień z tych mijających 12 miesięcy. no bo przecież jakieś były, naliczyłem ponad pięć dych

piosenkowe podsumowanko z podziałem na trzy akty. pierwszy to plejada IDĄCYCH TWARDO bangerów, drugi stawia bardziej samplodeliczno-staroszkolny vibe, a trzeci to autotune'owo-balladowo-coś-tam-jeszcze la grande finale

ps albumy 2019 coming soon, c'nie

ps2 wiem, grafika 11/10
19 gru 2019, 23:55
jeszcze nie słuchałem nowego albumu Cam'rona, ale jeśli jest tam więcej tak CLASSY momentów jak "Losing Weight 3" to chętnie wbiję na pokład tej purpurowej łodzi

utwór jest trochę taką esencją tego, czego oczekuje po raperze będącym na etapie kariery "zdecydowanie nie jestem już na fali, a walnę sobie sequel swojego największego klasyka". jedni stają się zapierdziałymi dziadkami krzyczącymi na chmurę, inni próbują wejść w tłum młodych i być jak eluwinafellowkids.jpg, jeszcze inni zupełnie zapominają o tym co czyniło ich wyróżniającymi się w tłumie. Killa Cam nie wpada w żadną z tych ślepych uliczek i z gracją zajmuje stołek w lidze hiphopowych dżentelmenów

ale to wrażenia jedynie po jednej piosence, obym się nie mylił
Zaktualizowano 20 gru 2019, 21:35
20 gru 2019, 21:35
Streamujcie zagraniczne rap płyty utworzył(a) ankietę.
Ankieta: panie i panowie, mamy to, prawdziwy konflikt interesów między dwoma ogniskami kreatywności mijającej dekady. komu kibicujecie w tej jakże spornej kwestii?
  •  "Jumpin on a Jet"
  •  "Hop Off a Jet"
panie i panowie, mamy to, prawdziwy konflikt interesów między dwoma ogniskami kreatywności mijającej dekady. komu kibicujecie w tej jakże spornej kwestii?
21 gru 2019, 13:04
przygotowując opublikowaną parę dni temu plejkę ulubionych piosenek z 2019, z pewną dyskretną satysfakcją patrzyłem jak puchnie zawartość jej środkowej sekcji - tej złożonej głównie z ciężkich, przeładowanych samplami owoców revivalu brudnego, nowojorskiego brzmienia. z roku na rok w nie wiadomo jak dzisiaj pojmowanym podziemiu pojawia się coraz więcej raperzyn gotowych odrestaurować vibe nagrywek MF DOOMa, iść tropem nakreślonym przez Earla, czy trzymać się u boku niezwykle płodnego ostatnio kuratora dusznego ulicznego soundu - DJ'a Muggsa natomiast ci, którzy zaistnieli w przeciągu ostatnich kilku lat też jakby nabierają coraz więcej wiatru w żagle. @[1787743288204360:274:Your Old Droog] to ziomek, któremu kibicuje odkąd chyba w 2014 wypuścił taśmę i wszyscy myśleliśmy, że to jakiś sekretny projekt Nasa w gimmickiem w postaci ACTUALLY umiejętności dobierania dobrych podkładów. minęło pół dekady i Twój Stary (hehe) pojawia się gościnnie u prawie każdego nowojorskiego świeżaka, a sam właśnie wydał trzeci już w tym roku projekt. "Jewelry" jest chyba najmocniejszym z nich. w celu napisania możliwie krótkiej recenzji skorzystałbym z parafrazy powiedzenia o twórczości Woody'ego Allena albo Jerry'ego Seinfelda: "so New York, so jewish" polecanko mocno wracając do wspomnianej obserwacji i zastanawiając się nad przyszłością hip hopu - czuję, że przyszła dekada może okazać się dekadą triumfalnego powrotu takiego właśnie brzmienia, wejścia obiema nogami intrygującej reinkarnacji boom bapu na salony - ale nie na listy przebojów, bo przeciw wielkim mainstreamowym sukcesom stanie pewnie wciąż bezlitosny samplingowy PAYWALL. wierzę w to, gdyż za tymi wspomnianymi przeze mnie ziomami nie stoi jedynie sztuka dla sztuki i dowartościowywanie STARYCH GŁÓW hasełkami "let's take it back to the good old days". czuć tutaj parcie kompletnie nowego pokolenia - z kompletnie inną mentalnością - na pisanie nowego rozdziału historii rapu. szanuję ale mogę się mylić i hip hop zupełnie pójdzie w inną stronę, choćby w przełamywanie kolejnych barier na polach już stoczonych przez Thuggerów, Future'ów i Playboiów bitew. co by się działo, ucieszy mnie każdy scenariusz zakładający cokolwiek innego niż artystyczna stagnacja hip hopu
przygotowując opublikowaną parę dni temu plejkę ulubionych piosenek z 2019, z pewną dyskretną satysfakcją patrzyłem jak puchnie zawartość jej środkowej sekcji - tej złożonej głównie z ciężkich, przeładowanych samplami owoców revivalu brudnego, nowojorskiego brzmienia. z roku na rok w nie wiadomo jak dzisiaj pojmowanym podziemiu pojawia się coraz więcej raperzyn gotowych odrestaurować vibe nagrywek MF DOOMa, iść tropem nakreślonym przez Earla, czy trzymać się u boku niezwykle płodnego ostatnio kuratora dusznego ulicznego soundu - DJ'a Muggsa

natomiast ci, którzy zaistnieli w przeciągu ostatnich kilku lat też jakby nabierają coraz więcej wiatru w żagle. Your Old Droog to ziomek, któremu kibicuje odkąd chyba w 2014 wypuścił taśmę i wszyscy myśleliśmy, że to jakiś sekretny projekt Nasa w gimmickiem w postaci ACTUALLY umiejętności dobierania dobrych podkładów. minęło pół dekady i Twój Stary (hehe) pojawia się gościnnie u prawie każdego nowojorskiego świeżaka, a sam właśnie wydał trzeci już w tym roku projekt. "Jewelry" jest chyba najmocniejszym z nich. w celu napisania możliwie krótkiej recenzji skorzystałbym z parafrazy powiedzenia o twórczości Woody'ego Allena albo Jerry'ego Seinfelda: "so New York, so jewish"

polecanko mocno

wracając do wspomnianej obserwacji i zastanawiając się nad przyszłością hip hopu - czuję, że przyszła dekada może okazać się dekadą triumfalnego powrotu takiego właśnie brzmienia, wejścia obiema nogami intrygującej reinkarnacji boom bapu na salony - ale nie na listy przebojów, bo przeciw wielkim mainstreamowym sukcesom stanie pewnie wciąż bezlitosny samplingowy PAYWALL. wierzę w to, gdyż za tymi wspomnianymi przeze mnie ziomami nie stoi jedynie sztuka dla sztuki i dowartościowywanie STARYCH GŁÓW hasełkami "let's take it back to the good old days". czuć tutaj parcie kompletnie nowego pokolenia - z kompletnie inną mentalnością - na pisanie nowego rozdziału historii rapu. szanuję

ale mogę się mylić i hip hop zupełnie pójdzie w inną stronę, choćby w przełamywanie kolejnych barier na polach już stoczonych przez Thuggerów, Future'ów i Playboiów bitew. co by się działo, ucieszy mnie każdy scenariusz zakładający cokolwiek innego niż artystyczna stagnacja hip hopu
23 gru 2019, 19:04
zrobił to

ale wiecie co tak naprawdę powinien zrobić? cały album złożony z gospelowych reedycji swoich wcześniejszych utworów. ta sekwencja od szóstego do ósmego utworu, kiedy mamy do czynienia z trzema kolejnymi interpretacjami "The Life of Pablo" to prawdziwy CENTERPIECE tego projektu. przy okazji jest to także potwierdzenie tego jak "TLOP", nietraktujące gospelu w tak łopatologiczny sposób jak "Jesus is King", nie unikało swojego subtelnego, ale i tak mocno uduchowionego podszycia. teraz mamy dowody, że nawet "Fade" gdzieś tam głęboko w swojej randomowej naturze miało TO COŚ

atomiast cały album to kawał przystępnej pop-sakralnej paszy dla każdego, nakreślonego na tyle grubymi kreskami żeby każdy - nawet przy możliwie niskim stopniu wtajemniczenia - mógł na to wskazać palcem i powiedzieć "o, to dokładnie brzmi tak jak gospel, a wiem jak powinien bo widziałem w amerykańskim filmie". i o to chyba chodziło, więc spoko. dziękuję pan Kanye
Zaktualizowano 26 gru 2019, 12:29
26 gru 2019, 12:29
ja: mamo, możemy mieć "DNA" by 13 Grammy Awards & Pulitzer Prize winning artist Kendrick Lamar?
mama: mamy "DNA" by 13 Grammy Awards & Pulitzer Prize winning artist Kendrick Lamar w domu
"DNA" by 13 Grammy Awards & Pulitzer Prize winning artist Kendrick Lamar w domu:
Zaktualizowano 27 gru 2019, 12:08
27 gru 2019, 12:08
zastanawiam się od wczoraj o co tak naprawdę chodziło z tym projektem, no i dalej pewien nie jestem. czemu jest to tylko epka złożona z siedmiu utworów? albo inaczej: czemu jest to tylko epka złożona z pięciu utworów jeśli odliczymy doklejony na początku, nikomu niepotrzebny remix "Highest in the Room" i następujące po nim (!) intro. czemu otagowanie tego albumu na Spoti jest takie KONFUNDUJĄCE, czemu np Don Toliver raz jest gościem, drugi raz gospodarzem, a jeszcze innym razem wlicza się do ekipy JackBoys? i kto wchodzi w ten skład do jasnej ciasnej? czy Sheck Wes wchodzi? czy ten trzeci z "Gang Gang" wchodzi? a ten z ostatniego utworu, jak mu tam, Pop Smoke? czemu w ogóle jak klikam w jego ksywę na Wikipedii to przekierowuje mnie na stronę dyskografii Nicki MInaj? POTRZEBUJĘ ODPOWIEDZI <oddycham i liczę do dziesięciu> a tak w sumie to niegłupim pomysłem było zrobienie jedynie epki. materiały takiego profilu - nastawione na promowanie labelu - zwykle są takim śledzikiem na raz, przystawką między kolejnymi solówkami, wiec po co w takim razie inwestować w to więcej uwagi i środków niż w wynajęcie Cybertrucka do teledysku? tym bardziej, że zaprezentowane tutaj pięć premierowych numerów - jak bardzo niezręcznie by nie łączyły się one w umiarkowanie spójny obrazek - są całkiem jakościowe i klarownie wypunktowują nam najważniejsze atuty protegowanych Travisa. nie licząc tego jednego numeru, który powstał tylko po to by przypomnieć nam jak Scott z Young Thugiem ZAWSZE SPOKO niby wszyscy mają tutaj swój moment, ale da się wyczuć SZYKOWANKO Don Tolivera na nową gwiazdę Cactus Jack Records - jest tutaj jakby najgłośniejszy, najaktywniejszy, najwyrazistszy i ej... chyba naprawdę czekam na tej jego breakthrough album. tylko niech będzie na nim dużo gości (niekoniecznie kaktusowcyh chłopin), bo wiem jak to bywa z postaciami o charakterystycznych do bólu barwach głosu trochę po macoszemu potraktowano dotychczasowego pupilka - Shecka Wesa, pojawiającego się tylko w zasadzie w czymś a'la kulminacyjny posse cut. trochę szkoda, ale trochę też rozumiem - wszak BŁOTNY CHŁOPAK to trochę taki Shrek, który najlepiej i najswobodniej się czuję na własnym bagnie, w chatce przed którą stoi znak "MY SWAMP, MY RULES" czyli w sumie to podoba mi się to coś? chyba tak, a "What to Do?" - kolejna na koncie byłego chłopaka Kylie Jenner prog-trapowa power ballada - jest dla mnie wystarczającym powodem by nie wymazywać tego wydawnictwa z pamięci
zastanawiam się od wczoraj o co tak naprawdę chodziło z tym projektem, no i dalej pewien nie jestem. czemu jest to tylko epka złożona z siedmiu utworów? albo inaczej: czemu jest to tylko epka złożona z pięciu utworów jeśli odliczymy doklejony na początku, nikomu niepotrzebny remix "Highest in the Room" i następujące po nim (!) intro. czemu otagowanie tego albumu na Spoti jest takie KONFUNDUJĄCE, czemu np Don Toliver raz jest gościem, drugi raz gospodarzem, a jeszcze innym razem wlicza się do ekipy JackBoys? i kto wchodzi w ten skład do jasnej ciasnej? czy Sheck Wes wchodzi? czy ten trzeci z "Gang Gang" wchodzi? a ten z ostatniego utworu, jak mu tam, Pop Smoke? czemu w ogóle jak klikam w jego ksywę na Wikipedii to przekierowuje mnie na stronę dyskografii Nicki MInaj? POTRZEBUJĘ ODPOWIEDZI

<oddycham i liczę do dziesięciu>

a tak w sumie to niegłupim pomysłem było zrobienie jedynie epki. materiały takiego profilu - nastawione na promowanie labelu - zwykle są takim śledzikiem na raz, przystawką między kolejnymi solówkami, wiec po co w takim razie inwestować w to więcej uwagi i środków niż w wynajęcie Cybertrucka do teledysku? tym bardziej, że zaprezentowane tutaj pięć premierowych numerów - jak bardzo niezręcznie by nie łączyły się one w umiarkowanie spójny obrazek - są całkiem jakościowe i klarownie wypunktowują nam najważniejsze atuty protegowanych Travisa. nie licząc tego jednego numeru, który powstał tylko po to by przypomnieć nam jak Scott z Young Thugiem ZAWSZE SPOKO

niby wszyscy mają tutaj swój moment, ale da się wyczuć SZYKOWANKO Don Tolivera na nową gwiazdę Cactus Jack Records - jest tutaj jakby najgłośniejszy, najaktywniejszy, najwyrazistszy i ej... chyba naprawdę czekam na tej jego breakthrough album. tylko niech będzie na nim dużo gości (niekoniecznie kaktusowcyh chłopin), bo wiem jak to bywa z postaciami o charakterystycznych do bólu barwach głosu

trochę po macoszemu potraktowano dotychczasowego pupilka - Shecka Wesa, pojawiającego się tylko w zasadzie w czymś a'la kulminacyjny posse cut. trochę szkoda, ale trochę też rozumiem - wszak BŁOTNY CHŁOPAK to trochę taki Shrek, który najlepiej i najswobodniej się czuję na własnym bagnie, w chatce przed którą stoi znak "MY SWAMP, MY RULES"

czyli w sumie to podoba mi się to coś? chyba tak, a "What to Do?" - kolejna na koncie byłego chłopaka Kylie Jenner prog-trapowa power ballada - jest dla mnie wystarczającym powodem by nie wymazywać tego wydawnictwa z pamięci
28 gru 2019, 17:59
#SZRP PRZEDSTAWIA: 15 NAJLEPSZYCH PŁYT 2019 ROKU bez dłuższych wstępów, lecim MIEJSCE 15: FUTURE - FUTURE HNDRXX PRESENTS: THE WIZRD na początku miałem lekki problem z tym projektem, bo nie był tak charakterny jak "ds2" albo "hndrxx" - ale jednak kupił mnie tym jak między wersami uchwycił całą ewolucję rapera na przestrzeni dekady. takie "best of", ale z samymi nowymi utworami MIEJSCE 14: JPEGMAFIA - ALL MY HEROES ARE CORNBALLS po czasach mojej szorstkiej relacji z panem jpegmafią przyszła pora w końcu docenić ten jego fantastycznie symulowany nieład i mentalny pierdolnik rodem z główki dziecka internetu. mocniej, ironiczniej, dziwniej. lepiej MIEJSCE 13: WIKI - OOFIE mój ulubiony normik w rapie wraz z całym bagażem doświadczeń a'la average joe, oprawiony retrofuturystycznym soundem Nowego Jorku. kibicuję mu od debiutu Ratking i cieszę się, że w końcu stworzył coś na miarę "So It Goes" MIEJSCE 12: OFFSET - FATHER OF 4 trochę rozczarowanie, bo po Offsecie w 2019 oczekiwałem co najmniej miejsca na pudle :CCCC. ale to i tak najlepsza solówka któregokolwiek z Migosów - bo jako jedyna przemyślana, atmosferyczna (Metro Boomin!) i hmm... w zasadzie to zaskakująco ambitna na swój sposób MIEJSCE 11: RAPSODY - EVE pomysłowa w formie, postkendrickowa, feministyczna bomba atomowa. szczytowe osiągnięcie raperki, co do której nie sądziłem, że mogłaby tak zarządzić w roku urodzajnym w różnorodne stylistycznie projekty rapujących pań. a tu proszę, wygrała tradycja rodem ze stajni 9th Wondera - z lekkim, nowoczesnym twistem MIEJSCE 10: YOUNG THUG - SO MUCH FUN podobnie jak u Future'a - soundtrack do przyjmowania statusu legendy, przepełniony gościnkami artystów, którzy bez Thuggera po prostu by nie istnieli. może nie najbardziej kreatywne jego dzieło, ale hej, patrzcie na tytuł albumu. o to tutaj chodzi przede wszystkim MIEJSCE 09: DJ MUGGS & MACH HOMMY - TUEZ-LES TOUS DJ Muggs jest najpiękniejszy, a to jest jego najbardziej tripowy materiał od czasu "III: Temples of Boom" Cypressów. Mach Hommy też całkiem ładny i abstrakcyjny, obaj doskonale się rozumieją, weźcie sobie odpalcie chociażby track o swojskim tytule "Piotr" i odpłyńcie, bo to uczta dla duszy, disturbing edition MIEJSCE 08: MAVI - LET THE SUN TALK Earl Sweatshirt 2.0? Earl Sweatshirt 2.0. nawet nie ma co dalej tłumaczyć, po prostu mi zaufajcie MIEJSCE 07: 03 GREEDO & DJ MUSTARD - STILL SUMMER IN THE PROJECTS emocjonujący one man show szalonego Greedo, który ze swoim głosem i swoimi emocjami potrafi zrobić dosłownie wszystko. wtórujący mu Sarepski dopilnował by było spójnie, fajnie i WESTCOASTOWO po uszy. shout out dla "Netflix & Deal", projekt z Kennym też prawie się na listę załapał MIEJSCE 06: DANNY BROWN - UKNOWWHATIMSAYIN? Danny w bardziej ułożonym niż zazwyczaj, minimalistycznym biopicu, directed by Q-Tip Tarantino. być może raper daje tutaj pierwsze sygnały, że za stary już jest na bangery, piguły i wąskie spodnie, ale kto utalentowanemu zabroni. klasa MIEJSCE 05: DENZEL CURRY - ZUU mój ulubiony Florida Man z rigczem i mocnym nastawieniem na stricte bangerowy blitzkrieg. pojęcie "im mniej tym więcej" wbija na poziom ponad 9000. krótki materiał po którym chce się go od razu puścić jeszcze raz. a potem jeszcze raz. i jeszcze MIEJSCE 04: FREDDIE GIBBS & MADLIB - BANDANA moje przeczucia mnie nie myliły, oficjalnie bardziej chce mi się wracać do "Bandany" niż "Pinaty", ogłaszam wszem i wobec że Madgibbsi pokazali jak się robi dobry sequel rapowej płyty. wskazałbym specjalnie dla was na jakieś decydujące o mojej opinii elementy ale hmmm... w sumie to wszystko poszło lepiej MIEJSCE 03: 🥉 GUNNA - DRIP OR DROWN 2 TROCHĘ niedoceniony projekt w oczach wszystkich opiniotwórczych Piczforków, Fantanów etc. dla mnie zupełna niespodzianka, Gunna od zbędnego ksera Thuggera wyewoluował w artystę odważnie budującego swoją post-trapową niszę, co w połączeniu z absolutnie cudowną robotą producentów (Wheezy i Turbo!) uczyniło "Drip od Drown 2" wręcz magicznym doświadczeniem MIEJSCE 02: 🥈 TYLER THE CREATOR - IGOR tak jak już kiedyś mówiłem - Tyler oficjalnie zaklepał sobie stanowisko w ambasadzie swojego własnego muzycznego podgatunku. cała ta ewolucja od jedzenia karalucha, przez dziwaczne "Cherry Bomb" po pszczółki i kwiatki nabrała czegoś więcej niż sensu. jakby tego było mało, ostatnio WILD ODRZUTY Z ALBUMU APPEARED - sugerujące, że "IGOR" mógł być jeszcze lepszy :0 MIEJSCE 01: 🥇 CLIPPING - THERE EXISTED AN ADDICTION TO BLOOD triumfalny powrót horrorcore'u do łask, a ja nawet nigdy specjalnie horrorcore'u nie lubiłem! fascynujący kalejdoskop inspiracji (od klasycznym potworów Universala po soundtracki Jona Carpentera), niesamowity pokaz umiejętności utalentowanego rapera i utalentowanych producentów. a no i przy okazji najmocniej trzymający się narzuconych zasad, spójny i konsekwentny album grupy Clipping
#SZRP PRZEDSTAWIA: 15 NAJLEPSZYCH PŁYT 2019 ROKU

bez dłuższych wstępów, lecim

MIEJSCE 15:
FUTURE - FUTURE HNDRXX PRESENTS: THE WIZRD
na początku miałem lekki problem z tym projektem, bo nie był tak charakterny jak "ds2" albo "hndrxx" - ale jednak kupił mnie tym jak między wersami uchwycił całą ewolucję rapera na przestrzeni dekady. takie "best of", ale z samymi nowymi utworami

MIEJSCE 14:
JPEGMAFIA - ALL MY HEROES ARE CORNBALLS
po czasach mojej szorstkiej relacji z panem jpegmafią przyszła pora w końcu docenić ten jego fantastycznie symulowany nieład i mentalny pierdolnik rodem z główki dziecka internetu. mocniej, ironiczniej, dziwniej. lepiej

MIEJSCE 13:
WIKI - OOFIE
mój ulubiony normik w rapie wraz z całym bagażem doświadczeń a'la average joe, oprawiony retrofuturystycznym soundem Nowego Jorku. kibicuję mu od debiutu Ratking i cieszę się, że w końcu stworzył coś na miarę "So It Goes"

MIEJSCE 12:
OFFSET - FATHER OF 4
trochę rozczarowanie, bo po Offsecie w 2019 oczekiwałem co najmniej miejsca na pudle :CCCC. ale to i tak najlepsza solówka któregokolwiek z Migosów - bo jako jedyna przemyślana, atmosferyczna (Metro Boomin!) i hmm... w zasadzie to zaskakująco ambitna na swój sposób

MIEJSCE 11:
RAPSODY - EVE
pomysłowa w formie, postkendrickowa, feministyczna bomba atomowa. szczytowe osiągnięcie raperki, co do której nie sądziłem, że mogłaby tak zarządzić w roku urodzajnym w różnorodne stylistycznie projekty rapujących pań. a tu proszę, wygrała tradycja rodem ze stajni 9th Wondera - z lekkim, nowoczesnym twistem

MIEJSCE 10:
YOUNG THUG - SO MUCH FUN
podobnie jak u Future'a - soundtrack do przyjmowania statusu legendy, przepełniony gościnkami artystów, którzy bez Thuggera po prostu by nie istnieli. może nie najbardziej kreatywne jego dzieło, ale hej, patrzcie na tytuł albumu. o to tutaj chodzi przede wszystkim

MIEJSCE 09:
DJ MUGGS & MACH HOMMY - TUEZ-LES TOUS
DJ Muggs jest najpiękniejszy, a to jest jego najbardziej tripowy materiał od czasu "III: Temples of Boom" Cypressów. Mach Hommy też całkiem ładny i abstrakcyjny, obaj doskonale się rozumieją, weźcie sobie odpalcie chociażby track o swojskim tytule "Piotr" i odpłyńcie, bo to uczta dla duszy, disturbing edition

MIEJSCE 08:
MAVI - LET THE SUN TALK
Earl Sweatshirt 2.0? Earl Sweatshirt 2.0. nawet nie ma co dalej tłumaczyć, po prostu mi zaufajcie

MIEJSCE 07:
03 GREEDO & DJ MUSTARD - STILL SUMMER IN THE PROJECTS
emocjonujący one man show szalonego Greedo, który ze swoim głosem i swoimi emocjami potrafi zrobić dosłownie wszystko. wtórujący mu Sarepski dopilnował by było spójnie, fajnie i WESTCOASTOWO po uszy. shout out dla "Netflix & Deal", projekt z Kennym też prawie się na listę załapał

MIEJSCE 06:
DANNY BROWN - UKNOWWHATIMSAYIN?
Danny w bardziej ułożonym niż zazwyczaj, minimalistycznym biopicu, directed by Q-Tip Tarantino. być może raper daje tutaj pierwsze sygnały, że za stary już jest na bangery, piguły i wąskie spodnie, ale kto utalentowanemu zabroni. klasa

MIEJSCE 05:
DENZEL CURRY - ZUU
mój ulubiony Florida Man z rigczem i mocnym nastawieniem na stricte bangerowy blitzkrieg. pojęcie "im mniej tym więcej" wbija na poziom ponad 9000. krótki materiał po którym chce się go od razu puścić jeszcze raz. a potem jeszcze raz. i jeszcze

MIEJSCE 04:
FREDDIE GIBBS & MADLIB - BANDANA
moje przeczucia mnie nie myliły, oficjalnie bardziej chce mi się wracać do "Bandany" niż "Pinaty", ogłaszam wszem i wobec że Madgibbsi pokazali jak się robi dobry sequel rapowej płyty. wskazałbym specjalnie dla was na jakieś decydujące o mojej opinii elementy ale hmmm... w sumie to wszystko poszło lepiej

MIEJSCE 03: 🥉
GUNNA - DRIP OR DROWN 2
TROCHĘ niedoceniony projekt w oczach wszystkich opiniotwórczych Piczforków, Fantanów etc. dla mnie zupełna niespodzianka, Gunna od zbędnego ksera Thuggera wyewoluował w artystę odważnie budującego swoją post-trapową niszę, co w połączeniu z absolutnie cudowną robotą producentów (Wheezy i Turbo!) uczyniło "Drip od Drown 2" wręcz magicznym doświadczeniem

MIEJSCE 02: 🥈
TYLER THE CREATOR - IGOR
tak jak już kiedyś mówiłem - Tyler oficjalnie zaklepał sobie stanowisko w ambasadzie swojego własnego muzycznego podgatunku. cała ta ewolucja od jedzenia karalucha, przez dziwaczne "Cherry Bomb" po pszczółki i kwiatki nabrała czegoś więcej niż sensu. jakby tego było mało, ostatnio WILD ODRZUTY Z ALBUMU APPEARED - sugerujące, że "IGOR" mógł być jeszcze lepszy :0

MIEJSCE 01: 🥇
CLIPPING - THERE EXISTED AN ADDICTION TO BLOOD
triumfalny powrót horrorcore'u do łask, a ja nawet nigdy specjalnie horrorcore'u nie lubiłem! fascynujący kalejdoskop inspiracji (od klasycznym potworów Universala po soundtracki Jona Carpentera), niesamowity pokaz umiejętności utalentowanego rapera i utalentowanych producentów. a no i przy okazji najmocniej trzymający się narzuconych zasad, spójny i konsekwentny album grupy Clipping
28 gru 2019, 23:03
sorka że tak cicho na #SZRP, moja aktywność na pewno dojrzeje wraz z momentem, gdy faktyczne coś się zacznie dziać w 2020 na scenie, a póki co meh. taki klimat, taki sezon, wiadomo

wie o tym również Melon, który jak co roku na przełomie grudnia i stycznia - świeżo po podsumowankach - serwuje Classic Week. nie zawsze mi po drodze z opiniami Antoniego na tematy różne (szkalowanie Gunny, grrr), ale za ten segment zawsze daję serdeczną okejkę. tym bardziej szanuję za decyzję by bodajże od zeszłego roku skupić się głównie na albumach, które wyszły w aktualnym tysiącleciu - albo chociaż po 1990. w powszechnym przekonaniu - nie mówię tylko o słuchaczach trójkowego top wszech czasów - podświadomie legitymizujemy muzykę dawniejszą jako tą jednak ważniejszą, łatwiej kupujemy zbudowaną wokół niej mitologię, wpływy "zasłużonych" akceptujemy już jako fakt, a nie jako opinię czy spekulację. krążki-tytany z lat 60 do 80 nie potrzebują kolejnych pstrokatych laurek, ale tym kilkadziesiąt lat młodszym zawsze warto szepnąć parę miłych słówek na uszko i przy okazji przyspieszyć trochę proces cementowania nowego kanonu klasyki

nie każda pozycja pojawiająca się w @[152124549777:274:The Needle Drop]owym Classic Week to bezwzględny muzyczny absolut, ale tegoroczny wybór z półki hip hopu to jedno wielkie GOD DAMN RIGHT. "Hell Hath No Fury" to taki album, że wystarczy jak ktoś się o nim chociażby zająknie gdziekolwiek w internecie i od razu mam ochotę go sobie puścić. nie mam tak z innymi ikonicznym rap krążkami z XXI wieku. "MBDTF" czy "TPAB" wymaga dłuższej chwili i nastawienia - nie tylko na odsłuch, ale i przetrawienie produktu opasłych ambicji. "Madvillainy" czy "DS2" proszą się o odpowiedni nastrój i stan umysłu pod sesje z nimi. natomiast magnum opus braci Thorntonów (jak jak ich kurka szanuję) wtrąci się w całości w środek każdej mojej playlisty, dopasuje się zawsze i wszędzie, poleci od deski do deski. bez pretekstu, bez kontekstu. w czynniki składające się na wyjątkowość "HHNF" nie będę wnikał, poniżej Fantano ładnie wam opowie

oczywiście my tutaj w większości dobrze wiemy o tym jak to Clipse wielkim duetem był. odnoszę jednak wrażenie, że "Hell Hath No Fury" nie jest wcale tak oczywistą pozycją dla słuchaczy, którzy ogarniają hip hop z doskoku. także jeśli macie takich znajomych to zapukajcie do ich drzwi i zapytajcie "dzień dobry, czy zdają sobie państwo sprawę z fajności płynącej z nagrania panów Pushy i Malice'a?" jak nie wpuszczą to prześlijcie im ten filmik
Zaktualizowano 8 sty 2020, 17:22
8 sty 2020, 17:22
i znowu Melon, no ale wydarzenie bezprecedensowe

po dziewięciu przepełnionych frustracją wśród słuchaczy Westa latach FANTANO PRZEPRASZA ZA 6/10 DLA "MBDTF"

OCH CZEKAJ
Zaktualizowano 10 sty 2020, 17:44
10 sty 2020, 17:44
geez Ken, i don't know dude

oczywiście że fuzje rapu z rockiem przyniosły światu więcej krzywdy niż pożytku. oczywiście że "Rebirth" czy "Speedin Bullet to Heaven" do dziś nawiedzają nasze koszmary. oczywiście że w przypadku Kendricka jego MOST ROCK MOMENTS w karierze przypadają na featuringi u Imagine Dragons i Maroon 5. oczywiście że jedynym obecnie raperem na topce z oczywistym według mnie potencjałem na zabawę z gitarami jest Denzel Curry

ale Kenny to Kenny i jestem go w stanie obdarzyć jakimś tam kredytem zaufania. uwierzyć, że za stylistyczną rewoltą stoi jakaś idea, podszyty meta-komentarz. powód inny niż "jestę gwiazdą i mogę robić co mi się podoba, KURŁA"

od zawsze największym problem raperów romansujących z rockiem było to, że rock rozumieli tylko w kategoriach popkulturowych obrazków: gitara w łapie, pełne stadiony, ZEGZ DRAGI i w ogóle 🤘🤘🤘. a to jak tam trzeba będzie w kawałki wpleść jakieś szarpanie druta (źle to zabrzmiało) to oj tam, jakoś wyjdzie i będzie słychać ocb, co nie. w ostatnich latach młode pokolenie raperów (patrz "Black Beatles" Sremmurdów) nauczyło się trochę odizolowywać koloryt bycia ikoną rocka od faktycznego próbowania w swojej muzyce i hej, wyszło to zdecydowanie na dobre każdemu mieszkańcowi tej planety. sam rock też od co najmniej trzech dekad nie ma albo próbuje nie mieć nic wspólnego z zakodowaną w głowach raperów przebojowością i rock'n'rollowością

może Kalmar to zrozumie. może przede wszystkim zrozumie to naczelny reżyser soundu Kendricka Lamara - Sounwave. ten ostatnio dosyć blisko trzyma się Jacka Antonoffa - producenta i songwritera, który w relatywnie krótkim czasie wyrósł na tytana współczesnego popu/rocka, wiedzącego doskonale jak to się robi: bez krindżu i z duchem otaczającej nas rzeczywistości. jak to nie jest sensowna iskierka nadziei, to nie jestem w stanie wymyślić lepszej
Zaktualizowano 13 sty 2020, 18:15
13 sty 2020, 18:15
#SZRP PREZENTUJE: neptunes/pharrell SUPERCUT KARNAWAŁOWY SZAŁ PLAYLISTOWY czas rozpocząć. z okazji plotek (a nawet coś jakby więcej niż plotek) o reaktywacji najfajniejszego duetu producenckiego pod słońcem prezentuję... no sami widzicie co w zasadzie to plejkę zestawiającą moje ulubione produkcje Pharrella Williamsa z Chadem - w pakiecie lub bez - miałem prawię gotową od dawna, no bo przecież jak można sobie takiej nie zrobić. to "prawie" związane było z niedobrym Jayem, który przez całe '00s przytulał bardzo fajne produkcje duetu na własnych albumach i koniec końców nie dało się ich przez długi czas uwzględnić na spotifajowych playlistach. po ostatnich urodzinach Hovy coś jednak się zmieniło, ciekawe co ten sam problem, ale w jeszcze bardziej zadającym ból stopniu, dotyczył potencjalnej selekcji "best of Just Blaze" -której póki co nie obiecuję, ale jednak trochę obiecuję
#SZRP PREZENTUJE: neptunes/pharrell SUPERCUT

KARNAWAŁOWY SZAŁ PLAYLISTOWY czas rozpocząć. z okazji plotek (a nawet coś jakby więcej niż plotek) o reaktywacji najfajniejszego duetu producenckiego pod słońcem prezentuję... no sami widzicie co

w zasadzie to plejkę zestawiającą moje ulubione produkcje Pharrella Williamsa z Chadem - w pakiecie lub bez - miałem prawię gotową od dawna, no bo przecież jak można sobie takiej nie zrobić. to "prawie" związane było z niedobrym Jayem, który przez całe '00s przytulał bardzo fajne produkcje duetu na własnych albumach i koniec końców nie dało się ich przez długi czas uwzględnić na spotifajowych playlistach. po ostatnich urodzinach Hovy coś jednak się zmieniło, ciekawe co

ten sam problem, ale w jeszcze bardziej zadającym ból stopniu, dotyczył potencjalnej selekcji "best of Just Blaze" -której póki co nie obiecuję, ale jednak trochę obiecuję
14 sty 2020, 18:38
no i ładnie, tyle dni noworocznej posuchy i w końcu taki piąteczek, że ciężko się zdecydować od jakiej premiery zacząć no dobra, wiedziałem od czego zacząć. na pierwszy ogień poleciał u mnie nowy @[176476655758971:274:Theophilus London] i wiem już, że to jemu poświęcę najbliższy osobny wpis. ale 17 stycznia 2020 to także niewątpliwie wyczekiwany przez ludzi pośmiertny materiał @[125173346802:274:Mac Miller]a. to też @[183839532021649:274:070 Shake] i jej debiut, który może nadać jakiś kurs średnio urodzajnej w wychwytywanie nowych talentów wytwórni GOOD Music. nawet braciaki @[59780120050:274:Oh No] i @[6232872074:274:Madlib] wypuścili wspólny projekt, w rok po ciepło przyjętych kolaboracjach kolejno z Blu i z Freddiem Gibbsem ale niestety, cała uwaga mediów skierowana została na SURPRISE RELEASE nowego albumu @[45309870078:274:Eminem]a. nosi on tytuł "Music to Be Murderd By" i gdybym był złośliwy to doceniłbym przyznanie się już na starcie do szkodliwości jego piosenek na ludzie życie. i taki złośliwy dokładnie chcę być, więc o nie, na tym nie skończę Eminem. Marshall Mathers. Slim Shady. dawny idol nastolatków (w tym mnie kiedy to takowym byłem) turned boomer. w ostatnich latach zasłynął między innymi: stworzeniem jednego z najgorszych albumów dekady, stworzeniem albumu "sorry i'm not sorry" w całości poświęconego skierowanej ku niemu krytyce, niepotrzebnym podsycaniem hejtu na mumble rap, paskudną abominacją refrenu w piosence z filmu o Venomie, no i TĄ linijką z płyty Boogiego - zilustrowaną poniższym zdjęciem nowy album, a póki co najeżona gościnkami tracklista, mówi mi jedno: Em już ni chuja nie wie na kogo ma być zły, za co i którą grupę słuchaczy przepraszać, do kogo się kierować ze swoją muzyką. bo ja już sam nie wiem, czy pojawiającą się tutaj np Young M.A. nie jest zaprzeczeniem całej jego anty-mumplerapowej kampanii, czy np Skylar Gray albo Sheeran pojawiający się tutaj nie są dowodem na to, że 47-latek nie zrozumiał, z czego ludzie się śmiali (przez łzy) słuchając "Revival" IN THE FIRST PLACE przeglądając liner notesy na Geniusie natknąłem się na jakże MIND BLOWING ciekawostkę. otóż w piosence z featuringiem Juice WRLDa Eminę POPRAWIŁ SWÓJ REKORD WYSRYWANIA NA MIKROFON NIEZNACZĄCYCH SŁÓW NA SEKUNDĘ Z 6.46 NA 7.6, CZYLI O DOKŁADNIE 1.14. gratulujemy rekordu! cieszę się, że Marshall zrozumiał istotę problemu i wie dokładnie, że to właśnie zbyt wolna nawijka i za mało krzykliwe flow odrzuciło od niego rzesze dojrzewających z jego twórczoscią słuchaczy. trzymam kciuki za jeszcze lepsze wyniki, myślę że poprawienie rekordu o jeszcze jakieś 0,5 pieprzonego słowa sprawi, że mBank zaprosi go do reklamy o płaceniu BLIKiem jeszcze nie posłuchałem nawet sekundy tego albumu, a już jestem wkurwiony. jak już mi się uda, zapraszam na ciąg dalszy roastu
no i ładnie, tyle dni noworocznej posuchy i w końcu taki piąteczek, że ciężko się zdecydować od jakiej premiery zacząć

no dobra, wiedziałem od czego zacząć. na pierwszy ogień poleciał u mnie nowy Theophilus London i wiem już, że to jemu poświęcę najbliższy osobny wpis. ale 17 stycznia 2020 to także niewątpliwie wyczekiwany przez ludzi pośmiertny materiał Mac Millera. to też 070 Shake i jej debiut, który może nadać jakiś kurs średnio urodzajnej w wychwytywanie nowych talentów wytwórni GOOD Music. nawet braciaki Oh No i Madlib wypuścili wspólny projekt, w rok po ciepło przyjętych kolaboracjach kolejno z Blu i z Freddiem Gibbsem

ale niestety, cała uwaga mediów skierowana została na SURPRISE RELEASE nowego albumu Eminema. nosi on tytuł "Music to Be Murderd By" i gdybym był złośliwy to doceniłbym przyznanie się już na starcie do szkodliwości jego piosenek na ludzie życie. i taki złośliwy dokładnie chcę być, więc o nie, na tym nie skończę

Eminem. Marshall Mathers. Slim Shady. dawny idol nastolatków (w tym mnie kiedy to takowym byłem) turned boomer. w ostatnich latach zasłynął między innymi: stworzeniem jednego z najgorszych albumów dekady, stworzeniem albumu "sorry i'm not sorry" w całości poświęconego skierowanej ku niemu krytyce, niepotrzebnym podsycaniem hejtu na mumble rap, paskudną abominacją refrenu w piosence z filmu o Venomie, no i TĄ linijką z płyty Boogiego - zilustrowaną poniższym zdjęciem

nowy album, a póki co najeżona gościnkami tracklista, mówi mi jedno: Em już ni chuja nie wie na kogo ma być zły, za co i którą grupę słuchaczy przepraszać, do kogo się kierować ze swoją muzyką. bo ja już sam nie wiem, czy pojawiającą się tutaj np Young M.A. nie jest zaprzeczeniem całej jego anty-mumplerapowej kampanii, czy np Skylar Gray albo Sheeran pojawiający się tutaj nie są dowodem na to, że 47-latek nie zrozumiał, z czego ludzie się śmiali (przez łzy) słuchając "Revival" IN THE FIRST PLACE

przeglądając liner notesy na Geniusie natknąłem się na jakże MIND BLOWING ciekawostkę. otóż w piosence z featuringiem Juice WRLDa Eminę POPRAWIŁ SWÓJ REKORD WYSRYWANIA NA MIKROFON NIEZNACZĄCYCH SŁÓW NA SEKUNDĘ Z 6.46 NA 7.6, CZYLI O DOKŁADNIE 1.14. gratulujemy rekordu! cieszę się, że Marshall zrozumiał istotę problemu i wie dokładnie, że to właśnie zbyt wolna nawijka i za mało krzykliwe flow odrzuciło od niego rzesze dojrzewających z jego twórczoscią słuchaczy. trzymam kciuki za jeszcze lepsze wyniki, myślę że poprawienie rekordu o jeszcze jakieś 0,5 pieprzonego słowa sprawi, że mBank zaprosi go do reklamy o płaceniu BLIKiem

jeszcze nie posłuchałem nawet sekundy tego albumu, a już jestem wkurwiony. jak już mi się uda, zapraszam na ciąg dalszy roastu
17 sty 2020, 16:30
Theophilus London jest jak ten template memowy co pisze się nikt: absolutnie nikt: i wtedy ktoś coś. i tak właśnie ktoścosiuje Theo wyskakując raz na jakiś czas z piosenką nasączoną coraz to innym stylem, w towarzystwie coraz to bardziej imponujących gości. odnoszę wrażenie, że jakby miał ochotę to nie miałby problemu ze sprowadzeniem na potrzeby kolejnej piosenk papieża emeryta albo sekretarza Komunistycznej Partii Chin ale najważniejsze, że za tymi kolaboracjami stoi klasa i silna, podyktowana czystą zajawką motywacja. widać to po obu singlach powstałych we współpracy z Tame Impala. celowo je pomijałem w 2019 będąc przyzwyczajonym, że konfrontacje z cyklu "Kevin Parker vs raperzy" nigdy mi tak nie siadały zbyt specjalnie. a tutaj proszę, wreszcie jakiś raperzyna wynalazł odpowiednią recepturę na nagrywanie z Australijczykami cały album "Bebey" to taki kalejdoskop muzycznych inspiracji Londona przelanych efektywnie w naprawdę przyjemne crossovery. ciepły, karaibski track tytułowy. natchnione duchem festiwalu Mardi Gras "Marchin". "Pretty" krzyczące głośno: Curtis Mayfield. "Give You" krzyczące głośno: Timbaland w wydaniu r&b. Theophilus ciągle kurczowo się trzyma swoich pożyczanych źródeł, ale kiedy coś robi - robi to naprawdę problem z jego twórczością pozostaję jednak niezmienny od czasu debiutu. inspiracje inspiracjami, konwencja konwencją, ale kiedy przychodzi mu być rapperem the rapperem, to na wierzch wychodzi brak charyzmy i umiejętności pisania ciekawych wersów. szczególnie dokucza mi to trapowym wu-bangerze (!) z Raekwonem. na szczęście słuchałem dopiero co nowego Eminema, dzięki czemu znieczuliłem się na marne linijki, a nawet zaczęło mi dobrze iść wyłączanie krytycznego myślenia w tej kwestii. nieważne czy London nawija czerstwe wordplaye, prawy życiowe czy może nawet recytuje listę konserwantów zawartych w zestawie sushi z Biedronki - mnie to nie intere, bawię się dobrze. wam też polecam ps "Seals" w wersji nie-solowej jest cudowne, beztroski dryf przez autotune'ową stratosferę na pięknym, synthowym minimalu. po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że Lil Yachty powierzony w dobre, kreatywne ręce mógłby naprawdę dużo zrobić dla muzyki ps2 jeśli jakimś cudem nie słuchaliście debiutanckiego "Timez Are Weird These Days" to gorąco rekomenduję by nadrobić. nie wiem czy dzisiaj zrobi na Was takie wrażenie, ale w 2011 - czasach gdy przemysł agresywnego karmienia nas paszą ejtisowej nostalgii nie był jeszcze aż tak lukratywny - to było NAPRAWDĘ COŚ
Theophilus London jest jak ten template memowy co pisze się nikt: absolutnie nikt: i wtedy ktoś coś. i tak właśnie ktoścosiuje Theo wyskakując raz na jakiś czas z piosenką nasączoną coraz to innym stylem, w towarzystwie coraz to bardziej imponujących gości. odnoszę wrażenie, że jakby miał ochotę to nie miałby problemu ze sprowadzeniem na potrzeby kolejnej piosenk papieża emeryta albo sekretarza Komunistycznej Partii Chin

ale najważniejsze, że za tymi kolaboracjami stoi klasa i silna, podyktowana czystą zajawką motywacja. widać to po obu singlach powstałych we współpracy z Tame Impala. celowo je pomijałem w 2019 będąc przyzwyczajonym, że konfrontacje z cyklu "Kevin Parker vs raperzy" nigdy mi tak nie siadały zbyt specjalnie. a tutaj proszę, wreszcie jakiś raperzyna wynalazł odpowiednią recepturę na nagrywanie z Australijczykami

cały album "Bebey" to taki kalejdoskop muzycznych inspiracji Londona przelanych efektywnie w naprawdę przyjemne crossovery. ciepły, karaibski track tytułowy. natchnione duchem festiwalu Mardi Gras "Marchin". "Pretty" krzyczące głośno: Curtis Mayfield. "Give You" krzyczące głośno: Timbaland w wydaniu r&b. Theophilus ciągle kurczowo się trzyma swoich pożyczanych źródeł, ale kiedy coś robi - robi to naprawdę

problem z jego twórczością pozostaję jednak niezmienny od czasu debiutu. inspiracje inspiracjami, konwencja konwencją, ale kiedy przychodzi mu być rapperem the rapperem, to na wierzch wychodzi brak charyzmy i umiejętności pisania ciekawych wersów. szczególnie dokucza mi to trapowym wu-bangerze (!) z Raekwonem. na szczęście słuchałem dopiero co nowego Eminema, dzięki czemu znieczuliłem się na marne linijki, a nawet zaczęło mi dobrze iść wyłączanie krytycznego myślenia w tej kwestii. nieważne czy London nawija czerstwe wordplaye, prawy życiowe czy może nawet recytuje listę konserwantów zawartych w zestawie sushi z Biedronki - mnie to nie intere, bawię się dobrze. wam też polecam

ps "Seals" w wersji nie-solowej jest cudowne, beztroski dryf przez autotune'ową stratosferę na pięknym, synthowym minimalu. po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że Lil Yachty powierzony w dobre, kreatywne ręce mógłby naprawdę dużo zrobić dla muzyki

ps2 jeśli jakimś cudem nie słuchaliście debiutanckiego "Timez Are Weird These Days" to gorąco rekomenduję by nadrobić. nie wiem czy dzisiaj zrobi na Was takie wrażenie, ale w 2011 - czasach gdy przemysł agresywnego karmienia nas paszą ejtisowej nostalgii nie był jeszcze aż tak lukratywny - to było NAPRAWDĘ COŚ
18 sty 2020, 10:39
jak tam, niedzielna kawusia wypita? porozmawiajmy zatem o nowym albumie Eminema, ale tak już po odsłuchu pomimo wstępnego roastu jaki zaserwowałem przedwczoraj - za każdym razem jak sięgam po nowy album Ema to liczę, że może coś jednak tym razem. ale nie, "Music To Be Murdered By" żadnego plot twistu nie oferuje i pozostawia mnie tradycyjnie z dosadnym "co do piekła ja sobie myślałem?". a zacznijmy od chyba najpopularniejszego w social mediach tematu wygenerowanego przez piątkową premierę: "I’m contemplating yelling ‘bombs away’ on the game // like I’m outside of an Ariana Grande concert waiting" panie i panowie, Marshall Mathers. wasz jedyny prawdziwy stand-uper, który mówi to co myśli, ostatni bastion obrońców niewykastrowanego przez tfu PoLiTyCzNą PoPrAwNoŚć CZARNEGO HUMORKU wsadza kij w mrowisko i nie boi się niczego nie no, bardzo cieszy nie ten backlash, lecz niestety zdarza się zobaczyć w komentarzach dzbanów od "ej ale Eminem zawsze był kontrowersyjny, a skurwysyńskie panczlajny to zawsze był piąty element hip hopu". no był był, pamiętamy nawiązania do strzelaniny w Columbine albo "i hit trees harder than Sonny Bono". należy jednak pamiętać, że a) byliśmy dwie dekady młodsi, b) Eminem był dwadzieścia lat młodszy, c) sam świat też się zmienia, coraz lepiej rozumiemy koncept odpowiedzialności za słowa, przesuwany granice dobrego smaku w obiektywnie rozsądnym kierunku. bronienie Shady'ego w taki sposób jest jak usprawiedliwianie poglądów rasistowskiego pradziadka lekko tęskniącego za czasami gdy segregacja rasowa była czymś codziennym w krajach pierwszego świata nie mówię, że koncept czarnego humoru powinien zupełnie wyparować z naszej świadomości. wręcz powinniśmy go czasem używać, można za jego pomocą naświetlić istotny problem, zaśmiać się z czegoś na poziomie meta, "z kimś" a nie "z kogoś". wyciąganie tragedii jaka spotkała młodą piosenkarkę, na którą nie miała żadnego wpływu, której do dzisiaj nie może do końca przetrawić, w imię czego takie dosrywanko? żeby zamknąć zwrotunię czerstwym panczlajnem? żeby jakiś jeden spocony, czterdziestoletni, niedostosowany do obecnych czasów knur opluł się z beki xd przed monitorem? nawet abstrahując od tego, że mamy "inne czasy": czy "The Marshall Mathers LP" nie było właśnie takim albumem, który był EDGY i w ogóle, ale jednocześnie prowokował debatę o odpowiedzialności za pajacowanie, o toksycznym efekcie kontrowersyjnych lyricsów na niedojrzałych emocjonalnie fanów? dlaczego Eminem bogatszy o dwadzieścia lat ekstremalnie skrajnych życiowych doświadczeń, nie stał się mądrzejszym człowiekiem? oczywiście, mamy tu singlowe "Darkness" dotykające problemu przemocy z użyciem broni, ale sorry, nie kupuję tego AT THIS POINT kończę ten temat, choć wiele innych problemów związanych z jego muzyką wciąż wiąże się z wysokim niedoborem RiGCzu. na przykład to jak kolejny album otwiera zrzędzeniem w kwestii odbioru "Revivalu", chociaż tej tematyce poświęcił jakieś 90% poprzedniego krążka. albo ten spektakularny pokaz wąsato-januszowego seksizmu w "Those Kinda Nights". chciałem też zestawić wszystkie złe gry słowne, ale może nawiążę do jednej: "Yeah, Shady's back, see the bat signal It's time to go bat shit, like you accidentally ate a Louisville slugger and crapped it" to jest dokładnie ten sam poziom co niesławny wers o owieczce. wordplay naciągnięty i przeciągnięty do granic absurdu, niesłużący niczemu poza spełnieniem oczekiwań autora dotyczących wymyślenia wieloznaczności zwrotu "bat shit". no ale przecież zabawny, bo dotyczy HEHE srania i dupy. przypominam, 47 letni raper. a takich momentów jest na płycie naprawdę nie brakuje w zasadzie to nawet nie ma za nawet co pochwalić strony muzycznej. nie ma już pukania o produkcyjne dno jak na "Revival", ale "Kamikaze" już przyniosło na tyle widoczną rewolucję, że tutaj nie ma w zasadzie o czym gadać. szkoda tylko, że "Yah Yah" z ładnym line-upem gości zapowiadające się na uroczystą ucztę dla hiphopowych old headów, okazało się raczej pozbawioną emocji konsumpcją zapiekanki na dworcu. Denaun Porter jakoś tam uchwycił brudny klimat zakorzeniony w Detroit, ale ostatecznie kupy (HEHE kupa) się to nie trzyma chyba już nie mam siły pisać więcej, a tak bardzo chciałem zaznaczyć że takie "Farewell" albo "Marsh" spokojnie możne włączyć do i tak pękającego już w szwach kanonu tych absolutnie najgorszych tracków Ema. no i w sumie zaznaczyłem właśnie chyba nie podoba mi się ten album
jak tam, niedzielna kawusia wypita? porozmawiajmy zatem o nowym albumie Eminema, ale tak już po odsłuchu

pomimo wstępnego roastu jaki zaserwowałem przedwczoraj - za każdym razem jak sięgam po nowy album Ema to liczę, że może coś jednak tym razem. ale nie, "Music To Be Murdered By" żadnego plot twistu nie oferuje i pozostawia mnie tradycyjnie z dosadnym "co do piekła ja sobie myślałem?". a zacznijmy od chyba najpopularniejszego w social mediach tematu wygenerowanego przez piątkową premierę:

"I’m contemplating yelling ‘bombs away’ on the game // like I’m outside of an Ariana Grande concert waiting"

panie i panowie, Marshall Mathers. wasz jedyny prawdziwy stand-uper, który mówi to co myśli, ostatni bastion obrońców niewykastrowanego przez tfu PoLiTyCzNą PoPrAwNoŚć CZARNEGO HUMORKU wsadza kij w mrowisko i nie boi się niczego

nie no, bardzo cieszy nie ten backlash, lecz niestety zdarza się zobaczyć w komentarzach dzbanów od "ej ale Eminem zawsze był kontrowersyjny, a skurwysyńskie panczlajny to zawsze był piąty element hip hopu". no był był, pamiętamy nawiązania do strzelaniny w Columbine albo "i hit trees harder than Sonny Bono". należy jednak pamiętać, że a) byliśmy dwie dekady młodsi, b) Eminem był dwadzieścia lat młodszy, c) sam świat też się zmienia, coraz lepiej rozumiemy koncept odpowiedzialności za słowa, przesuwany granice dobrego smaku w obiektywnie rozsądnym kierunku. bronienie Shady'ego w taki sposób jest jak usprawiedliwianie poglądów rasistowskiego pradziadka lekko tęskniącego za czasami gdy segregacja rasowa była czymś codziennym w krajach pierwszego świata

nie mówię, że koncept czarnego humoru powinien zupełnie wyparować z naszej świadomości. wręcz powinniśmy go czasem używać, można za jego pomocą naświetlić istotny problem, zaśmiać się z czegoś na poziomie meta, "z kimś" a nie "z kogoś". wyciąganie tragedii jaka spotkała młodą piosenkarkę, na którą nie miała żadnego wpływu, której do dzisiaj nie może do końca przetrawić, w imię czego takie dosrywanko? żeby zamknąć zwrotunię czerstwym panczlajnem? żeby jakiś jeden spocony, czterdziestoletni, niedostosowany do obecnych czasów knur opluł się z beki xd przed monitorem?

nawet abstrahując od tego, że mamy "inne czasy": czy "The Marshall Mathers LP" nie było właśnie takim albumem, który był EDGY i w ogóle, ale jednocześnie prowokował debatę o odpowiedzialności za pajacowanie, o toksycznym efekcie kontrowersyjnych lyricsów na niedojrzałych emocjonalnie fanów? dlaczego Eminem bogatszy o dwadzieścia lat ekstremalnie skrajnych życiowych doświadczeń, nie stał się mądrzejszym człowiekiem? oczywiście, mamy tu singlowe "Darkness" dotykające problemu przemocy z użyciem broni, ale sorry, nie kupuję tego AT THIS POINT

kończę ten temat, choć wiele innych problemów związanych z jego muzyką wciąż wiąże się z wysokim niedoborem RiGCzu. na przykład to jak kolejny album otwiera zrzędzeniem w kwestii odbioru "Revivalu", chociaż tej tematyce poświęcił jakieś 90% poprzedniego krążka. albo ten spektakularny pokaz wąsato-januszowego seksizmu w "Those Kinda Nights". chciałem też zestawić wszystkie złe gry słowne, ale może nawiążę do jednej:

"Yeah, Shady's back, see the bat signal
It's time to go bat shit, like you accidentally ate a Louisville slugger and crapped it"

to jest dokładnie ten sam poziom co niesławny wers o owieczce. wordplay naciągnięty i przeciągnięty do granic absurdu, niesłużący niczemu poza spełnieniem oczekiwań autora dotyczących wymyślenia wieloznaczności zwrotu "bat shit". no ale przecież zabawny, bo dotyczy HEHE srania i dupy. przypominam, 47 letni raper. a takich momentów jest na płycie naprawdę nie brakuje

w zasadzie to nawet nie ma za nawet co pochwalić strony muzycznej. nie ma już pukania o produkcyjne dno jak na "Revival", ale "Kamikaze" już przyniosło na tyle widoczną rewolucję, że tutaj nie ma w zasadzie o czym gadać. szkoda tylko, że "Yah Yah" z ładnym line-upem gości zapowiadające się na uroczystą ucztę dla hiphopowych old headów, okazało się raczej pozbawioną emocji konsumpcją zapiekanki na dworcu. Denaun Porter jakoś tam uchwycił brudny klimat zakorzeniony w Detroit, ale ostatecznie kupy (HEHE kupa) się to nie trzyma

chyba już nie mam siły pisać więcej, a tak bardzo chciałem zaznaczyć że takie "Farewell" albo "Marsh" spokojnie możne włączyć do i tak pękającego już w szwach kanonu tych absolutnie najgorszych tracków Ema. no i w sumie zaznaczyłem właśnie

chyba nie podoba mi się ten album
19 sty 2020, 12:43
delikatny szitpościk na wieczór
Zaktualizowano 19 sty 2020, 18:18
19 sty 2020, 18:18
czy to jakaś zmasowana akcja typu "REAL HIP HOP LISTENERS RISE UP"?

iks to the mfn de
Zaktualizowano 22 sty 2020, 19:55
22 sty 2020, 19:55
zagraniczny rap zagranicznym rapem, ale sprawdziłem nowy singiel @[112075802185248:274:Ten Typ Mes] - gościa niezmiennie będącego w centrum uwagi w czasach kiedy jeszcze śledziłem polską scenę hiphopową.

to co mnie najbardziej w całej tej sytuacji zainspirowało do wypowiedzi to nie jakość (heh) samej piosenki, ale znana mi dobrze z dawnych czasów mesowska technika konia trojańskiego wjeżdżającego w nieznane (przez niego) rejony muzyki by zaprowadzić tam ostateczny porządek. nie obyło się bez zapewnień o "najlepszym użyciu auto-tune'a w Polsce" i "walce z jebanym banałem". uznał też, że "połowę pracy za niego wykonał robot" co świadczy nie tylko o niechęci do zastosowanego środka artystycznego (jak tak nie lubisz to po kiego...), ale również o niezrozumieniu tego jak i w jaki sposób autotune zmienił oblicze muzyki na przestrzeni minionej dekady. weź Mes podejdź do Future'a po jego najbardziej wylewnej emoconalnie sesji nagraniowej i powiedz: "sorry ale dla mnie jesteś tylko w połowie człowiekiem"

do tego jakaś uzasadniana "odczłowieczeniem" zrzutka pieniędzy na szczytne cele. no ok, pomaganie innym, nie mam tego nigdy nikomu za złe. CHOCIAŻ... niezrozumienie współczesnego świata, tony pasywnej agresji, dywersyjne akcje charytatywne... nie przypomina wam to kogoś, jakiegoś znanego polskiego hmm dziennikarza, o którym tak było ostatnio głośno?

poniżej możecie zobaczyć kojarzący mi się mocno z tą sytuacją singielek członka legendarnego Public Enemy. Flava też kiedyś tam postanowił, że sięgnie po wiadomo jaką wtyczkę bo pokazać niewdzięcznym gnojom jak to się powinno robić. "Flav takes autotune to another level with this heartfelt love song and shows a side of himself that you've never seen before! This dude can do it all!" - tak leci uzasadnienie pod teledyskiem

THIS DUDE CAN DO IT ALL

ps a za tydzień nowy Lil Wayne, też czekacie?
Zaktualizowano 24 sty 2020, 09:26
24 sty 2020, 09:26
ktoś z wytwórni filmowej: no eluwina Wiz, mamy tu taki przeciętny blockbuster w produkcji, czy mógłbyś-

Wiz Khalifa: tak

naprawdę, historia fatalnych piosenek na ścieżki dźwiękowe z udziałem pana "Black & Yellow" zasługuje wręcz na pełnoprawny artykuł, ale jako że napisanie czegoś takiego wymagałoby riserczu, czyli przypomnienia sobie tego i owego to nie - wolę spędzić dużo spokojniejszą wersję mojej wolnej niedzieli

ale Khagina to Khagina (shout out dla Big Ghosta), bylejakość to jego dewiza od lat. bardziej mi szkoda mimo wszystko TY$a i Jachcika. ten pierwszy pod pokładami wykalkulowanych, gościnnych występów jakich jak ten kryje olbrzymi talent songwriterski, aż szkoda że tak dawno nie mieliśmy okazji doświadczyć wiarygodnego dowodu. mam nadzieję, że kwit od Paramount był tego wart

ten drugi czyli Yachty - jak już chyba kiedyś mówiłem - też jest drzemiącą bestią, dziecinnie naiwnym pudłem potencjału, ktoś kto dobrze poprowadziłby go za rączkę przez pełen pokus świat showbizu, mógłby wykreować coś naprawdę niezapomnianego i świeżego. to nie jest ta droga, no ale ponownie: mam nadzieję, że kwit od Paramount był tego wart
Zaktualizowano 26 sty 2020, 14:57
26 sty 2020, 14:57
tak się zastanawiałem ostatnio, czy nie powinniśmy czuć się trochę już zmęczeni saturacją współczesnej sceny hiphopowej ciągłymi naleciałościami z katalogu Three 6 Mafii? nie mówię już nawet o tym jak hasła "trap", "triplet flow", czy "lo-fi" zdominowały w ostatnich latach dyskusje o tym gatunku. pomijam Lil Ugly Mane'a, Raider Klan, ot cały ten prężnie rozwijający się dookoła świata (wrzucałem jakiś miesiąc temu przepiękny zeszłoroczny mixtape od naszych braci z Ukrainy) nurt. tutaj bardziej rozchodzi mi się o to niepisane prawo amerykańskiego mainstreamu, że posiadać na koncie utwory bezpośrednio odnoszące się do trójszóstkowej spuścizny - czy to podkładem, czy to follow-upem w refrenie - no po prostu wypada, jest obowiązkowe i kropka

oczywiście, jest to fascynujące zjawisko wysycone takim POETIC JUSTICE, bajką o tym jak nie do końca rozumiana w powszechnym mniemaniu grupa gdzieś tam z Memphis jest dzisiaj najmocniejszym fundamentem dla całego następnego pokolenia hiphopowców, szanuję bardzo. no ale ej patrzcie, kolejny trapowy banger napędzany przez najpopularniejszy chant z wiadomo jakiego źródła. jej. nie jestem mega MAFIJKOMANIAKIEM, więc nie zdziwiłbym się gdyby całe "Value" było jakąś obszerniejszą parafrazą jakiegoś zapomnianego przeze mnie utworu

tak poza tym to Fergenstein zapodał bardzo fajny, pełen energii singiel, który obroniłby się chyba bez wiadomo czego. a cokolwiek wyjdzie z tego ostatecznie to chętnie sprawdzę. nieważne czy LP, epka, mixtape - jakikolwiek materiał tego właśnie członka A$AP Mobu by nie wylądował u mnie na tapecie, to zawsze parę jego utworów pozostaje gdzieś tam w moich playlistach
Zaktualizowano 29 sty 2020, 19:24
29 sty 2020, 19:24
trudno powiedzieć na ten moment czy będziemy mieć jutro faktycznie premierę "Funeral", czy nie. BYŁOBY MIŁO, trochę czuję potrzebę przesłuchania materiału, który pokaże mi w stu procentach możliwie bieżącą formę Dwayne'a. piąty Carter nie do końca nam to oferował, słuchając "C5" bardziej tak czułem, że oddycham tworem dokumentującym development hell, przez jaki projekt ten przechodził na przestrzeni niemalże dekady, wiecie ocb. nie wiecie? nieważne

w każdym razie dzisiaj usłyszałem ten oto luźny numer z Travisem Barkerem i Rickiem Rossem. tak wiem, jest on z 2019. abstrahując od chwilowego wrażenia jakby dekada '00s w ogóle nie miała miejsca, to jestem całkiem na tak. Tunechi w swojej zwrotce - a szczególnie w drugiej połowie - radośnie bawi się brzmieniem słów, żongluje fonetyką dla mojej i waszej rozrywki, ale przede wszystkim - w ramach procesu twórczego - dla rozrywki własnej. oby to był dobry omen przed jutrzejszym (I HOPE) wydawnictwem
Zaktualizowano 30 sty 2020, 22:12
30 sty 2020, 22:12
"welcome to the funeral, yeah closed casket as usual" nie ma co ukrywać, "Funeral" to album przeładowany, tak jakby chaotyczny i zdecydowanie zachowawczy - patrząc przez pryzmat czasów, kiedy to Lil Wayne miał siłę dzielić słuchaczy na dwa obozy, z których jeden płonął do Nowoorleańczyka żywą nienawiścią, a drugi był gotów w ten ogień wskoczyć. kiedy "Pogrzeb" jest płytki i nijaki, to jest naprawdę płytki i nijaki, paru numerów nie pamiętałem już pięć sekund po ich zakończeniu. szkoda że akurat nie udało mi się zapomnieć "Trust Nobody" - Adama Levine'a najchętniej zapakowałbym w paczkę i zaadresował ją do: Wuhan, China. z Big Seanem w załączniku ale jednak koniec końców mediana moich odczuć z odsłuchu albumu wskazuje na ogólne zadowolenie. na dwadzieścia cztery zawarte tu utwory co najmniej w połowie z nich coś się udało i samo to daje nam już niezły ALBUM W ALBUMIE super jest "Mama Mia" - czyli jedna wielka BANANA-CRAZY zabawa słowem, modulacją głosu, zwinnością pióra w pisaniu zabawnych (ale nie Eminemowo-zabawnych, uff) linijek na absorbującym swą prostotą bicie. powiedziałbym, że duchowa kontynuacja linii piosenek zainicjowana przez "A Milli", ale tą miało być chyba "Line Em Up", które jest trochę jak "6 Foot 7 Foot" but co-written by Playboi Carti. nawet te typowe throwbacki do ery Cash Money i bounce'u ("Clap For Em", "Piano Trap") kończą się przesympatycznymi potokami niezrównoważonej świadomości gościa naginającego reguły stosowania słownictwa dla naszego ENTERTAINMENTU chciałoby się powiedzieć, że wolniejsze, bardziej melodyjne BALLADKI nie należą już do strefy komfortu Tuńczyka, ale jak wjeżdża ten duet z The-Dreamem na bicie Mike Willa ("Sights And Silencers") to chowam moje obawy w kieszeń i udaję, że nigdy ich nie miałem co jeszcze? trochę niespodziewana sekcja horrorcore'owa ( "Bastard" & "Get Outta My Head") robi nawet wrażenie. fajne intro i dużo fajniejsze outro - wierzę głęboko w duszy, że Lil Wayne PRZYNAJMNIEJ spróbował zaprosić do "Wayne's World" Mike'a Myersa i Danę Carveya. no i jeszcze ten duet z Jay Rockiem, zarażający słuchacza pozytywną atmosferą jaka niewątpliwie musiała panować w studiu - coś jak klimat nagrywek z obozu TDE/Black Hippy circa 2011-2013, jeju ale tęsknię za tym chciałem jakoś całość spuentować tak, by się nie powtarzać, ale nie wiem jak. ot posłuchajcie po prostu "Funeral". jeśli chociaż odrobinę szanujecie pana Dwayne'a. WARTO
"welcome to the funeral, yeah
closed casket as usual"

nie ma co ukrywać, "Funeral" to album przeładowany, tak jakby chaotyczny i zdecydowanie zachowawczy - patrząc przez pryzmat czasów, kiedy to Lil Wayne miał siłę dzielić słuchaczy na dwa obozy, z których jeden płonął do Nowoorleańczyka żywą nienawiścią, a drugi był gotów w ten ogień wskoczyć. kiedy "Pogrzeb" jest płytki i nijaki, to jest naprawdę płytki i nijaki, paru numerów nie pamiętałem już pięć sekund po ich zakończeniu. szkoda że akurat nie udało mi się zapomnieć "Trust Nobody" - Adama Levine'a najchętniej zapakowałbym w paczkę i zaadresował ją do: Wuhan, China. z Big Seanem w załączniku

ale jednak koniec końców mediana moich odczuć z odsłuchu albumu wskazuje na ogólne zadowolenie. na dwadzieścia cztery zawarte tu utwory co najmniej w połowie z nich coś się udało i samo to daje nam już niezły ALBUM W ALBUMIE

super jest "Mama Mia" - czyli jedna wielka BANANA-CRAZY zabawa słowem, modulacją głosu, zwinnością pióra w pisaniu zabawnych (ale nie Eminemowo-zabawnych, uff) linijek na absorbującym swą prostotą bicie. powiedziałbym, że duchowa kontynuacja linii piosenek zainicjowana przez "A Milli", ale tą miało być chyba "Line Em Up", które jest trochę jak "6 Foot 7 Foot" but co-written by Playboi Carti. nawet te typowe throwbacki do ery Cash Money i bounce'u ("Clap For Em", "Piano Trap") kończą się przesympatycznymi potokami niezrównoważonej świadomości gościa naginającego reguły stosowania słownictwa dla naszego ENTERTAINMENTU

chciałoby się powiedzieć, że wolniejsze, bardziej melodyjne BALLADKI nie należą już do strefy komfortu Tuńczyka, ale jak wjeżdża ten duet z The-Dreamem na bicie Mike Willa ("Sights And Silencers") to chowam moje obawy w kieszeń i udaję, że nigdy ich nie miałem

co jeszcze? trochę niespodziewana sekcja horrorcore'owa (
"Bastard" & "Get Outta My Head") robi nawet wrażenie. fajne intro i dużo fajniejsze outro - wierzę głęboko w duszy, że Lil Wayne PRZYNAJMNIEJ spróbował zaprosić do "Wayne's World" Mike'a Myersa i Danę Carveya. no i jeszcze ten duet z Jay Rockiem, zarażający słuchacza pozytywną atmosferą jaka niewątpliwie musiała panować w studiu - coś jak klimat nagrywek z obozu TDE/Black Hippy circa 2011-2013, jeju ale tęsknię za tym

chciałem jakoś całość spuentować tak, by się nie powtarzać, ale nie wiem jak. ot posłuchajcie po prostu "Funeral". jeśli chociaż odrobinę szanujecie pana Dwayne'a. WARTO
31 sty 2020, 18:21
"jak do tego doszło - nie wiem". tak zaśpiewałem sobie pod nosem (not really) po odkryciu, że egzystowałem na tym świecie prawie cały tydzień nie wiedząc o tym jak to mój ulubiony BITMEJKER wypuścił w całości wyprodukowany przez siebie materiał. szczęściarzem lawirującym po jego podkładach jest niejaki Jelly i jeśli myślicie moi drodzy, że Pi'erre Bourne zdecydował się skąpić swego talentu dla jakiegoś nołnejma Galaretki to sorry, ktoś tu kogoś nie docenia

(za info o albumie "The Wolf of Peachtree" dziękuję społeczności ŚLIZGAWKA.EU, wielkie 5)

fani Piotrka - oraz ci, którzy chcieliby być fanami Piotrka - mogą odpalać w ciemno te 24 minuty sesji z fantastyczną trapową produkcją, jak zwykle balansującą między pragmatycznym lo-fi, a urzekającą magią subtelności. te rewersy w "Trap", no miód

album ten ma ponadto dużo wspólnego z zeszłorocznym "The Life of Pi'erre 4". chodzi nie tyle o to, że CAŁE MIESZKANIE ZAJEBANE PRODUCER TAGAMI, co o zabieg z płynnymi przejściami między kolejnymi piosenkami. staje się to powoli realizowanym coraz to bardziej smakowicie znakiem rozpoznawczym Pi'erre'a i jeśli "Whole Lotta Red" (czy jak tam obecnie ma się nazywać nadchodzący album Cartiego) będzie to kontynuować to oficjalnie można będzie wystąpić z wnioskiem o delegalizację dalszego robienia hip hopu. już nic więcej nie będzie nam potrzebne

trochę smuteczek, że w rozmowie o tym projekcie spycha się na margines samego rapera, gospodarza albumu - tak jak ja to właśnie zrobiłem. nie znaczy to jednak, że Żelek jest niepotrzebny i EJ może dacie mi wersję z samymi instrumentalami. Jelly jest w porządku. nie polaryzuje, nie popada w ekspresyjne skrajności i - bo może komuś w 2020 jeszcze by wadziło - nie mumbluje. ogarnięty trapowy nawijacz ze środka puli, który mimo wszystko elastycznie (bo wiecie, GALARETKA) wpasowuje do tutejszego instrumentarium. bo wcale nie jest tak, że KOZACKIE BICIWA od producenta X automatycznie poniosą każdego rapera od A do Ź. dlatego zatem SHOUT OUT dla Jelly'ego, bo udany projekt pod tytułem "The Wolf of Peachtree" to również jego zasługa
6 lut 2020, 16:48
WHOA DENZEL, WHOA KENNY liczyłem cicho na jakiś niespodziankowy release dzisiaj i proszę - powiedzieć że się nie rozczarowałem to powiedzieć zdecydowanie za mało. będąca na ciągle unoszącej się fali rymująca bestia z Florydy plus również poważnie trendujący producent - kameleon, co tu mogło pójść nie tak zawsze może coś pójść nie tak, ale spokojnie, "UNLOCKED" to bardzo atrakcyjne 17 minut, które pierwszy raz od czasu "Kids See Ghost" przypomniało mi ile pasjonującego CONTENTU można upchać w coś ponad kwadrans muzyczki z perspektywy @[215410245198299:274:Denzel Curry] epka wyraźnie odbiega od jego albumowych narracji i reprezentowania swoich lokalnych inspiracji, to po prostu popis czystego braggadocio: nerdowskiego, bez ciosów poniżej pasa, ale na tyle charyzmatycznego, na ile jesteśmy zawsze gotowi od czasu "Ultimate" jeśli chodzi o Kena, to ten album sprawia wrażenie bycia dla niego czymś więcej, bycia takim jego mini passion projectem. jeśli ktoś do tej pory zarzucał mu masową produckcję TYPE BEATów dla swoich kolaborantów to niech teraz gryzie się w język, czy tam palec którym wystukiwał takie rzeczy na klawiaturze (sam tak miałem, ale tylko trochę). producent poszedł tutaj na zderzenie czołowe z panem Currym i chociaż nie wywlókł stanu rzeczy na lewą stronę, to stworzył tutaj coś zupełnie autorskiego. trochę staroszkolnego (bębny), troche futurystycznego, a i bardzo madlibowego w swoiej post-psychodeli i osadzeniu w wymagającej podzielności uwagi rzeczywistości rozszerzonej. gdyby Stones Throw jeszcze funkcjonowało w starym duchu to takie coś by właśnie wydawało - i to jeszcze przy zastrzyku pieniążków od Adult Swim. Kenny Beats jest sercem całego hiphopowego projektu - w znacznie większym stopniu wtajemniczenia niż kiedykolwiek ekscytujący kawał epki nie tylko dla hiphopowych nerdów, którzy z wypiekami na twarzy wypatrują albumów ze stylizowanymi na komiks okładkami. efekt ten uzupełnia całość oprawy wizualnej "UNLOCKED", czyli dostępne już o premiery płyty teledyski do (chyba) każdego utworu, bawiące się na pełnej różnymi konwencjami sztuki animacji
WHOA DENZEL, WHOA KENNY

liczyłem cicho na jakiś niespodziankowy release dzisiaj i proszę - powiedzieć że się nie rozczarowałem to powiedzieć zdecydowanie za mało. będąca na ciągle unoszącej się fali rymująca bestia z Florydy plus również poważnie trendujący producent - kameleon, co tu mogło pójść nie tak

zawsze może coś pójść nie tak, ale spokojnie, "UNLOCKED" to bardzo atrakcyjne 17 minut, które pierwszy raz od czasu "Kids See Ghost" przypomniało mi ile pasjonującego CONTENTU można upchać w coś ponad kwadrans muzyczki

z perspektywy Denzel Curry epka wyraźnie odbiega od jego albumowych narracji i reprezentowania swoich lokalnych inspiracji, to po prostu popis czystego braggadocio: nerdowskiego, bez ciosów poniżej pasa, ale na tyle charyzmatycznego, na ile jesteśmy zawsze gotowi od czasu "Ultimate"

jeśli chodzi o Kena, to ten album sprawia wrażenie bycia dla niego czymś więcej, bycia takim jego mini passion projectem. jeśli ktoś do tej pory zarzucał mu masową produckcję TYPE BEATów dla swoich kolaborantów to niech teraz gryzie się w język, czy tam palec którym wystukiwał takie rzeczy na klawiaturze (sam tak miałem, ale tylko trochę). producent poszedł tutaj na zderzenie czołowe z panem Currym i chociaż nie wywlókł stanu rzeczy na lewą stronę, to stworzył tutaj coś zupełnie autorskiego. trochę staroszkolnego (bębny), troche futurystycznego, a i bardzo madlibowego w swoiej post-psychodeli i osadzeniu w wymagającej podzielności uwagi rzeczywistości rozszerzonej. gdyby Stones Throw jeszcze funkcjonowało w starym duchu to takie coś by właśnie wydawało - i to jeszcze przy zastrzyku pieniążków od Adult Swim. Kenny Beats jest sercem całego hiphopowego projektu - w znacznie większym stopniu wtajemniczenia niż kiedykolwiek

ekscytujący kawał epki nie tylko dla hiphopowych nerdów, którzy z wypiekami na twarzy wypatrują albumów ze stylizowanymi na komiks okładkami. efekt ten uzupełnia całość oprawy wizualnej "UNLOCKED", czyli dostępne już o premiery płyty teledyski do (chyba) każdego utworu, bawiące się na pełnej różnymi konwencjami sztuki animacji
7 lut 2020, 15:59
zazwyczaj nie repostuję i nie tworzę wpisów typu "x lat temu coś się stało". ale jako że rocznica taka bardzo okrągła (20!), a sam album bardzo mi bliski...

wspomnienie mojego ulubionego momentu z cholernie wpływowego i wybitnego "Supreme Clientele"
Zaktualizowano 8 lut 2020, 18:28
8 lut 2020, 18:28
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 8 lut 2020, 20:05
8 lut 2020, 20:05
albo jak ten typo o ksywie Trinidad Jame$ siedem lat temu dobitnie pokazał, że do zdobycia wszystkiego, czego potrzebuje początkujący raper na scenie - tzn na przykład szybkiego dealu z legendarną wytwórnią, tytułu Freszmena XXL - potrzeba jednego viralowego hitu. i to dosłownie jednego, bo o jakichkolwiek jego nagrywkach przed "All Gold Everything" to nawet legendy nie krążą, tak bardzo ich nie było. totalna saturacja one-hit-wonderyzmu, który dodatkowo dość szybko sama się spuentowała - Def Jam zaskoczony, że raper znany z jednej piosenki nie pociągnął obiecującej kariery (ALE JAK TO), dość szybko po premierze "Don't Be S.A.F.E." pozbył się Dżejmsa ze swoich szeregów. PSZYKRO NO, ale przynajmniej następni po nim już wiedzieli, jak znacznie umiejętniej kapitalizować swój przedwczesny sukces. Lil Nas X, to do niego

jak zwykle w takich historiach bywa, artysta się nie poddał, własnym nakładem zbudował sporą mikstejpografię, wciąż próbując wylansować nowy hit. czy utwór "Jame$ WOO WOO" ma taki potencjał? pewnie nie, ale i tak dostarczył mi odrobinę funu. co prawda wątek bycia hiphopowym Jamesem Brownem został już w sposób nieskazitelny wyeksploatowany przez Mystikala, no ale Trini znajduje tutaj własny sposób na przełamanie pokoleniowej bariery czarnych brzmień. czy uproszcza wizerunek Ojca Chrzestnego Rapu do oczywistych nawiązań tekstowych, krzyczenia i bycia ultra jebaką? no raczej. ale czy sam Brown protestowałby by przeciwko temu?

CHYBA NIE
Zaktualizowano 9 lut 2020, 13:54
9 lut 2020, 13:54
nie oglądałem programu "Rhythm + Flow", ale wiem kto był jego zwycięzcą oraz że w zeszły piątek wypadła premiera albumu, za pomocą którego @[105085969640103:274:D Smoke] wyraził się artystycznie już z tej jakby UPPER-ECHELONU. i wiecie co, czuję jakąś osobliwą satysfakcję jest rok 2020, hip hop jest najpopularniejszym gatunkiem muzycznym na planecie Ziemia, a być może w całej galaktyce. mimo tego wciąż optyka tego co dobre/świeże pozostaje na tyle płynna i niestabilna, że bez przerwy wymyka się spod kompletnej kontroli "kogoś wyżej", który to by nam powiedział: tym masz się jarać, to jest nowa wielka rzecz. takie odnoszę wrażenie, gdyż mamy tutaj rapowy talent show Neflixa z jury złożonym z takich postaci jak T.I., Chance the Rapper i Cardi B - każde z nich w jakimś stopniu jest na pewno świadome tego jak "zaistnienie na scenie" dalekie jest od spełnienia warunków arytmetycznego równania na wyznaczenie prawdopodobieństwa sukcesu w rap grze. zatem dlaczego program wygrał raper, który może wydawać się doppelgangerem (autokorekta proponuję mi wymienić to słowo na "radiopelengatorem", wtf) Kendricka Lamara, a przy dłuższych oględzinach - średnią pomiędzy naśladowcą Kendricka a naśladowcą J Cole'a? to miała być taka dygresja do wpisu o albumie "Black Habits", a wyszło z tego główne danie. no bo co można jeszcze powiedzieć o tym krążku? mógłbym wspomnieć, że w drugiej jego połowie co najmniej dwa razy pomyślałem "to jeszcze nie koniec?", odczuwalna długość tego projektu należy do tych mniej satysfakcjonujących no ale dobra, nie chce być złośliwym. może właśnie na takie pokłosie talent show nie powinno się patrzeć okiem przeczulonego krytyka, a wejść w stan umysłu Małgosi Foremniak czy innej Chylińskiej. doszukać się w tym wszystkim SERDUSZKA. tego z pewnością nie zabrakło na albumie ziomeczka, który swoją wielką szansę dostał dość późno i stara się ją wykorzystać tak, by przede wszystkim usatysfakcjonować samego siebie. zrobić coś w duchu minionej epoki, ale będącej jednak naturalnym epicentrum rapu dla 34-latka. spełnić marzenie o wspólnym kawałku ze Snoopem. skonfrontować we własnej piosence talk box Battlecata z refrenem Jill Scott, bo kurde czemu nie, masz teraz takie możliwości. jakby nie patrzeć jest to fajne, a przede wszystkim niepretensjonalne. a że przy okazji paru niewymagających pościgu za trendami słuchaczy - szczególnie tych bliskich wiekiem Smołkowi - dostanie trochę solidnie wyprodukowanej, przewiniętej z elegancją muzyczki z gatunku hip hop, no to czemu nie także no, nie zabraniam wam się jarać albumem D Smoke'a. aaaale jeżeli kreatywność i oryginalność są dla was najświętyczmi cnotami przy odbiorze jakiegokolwiek tekstu kultury, możecie sobie spokojnie ten adres odpuścić
nie oglądałem programu "Rhythm + Flow", ale wiem kto był jego zwycięzcą oraz że w zeszły piątek wypadła premiera albumu, za pomocą którego D Smoke wyraził się artystycznie już z tej jakby UPPER-ECHELONU. i wiecie co, czuję jakąś osobliwą satysfakcję

jest rok 2020, hip hop jest najpopularniejszym gatunkiem muzycznym na planecie Ziemia, a być może w całej galaktyce. mimo tego wciąż optyka tego co dobre/świeże pozostaje na tyle płynna i niestabilna, że bez przerwy wymyka się spod kompletnej kontroli "kogoś wyżej", który to by nam powiedział: tym masz się jarać, to jest nowa wielka rzecz. takie odnoszę wrażenie, gdyż mamy tutaj rapowy talent show Neflixa z jury złożonym z takich postaci jak T.I., Chance the Rapper i Cardi B - każde z nich w jakimś stopniu jest na pewno świadome tego jak "zaistnienie na scenie" dalekie jest od spełnienia warunków arytmetycznego równania na wyznaczenie prawdopodobieństwa sukcesu w rap grze. zatem dlaczego program wygrał raper, który może wydawać się doppelgangerem (autokorekta proponuję mi wymienić to słowo na "radiopelengatorem", wtf) Kendricka Lamara, a przy dłuższych oględzinach - średnią pomiędzy naśladowcą Kendricka a naśladowcą J Cole'a?

to miała być taka dygresja do wpisu o albumie "Black Habits", a wyszło z tego główne danie. no bo co można jeszcze powiedzieć o tym krążku? mógłbym wspomnieć, że w drugiej jego połowie co najmniej dwa razy pomyślałem "to jeszcze nie koniec?", odczuwalna długość tego projektu należy do tych mniej satysfakcjonujących

no ale dobra, nie chce być złośliwym. może właśnie na takie pokłosie talent show nie powinno się patrzeć okiem przeczulonego krytyka, a wejść w stan umysłu Małgosi Foremniak czy innej Chylińskiej. doszukać się w tym wszystkim SERDUSZKA. tego z pewnością nie zabrakło na albumie ziomeczka, który swoją wielką szansę dostał dość późno i stara się ją wykorzystać tak, by przede wszystkim usatysfakcjonować samego siebie. zrobić coś w duchu minionej epoki, ale będącej jednak naturalnym epicentrum rapu dla 34-latka. spełnić marzenie o wspólnym kawałku ze Snoopem. skonfrontować we własnej piosence talk box Battlecata z refrenem Jill Scott, bo kurde czemu nie, masz teraz takie możliwości. jakby nie patrzeć jest to fajne, a przede wszystkim niepretensjonalne. a że przy okazji paru niewymagających pościgu za trendami słuchaczy - szczególnie tych bliskich wiekiem Smołkowi - dostanie trochę solidnie wyprodukowanej, przewiniętej z elegancją muzyczki z gatunku hip hop, no to czemu nie

także no, nie zabraniam wam się jarać albumem D Smoke'a. aaaale jeżeli kreatywność i oryginalność są dla was najświętyczmi cnotami przy odbiorze jakiegokolwiek tekstu kultury, możecie sobie spokojnie ten adres odpuścić
11 lut 2020, 20:27
jakimś cudem umknęło mi, że miesiąc temu przepiękny powrót zaliczyło najlepsze comedy rapowe trio nienazywające się The Lonely Island. albo nawet i najlepsze - tam gdzie ekipa Andy'ego Samberga przykrywa absurdem i zabawną puentą dosyć przeciętne pop-rapowe konstrukcje, twórczość chłopaków z Three Loco nie bawi się w kompromisy i dostarcza nam FUNU, nawet jeśli już dobrze wiemy na czym polega dowcip

@[285913118190454:274:Riff Raff], @[13101080041:274:Simon Rex], @[1510309495884042:274:Andy Milonakis], prosimy o wincyj

"I made forty grand last weekend, I was sleeveless
while you was sleeping ask your granny where the grilled cheese is
I pray for the Lord's burberry blessings and resurrection
while you're scrolling through the Instagram comment section"

"me and Donald Trump disagree on a lot of stuff
but we seem to get along at the taco truck
he was telling me some awful stories
I'm like "bitch, pass the guacamole""

"If Riff Raff orders ranch I'm putting ants in his pants
smoking plants with my fans staring at a Rembrandt
I'm the hardest artist, I spray painted the TARDIS
got stabbed in London and my dick sucked in Cardiff"

prawie sześć minut, STRAIGHT UP COMEDY BARS, nawet nie potrzeba refrenu do tego jednego
Zaktualizowano 12 lut 2020, 18:22
12 lut 2020, 18:22
rozwijająca się w szalonym tempie technologia deep fake'u i muzyki tworzonej przez sztuczną inteligencję wystrasza SHIT OUT OF ME. wcześniej w tym tygodniu nawiedził nas bot Travisa Scotta, wystarczyło poczekać do piątku by program nauczył się jak wygenerować track z La Flame'em, Migosami i Thuggerem

że co, to jest singiel z "Culture 3"? oh well
Zaktualizowano 14 lut 2020, 08:57
14 lut 2020, 08:57
jeżeli na widok bejbifikowanej wersji "Life Is Good" przewróciliście obojętnie oczami i wykrzyknęliście sobie w duchu "PASS!", to polecam jednak ogarnąć co się tutaj wydarzyło. a wydarzyła się zupełnie nowa zwrotka Astronauty, w miejsce tej oryginalnej Drejkowej, przed beat switchem. i to jaka!

z całym szacunkiem dla niezatapialnego Kanadyjczyka i dwójki diabelsko rozkręconych typów z "Baby" w ksywce, ale ostatecznym rozwiązaniem dla tego singla byłaby chyba wersja w konfiguracji Future featuring Future
Zaktualizowano 17 lut 2020, 16:01
17 lut 2020, 16:01
trochę taka Kitty, trochę taka 070 Shake, do tego jeszcze konwencja subtelnie onirycznego horrorcore'u. debiutancki singiel i od razu takie wejście z buta, z pewną już wyklarowaną wizją. nawet klip - nakręcony w rodzinnych stronach artystki - to taki trailer nieistniejącego studenciarskiego horroru o amerykańskich nastolatkach zbyt zmelanżowanych by być świadomymi czyhającego w lesie ZŁA

całkiem niezła BEKA, będzie śledzone
Zaktualizowano 18 lut 2020, 16:39
18 lut 2020, 16:39
...

szkoda, czuję jakby urwało się naprawdę ciekawe muzyczne połączenie na linii Chicago - Londyn - Nowy Jork. szkoda wykonawcy, który miał potencjał nadać rytm, nakreślić nowy zarys, w granicach którego miałby się formować amerykański mainstream w 2020 roku (w sumie chyba nakreślił). przede wszystkim szkoda chłopaka młodego, 20 lat, jeny
Zaktualizowano 19 lut 2020, 16:27
19 lut 2020, 16:27
San Francisco Bay Area ma swoją wartą spisania w formie książki historię hiphopowych wykonawców, którzy tworzą dużo, trzymają się kurczowo i niezmiennie zaplanowanego x lat wcześniej planu, wychodząc w ostatecznym rozliczeniu na ambasadorów wolności artystycznej i - co by się nie działo - ponadczasowości KAMAJA trochę tu się wyłamuje, bo nie jest aż tak PROLIFIC (ostatni album wydany trzy lata temu), ale wszystko inne się zgadza, autorka "A Good Night in the Ghetto" wciąż pozostaje niezastąpiona w swoim pełnym duszy hyphy'n'bluesie. na "Got It Made" nie zabrakło charyzmy w przechwałkach, nie zabrakło fantazji w ozdabianiu kalifornijskiej bangerozy instrumentalną ornamentyką, a SERDECZNE ELO fruwa i w kierunku baunsującego Nowego Orleanu (gdzie zresztą historycznie mobb music zawędrował wraz z przeprowadzką Mastera P) i w kierunku Miami (singiel z Triną!) po tych wszystkich freszmenach, reklamach, współpracach z Drejkami i Travisami liczyłem trochę na większy rozgłos wokół @[409266982598511:274:Kamaiyah] w 2020 roku, ale może i lepiej jej tak, w tej utkanej samodzielnie niszy. kto chce znaleźć świetne rapy z zachodniego wybrzeża, to i tak prędzej czy później na nią trafi
San Francisco Bay Area ma swoją wartą spisania w formie książki historię hiphopowych wykonawców, którzy tworzą dużo, trzymają się kurczowo i niezmiennie zaplanowanego x lat wcześniej planu, wychodząc w ostatecznym rozliczeniu na ambasadorów wolności artystycznej i - co by się nie działo - ponadczasowości

KAMAJA trochę tu się wyłamuje, bo nie jest aż tak PROLIFIC (ostatni album wydany trzy lata temu), ale wszystko inne się zgadza, autorka "A Good Night in the Ghetto" wciąż pozostaje niezastąpiona w swoim pełnym duszy hyphy'n'bluesie. na "Got It Made" nie zabrakło charyzmy w przechwałkach, nie zabrakło fantazji w ozdabianiu kalifornijskiej bangerozy instrumentalną ornamentyką, a SERDECZNE ELO fruwa i w kierunku baunsującego Nowego Orleanu (gdzie zresztą historycznie mobb music zawędrował wraz z przeprowadzką Mastera P) i w kierunku Miami (singiel z Triną!)

po tych wszystkich freszmenach, reklamach, współpracach z Drejkami i Travisami liczyłem trochę na większy rozgłos wokół Kamaiyah w 2020 roku, ale może i lepiej jej tak, w tej utkanej samodzielnie niszy. kto chce znaleźć świetne rapy z zachodniego wybrzeża, to i tak prędzej czy później na nią trafi
21 lut 2020, 15:49
tak jest, projekty trzymające się złotej zasady "jeden mc vs jeden producent" są z reguły przeze mnie faworyzowane. z chęcią chwyciłem zatem za wspólny mixtape @[1378406038970779:274:Lil Gotit] i @[287952764903835:274:London On Da Track], gdyż obu traktowałem do tej pory z pewnym dystansem. raper był dla mnie po prostu kolejnym dzieckiem Young Thuga bez żadnego special twistu, producent zaś - pomimo takich hiciorów na koncie jak "Digits", "Check", "No Stylist" i dość długiego stażu - nigdy nie wyklarował własnego stylu, który dałoby się rozpoznać bez któregokolwiek z tych mocno osłuchanych producer tagów po przesłuchaniu "Superstar Creature"... dalej do końca nie kupuję obu wykonawców w roli niepowtarzalnych bytów na scenie. ale czy muszą być takimi? niech chociaż się dobrze dobrze rozumieją. miło mi tutaj odkryć co magia mumble rapu robi ze słowem "Represent" w piosence o takim tytule. albo spytać czemu ten pocieszny autotune'owy wilk tak wyje w księżycową noc w "Percocet". albo odpłynąć przy trapowym "nie czekaj mnie w Argentynie // mój statek tam nie zawinie". odkryć na nowo zamiłowanie Londona do akustycznych melodii, jakby czerpiące garstkami z uniwersum Gunny i Lil Baby'ego ogólnie: FAJERWERKÓW NIE MA, ale wszystko gra. no, może poza kulejącym mikstejpowym masterem całości. nie pożałujecie raczej spędzonego z tym projektem czasu. tym bardziej, że trwa on dokładnie połowę krócej od nowego @[238233322869327:274:Royce Da 5'9"], którego to jeszcze nie odważyłem się włączyć
tak jest, projekty trzymające się złotej zasady "jeden mc vs jeden producent" są z reguły przeze mnie faworyzowane. z chęcią chwyciłem zatem za wspólny mixtape Lil Gotit i London On Da Track, gdyż obu traktowałem do tej pory z pewnym dystansem. raper był dla mnie po prostu kolejnym dzieckiem Young Thuga bez żadnego special twistu, producent zaś - pomimo takich hiciorów na koncie jak "Digits", "Check", "No Stylist" i dość długiego stażu - nigdy nie wyklarował własnego stylu, który dałoby się rozpoznać bez któregokolwiek z tych mocno osłuchanych producer tagów

po przesłuchaniu "Superstar Creature"... dalej do końca nie kupuję obu wykonawców w roli niepowtarzalnych bytów na scenie. ale czy muszą być takimi? niech chociaż się dobrze dobrze rozumieją. miło mi tutaj odkryć co magia mumble rapu robi ze słowem "Represent" w piosence o takim tytule. albo spytać czemu ten pocieszny autotune'owy wilk tak wyje w księżycową noc w "Percocet". albo odpłynąć przy trapowym "nie czekaj mnie w Argentynie // mój statek tam nie zawinie". odkryć na nowo zamiłowanie Londona do akustycznych melodii, jakby czerpiące garstkami z uniwersum Gunny i Lil Baby'ego

ogólnie: FAJERWERKÓW NIE MA, ale wszystko gra. no, może poza kulejącym mikstejpowym masterem całości. nie pożałujecie raczej spędzonego z tym projektem czasu. tym bardziej, że trwa on dokładnie połowę krócej od nowego Royce Da 5'9", którego to jeszcze nie odważyłem się włączyć
22 lut 2020, 17:22
kiedy ktoś mnie pyta: "Illmatic" czy "36 Chambers"? - w kontekście odwiecznej debaty na temat tytułu najlepszego albumu rapowego wszech czasów - od paru lat mam zwyczaj odpowiadać głosem Yody: NO, THERE IS ANOTHER zobaczyłem ten album dzisiaj w BIEDRZE (post niesponsorowany, ale chciałbym) i przypomniało mi się, że w tym roku stukną "Czarnej Planecie" trzy dyszki i oczywiście, że pomyślę o jakimś dłuższym tekście z tej okazji
kiedy ktoś mnie pyta: "Illmatic" czy "36 Chambers"? - w kontekście odwiecznej debaty na temat tytułu najlepszego albumu rapowego wszech czasów - od paru lat mam zwyczaj odpowiadać głosem Yody: NO, THERE IS ANOTHER

zobaczyłem ten album dzisiaj w BIEDRZE (post niesponsorowany, ale chciałbym) i przypomniało mi się, że w tym roku stukną "Czarnej Planecie" trzy dyszki i oczywiście, że pomyślę o jakimś dłuższym tekście z tej okazji
24 lut 2020, 16:06
tylko tak wspomnę, że @[1344593582287344:274:Princess Nokia] wydaje w tym tygodniu DWA albumy. jeden zatytułowany "Everything Sucks" - w nastroju takim jak tytuł wskazuje. drugi zatytułowany "Everything Is Beautiful" - w nastroju takim jak tytuł wskazuje

singiel uroczy, CIEKAWE Z KTÓREGO ALBUMU
Zaktualizowano 24 lut 2020, 21:30
24 lut 2020, 21:30
nie zamierzam udawać zdziwionego tym jak @[1656723277961991:274:Young Nudy] świetnie poradził sobie z albumem powstałym kompletnie bez udziału Pi'erre'a Bourne'a. jednak nie spodziewałem się tego co tutaj dostaliśmy - być może najciekawszego póki co muzycznie rapowego albumu w 2020 roku? złożony ze zdecydowanie niefejmowych producentów team (aczkolwiek gdzieś widziałem, że przewinął się Jake One) fantastycznie zagrał na nosie niedowiarkom niepotrafiącym odizolować Nudy'ego od piotrkowej estetyki. duch LO-FI TRAPU nie wyparował, ale zadomowił się, poprzestawiał mebelki i pomalował na nowo ściany. porozwieszał gdzie tylko się da mnóstwo ozdóbek, ale wykazując się przy tym wysublimowanym poczuciem smaku. bity na "Anyways" to impresywne cudeńka grające dokładnie na tych emocjach, których życzył sobie wymachujący batutą raper album ten to też triumf Nudy'ego jako samowystarczalnego mc, niepotrzebującego featów Lil Uzi Verta czy Megan Thee Stallion w celu zagwarantowania odpowiedniej podaży kolorytu. szczerość, naturalność, ekspresywność, niewyczerpany wór z pomysłami na flow - trochę taki 03 Greedo, ale nie popadający w wokalne ekstrema. mogłem to wszystko co prawda dostrzec na poprzednich mixtape'ach gościa, ale "Anyways" dało mi odpowiednie bodźce do odkrywania na nowo polecam, miło spędzona godzina. kończę wpis bo jeszcze mnie najdzie na ten żart z nawiązaniem do słowa "nudy" w jego ksywie. NO BO WIECIE
nie zamierzam udawać zdziwionego tym jak Young Nudy świetnie poradził sobie z albumem powstałym kompletnie bez udziału Pi'erre'a Bourne'a. jednak nie spodziewałem się tego co tutaj dostaliśmy - być może najciekawszego póki co muzycznie rapowego albumu w 2020 roku?

złożony ze zdecydowanie niefejmowych producentów team (aczkolwiek gdzieś widziałem, że przewinął się Jake One) fantastycznie zagrał na nosie niedowiarkom niepotrafiącym odizolować Nudy'ego od piotrkowej estetyki. duch LO-FI TRAPU nie wyparował, ale zadomowił się, poprzestawiał mebelki i pomalował na nowo ściany. porozwieszał gdzie tylko się da mnóstwo ozdóbek, ale wykazując się przy tym wysublimowanym poczuciem smaku. bity na "Anyways" to impresywne cudeńka grające dokładnie na tych emocjach, których życzył sobie wymachujący batutą raper

album ten to też triumf Nudy'ego jako samowystarczalnego mc, niepotrzebującego featów Lil Uzi Verta czy Megan Thee Stallion w celu zagwarantowania odpowiedniej podaży kolorytu. szczerość, naturalność, ekspresywność, niewyczerpany wór z pomysłami na flow - trochę taki 03 Greedo, ale nie popadający w wokalne ekstrema. mogłem to wszystko co prawda dostrzec na poprzednich mixtape'ach gościa, ale "Anyways" dało mi odpowiednie bodźce do odkrywania na nowo

polecam, miło spędzona godzina. kończę wpis bo jeszcze mnie najdzie na ten żart z nawiązaniem do słowa "nudy" w jego ksywie. NO BO WIECIE
26 lut 2020, 18:26
I'm bad at spoken word So I became a rapper And sometimes I'm a model And sometimes I'm an actor wydając dwa odmienne klimatycznie albumy jednego dnia @[1344593582287344:274:Princess Nokia] chciała uwydatnić skrajny dualizm swej artystycznej natury. nawet jakoś tam jej to wyszło, ale rykoszetem naznaczyła przy tym inną dychotomię - rozstrzał między artystką chcącą wyrwać się z ograniczającęj ją memosfery, ale dalej pokazywać jaka to potrafi być CUCKOO-CRAZY boli to szczególnie na początku albumu "Everything Sucks" gdzie nie raz, ale trzy razy wchodzi w skórę Harley Quinn i zapomina, że to @[384538594965626:274:Doja Cat] dostała angaż w lead singlu ze ścieżki dźwiękowej do "Birds of Prey", hehe. i koniec końców wychodzi z tego taka Nicki Minaj z lat 2010-2012. na szczęście później jest tylko lepiej - szczególnie jak wjeżdża dobrze osłuchane back in 2019 "Balenciaga" oraz niegłupi utwór zamykający za to drugi projekt - "Everything Is Beautiful" - to praktycznie SERUSZKA REAKCJE TYLKO. bengerozę zastępują tu ciepłe instrumentalne aranżacje, twarde flow przysłonięte zostaje posługującymi się neo-soulową melodyką wersami, ogólnie jest tak miło, fajnie i w ogóle. albumik-przypowieść o samoakceptacji, niezależności, podkolorowanej lekko niepokojącą new-age'ową naiwnością, ale wszystko w ramach bardzo świadomej kreacji. także jeśli raperka Noname zdenerwowała was swoimi niedawnymi tweetami to Księżniczka Fińskiej Telekomunikacji oferuje wam coś was raz w miejsce po niej
I'm bad at spoken word
So I became a rapper
And sometimes I'm a model
And sometimes I'm an actor

wydając dwa odmienne klimatycznie albumy jednego dnia Princess Nokia chciała uwydatnić skrajny dualizm swej artystycznej natury. nawet jakoś tam jej to wyszło, ale rykoszetem naznaczyła przy tym inną dychotomię - rozstrzał między artystką chcącą wyrwać się z ograniczającęj ją memosfery, ale dalej pokazywać jaka to potrafi być CUCKOO-CRAZY

boli to szczególnie na początku albumu "Everything Sucks" gdzie nie raz, ale trzy razy wchodzi w skórę Harley Quinn i zapomina, że to Doja Cat dostała angaż w lead singlu ze ścieżki dźwiękowej do "Birds of Prey", hehe. i koniec końców wychodzi z tego taka Nicki Minaj z lat 2010-2012. na szczęście później jest tylko lepiej - szczególnie jak wjeżdża dobrze osłuchane back in 2019 "Balenciaga" oraz niegłupi utwór zamykający

za to drugi projekt - "Everything Is Beautiful" - to praktycznie SERUSZKA REAKCJE TYLKO. bengerozę zastępują tu ciepłe instrumentalne aranżacje, twarde flow przysłonięte zostaje posługującymi się neo-soulową melodyką wersami, ogólnie jest tak miło, fajnie i w ogóle. albumik-przypowieść o samoakceptacji, niezależności, podkolorowanej lekko niepokojącą new-age'ową naiwnością, ale wszystko w ramach bardzo świadomej kreacji. także jeśli raperka Noname zdenerwowała was swoimi niedawnymi tweetami to Księżniczka Fińskiej Telekomunikacji oferuje wam coś was raz w miejsce po niej
26 lut 2020, 22:04
a propos wspomnianej wczoraj @[384538594965626:274:Doja Cat] - wylądował dziś teledysk do wciągającego jak bagno, future-funkowego "Say So". nawet bez klipu singiel ten zyskiwał szalenie imponujące zasięgi, mowa tu o grają-go-nawet-polskie-ogólnomuzyczne-rozgłośnie zasięgach

potwierdzam, słyszałem, choć ewidentnie miał tu miejsce wyrachowany proceder wycięcia z piosenki rapowej zwrotki - tak na wszelki wypadek. niemniej doceniam że raperka, która jeszcze półtora roku temu starała się o viral w przebraniu krowy, dzień w dzień trafia w radyjku na rotacje między przysłowiowego Stinga a zakąskę

w ogóle cały jej zeszłoroczny album to pop-rap w najlepszym wykonaniu. aż zastanawiam się czemu nigdy nie poświęciłem mu całej notki
Zaktualizowano 27 lut 2020, 22:24
27 lut 2020, 22:24
runęły mury Jerycha, Rubikon został przekroczony, zakończyła się pewna era. jeden z dwóch oczekiwanych przez świat, przekładanych w nieskończoność rapowych projektów doczekał się faktycznej daty premiery - takiej w cyferkach wyrażonej, wiecie. 13 marca, @[487555484786554:274:Lil Uzi Vert], "Eternal Atake", ja proszę tak na serio tym razem

ps Carti twoja kolej
Zaktualizowano 28 lut 2020, 17:21
28 lut 2020, 17:21
bardzo chciałem by nowy album MAŁEGO DZIECKA podobał mi się tak samo jak towarzysząca mu okładka, no ale nie. pomimo wyrazistego głosu, buchającej z autora siły szczerości i donośnie artykułowanej chęci wykorzystania swojej szansy na scenie (singiel "Sum 2 Prove" zamiata w tej kategorii konkurencję, jeden z moich ulubionych w 2020), pomimo całkiem nieźle wypchanego kontaktami do producentów wizytownika, "Mu Turn" trochę mnie zanudziło ot leci track za trackiem, czasem ktoś wpada na featuring (super zgranie z Future'em!), a co się dzieje pomiędzy tymi gościnkami - szybciutko się zapomina. flow mi siedzi, bity mi siedzą (Twysted Genius - zanotowałem ksywę), to co mi zatem nie siedzi? cała ta post-thuggerowa bańka pełna KONTYNUATORÓW DZIEŁA napompowuje się coraz bardziej z dnia na dzień, a @[858660534290000:274:Lil Baby] dosyć stanowczo pozycjonuje się na nowego lidera nurtu, tymczasem byle Lil Gotit z zeszłego tygodnia zdaje się swobodniej poruszać w tym akwenie. o Gunnie, Lil Keedzie i wielu innych nie wspomnę. czego mi zatem brak? chyba jakiegoś stanowczego ruchu w kierunku konkretnego stylu, jakiegoś artystycznego KINKA wywołującego u mnie reakcję niedowierzania, że np można tak głęboko zabrnąć totalnie nieludzką modulacją głosu (pozdrawiam Keeda jeszcze raz). no i przede wszystkim krytyczniejszego podejścia do selekcji, a w zasadzie to do samego ustalenia liczby utworów jeśli według was "Mu Turn" (i ogólnie Lil Baby) ma w sobie coś unikalnego i przeze mnie niedostrzegalnego, to dajcie znać
bardzo chciałem by nowy album MAŁEGO DZIECKA podobał mi się tak samo jak towarzysząca mu okładka, no ale nie. pomimo wyrazistego głosu, buchającej z autora siły szczerości i donośnie artykułowanej chęci wykorzystania swojej szansy na scenie (singiel "Sum 2 Prove" zamiata w tej kategorii konkurencję, jeden z moich ulubionych w 2020), pomimo całkiem nieźle wypchanego kontaktami do producentów wizytownika, "Mu Turn" trochę mnie zanudziło

ot leci track za trackiem, czasem ktoś wpada na featuring (super zgranie z Future'em!), a co się dzieje pomiędzy tymi gościnkami - szybciutko się zapomina. flow mi siedzi, bity mi siedzą (Twysted Genius - zanotowałem ksywę), to co mi zatem nie siedzi?

cała ta post-thuggerowa bańka pełna KONTYNUATORÓW DZIEŁA napompowuje się coraz bardziej z dnia na dzień, a Lil Baby dosyć stanowczo pozycjonuje się na nowego lidera nurtu, tymczasem byle Lil Gotit z zeszłego tygodnia zdaje się swobodniej poruszać w tym akwenie. o Gunnie, Lil Keedzie i wielu innych nie wspomnę. czego mi zatem brak? chyba jakiegoś stanowczego ruchu w kierunku konkretnego stylu, jakiegoś artystycznego KINKA wywołującego u mnie reakcję niedowierzania, że np można tak głęboko zabrnąć totalnie nieludzką modulacją głosu (pozdrawiam Keeda jeszcze raz). no i przede wszystkim krytyczniejszego podejścia do selekcji, a w zasadzie to do samego ustalenia liczby utworów

jeśli według was "Mu Turn" (i ogólnie Lil Baby) ma w sobie coś unikalnego i przeze mnie niedostrzegalnego, to dajcie znać
28 lut 2020, 19:11
nie jest to gorąca jeszcze nowość, ale nie widziałem by polska funpejo-blogosfera muzyczna poruszała wątek najbardziej osobliwego rapowego projektu ostatnich miesięcy

i wiecie co - nie będę się rozpisywał, bo byłby to zbyt duży spojler. 645AR najmocniej obuchem w łeb zdzieli tego słuchacza, który będzie najmniej przygotowany na doświadczenie. dla takich momentów w rapie nic nie robiłem

mam nadzieję, że nie znielubicie mnie za wrzucenie "4 Da Trap" na moją playlistę podsumowującą 2020
Zaktualizowano 29 lut 2020, 09:58
29 lut 2020, 09:58
nie chcę się stawiać w roli obrońcy uciśnionych klasyków rozszarpywanych i poddawanych dekonstrukcji przez młodsze pokolenie artystów, ale dlaczego "Song Cry"?

w sumie to nawet zabawne - Drejk, profesor habilitowany muzykologii ze specjalizacją w rozstaniach i telefonach do byłych, buduje na kanwie legendarnego hiphopowego break-up songu numer z cyklu YEAH I MADE IT IN THIS BUSINESS. ale to chyba nic przy jeszcze bardziej losowym momencie w drugiej części singla, kiedy to z przyczajenia atakuje nas nagle nawiązanie do... "Supermana" Eminema

pomimo wysokiego poziomu realizacji i paru w porządku wersów to dalej taki Drake zjeżdżający na jałowym biegu. już dużo lepiej się bawiłem przy papugującym uk drille "War", który przynajmniej było jakąś reakcją na bodźce płynące spoza OVO Soundowej bańki
Zaktualizowano 1 mar 2020, 15:17
1 mar 2020, 15:17
virgin Drake z zagraną pod publiczkę, nieczytelną kontekstowo przeróbką "Song Cry" Jaya-Z

vs

chad Lil Uzi Vert i jego odważna, godna 2020 roku reinterpretacja nieśmiertelnego przeboju Backstreet Boys, która otwiera nawet te najbardziej zamknięte serca i dusze

ale to będzie piękny album
Zaktualizowano 1 mar 2020, 18:55
1 mar 2020, 18:55
Gucci Mane, @[466744043373670:274:ASAP Ferg], @[283251328948319:274:Lil Keed], @[112548645472634:274:Sheck Wes], @[116785308878275:274:Maxo Kream] - wszyscy na żywo Warszawie, w trakcie jednej imprezy, czyli debiutującego @[129671801817306:844:Clout Festival 2020]! pamiętam jak jeszcze niedawno hiphopowym świętem w stolicy był najwyżej koncert jakiegoś M.O.P. albo odwiedzających nasz kraj po raz dwudziesty Dilated Peoples / Evidence'a, a na powiew rapsów wykraczających poza biasowaną przez organizatorów bańkę można było liczyć najwyżej na Openerze. jest 2020 rok i dzięki działaniom @[329025097755:274:BIG idea] & @[1364610730226872:274:Hypetalk] w przeciągu dwóch dni (15 i 16 lipca) na terenie Huty Warszawa obskoczymy PRZEGLĄD PIOSENKI TRAPOWEJ, imprezę sprofilowaną dla miłośników tego prężnie działającego na amerykańskim scenie nurtu trzeba przyznać, że zaproszenie już na pierwszą edycję samego Guwopa - jednego z ojców założycieli soundu - to niewątpliwie mocne, a może nawet najlepsze możliwe wejście z buta. poza tym dostaniemy całą baterię bangerów Fergensteina, zawyjemy razem z Shekiem "Mo Bambę", a Lil Keed i Maxo Kream wręcz symbolicznie zaprezentują jak skrajnie trapowi artyści mogę się od siebie różnić. i to jeszcze nie jest koniec ogłoszeń, moi drodzy! THE HOTTEST SHOW ON EARTH, oczywiście że będę
Gucci Mane, ASAP Ferg, Lil Keed, Sheck Wes, Maxo Kream - wszyscy na żywo Warszawie, w trakcie jednej imprezy, czyli debiutującego Clout Festival 2020!

pamiętam jak jeszcze niedawno hiphopowym świętem w stolicy był najwyżej koncert jakiegoś M.O.P. albo odwiedzających nasz kraj po raz dwudziesty Dilated Peoples / Evidence'a, a na powiew rapsów wykraczających poza biasowaną przez organizatorów bańkę można było liczyć najwyżej na Openerze. jest 2020 rok i dzięki działaniom BIG idea & Hypetalk w przeciągu dwóch dni (15 i 16 lipca) na terenie Huty Warszawa obskoczymy PRZEGLĄD PIOSENKI TRAPOWEJ, imprezę sprofilowaną dla miłośników tego prężnie działającego na amerykańskim scenie nurtu

trzeba przyznać, że zaproszenie już na pierwszą edycję samego Guwopa - jednego z ojców założycieli soundu - to niewątpliwie mocne, a może nawet najlepsze możliwe wejście z buta. poza tym dostaniemy całą baterię bangerów Fergensteina, zawyjemy razem z Shekiem "Mo Bambę", a Lil Keed i Maxo Kream wręcz symbolicznie zaprezentują jak skrajnie trapowi artyści mogę się od siebie różnić. i to jeszcze nie jest koniec ogłoszeń, moi drodzy!

THE HOTTEST SHOW ON EARTH, oczywiście że będę
5 mar 2020, 13:07
Gucci Mane, @[466744043373670:274:ASAP Ferg], @[283251328948319:274:Lil Keed], @[112548645472634:274:Sheck Wes], @[116785308878275:274:Maxo Kream] - wszyscy na żywo Warszawie, w trakcie jednej imprezy, czyli debiutującego @[129671801817306:844:Clout Festival 2020]! pamiętam jak jeszcze niedawno hiphopowym świętem w stolicy był najwyżej koncert jakiegoś M.O.P. albo odwiedzających nasz kraj po raz dwudziesty Dilated Peoples / Evidence'a, a na powiew rapsów wykraczających poza biasowaną przez organizatorów bańkę można było liczyć najwyżej na Openerze. jest 2020 rok i dzięki działaniom @[329025097755:274:BIG idea] & @[1364610730226872:274:Hypetalk] w przeciągu dwóch dni (15 i 16 lipca) na terenie Huty Warszawa obskoczymy PRZEGLĄD PIOSENKI TRAPOWEJ, imprezę sprofilowaną dla miłośników tego prężnie działającego na amerykańskim gruncie nurtu trzeba przyznać, że zaproszenie już na pierwszą edycję samego Guwopa - jednego z ojców założycieli soundu - to niewątpliwie mocne, a może nawet najlepsze możliwe wejście z buta. poza tym dostaniemy całą baterię bangerów Fergensteina, zawyjemy razem z Shekiem "Mo Bambę", a Lil Keed i Maxo Kream wręcz symbolicznie zaprezentują jak skrajnie trapowi artyści mogę się od siebie różnić. i to jeszcze nie jest koniec ogłoszeń, moi drodzy! THE HOTTEST SHOW ON EARTH, oczywiście że będę
Gucci Mane, ASAP Ferg, Lil Keed, Sheck Wes, Maxo Kream - wszyscy na żywo Warszawie, w trakcie jednej imprezy, czyli debiutującego Clout Festival 2020!

pamiętam jak jeszcze niedawno hiphopowym świętem w stolicy był najwyżej koncert jakiegoś M.O.P. albo odwiedzających nasz kraj po raz dwudziesty Dilated Peoples / Evidence'a, a na powiew rapsów wykraczających poza biasowaną przez organizatorów bańkę można było liczyć najwyżej na Openerze. jest 2020 rok i dzięki działaniom BIG idea & Hypetalk w przeciągu dwóch dni (15 i 16 lipca) na terenie Huty Warszawa obskoczymy PRZEGLĄD PIOSENKI TRAPOWEJ, imprezę sprofilowaną dla miłośników tego prężnie działającego na amerykańskim gruncie nurtu

trzeba przyznać, że zaproszenie już na pierwszą edycję samego Guwopa - jednego z ojców założycieli soundu - to niewątpliwie mocne, a może nawet najlepsze możliwe wejście z buta. poza tym dostaniemy całą baterię bangerów Fergensteina, zawyjemy razem z Shekiem "Mo Bambę", a Lil Keed i Maxo Kream wręcz symbolicznie zaprezentują jak skrajnie trapowi artyści mogę się od siebie różnić. i to jeszcze nie jest koniec ogłoszeń, moi drodzy!

THE HOTTEST SHOW ON EARTH, oczywiście że będę
5 mar 2020, 13:13
"The Price Of Tea In China" @[283759085003270:274:Boldy James]a i Alchemista wyszło już jakiś czas temu, zdążyłem wiele zapomnieć. ale jeden utwór za mną chodzi, porywa mnie i każe się odkrywać na nowo i na nowo

uwielbiam jak Boldy rozpoczyna zwrotkę serią technicznych, cholernie satysfakcjonujących przy odsłuchu szkiców tego kto, jak i w jaki sposób w wielowarstwowej sieci zależności brudnych realiów z ulic Detroit. aż można się poczuć jak po trzech sezonach przeniesonego do midwestu "The Wire"

"Slums of Detroit, drugs from the port, plugged with the source
Gun in my shorts, blood was the sport
Jumped from the porch, hung like a horse,
Ones with the Force Drunk in a Porsche,
trunk full of corpse Dump with the torch,
run for the Ford, love for my daughter
Son was the fourth, youngin’ on the run with a warrant
Motherfuck a judge and the courts, club full of dorks"

całość w intrygujący sposób przyciąga i odpycha. brawa również dla Alca, to jest ten jeden z jego słynnych przebłysków producenckiego geniuszu, w ramach którego umożliwia nam wgląd w SPIRYTUALNY wymiar ulicznego żyćka. aż chciało by się dotknąć - ale z ogromną trwogą że się wpadnie w to bagienko i nigdy się z niego nie wyjdzie

no i wpada tu również Vince Staples, cały w barwach Cripsów. no ale prawdę mówiąc to i bez niego "Surf & Turf" byłby jednym z moich ulubionych traczków z 2020
Zaktualizowano 5 mar 2020, 22:13
5 mar 2020, 22:13
nie od wczoraj zauważam jak to female hip hop przeżywa swój renesans. ale kurcze, praktycznie trzeci raz z rzędu ważnym rapowym releasem tygodnia jest właśnie kobiecy projekt (albo i dwa naraz jak to zadziałała @[1344593582287344:274:Princess Nokia]). @[352531741797001:274:Megan Thee Stallion] kontynuuje dzieło koleżanek, ale i swoją własną karierę stawia w jeszcze bardziej pozytywnym świetle - pomimo całego wydawniczego galimatiasu wokół premiery przyznam, że zeszłoroczne "Fever" mnie nie powaliło. było solidne i z przytupem, ale już po kilku utworach byłem jak OK I GET IT, robisz bangery dziewczyno. "Suga" jest znacznie krótsze, ale też znacznie bardziej EVENTFUL. czasem wręcz zaskakująco funkujące - od soczystej linii basu w intro, przez świeże podejście do jakże znanego sampla z Bootsy'ego Collinsa, po "Hit My Phone" z Kehlani - w zasadzie jeden z najlepszych g-funków jakie ostatnio słyszałem :0 szczególnie spodobała mi się końcówka, w trakcie której Meg wytacza ciężkie producenckie działa (Timbaland, reaktywowane The Neptunes). robi to nie po to by nie wiadomo jak się afiszować legendami na bitach, a w celu wykrystalizowania pewnej odmiennej kreacji, pokazania się z trochę wrażliwszej strony. inaczej, ale z wyczuciem i sercem - aż trochę rozumiem skąd to głęboko osobiste podeście artystki do materiału, skąd wzięły się te biorące górę nad wszystkim emocje w konflikcie z labelem i te latające w różne strony pozwy i decyzje sądowe anyway, artystka dopięła swego i mamy fajny album na weekend. DZIĘKUJĘ PANI MEGAN THE OGIER
nie od wczoraj zauważam jak to female hip hop przeżywa swój renesans. ale kurcze, praktycznie trzeci raz z rzędu ważnym rapowym releasem tygodnia jest właśnie kobiecy projekt (albo i dwa naraz jak to zadziałała Princess Nokia). Megan Thee Stallion kontynuuje dzieło koleżanek, ale i swoją własną karierę stawia w jeszcze bardziej pozytywnym świetle - pomimo całego wydawniczego galimatiasu wokół premiery

przyznam, że zeszłoroczne "Fever" mnie nie powaliło. było solidne i z przytupem, ale już po kilku utworach byłem jak OK I GET IT, robisz bangery dziewczyno. "Suga" jest znacznie krótsze, ale też znacznie bardziej EVENTFUL. czasem wręcz zaskakująco funkujące - od soczystej linii basu w intro, przez świeże podejście do jakże znanego sampla z Bootsy'ego Collinsa, po "Hit My Phone" z Kehlani - w zasadzie jeden z najlepszych g-funków jakie ostatnio słyszałem :0

szczególnie spodobała mi się końcówka, w trakcie której Meg wytacza ciężkie producenckie działa (Timbaland, reaktywowane The Neptunes). robi to nie po to by nie wiadomo jak się afiszować legendami na bitach, a w celu wykrystalizowania pewnej odmiennej kreacji, pokazania się z trochę wrażliwszej strony. inaczej, ale z wyczuciem i sercem - aż trochę rozumiem skąd to głęboko osobiste podeście artystki do materiału, skąd wzięły się te biorące górę nad wszystkim emocje w konflikcie z labelem i te latające w różne strony pozwy i decyzje sądowe

anyway, artystka dopięła swego i mamy fajny album na weekend. DZIĘKUJĘ PANI MEGAN THE OGIER
6 mar 2020, 16:47
i jak tam? porwani przez kosmitów i przywróceni kompletnie odmienieni na Ziemię, czy może wciąż dogłębnie sondowani na statku-matce? "Eternal Atake" miało być albumem który rozwiąże wszystkie konflikty na naszej planecie, zażegna głód i wygoni koronawirusa z powrotem do jaskini z chińskimi nietoperzami, czy gdzie tam może być jego miejsce. chociaż eksperci już dawno wyjaśnili że "nie no kurła, skąd taki pomysł w ogóle" to na pewno trzeba przyznać - cudak z Philly nie ma sobie równym w poruszaniu się w tym czymś, co sam sobie zbudował producencki team rapera to na tym etapie już samograj potrafiący połączyć wszystko ze wszystkim w konsekwentny i spójny obraz, i to całkiem fajnie współgrający z sekciarsko-nerdowsko-kosmicznym tematem przewodnim. i dokładnie to w warstwie rapowej robi @[487555484786554:274:Lil Uzi Vert], bombardując swoją zaraźliwie komiksową osobowością na prawo i na lewo. jeśli coś miało nas zaskoczyć, to na pewno ta pierwsza jedna trzecia płyty, która jest nieprzerwaną emo-rapową definicją pojęcia GOING HARD. grubo jest, tak po prostu i pewnie wszystko byłoby super, gdybym tak bezwstydnie nie padł ofiarą własnych wyobrażeń dotyczących tej płyty. po "Futsal Shuffle" i "That Way" byłem gotowy na przyjąć na klatę najbardziej odjechany, eklektyczny i - jak to jutubowi krytycy w okularach mówią - OUT OF LEFT FIELD projekt ostatnich miesięcy. wyszło ciekawie, ale chyba nie aż tak ciekawie jak chciałem, no ale kogo mam o to winić, jak nie siebie? z drugiej strony - na pewno ktoś z was się ze mną zgodzi, że zabrakło tu czegoś równie absurdalnego co na przykład legendarne akordeony z "Ps & Qs" jedyną rzeczą, która nawet możliwie obiektywnie patrząc jest mocno meh, jest zupełnie niepotrzebny sequel “XO TOUR Llif3” - absolutne zaprzeczenie stojącej za muzyką Uzika nieskrępowanej kreatywności. dało się to zrobić, ale na sułtana kosmitów - nie w takich sposób jak tutaj! nieładnie "Eternal Atake" to bardzo spektakularny mainstreamowy projekt, któremu trochę bliżej do dojrzałej w dębowej beczce freakowatości Lil Wayne'a, niż do reprezentacji czegokolwiek co obecnie jest uważane za hiphopowy cutting edge. ale bawić się to i tak bawię się dobrze, po kolejnych odsłuchach to może nawet będę się bawił jeszcze lepiej
i jak tam? porwani przez kosmitów i przywróceni kompletnie odmienieni na Ziemię, czy może wciąż dogłębnie sondowani na statku-matce? "Eternal Atake" miało być albumem który rozwiąże wszystkie konflikty na naszej planecie, zażegna głód i wygoni koronawirusa z powrotem do jaskini z chińskimi nietoperzami, czy gdzie tam może być jego miejsce. chociaż eksperci już dawno wyjaśnili że "nie no kurła, skąd taki pomysł w ogóle" to na pewno trzeba przyznać - cudak z Philly nie ma sobie równym w poruszaniu się w tym czymś, co sam sobie zbudował

producencki team rapera to na tym etapie już samograj potrafiący połączyć wszystko ze wszystkim w konsekwentny i spójny obraz, i to całkiem fajnie współgrający z sekciarsko-nerdowsko-kosmicznym tematem przewodnim. i dokładnie to w warstwie rapowej robi Lil Uzi Vert, bombardując swoją zaraźliwie komiksową osobowością na prawo i na lewo. jeśli coś miało nas zaskoczyć, to na pewno ta pierwsza jedna trzecia płyty, która jest nieprzerwaną emo-rapową definicją pojęcia GOING HARD. grubo jest, tak po prostu

i pewnie wszystko byłoby super, gdybym tak bezwstydnie nie padł ofiarą własnych wyobrażeń dotyczących tej płyty. po "Futsal Shuffle" i "That Way" byłem gotowy na przyjąć na klatę najbardziej odjechany, eklektyczny i - jak to jutubowi krytycy w okularach mówią - OUT OF LEFT FIELD projekt ostatnich miesięcy. wyszło ciekawie, ale chyba nie aż tak ciekawie jak chciałem, no ale kogo mam o to winić, jak nie siebie? z drugiej strony - na pewno ktoś z was się ze mną zgodzi, że zabrakło tu czegoś równie absurdalnego co na przykład legendarne akordeony z "Ps & Qs"

jedyną rzeczą, która nawet możliwie obiektywnie patrząc jest mocno meh, jest zupełnie niepotrzebny sequel “XO TOUR Llif3” - absolutne zaprzeczenie stojącej za muzyką Uzika nieskrępowanej kreatywności. dało się to zrobić, ale na sułtana kosmitów - nie w takich sposób jak tutaj! nieładnie

"Eternal Atake" to bardzo spektakularny mainstreamowy projekt, któremu trochę bliżej do dojrzałej w dębowej beczce freakowatości Lil Wayne'a, niż do reprezentacji czegokolwiek co obecnie jest uważane za hiphopowy cutting edge. ale bawić się to i tak bawię się dobrze, po kolejnych odsłuchach to może nawet będę się bawił jeszcze lepiej
6 mar 2020, 20:28
słuchając "Bigger Than Life" na nowym Uzim poczułem, że utwór mógł równie dobrze wyjść spod rąk Gunny - patrząc na komentarze w sieci to nie tylko ja maiłem takie wrażenie. na nowym albumie Megan Thee Stallion, w tracku z featuringiem Gunny, można dosłuchać się u raperki silnej inspiracji płynącej z goszczącego na bicie flow. takie i inne momenty tylko udowadniają, że Sergio Kitchens (wgl imię i nazwisko oceniam na 10/10, change my mind) jest już w tym momencie niezależnym artystycznym bytem na scenie, a jeszcze nie tak dawno wielu z nas było jak "po co ta zapasowa kopia Thuggera w ogóle istnieje?"

"Drip od Drown 2" trafiło na podium dla najlepszych albumów 2019 według najbardziej prestiżowej peja o hip hopie na FB, ciekawe zatem jak poradzi sobie nadchodzące "Wunna". singlowe "SKYBOX" nawiązuje do wykreowanego dotychczas soundu i po raz kolejny afirmuje w zaraźliwy sposób beztroskie życie na pozytywnym haju - ale nie takim wynikającym z, no wiecie, SPECYFIKÓW. jest w porządku, producent o ksywie Taurus również daje radę i wie o co chodzi - ale nie jest to jeszcze do końca ta potężna moc z piątego poziomu gildii magów, jaka to miała miejsce w obecności Wheezy'ego albo Turbo na pokładzie. prosimy następnym razem o więcej many panie @[483224135515672:274:Gunna]
Zaktualizowano 8 mar 2020, 14:12
8 mar 2020, 14:12
wciąż tląca się charyzma, szczypta niewybrednego humoru, flow przypominające nam o marsjańskim rodowodzie, mnóstwo duży-penis-energii, no i ten znakomity podkład kojarzący się z metalicznym posmakiem i blaskiem producenckiego katalogu SOPHIE. "Funeral" przeminęło z wiatrem, ale "Mama Mia" będę bronił w roli najlepszego singla @[6885814958:274:Lil Wayne] od czasów "6 Foot 7 foot"

teledysk może i bez Hype'a Williamsa na foteliku reżysera, ale pozostawił mi w pamięci parę obrazów, które już będę zawsze z tym singlem kojarzył. paintball w galerii sztuki, ekipa Wayne'a w bluzach Wu Tang Clanu (❤️), ale też tem przerażający bombelek z 1:26, który w najbliższym czasie parokrotnie nawiedzi moje koszmary. YIKES
Zaktualizowano 9 mar 2020, 12:01
9 mar 2020, 12:01
odnosiłem ostatnio takie wrażenie, że scena rapowa powoli zjada swój ogon na nawiązaniach do starego dobrego memphis soundu. po nadrobieniu przegapionego przeze mnie albumu Duke'a Deuce'a przekonałem się, że mogę się odrobinkę mylić autor "Memphis Massacre 2" wnosi do tematu pokłady gówniarskiej energii, klinem wbija się w grunt przeorany parafrazami mafijnych skandowań i ciągnięciem w otchłań piwniczanego lo-fi. nie brakuje mu przy tym elastyczności nie tylko we flow, ale i budowaniu różnego typu nastrojów. jeśli kojarzyliście go do tej pory z głoszenia hasła "Crunk Aint Dead", to niektórymi momentami może was nieco zaskoczyć przyjemny projekt i powiew świeżości w temacie wspominania czasów kiedy to konwencjonalnym określeniem na hip hop spod linii Masona-Dixona było nazywanie go DIRRRTY SOUTHEM (nawet okładka idealna, taka perfekcyjnie szkaradna). polecam, nawet jeśli nie oczaruje was tak jak mnie, to w najgorszym przypadku uznacie projekt za miłe czekadełko przed kolejnym A$AP Fergiem albo Denzelem Currym pora sprawdzić czy "Memphis Massacre 1" też jest spoko, I GUESS
odnosiłem ostatnio takie wrażenie, że scena rapowa powoli zjada swój ogon na nawiązaniach do starego dobrego memphis soundu. po nadrobieniu przegapionego przeze mnie albumu Duke'a Deuce'a przekonałem się, że mogę się odrobinkę mylić

autor "Memphis Massacre 2" wnosi do tematu pokłady gówniarskiej energii, klinem wbija się w grunt przeorany parafrazami mafijnych skandowań i ciągnięciem w otchłań piwniczanego lo-fi. nie brakuje mu przy tym elastyczności nie tylko we flow, ale i budowaniu różnego typu nastrojów. jeśli kojarzyliście go do tej pory z głoszenia hasła "Crunk Aint Dead", to niektórymi momentami może was nieco zaskoczyć

przyjemny projekt i powiew świeżości w temacie wspominania czasów kiedy to konwencjonalnym określeniem na hip hop spod linii Masona-Dixona było nazywanie go DIRRRTY SOUTHEM (nawet okładka idealna, taka perfekcyjnie szkaradna). polecam, nawet jeśli nie oczaruje was tak jak mnie, to w najgorszym przypadku uznacie projekt za miłe czekadełko przed kolejnym A$AP Fergiem albo Denzelem Currym

pora sprawdzić czy "Memphis Massacre 1" też jest spoko, I GUESS
9 mar 2020, 22:16
bruh
bruh
10 mar 2020, 08:36
OK BAMMER. 2020 rok, @[12138756141:274:Wiz Khalifa] dalej kręci swoje lole z nie byle czego. to pewnie w jego imieniu padło to słynne błyskotliwe pytanie o możliwość zarażenia się koronawirusem poprzez podawanie sobie dżojnta w kółeczku

a singiel - grany notabene na koncertach już z pół roku - klepie wyśmienicie, szczególnie dzięki Mustardowi przełączonemu na tryb saksofonowego awangardysty
Zaktualizowano 10 mar 2020, 12:30
10 mar 2020, 12:30
Jay Worthy częstuje nas szlugą, ale już nie pod banderą LNDN DRGS. niby oficjalny debiut, tyle że bardziej album typu duety. zresztą cokolwiek to nie jest, wciąż mamy tu kawał przyjemnego, leniwego i SMOOTH AS BABY'S ASS westcoastowego hip hopu z odpowiednim cwaniakiem na odpowiednim miejscu "Two4one" to pozycja warta polecenia chociażby w celu złapania odrobiny tego kalifornijskiego słoneczka w tych nieciekawych czasach - nawet jeśli wisienka na czubku tego projektu nosi tytuł "Rainy NIght in SF" dla zwiększenia objętości powymieniam zaangażowane w wysmażenie tejże epki osoby, a co. The Alchemist (drugi raz w przeciągu tygodnia go chwalę, co się), Harry Fraud, Cardo, Jake One (współpraca z Hawthorne'em zrobiła z niego syntezatorowego potwora), Kamaiyah, G Perico, Buddy, El Camino I INNI
Jay Worthy częstuje nas szlugą, ale już nie pod banderą LNDN DRGS. niby oficjalny debiut, tyle że bardziej album typu duety. zresztą cokolwiek to nie jest, wciąż mamy tu kawał przyjemnego, leniwego i SMOOTH AS BABY'S ASS westcoastowego hip hopu z odpowiednim cwaniakiem na odpowiednim miejscu

"Two4one" to pozycja warta polecenia chociażby w celu złapania odrobiny tego kalifornijskiego słoneczka w tych nieciekawych czasach - nawet jeśli wisienka na czubku tego projektu nosi tytuł "Rainy NIght in SF"

dla zwiększenia objętości powymieniam zaangażowane w wysmażenie tejże epki osoby, a co. The Alchemist (drugi raz w przeciągu tygodnia go chwalę, co się), Harry Fraud, Cardo, Jake One (współpraca z Hawthorne'em zrobiła z niego syntezatorowego potwora), Kamaiyah, G Perico, Buddy, El Camino I INNI
12 mar 2020, 18:46
ten cały deluxe "Eternal Atake" co ma jutro wyjść to ma być podobno osobny album i zarazem sequel mojego zdecydowanie ulubionego projektu LUVa, czyli "Lil Uzi Vert Vs. The World"

cholera, znowu się ubzdryngoliłem hype'em
Zaktualizowano 12 mar 2020, 22:47
12 mar 2020, 22:47
także ten, #zostańciewdomu na weekend i nie wiem, @[2210517145929651:274:Streamujcie zagraniczne rap płyty] na przykład. a jest czego posłuchać
także ten, #zostańciewdomu na weekend i nie wiem, Streamujcie zagraniczne rap płyty na przykład. a jest czego posłuchać
13 mar 2020, 13:07
COVID-19 listening party, jak tam idzie? słuchając "Lil Uzi Vert vs. the World 2" wielokrotnie łapałem się za głowę i zastanawiałem się: czemu nie można było tak od razu? czemu to i podstawowa część "Eternal Atake" brzmią jak nagrane przez dwie zupełnie inne osoby? i czemu jedna z nich jest sobą, a druga zdecydowanie nie zjadła Snickersa? tak zupełnie serio to rozumiem podejście autora i czemu materiał wydany tydzień temu w ambitnych założeniach miał składać się na studyjny, oficjalny longplay, a "LUV vs The World 2" ma w tych okolicznościach pełnić rolę obszernego zbioru bonusów łamanego na mixtape. bo to jest po prostu mixtape - pozbawiony jakiejkolwiek koherentnej narracji, odwołujący się do ducha materiałów z circa 2016 roku, do tego pełen gościnnie występujących kolegów, którym Uzik nie bał się dać aż ze wiele przestrzeni ale odkładając na bok logikę budowanej przez rapera z Philly dyskografii to w kwestii czystego dostarczaniu FUNU te nowe 14 kawałków prowokuje u mnie Milowiczowe/Bolcowe "to mi się podoba, o to chodzi!" nie znajdziemy tu astralnej otoczki i przerapowanych bangerów tagowanych jako STRAIGHT BARS, ale znajdziemy żyjące własnym introwertycznym życiem niespieszące się nigdzie zabawy z flow, dużo sympatyczniejszą artykulację pełnych polotu myśli autora. refreny przestały się zlewać ze zwrotkami i nawet bity mają w sobie dużo więcej żywiołu, oryginalności - nie mówię tego tylko dlatego, że mamy tu aż cztery produkcje mojego man crusha Pi'erre'a. ale skoro już o Piotrku wspomniałem, to podkład do "Yesssirskii" jest absolutnie magiczny i z pewnością ma moc uzdrawiania ludzi. jak i cała piosenka, 21 Savage ty zuchu oczywiście nie jest to tak dobry zbiór utworów jak pierwsza część hołdu dla Scotta Pilgrima, ale sama moc przywoływania takich jak trzeba wspomnień i emocji działa na korzyść - i zarazem na niekorzyść właściwego "Eternal Atake" ps ktoś wie co to za dziwna moda na wrzucanie bonus tracków na POCZĄTEK albumów? o tym jak bardzo "Lil Uzi Vert vs. the World 2" powinno być zupełnie niezależnym wydawnictwem już nie wspomnę
COVID-19 listening party, jak tam idzie?

słuchając "Lil Uzi Vert vs. the World 2" wielokrotnie łapałem się za głowę i zastanawiałem się: czemu nie można było tak od razu? czemu to i podstawowa część "Eternal Atake" brzmią jak nagrane przez dwie zupełnie inne osoby? i czemu jedna z nich jest sobą, a druga zdecydowanie nie zjadła Snickersa?

tak zupełnie serio to rozumiem podejście autora i czemu materiał wydany tydzień temu w ambitnych założeniach miał składać się na studyjny, oficjalny longplay, a "LUV vs The World 2" ma w tych okolicznościach pełnić rolę obszernego zbioru bonusów łamanego na mixtape. bo to jest po prostu mixtape - pozbawiony jakiejkolwiek koherentnej narracji, odwołujący się do ducha materiałów z circa 2016 roku, do tego pełen gościnnie występujących kolegów, którym Uzik nie bał się dać aż ze wiele przestrzeni

ale odkładając na bok logikę budowanej przez rapera z Philly dyskografii to w kwestii czystego dostarczaniu FUNU te nowe 14 kawałków prowokuje u mnie Milowiczowe/Bolcowe "to mi się podoba, o to chodzi!"

nie znajdziemy tu astralnej otoczki i przerapowanych bangerów tagowanych jako STRAIGHT BARS, ale znajdziemy żyjące własnym introwertycznym życiem niespieszące się nigdzie zabawy z flow, dużo sympatyczniejszą artykulację pełnych polotu myśli autora. refreny przestały się zlewać ze zwrotkami i nawet bity mają w sobie dużo więcej żywiołu, oryginalności - nie mówię tego tylko dlatego, że mamy tu aż cztery produkcje mojego man crusha Pi'erre'a. ale skoro już o Piotrku wspomniałem, to podkład do "Yesssirskii" jest absolutnie magiczny i z pewnością ma moc uzdrawiania ludzi. jak i cała piosenka, 21 Savage ty zuchu

oczywiście nie jest to tak dobry zbiór utworów jak pierwsza część hołdu dla Scotta Pilgrima, ale sama moc przywoływania takich jak trzeba wspomnień i emocji działa na korzyść - i zarazem na niekorzyść właściwego "Eternal Atake"

ps ktoś wie co to za dziwna moda na wrzucanie bonus tracków na POCZĄTEK albumów? o tym jak bardzo "Lil Uzi Vert vs. the World 2" powinno być zupełnie niezależnym wydawnictwem już nie wspomnę
14 mar 2020, 15:58
jeśli zastanawiacie się czy Blueface znalazł faktycznie ten bit, to odpowiem wam. znalazł, nawet kilka. co najważniejsze ktoś mu zdradził sekret, że wcale nie musi w każdym podkładzie mieć tych cholernych perkusyjnych hitów a'la "Grindin'" Clipse'ów. te dalej są obecne, ale ogólnie to wachlarz mobbowo-hyphy'owo-ratchetowo-musztardowych inspiracji jest tutaj znacznie szerszy i ciekawszy - na tyle, że mogę w końcu się zastanowić czy Niebieskafacjata jest dobrym raperem czy nie jego offbeat nigdy mi nie przeszkadzał, bardziej sam nieciekawy głos i jakaś taka szerzej pojęta niechlujność. na "Find the Beat" odnalazłem trochę zrozumienia dla jego - co by nie było - specyficznej wizji, czasem niezdrowo zaśmiewając się z prymitywnych, ale mimo wszystko ubranych w pasujące DELIEVERY linijek. nie będę cytował, bo nie. jest w tym coś pociesznego, w tym całym bycie czerpiącym z filozofii "pół żartem pół serio" imienia świętego Based Goda hajlajty: oba utwory wyprodukowane prze D.A. Domana (coraz bardziej szanowanego przeze mnie stripclubowego minimalistę, autora m.in. "SWISH" i "Taste" Tygi, "Godzilla" Eminema) czyli "Vibes" i "Dirty", cholernie bujające "Weekend", rhytm'n'bluesowy crossover z Jeremihem w "Close Up", no i "Street Shit" - kojarzące mi się z incydentem odkopania jakiegoś zaginionego singla Mastera P z czasów świetności No Limit Records
jeśli zastanawiacie się czy Blueface znalazł faktycznie ten bit, to odpowiem wam. znalazł, nawet kilka. co najważniejsze ktoś mu zdradził sekret, że wcale nie musi w każdym podkładzie mieć tych cholernych perkusyjnych hitów a'la "Grindin'" Clipse'ów. te dalej są obecne, ale ogólnie to wachlarz mobbowo-hyphy'owo-ratchetowo-musztardowych inspiracji jest tutaj znacznie szerszy i ciekawszy - na tyle, że mogę w końcu się zastanowić czy Niebieskafacjata jest dobrym raperem czy nie

jego offbeat nigdy mi nie przeszkadzał, bardziej sam nieciekawy głos i jakaś taka szerzej pojęta niechlujność. na "Find the Beat" odnalazłem trochę zrozumienia dla jego - co by nie było - specyficznej wizji, czasem niezdrowo zaśmiewając się z prymitywnych, ale mimo wszystko ubranych w pasujące DELIEVERY linijek. nie będę cytował, bo nie. jest w tym coś pociesznego, w tym całym bycie czerpiącym z filozofii "pół żartem pół serio" imienia świętego Based Goda

hajlajty: oba utwory wyprodukowane prze D.A. Domana (coraz bardziej szanowanego przeze mnie stripclubowego minimalistę, autora m.in. "SWISH" i "Taste" Tygi, "Godzilla" Eminema) czyli "Vibes" i "Dirty", cholernie bujające "Weekend", rhytm'n'bluesowy crossover z Jeremihem w "Close Up", no i "Street Shit" - kojarzące mi się z incydentem odkopania jakiegoś zaginionego singla Mastera P z czasów świetności No Limit Records
14 mar 2020, 20:47
COVID-19 listening party doczekało się jeszcze jednego, niespodziankowego release'u
Zaktualizowano 15 mar 2020, 12:45
15 mar 2020, 12:45
wspólny album byłego partnera Eryki Badu i wciąż aktualnego partnera Beyoncé brzmi jak najważniejszy hiphopowy event sezonu i nie jest na szczęście wcale taki OVERWHELMING jak sugerowałoby w swoim tytule intro. "A Written Testimony" to dumnie niosące się echo złotej ery justblaze'owego luxury rapu z misją i - nie bójmy się tego przyznać - z samoświadomą aspiracją do bycia błyszczącą, duchową kontynuacją "Watch the Throne" jeśli miałbym mieć zastrzeżenia to będą dwa. pierwszym jest ten faktycznie dziwny, niewyrabiający czasem z obecną tu epickością miks/master - zwłaszcza gdy konfrontujemy utwory powstałe niedawno z takim wypuszczonym niemal dekadę temu "Shiny Suit Theory". po drugie - jest to wciąż projekt reklamowany jako solo Jaya Electroniki, a wszechobecność Jaya-Z (genialnego tutaj Jaya-Z - o tym później) może (ale nie musi) działać na niekorzyść gospodarza będącego w kiepskiej pozycji do bronienia swoich umiejętności jako samodzielnego autora własnego kurde albumu moim zdaniem bez Hovy projekt i tak świetnie by się obronił. Elec kompletuje tutaj wszystkie swoje atuty teasowane przez te kilkanaście lat, dając upust swoim naturalnym oratorskim predyspozycjom, swoim talentom do blendowania cząstek wysokiej, niskiej i bardzo niskiej (Paulo Coehlo) kultury w uniwersalne metafory, masowo posługując się terminologią z kręgów Nation of Islam w ten sposób, by i osoby zupełnie nieobeznane były w stanie wyszarpać odrobinę treści dla siebie. "Though I tarry through the valley of death, my Lord give me pasture / If you want to be a master in life, you must submit to a master / I was born to lock horns with the Devil at the brink of the hereafter / Me, the socket, the plug, and universal adapter". DAMN to, że Mr. Carter nie był tutaj potrzebny nie zmienia faktu, że i tak jest fantastyczny. to jest mój ulubiony Jay-Z - nie ten z trochę anemicznego "4:44", ani nie ten z tego duetu z żonką, o którym dopiero co sobie przypomniałem xD. bezczelne przechwałki na nieosiągalnym przez wielu wcale nie biednych kolegów poziomie ("Why would I not have a watch like a Saudi prince? / It unfoils / The slave that shook hands and humbled the duke of oil"), zakręcone strumienie świadomości oparte na homonimach niegłupich nawiązaniach ("I was trying not to end up like Tony in the restaurant / Now I'm the general of the geechie army / What don't kill us make us stronger, that's Nietzsche on me / Hot boy like I'm B.G., that Fiji on me" albo "The gift that keeps givin' like Babushka / Kush crushed up in the studio, rollin' Kate Bush up"). pomimo swej wypracowanej latami wyrazistości nigdy nie brzmi tak samo, zwłaszcza gdy nagle w nawiązaniu do pochodzenia gospodarza rzuca cholernie nowoorleański hook, albo wyraża swą rozpacz na widok pozostałego w telefonie kontaktu do Bryanta. sam nie ziomkowałem się z żadnym znanym zmarłym niedawno koszykarzem, ale wczuwam się w ten uniwersalny ból, jakiego uświadczył każdy człowiek w reakcji na takie pierdołowate pzypominajki o tym, że ktoś był i już go nie ma sorry że wyszła mi bardziej laurka dla Hovy, no ale właśnie o tym mówiłem - Electronica sam się o to prosił. tak czy inaczej - jest to świetny, inteligentny album pełen blichtru, rozmachu, ale takiego bez bizantyjsko-absurdalnej cepelii, do tego jeszcze taktycznie ozdobiony wokalami Travisa Scotta, The-Dreama czy Jamesa Fauntleroya. rankingu płyt 2020 jeszcze nie prowadzę, ale ta być może zasługuje na koszulkę lidera
wspólny album byłego partnera Eryki Badu i wciąż aktualnego partnera Beyoncé brzmi jak najważniejszy hiphopowy event sezonu i nie jest na szczęście wcale taki OVERWHELMING jak sugerowałoby w swoim tytule intro. "A Written Testimony" to dumnie niosące się echo złotej ery justblaze'owego luxury rapu z misją i - nie bójmy się tego przyznać - z samoświadomą aspiracją do bycia błyszczącą, duchową kontynuacją "Watch the Throne"

jeśli miałbym mieć zastrzeżenia to będą dwa. pierwszym jest ten faktycznie dziwny, niewyrabiający czasem z obecną tu epickością miks/master - zwłaszcza gdy konfrontujemy utwory powstałe niedawno z takim wypuszczonym niemal dekadę temu "Shiny Suit Theory". po drugie - jest to wciąż projekt reklamowany jako solo Jaya Electroniki, a wszechobecność Jaya-Z (genialnego tutaj Jaya-Z - o tym później) może (ale nie musi) działać na niekorzyść gospodarza będącego w kiepskiej pozycji do bronienia swoich umiejętności jako samodzielnego autora własnego kurde albumu

moim zdaniem bez Hovy projekt i tak świetnie by się obronił. Elec kompletuje tutaj wszystkie swoje atuty teasowane przez te kilkanaście lat, dając upust swoim naturalnym oratorskim predyspozycjom, swoim talentom do blendowania cząstek wysokiej, niskiej i bardzo niskiej (Paulo Coehlo) kultury w uniwersalne metafory, masowo posługując się terminologią z kręgów Nation of Islam w ten sposób, by i osoby zupełnie nieobeznane były w stanie wyszarpać odrobinę treści dla siebie. "Though I tarry through the valley of death, my Lord give me pasture / If you want to be a master in life, you must submit to a master / I was born to lock horns with the Devil at the brink of the hereafter / Me, the socket, the plug, and universal adapter". DAMN

to, że Mr. Carter nie był tutaj potrzebny nie zmienia faktu, że i tak jest fantastyczny. to jest mój ulubiony Jay-Z - nie ten z trochę anemicznego "4:44", ani nie ten z tego duetu z żonką, o którym dopiero co sobie przypomniałem xD. bezczelne przechwałki na nieosiągalnym przez wielu wcale nie biednych kolegów poziomie ("Why would I not have a watch like a Saudi prince? / It unfoils / The slave that shook hands and humbled the duke of oil"), zakręcone strumienie świadomości oparte na homonimach niegłupich nawiązaniach ("I was trying not to end up like Tony in the restaurant / Now I'm the general of the geechie army / What don't kill us make us stronger, that's Nietzsche on me / Hot boy like I'm B.G., that Fiji on me" albo "The gift that keeps givin' like Babushka / Kush crushed up in the studio, rollin' Kate Bush up"). pomimo swej wypracowanej latami wyrazistości nigdy nie brzmi tak samo, zwłaszcza gdy nagle w nawiązaniu do pochodzenia gospodarza rzuca cholernie nowoorleański hook, albo wyraża swą rozpacz na widok pozostałego w telefonie kontaktu do Bryanta. sam nie ziomkowałem się z żadnym znanym zmarłym niedawno koszykarzem, ale wczuwam się w ten uniwersalny ból, jakiego uświadczył każdy człowiek w reakcji na takie pierdołowate pzypominajki o tym, że ktoś był i już go nie ma

sorry że wyszła mi bardziej laurka dla Hovy, no ale właśnie o tym mówiłem - Electronica sam się o to prosił. tak czy inaczej - jest to świetny, inteligentny album pełen blichtru, rozmachu, ale takiego bez bizantyjsko-absurdalnej cepelii, do tego jeszcze taktycznie ozdobiony wokalami Travisa Scotta, The-Dreama czy Jamesa Fauntleroya. rankingu płyt 2020 jeszcze nie prowadzę, ale ta być może zasługuje na koszulkę lidera
15 mar 2020, 15:26
Użytkownik Streamujcie zagraniczne rap płyty oglądał: Westworld.
Westworld
trzeci sezon Westworld prezentuje nam przerażającą dystopijną wizję świata, w którym jednym przyciśnięciem guzika możesz zmusić pół miasta do słuchania Death Grips
16 mar 2020, 12:06
przyszłość maluje się w jaskrawych barwach dla @[1430648807010572:274:Rico Nasty] i nie mówię tutaj tylko o oprawie poniżej podlinkowanego cyberpunkowego teledysku

raperka nie tylko buduje ostatnio solidną markę w roli go-to-artystki na EDM-owy featuring (sprawdźcie tegoroczne numery z 100 Gecs i Boys Noize!), ale również teasuje nam z singla na singiel coraz to potężniejszy follow up do "Nasty" (albo do "Anger Management", jeśli uwzględnimy również to zuchwałe collabo z Kennym). może powiedzieć, że idzie jak burza - no bo wiecie, piorun, tytuł singla, zabawne takie z mojej strony
Zaktualizowano 17 mar 2020, 20:06
17 mar 2020, 20:06
@[137866859599374:274:Slim Thug] ze swoją niezłomną charyzmą i biznesplanem w kieszeni zapewnia nas, że wszystko będzie dobrze i wyjdziemy po tym wszystkim na plus - nawet jeśli zgodnie ze słowami wysamplowanego Charlesa Bradleya świat stoi w płomieniach. piękny singielek

to nie jest specjalnie interesujący pod względem rapowych premier weekend - no chyba, że jesteś koneserem hip hopów z Houston. wtedy, oprócz wspomnianego singla Thuggi dostajesz jeszcze nowe solo Paula Walla, a także sequel kultowego debiutu Lil' Flipa - "The Leprechaun 2". na tym ostatnim zaś znajdziesz trwający prawie 20 minut posse-cut z gościnkami K-Rino, prawie każdego żyjącego członka Screwed Up Click i cholera wie kogo tam jeszcze. aż poczułem się jakby znów był 2008 rok czy coś koło tego
Zaktualizowano 21 mar 2020, 17:15
21 mar 2020, 17:15
Killer Mike i El-P już po nas jadą, w "Yankee And The Brave" zajeżdżają nam drogę czarnym jak wyngiel Buickiem i wymachując pistoletami sprzedają nam przysłowiowego liścia na odmułę. moc technicznych akrobacji, wbite siłą młota kowalskiego zapewnienie, że nowy projekt @[665814993476244:274:Run The Jewels] jest w drodze, nie tylko dla wynagrodzeń innymi słowy: dostajemy to co zawsze, formułę sprawdzoną aż za. póki mamy do czynienia z pierwszym singlem po ponad trzyletniej przerwie - rozumiem, respektuję. od albumu roboczo, a zapewne i ostatecznie zatytułowanego "RTJ4" jako całości chciałbym wymagać czegoś więcej - poczuć to co czułem przy odsłuchu drugich "Klejnocików", kiedy to artystyczna więź między duetem zacieśniła się i rozrosła się do WIĘKSZYCH NIŻ ŻYCIE (w porównaniu do debiutu) rozmiarów. nie wiem czy to możliwe, ale nie zabraniajcie mi pomarzyć co
Killer Mike i El-P już po nas jadą, w "Yankee And The Brave" zajeżdżają nam drogę czarnym jak wyngiel Buickiem i wymachując pistoletami sprzedają nam przysłowiowego liścia na odmułę. moc technicznych akrobacji, wbite siłą młota kowalskiego zapewnienie, że nowy projekt Run The Jewels jest w drodze, nie tylko dla wynagrodzeń

innymi słowy: dostajemy to co zawsze, formułę sprawdzoną aż za. póki mamy do czynienia z pierwszym singlem po ponad trzyletniej przerwie - rozumiem, respektuję. od albumu roboczo, a zapewne i ostatecznie zatytułowanego "RTJ4" jako całości chciałbym wymagać czegoś więcej - poczuć to co czułem przy odsłuchu drugich "Klejnocików", kiedy to artystyczna więź między duetem zacieśniła się i rozrosła się do WIĘKSZYCH NIŻ ŻYCIE (w porównaniu do debiutu) rozmiarów. nie wiem czy to możliwe, ale nie zabraniajcie mi pomarzyć co
23 mar 2020, 17:16
nie pamiętam kiedy ostatnio coś prawdziwie zauroczyło mnie swoją "outkastowością" - tak jak właśnie zauroczyło mnie "12.38" od Childisha Gambino z 21 Savage'em na featuringu

zamiast pakowania muzycznej treści w oczywiste sygnały do fanów OutKast oparte na łopatologicznie charakterystycznych chwytach, Glover tworzy coś co mogłoby naprawdę zrodzić się w głowie Andre 3000 - gdyby ten postanowił nas czymś zaskoczyć w 2020 roku. "12.38" to misternie przeciągnięty funk-rapowy epic opowiadający o psychodelicznym tripie Z KOLEŻANKOM, w którym to okoliczności samopoczucia zmieniają się co wers, a w tle przygrywają sobie ładne pioseneczki to Chaki Khan, to SZy, a innym razem i Toni Braxton. leniwy post-neptunesowy bit zalany zostaje unikającym formalności frywolnym miksem wokalnych artykulacji - mumble-corowa nawijka w sekundę może stać się ciepłym chórkiem rodem z drugiego planu, potem mówioną dygresją, a zaraz tam jeszcze esencjonalnym falsetem. kiedy poczułem, że Anderson .Paak i Tyler wyeksploatowali już rap-soulowe fuzje na wszelkim możliwy sposób, to wjeżdża Donald i każe potrzymać piwo

jeżeli 'Bino jest tutaj Andrzejem (btw wtrącenie z "Vibrate" - bardzo WELL PLAYED), to czy 21 Savage miał być Big Boiem? no nie, skąd taki pomysł. nie zmienia to faktu, że raper z nożem na czole - pomimo ignorowania tematu piosenki - po raz kolejny rozczula mnie swoim byciem sobą ("I'm on a private jet eatin' Popeyes chicken / I be flexin' like I'm eatin' Popeye's spinach"), a na tym pełnym duszy podkładzie bawi się równie dobrze, co na posępnych minimalach od Metro

w ogóle cały album - pomimo pretensjonalnego podejścia do okładek/tytułów - jest kapitalny i uważam, że dostaję trochę za mało miłości w internecie, w porównaniu np do hajpu jaki miał miejsce dwa lata wokół samego "This Is America"
Zaktualizowano 23 mar 2020, 19:45
23 mar 2020, 19:45
no i pyk, kolejny singiel od @[665814993476244:274:Run The Jewels]. może jak dalej będą w takim tempie wytaczać kolejne działa, to usłyszymy nowy album w najbliższy piątek?

"Ooh LA LA" weszło jakby trochę lepiej, forma bardziej oderwała się od oklepanej mitologii RTJ - nawet jeśli oznaczało to przeskoczenie na mitologię Gang Starrów ("DWYCK", elo rap)

mało osób zwróciło na to uwagę, ale El Producto wyraźnie zaczyna unikać stołka producenta. ani ten, ani poprzedni singiel nie zostały nagrane na jego bitach - a przyznam, że przy "Yankee and the Brave (ep. 4)" się nabrałem - wielu z was pewnie również. jeśli taka decyzja dotyczy całości "RTJ4", to nawet trochę jestem do niej przekonany - połowicznie, ale przekonany. najważniejsze żeby przekonani byli El-P i Killer Mike - może jest to faktycznie jakaś droga do odkrycia się na nowo w oczach i uszach słuchaczy? chyba tym bardziej będę wypatrywał owoców tej dłuższej niż zazwyczaj przerwy
Zaktualizowano 25 mar 2020, 18:53
25 mar 2020, 18:53
u Future'a w porządku, teasuje nadchodzący album, rzuca gdzieniegdzie fajne gościnne zwrotki, a w ramach swojej fundacji FreeWishes szyje maseczki dla mieszkańców Atlanty. wiem, że to nie ten sam poziom DOBRA co Zbigniew Hołdys pozwalający ludziom śpiewać piosenki, no ale i tak nie sposób nie pochwalić

chwalić będę również "TYCOON" za klarowny przekaz o silnym przywiązaniu do korzeni, za nabierający mocy za każdym kolejnym podejściem refren, no i za Wheezy'ego będącego Wheezym. oprócz tego, nie wiedzieć czemu, zachciało mi się nagle zagrać w RollerCoaster Tycoon
Zaktualizowano 28 mar 2020, 19:32
28 mar 2020, 19:32
to miała być notka o jednej piosence z "LULU". okazało się, że na znak jakości #SZRP zasłużyły dwa utwory i to takie występujące na trackliście obok siebie, raczej nieprzypadkowo "Shoot Sideways" dostarczyło mi dreszczy i cholernie SAJPRESOWEGO klimatu już na jakiś czas przed premierą epki. pełen grozy loop Alchemista bawi się retoryką tych bardziej współczesnych produkcji DJa Muggsa (który coś cicho w tym roku siedzi?), a ScHoolboy Q za swoim zawadiackim refrenem zabiera nas w TAMTE CZASY. a jak jeszcze wjeżdża przejście do następnego numeru to już nie ma ani cienia wątpliwości, że było w studiu mocno palone with "III: Temples of Boom" playing in the background potem zaczyna się "Calvin", które natychmiast pozbawia nas tamtego komfortu i rzuca nas w sam środek pojedynku NY drillowego naturalizmu z sepią surowego post-boom bapu. Conway znajduje tu dla siebie takie flow, że aż chciałoby się prosić o dokładkę oczywiście cała epeczka od Conway the Machine i Alchemista to kolejny udany strzał wyprowadzony z obozu Griseldy. obozu, którego jakimś cudem nie miałem jeszcze okazji na peju spropsować za to co robią. już nawet Drake przymierza się do położenia łapska na ich soundzie - jeśli to nie jest symboliczny dowód na to, że ZROBILI TO CHŁOPAKI, to nie wiem co może być
to miała być notka o jednej piosence z "LULU". okazało się, że na znak jakości #SZRP zasłużyły dwa utwory i to takie występujące na trackliście obok siebie, raczej nieprzypadkowo

"Shoot Sideways" dostarczyło mi dreszczy i cholernie SAJPRESOWEGO klimatu już na jakiś czas przed premierą epki. pełen grozy loop Alchemista bawi się retoryką tych bardziej współczesnych produkcji DJa Muggsa (który coś cicho w tym roku siedzi?), a ScHoolboy Q za swoim zawadiackim refrenem zabiera nas w TAMTE CZASY. a jak jeszcze wjeżdża przejście do następnego numeru to już nie ma ani cienia wątpliwości, że było w studiu mocno palone with "III: Temples of Boom" playing in the background

potem zaczyna się "Calvin", które natychmiast pozbawia nas tamtego komfortu i rzuca nas w sam środek pojedynku NY drillowego naturalizmu z sepią surowego post-boom bapu. Conway znajduje tu dla siebie takie flow, że aż chciałoby się prosić o dokładkę

oczywiście cała epeczka od Conway the Machine i Alchemista to kolejny udany strzał wyprowadzony z obozu Griseldy. obozu, którego jakimś cudem nie miałem jeszcze okazji na peju spropsować za to co robią. już nawet Drake przymierza się do położenia łapska na ich soundzie - jeśli to nie jest symboliczny dowód na to, że ZROBILI TO CHŁOPAKI, to nie wiem co może być
30 mar 2020, 21:26
w związku z wiadomo jakimi okolicznościami wpływającymi na bieżącą kondycję sceny, na nastroje, na w zasadzie wszystko co istnieje na tym świecie, postanowiłem zainwestować trochę sił w kącik wspominkowy. oparty o coś, o czym mam ochotę napisać BO TAK, albo kiedy powrót po latach do jakiegoś albumu skłoni mnie do głębokiej reminiscencji, zastanowienia się czy czegoś przypadkiem nie przeceniałem albo czy nie doceniałem a tak naprawdę to chciałem odpowiedzieć na pytanie: jaki album idealnie nadaje się na trudne czasy? jeśli wy macie jakąś swoją odpowiedź na to pytanie to zapraszam do podzielenia się. ja tym czasem opowiem o tym jak dobrze słucha mi się "To tha X-Treme" Devina gdy za oknem (i to "za oknem" jest tym razem kluczowe) piękna pogoda, a świat się sypie na naszych oczach @[396630654487:274:Devin The Dude] nie jest oczywiście postacią, która musi być przedstawiana polskiemu słuchaczowi. ten usłyszał chyba już wiele dobrego od naszych rodzimych raperów - głównie tych związanych z @[151093424929451:274:Alkopoligamia.com]. nie był nigdy tylko i wyłącznie hehe luzakiem co jara blanty dla hehe luzaków co jarają blanty. zbudowany nad Wisłą etos Devinka - sprzeciwiającego się atakującym zewsząd trendom, gardzącego pustosłowem typu braggadocio, nienarzucającego się nikomu indywidualisty - był w zasadzie całkiem słuszny i do dziś trzyma się kupy, a od solowego debiutu minęło ponad dwie dekady "To tha X-Treme" zawsze uważałem za jego magnum opus. trwający prawie osiemdziesiąt minut materiał tak bardzo obfitował w cholernie udane pomysły, że z reszty albumów można byłoby zlepić jeden - góra dwa - równie udane krążki. cała ta "kampania niebywałych doznań" rozpoczyna się wraz z otwierającym title trackiem, rozleniwionym do oporu g-funkiem/houston soundem, rozlanym po pokoju w którym jest odsłuchiwany, manifestującym główny przekaz twórczości Devina, czyli "dajcie mi robić to co chcę, nic wam do tego". imponująca beztroska tego typu deklaracji znacznie starszemu słuchaczowi nie imponuje już w taki sposób jak kiedyś, ale za to umila nasz byt jako czysto eskapistyczna fantazja nie wszystko jest kolorowe w życiu, czasem ostatnie dolary nieświadomie pójdą na Budweisera, czasem nie ułoży się z kobietą. ale żyje się dalej, bo "Anythang is plenty man and is better than an nothin at all". to "Antyhang" jest świetnym przykładem tego jak w sposób atrakcyjny, ciepły i godny zachowania w serduszku ubrać ultra-uniwersalną prawdę o życiu. to że słyszymy ją od typa w kaszkiecie z czerwonymi oczami od wstrzykiwania marichuanen w kanał, przewrotnie potęguje moc tychże słów jako słuchacz o wiele bardziej świadomy muzycznie niż ten młokos z 2004 roku, doceniam kunszt "To tha X-Treme" bardziej niż te naście lat temu. projekt czerpie to co najlepsze z klasycznego Houston rapu spod znaku Geto Boys, ale i z panującego wówczas boomu na wyżywających się artystycznie freaków pokroju Andre 3000 i Cee Lo Greena. akustyczna poetyka "Right Now", kapitalnie wysamplowany soundtrack Williego Hutcha w "Cooter Brown", zreversowane synthy w "Freak", pocieszna rekonstrukcja wydarzeń z czasów świetności Sugarhill Gangu w "Party". w "Tha Funk" Devin parafrazuje George'a Clintona, ale oprócz tego pokazuje, że ROZUMIE George'a Clintona, a nie jest to bynajmniej pewnik w świecie ubóstwiających p-funk raperów w całym tym tyglu inspiracji (i ich krystalicznie nienachalnej realizacji), rezonujących z duszą prostych melodii, centralną postacią pozostaje sam Dudeł, zarażając na każdym kroku swoim podejściem, wpędzając w upojny haj nawet najbardziej trzeźwe umysły. "wszystko jakoś tam będzie" - mówi nam autor albumu. nie krzyczy, mówi. "nie namawia, lecz powtarza w kółko...". z czymkolwiek nieprzyjemnym mamy w żyćku do czynienia, Devin i jego terapeutyczne brzmienia działają jak najlepszy odkamieniacz. w czasach, kiedy powiedzieć komuś "wyjdź do ludzi, pobiegaj" nie jest na miejscu (ps tak naprawdę nigdy nie jest na miejscu), polecajcie ten krążek i róbcie to do ekstremum
w związku z wiadomo jakimi okolicznościami wpływającymi na bieżącą kondycję sceny, na nastroje, na w zasadzie wszystko co istnieje na tym świecie, postanowiłem zainwestować trochę sił w kącik wspominkowy. oparty o coś, o czym mam ochotę napisać BO TAK, albo kiedy powrót po latach do jakiegoś albumu skłoni mnie do głębokiej reminiscencji, zastanowienia się czy czegoś przypadkiem nie przeceniałem albo czy nie doceniałem

a tak naprawdę to chciałem odpowiedzieć na pytanie: jaki album idealnie nadaje się na trudne czasy? jeśli wy macie jakąś swoją odpowiedź na to pytanie to zapraszam do podzielenia się. ja tym czasem opowiem o tym jak dobrze słucha mi się "To tha X-Treme" Devina gdy za oknem (i to "za oknem" jest tym razem kluczowe) piękna pogoda, a świat się sypie na naszych oczach

Devin The Dude nie jest oczywiście postacią, która musi być przedstawiana polskiemu słuchaczowi. ten usłyszał chyba już wiele dobrego od naszych rodzimych raperów - głównie tych związanych z Alkopoligamia.com. nie był nigdy tylko i wyłącznie hehe luzakiem co jara blanty dla hehe luzaków co jarają blanty. zbudowany nad Wisłą etos Devinka - sprzeciwiającego się atakującym zewsząd trendom, gardzącego pustosłowem typu braggadocio, nienarzucającego się nikomu indywidualisty - był w zasadzie całkiem słuszny i do dziś trzyma się kupy, a od solowego debiutu minęło ponad dwie dekady

"To tha X-Treme" zawsze uważałem za jego magnum opus. trwający prawie osiemdziesiąt minut materiał tak bardzo obfitował w cholernie udane pomysły, że z reszty albumów można byłoby zlepić jeden - góra dwa - równie udane krążki. cała ta "kampania niebywałych doznań" rozpoczyna się wraz z otwierającym title trackiem, rozleniwionym do oporu g-funkiem/houston soundem, rozlanym po pokoju w którym jest odsłuchiwany, manifestującym główny przekaz twórczości Devina, czyli "dajcie mi robić to co chcę, nic wam do tego". imponująca beztroska tego typu deklaracji znacznie starszemu słuchaczowi nie imponuje już w taki sposób jak kiedyś, ale za to umila nasz byt jako czysto eskapistyczna fantazja

nie wszystko jest kolorowe w życiu, czasem ostatnie dolary nieświadomie pójdą na Budweisera, czasem nie ułoży się z kobietą. ale żyje się dalej, bo "Anythang is plenty man and is better than an nothin at all". to "Antyhang" jest świetnym przykładem tego jak w sposób atrakcyjny, ciepły i godny zachowania w serduszku ubrać ultra-uniwersalną prawdę o życiu. to że słyszymy ją od typa w kaszkiecie z czerwonymi oczami od wstrzykiwania marichuanen w kanał, przewrotnie potęguje moc tychże słów

jako słuchacz o wiele bardziej świadomy muzycznie niż ten młokos z 2004 roku, doceniam kunszt "To tha X-Treme" bardziej niż te naście lat temu. projekt czerpie to co najlepsze z klasycznego Houston rapu spod znaku Geto Boys, ale i z panującego wówczas boomu na wyżywających się artystycznie freaków pokroju Andre 3000 i Cee Lo Greena. akustyczna poetyka "Right Now", kapitalnie wysamplowany soundtrack Williego Hutcha w "Cooter Brown", zreversowane synthy w "Freak", pocieszna rekonstrukcja wydarzeń z czasów świetności Sugarhill Gangu w "Party". w "Tha Funk" Devin parafrazuje George'a Clintona, ale oprócz tego pokazuje, że ROZUMIE George'a Clintona, a nie jest to bynajmniej pewnik w świecie ubóstwiających p-funk raperów

w całym tym tyglu inspiracji (i ich krystalicznie nienachalnej realizacji), rezonujących z duszą prostych melodii, centralną postacią pozostaje sam Dudeł, zarażając na każdym kroku swoim podejściem, wpędzając w upojny haj nawet najbardziej trzeźwe umysły. "wszystko jakoś tam będzie" - mówi nam autor albumu. nie krzyczy, mówi. "nie namawia, lecz powtarza w kółko...". z czymkolwiek nieprzyjemnym mamy w żyćku do czynienia, Devin i jego terapeutyczne brzmienia działają jak najlepszy odkamieniacz. w czasach, kiedy powiedzieć komuś "wyjdź do ludzi, pobiegaj" nie jest na miejscu (ps tak naprawdę nigdy nie jest na miejscu), polecajcie ten krążek i róbcie to do ekstremum
3 kwi 2020, 17:25
najbardziej wdzięcznym elementem twórczości Drejka była dla mnie zawsze ta swoboda, z którą on i jego creative team forsowali własne podejście do muzyki, a sukcesy na płaszczyźnie biznesowej były po prostu wartością dodaną

ta formuła chyba powoli się wyczerpuje, a Drizzy rozpieszczony memami i viralowymi challenge'ami (przy okazji "In My Feelings" - utworu przyjemnego niezależnie od towarzyszącego mu hajpu) prezentuje singiel wyprofilowany priorytetowo na podbicie TikToka. meh

dodajmy do tego jeszcze te dwie pół-piosenki z zeszłego miesiąca. chyba pierwszy raz od dziesięciu lat NIE czekam na nowy album Aubreya : C
Zaktualizowano 3 kwi 2020, 19:15
3 kwi 2020, 19:15
i know i know i know i know i know i know i know i know i know i know że to trochę spóźniony wpis, ale @[59637263183:274:Bill Withers] i jego albumy były istotnym przedmiotem mojej edukacji muzycznej, bez jego folkowego podejścia do soulu nic nie byłoby takie samo. "Just as I Am", "Still Bill", "Menagerie" i nie tylko. tyle dobrego, ech. R.I.P. szefie

a "Use Me Up" od UGK to jeden z ulubionych rapowych singli biorących na warsztat muzykę spod pióra pana Billa
Zaktualizowano 4 kwi 2020, 21:32
4 kwi 2020, 21:32
wiem, że mało ostatnio u mnie o nowościach, no ale taki klimat ostatnio. za to na piątek szykuję wyjątkowo obszerny (jak na moje warunki) tekst. poniżej wyreżyserowany przez Spike'a Lee i zatańczony przez Rosie Perez trailer tejże właśnie piątkowej notki
Zaktualizowano 7 kwi 2020, 22:24
7 kwi 2020, 22:24
yesssssss

dobre wieści z cyfrowego świata streamingu. nie dość że Future podbudowuje oczekiwanie na nadchodzący album ("Life Is Good") uzupełniając nasze biblioteki o brakujące pozycje z jego epickiego runu kultowych mixtape'ów, to jeszcze ten news. 20 kwietnia because oczywiście, że 20 kwietnia. w samą porę pod grilla ze znajomymi, a przynajmniej pod jego tęskną wizualizację w mojej głowie

będzie słuchane, rzecz jasna ze skipowaniem tracku numer 13 - tego typu skity to absolutnie najgorsze zwyrodnienie złotej ery hip hopu
Zaktualizowano 9 kwi 2020, 18:44
9 kwi 2020, 18:44
tak jak kiedyś obiecałem - bardzo ważny dla mnie wpis z okazji 10 kwietnia. z okazji dnia, na który przypada okrągła rocznica niezwykle wstrząsającego wydarzenia. mowa oczywiście o premierze jednego z najmocniejszych, najbardziej osobliwych i najmniej wygodnych albumów w historii hip hopu. "Fear of a Black Planet" Public Enemy kończy dziś trzydzieści lat ok, przyjęło się w pewnych gronach słuchaczy uważać, że to "It Takes a Nation of Millions to Hold Us Back" stało się pomnikiem ze spiżu dla politycznego rapu w ery newschoolu/wczesnej złotej ery. jest w tym wiele prawdy, gdyż zarówno projekt z 1988 jak i rok wcześniej wydany debiut ustawiły już PE jako tą grupę-instytucję z nie zawsze akceptowalnymi poglądami i z mocnym - dla co poniektórych zbyt mocnym - uderzeniem na bitach. na "Fear of a Black Planet" wszystko co do tej pory im się udało, zostało doprowadzone do perfekcji. całe dotychczasowe zwątpienie zagubionych słuchaczy stworzyło potwora, który zamiast przekonywać do siebie hejterów, niósł ich słowa dumnie na piersi niczym odznaczenia za wybitne zasługi. bo po co komuś zamykać mordę, skoro można jeszcze mocniej dokręcić śruby artystycznej radykalizacji? powiedzmy to sobie od razu: radykalność poglądów Chucka D i ekipa bywa w odbiorze... dziwna. z jednej strony łatwo zdystansować się do obrazu złej białej Ameryki o twarzach Johnów Wayne'ów i Elvisów Presleyów - i tak dogorywających już w moich oczach symbolów kultury rodem ze wspomnień naszych rodziców i dziadków. w przypadku wielu argumentów przedstawianych przez zespół w zasadzie dałoby radę podmienić etykietę "czarnoskórzy" na dotyczącą jakiejkolwiek innej mniej uprzywilejowanej grupy społecznej i nawet by to grało. już sam title track umiejętnie rozpracowuje mechanizm myślenia rodzącego w społeczeństwie wszelkiej maści -izmy i -fobie. takie "Revolutionary Generation" wcale nie musiało dotyczyć wyłącznie czarnych kobiet by móc funkcjonować w roli bardziej uniwersalnego, feministycznego hymnu no ale mamy też te mniej konweniujące elementy merytoryki afrocentryków, relikty przestarzałego podejścia do życia, kojarzące się z tym wują przy rodzinnym stole co chcielibyśmy by przy nim nie dochodziło do rozmów na temat polityki. to powoływanie się na pseudonaukowców pokroju Frances Cress Welsing. to naturalnie wpisana w tamtą epokę homofobia spod znaku NO JAK TO TAK CHŁOP Z CHŁOPEM XD. to naiwnie tendencyjna teza postawiona w "Pollywanacraka" - że jedynie związki endogamiczne mogą wynikać z prawdziwej miłości, bo w tych międzyrasowych to przecież chodzi zawsze o MATERJALIS. pomimo lekkich zgrzytów zębami przy takich właśnie momentach zdaje sobie sprawę z tego jak cały ten światopoglądowy całokształt uwarunkowany jest czynnikami środowiskowymi, których jako biały człowiek z dobrego, wschodnioeuropejskiego domu i tak nigdy nie ogarnę. a jeśli coś z natury ma wprawiać słuchacza w zakłopotanie i dalej to robi trzy dekady później to chyba coś jednak działa jak należy a jakie te poglądy by nie były, ich DELIEVERY stało na najwyższym poziomie, a dogłębna analiza zepsucia poszczególnych instytucji dysfunkcyjnego państwa daje wrażenie podpartych trzeźwą, a przynajmniej cholernie szczerą w oczach twórców obserwacją. szyderczy, anty-policyjny paszkwil Flavy w "911 is a Joke", zarzuty o rzucanie kłód pod nogi zdolnym braciom w "Who Stole the Soul", no i kultowe "Burn Hollywood Burn", gdzie uprzejmie życzy się przemysłowi filmowemu by upadł i sobie głupi ryj rozwalił. z gościnnym udziałem Ice Cube'a, który w tym samym czasie szykował swój bezprecedensowy projekt solowy - na bitach podlegającego pod szerzej pojmowane Public Enemy teamu producenckiego, czyli Bomb Squadu no właśnie... najwyższa pora przejść do elementu równie ważnego co polityczny ładunek wersów Chucka i Flavy - a w przypadku tej konkretnej płyty wręcz GAME CHANGERA. bo kiedy mówimy o mocy słów to dyskusja prowadzona jest w kilotonach, ale biorąc pod uwagę podkłady trzeba przenieść rozmowę w sferę megaton. to co wychodziło spod bitmaszyn Erica Sadlera oraz Keitha i Hanka Schocleech roznosiło głośniki i tak już oswojone z szokującą, industrialną linią "It Takes a Nation..." początek lat 90 w hip hopie to w ogóle był bardzo interesujący czas dla produkcji rapowej - twórcy coraz bardziej wierzyli w potencjał drzemiący w sztuce łączenia sampli, a jeszcze nikt tak szczerze nie jorgnął się, że muzyka może być chroniona czymś takim jak.. nie wiem... prawa autorskie? to krótko trwające odurzenie i zachłyśnięcie się beztroską samplodelią zaowocowało trzeba nad-albumami - absolutnymi świętościami złotej ery. mówię o "Paul's Boutique" Beastie Boysów i The Dust Brothers, "3 Feet High & Rising" Prince'a Paula i pacyfistów z De La, oraz według mnie najbardziej szalonym z całej trójki "Fear of a Black Planet" bo tam gdzie inni budowali coś z jednego, góra dwóch źródeł, tak "bombowcy" czerpali z kilkunastu naraz. sampel na samplu, pod samplem i w samplu, Bomb Squad w imię czegoś kompletnie przeciwnego do subtelności nakładał na siebie liczne warstwy loopów, breaków, krystalizując w ten sposób koncept stosowania "ściany dźwięku" w hip hopie. sam, Chuck D z dumą porównywał swych bitmejkerów do Phila Spectora - co oczywiście w 1990 roku jeszcze nie brzmiało jak jedna z największych możliwych obelg w stosunku do drugiego człowieka. zawieszone ideologicznie gdzieś między noise'em, hardcore'em a musique concrete kaskady dźwięków doskonale wynoszą do dziś apokaliptyczny ton bangerów pokroju "Brothers Gonna Work it Out" czy "Welcome to the Terrordome". te jednolite, ale jednak zniuansowane fasady, często dodatkowo ryte i haratane niekonwencjonalnie wykorzystanymi jinglami starych soulowych szlagierów oraz wiercącym dziurę w głowie cutom Terminatora nie były efektem upierdliwie precyzyjnego podsmażania muzyczki w domowym zaciszu - zgodnie z relacjami autorów w większości były organicznymi efektami tranzystorowych live jamów organizowanych bezpośrednio podczas sesji nagraniowych oczywiście produkcja nie zawsze była niczym i wszystkim jednocześnie - głębokie zaangażowanie głównego tekściarza grupy owocowało również bitami fokusującymi na utrzymanie pewnej konwencji, czy wykręcenie muzycznego pranka. tak jak wspomniane "Pollywannacracka" małpujące seksowną, quiet stormową audycję radiową, czy bardziej jednoznaczne śmieszkowanie z miami bassu w "Power to the People" albo z new jack swingu w "Revolutionary Generation". wszystkie te eksperymenty odbywały się rzecz jasne w nieprzerwanej formie "plunderfonicznego" chaosu, bez wychodzenia z charakteru kurczę, muzycznie ten album po tylu latach dalej potrafi wprowadzić w ten dziwnie przyjemny dyskomfort, skłonić do refleksji nad zastosowaną techniką, pozwolić mi usłyszeć ten jeden sampel, który poprzednio mi nie wpadł do ucha RZA. Company Flow, Run the Jewels, Dälek, Cannibal Ox. Danny Brown. Kanye West z czasów Yeezusa i późniejszych, Odd Future. Swizz Beatz. Metro Boomin. Death Grips, Clipping. jpegmafia. mógłbym wymieniać i wymieniać artystów, którzy dziś nie istnieli by bez artystycznego statementu zaserwowanego na tym krążku. produkcyjnie "Fear of a Black Planet" jest patronem każdego hiphopowego popaprańca, offbeatowego myśliciela, nonkonformisty jaki kiedykolwiek zaistniał i postanowił coś zrobić oryginalnego, bez strachu i oporów "że się nie spodoba, że nie wypali" no i tak się jakoś rozpisałem. ale tak jak już kiedyś was ostrzegałem - jest to mój numer jeden album w historii tego gatunku i wychodzę z nim przy okazji każdej plemiennej potyczki między wyznawcami "36 Chambers" a wyznawcami "Illmatica". ponadczasowy klasyk, który dzięki swoim (anty)wdziękom i anachronizmom broni się i dalej będzie się znakomicie bronił. i nawet jak Chuck D z Flavą przestaną się do siebie już na zawsze odzywać z powodu jakiegoś Berniego Sandersa (xD), to ich magnum opus nie tknie absolutnie nic PS. cały wpis nawet nic nie wspomniałem o najważniejszym utworze na płycie, czyli "Fight the Power". singiel jednoznacznie związany jest także z jakże kultowym filmem Spike'a Lee. "Do the Right Thing" w inteligentny sposób objawił błędne koło napędzające napięcia w jednym z nowojorskich sąsiedztw, a sam utwór autorstwa PE posłużył jako rakietowe paliwo do szeregu pewnych wydarzeń. miałem to jakoś spuentować, ale zapominałem jak. po prostu muzyka czasem ma ogromną moc, ok?
tak jak kiedyś obiecałem - bardzo ważny dla mnie wpis z okazji 10 kwietnia. z okazji dnia, na który przypada okrągła rocznica niezwykle wstrząsającego wydarzenia. mowa oczywiście o premierze jednego z najmocniejszych, najbardziej osobliwych i najmniej wygodnych albumów w historii hip hopu. "Fear of a Black Planet" Public Enemy kończy dziś trzydzieści lat

ok, przyjęło się w pewnych gronach słuchaczy uważać, że to "It Takes a Nation of Millions to Hold Us Back" stało się pomnikiem ze spiżu dla politycznego rapu w ery newschoolu/wczesnej złotej ery. jest w tym wiele prawdy, gdyż zarówno projekt z 1988 jak i rok wcześniej wydany debiut ustawiły już PE jako tą grupę-instytucję z nie zawsze akceptowalnymi poglądami i z mocnym - dla co poniektórych zbyt mocnym - uderzeniem na bitach. na "Fear of a Black Planet" wszystko co do tej pory im się udało, zostało doprowadzone do perfekcji. całe dotychczasowe zwątpienie zagubionych słuchaczy stworzyło potwora, który zamiast przekonywać do siebie hejterów, niósł ich słowa dumnie na piersi niczym odznaczenia za wybitne zasługi. bo po co komuś zamykać mordę, skoro można jeszcze mocniej dokręcić śruby artystycznej radykalizacji?

powiedzmy to sobie od razu: radykalność poglądów Chucka D i ekipa bywa w odbiorze... dziwna. z jednej strony łatwo zdystansować się do obrazu złej białej Ameryki o twarzach Johnów Wayne'ów i Elvisów Presleyów - i tak dogorywających już w moich oczach symbolów kultury rodem ze wspomnień naszych rodziców i dziadków. w przypadku wielu argumentów przedstawianych przez zespół w zasadzie dałoby radę podmienić etykietę "czarnoskórzy" na dotyczącą jakiejkolwiek innej mniej uprzywilejowanej grupy społecznej i nawet by to grało. już sam title track umiejętnie rozpracowuje mechanizm myślenia rodzącego w społeczeństwie wszelkiej maści -izmy i -fobie. takie "Revolutionary Generation" wcale nie musiało dotyczyć wyłącznie czarnych kobiet by móc funkcjonować w roli bardziej uniwersalnego, feministycznego hymnu

no ale mamy też te mniej konweniujące elementy merytoryki afrocentryków, relikty przestarzałego podejścia do życia, kojarzące się z tym wują przy rodzinnym stole co chcielibyśmy by przy nim nie dochodziło do rozmów na temat polityki. to powoływanie się na pseudonaukowców pokroju Frances Cress Welsing. to naturalnie wpisana w tamtą epokę homofobia spod znaku NO JAK TO TAK CHŁOP Z CHŁOPEM XD. to naiwnie tendencyjna teza postawiona w "Pollywanacraka" - że jedynie związki endogamiczne mogą wynikać z prawdziwej miłości, bo w tych międzyrasowych to przecież chodzi zawsze o MATERJALIS. pomimo lekkich zgrzytów zębami przy takich właśnie momentach zdaje sobie sprawę z tego jak cały ten światopoglądowy całokształt uwarunkowany jest czynnikami środowiskowymi, których jako biały człowiek z dobrego, wschodnioeuropejskiego domu i tak nigdy nie ogarnę. a jeśli coś z natury ma wprawiać słuchacza w zakłopotanie i dalej to robi trzy dekady później to chyba coś jednak działa jak należy

a jakie te poglądy by nie były, ich DELIEVERY stało na najwyższym poziomie, a dogłębna analiza zepsucia poszczególnych instytucji dysfunkcyjnego państwa daje wrażenie podpartych trzeźwą, a przynajmniej cholernie szczerą w oczach twórców obserwacją. szyderczy, anty-policyjny paszkwil Flavy w "911 is a Joke", zarzuty o rzucanie kłód pod nogi zdolnym braciom w "Who Stole the Soul", no i kultowe "Burn Hollywood Burn", gdzie uprzejmie życzy się przemysłowi filmowemu by upadł i sobie głupi ryj rozwalił. z gościnnym udziałem Ice Cube'a, który w tym samym czasie szykował swój bezprecedensowy projekt solowy - na bitach podlegającego pod szerzej pojmowane Public Enemy teamu producenckiego, czyli Bomb Squadu

no właśnie... najwyższa pora przejść do elementu równie ważnego co polityczny ładunek wersów Chucka i Flavy - a w przypadku tej konkretnej płyty wręcz GAME CHANGERA. bo kiedy mówimy o mocy słów to dyskusja prowadzona jest w kilotonach, ale biorąc pod uwagę podkłady trzeba przenieść rozmowę w sferę megaton. to co wychodziło spod bitmaszyn Erica Sadlera oraz Keitha i Hanka Schocleech roznosiło głośniki i tak już oswojone z szokującą, industrialną linią "It Takes a Nation..."

początek lat 90 w hip hopie to w ogóle był bardzo interesujący czas dla produkcji rapowej - twórcy coraz bardziej wierzyli w potencjał drzemiący w sztuce łączenia sampli, a jeszcze nikt tak szczerze nie jorgnął się, że muzyka może być chroniona czymś takim jak.. nie wiem... prawa autorskie? to krótko trwające odurzenie i zachłyśnięcie się beztroską samplodelią zaowocowało trzeba nad-albumami - absolutnymi świętościami złotej ery. mówię o "Paul's Boutique" Beastie Boysów i The Dust Brothers, "3 Feet High & Rising" Prince'a Paula i pacyfistów z De La, oraz według mnie najbardziej szalonym z całej trójki "Fear of a Black Planet"

bo tam gdzie inni budowali coś z jednego, góra dwóch źródeł, tak "bombowcy" czerpali z kilkunastu naraz. sampel na samplu, pod samplem i w samplu, Bomb Squad w imię czegoś kompletnie przeciwnego do subtelności nakładał na siebie liczne warstwy loopów, breaków, krystalizując w ten sposób koncept stosowania "ściany dźwięku" w hip hopie. sam, Chuck D z dumą porównywał swych bitmejkerów do Phila Spectora - co oczywiście w 1990 roku jeszcze nie brzmiało jak jedna z największych możliwych obelg w stosunku do drugiego człowieka. zawieszone ideologicznie gdzieś między noise'em, hardcore'em a musique concrete kaskady dźwięków doskonale wynoszą do dziś apokaliptyczny ton bangerów pokroju "Brothers Gonna Work it Out" czy "Welcome to the Terrordome". te jednolite, ale jednak zniuansowane fasady, często dodatkowo ryte i haratane niekonwencjonalnie wykorzystanymi jinglami starych soulowych szlagierów oraz wiercącym dziurę w głowie cutom Terminatora nie były efektem upierdliwie precyzyjnego podsmażania muzyczki w domowym zaciszu - zgodnie z relacjami autorów w większości były organicznymi efektami tranzystorowych live jamów organizowanych bezpośrednio podczas sesji nagraniowych

oczywiście produkcja nie zawsze była niczym i wszystkim jednocześnie - głębokie zaangażowanie głównego tekściarza grupy owocowało również bitami fokusującymi na utrzymanie pewnej konwencji, czy wykręcenie muzycznego pranka. tak jak wspomniane "Pollywannacracka" małpujące seksowną, quiet stormową audycję radiową, czy bardziej jednoznaczne śmieszkowanie z miami bassu w "Power to the People" albo z new jack swingu w "Revolutionary Generation". wszystkie te eksperymenty odbywały się rzecz jasne w nieprzerwanej formie "plunderfonicznego" chaosu, bez wychodzenia z charakteru

kurczę, muzycznie ten album po tylu latach dalej potrafi wprowadzić w ten dziwnie przyjemny dyskomfort, skłonić do refleksji nad zastosowaną techniką, pozwolić mi usłyszeć ten jeden sampel, który poprzednio mi nie wpadł do ucha

RZA. Company Flow, Run the Jewels, Dälek, Cannibal Ox. Danny Brown. Kanye West z czasów Yeezusa i późniejszych, Odd Future. Swizz Beatz. Metro Boomin. Death Grips, Clipping. jpegmafia. mógłbym wymieniać i wymieniać artystów, którzy dziś nie istnieli by bez artystycznego statementu zaserwowanego na tym krążku. produkcyjnie "Fear of a Black Planet" jest patronem każdego hiphopowego popaprańca, offbeatowego myśliciela, nonkonformisty jaki kiedykolwiek zaistniał i postanowił coś zrobić oryginalnego, bez strachu i oporów "że się nie spodoba, że nie wypali"

no i tak się jakoś rozpisałem. ale tak jak już kiedyś was ostrzegałem - jest to mój numer jeden album w historii tego gatunku i wychodzę z nim przy okazji każdej plemiennej potyczki między wyznawcami "36 Chambers" a wyznawcami "Illmatica". ponadczasowy klasyk, który dzięki swoim (anty)wdziękom i anachronizmom broni się i dalej będzie się znakomicie bronił. i nawet jak Chuck D z Flavą przestaną się do siebie już na zawsze odzywać z powodu jakiegoś Berniego Sandersa (xD), to ich magnum opus nie tknie absolutnie nic

PS. cały wpis nawet nic nie wspomniałem o najważniejszym utworze na płycie, czyli "Fight the Power". singiel jednoznacznie związany jest także z jakże kultowym filmem Spike'a Lee. "Do the Right Thing" w inteligentny sposób objawił błędne koło napędzające napięcia w jednym z nowojorskich sąsiedztw, a sam utwór autorstwa PE posłużył jako rakietowe paliwo do szeregu pewnych wydarzeń. miałem to jakoś spuentować, ale zapominałem jak. po prostu muzyka czasem ma ogromną moc, ok?
9 kwi 2020, 21:33
łał, dużo was przybyło od wczoraj. witam i mam nadzieję, że nie pożałujecie tego wyczerpującego EFFORTU, jakim było kliknięcie na polubienie #SZRP. przy okazji życzę wszystkim możliwie przyjemnie spędzonych świąt - nawet jeśli na drodze stać będą pewne przeciwności losu. jak by co tak jak 2pac w swych wersach albo jakiś anonimowy pan dres w swojej dziarze wyraził: "ONLY GOD MAJ JUDE ME"

a tymczasem na nowym albumie Everything is Recorded - czyli pana XL Recordings we własnej osobie - prezentuje się nam duet Ghostface'a ze swą latoroślą Infinite Colesem (który zresztą na krążku odgrywa dużo większą rolę niż epizod). pełna osobliwego uroku relacja ojca z synem rapujących o rzeczach, o których nie wiem czy powinni rapować ojciec z synem. ważne, że z jajem (wielkanocnym, HEHE) i na niekonwencjonalnym aczkolwiek uzależniającym bicie. no i ten stary Starks, wciąż - po tylu latach - buzujący od swej malowniczej i nihilistycznej ekstrawagancji ("Be easy, we bumpin' "Stayin' Alive" by the Bee Gees / Bitch sniffed all my fuckin' coke bein' greedy / I grabbed the jacket, she grabbed the Fiji / And threw up Domino's pizza all on the TV"). kawior od najszlachetniejszego ze szlachetnych jesiotrów
Zaktualizowano 11 kwi 2020, 16:57
11 kwi 2020, 16:57
trudno mi uwierzyć, żeby człowiek ten w krótkim czasie ot tak podwoił ilość pozycji w swojej ponad dwudziestoletniej już solowej dyskografii

ale i tak miło pokrzepić sobie serce takim newsem w czasach zarazy, a rollout chociaż jednego z tych albumów byłby czymś. bo kto jak kto, ale Q-Tip jeszcze nigdy nie nawalił. n i g d y

no i oczywiście spóźnione życzenia z okazji 50-tych urodzin! czekajcie znajdę coś na jakiejś grażynostronie typu smiesznezyczenianasmsa.xd.pl

o mam

"Lat pięćdziesiąt – brzmi poważnie.
Trzeba myśleć już rozważnie.
Szaleć zbytnio nie wypada,
bo powiedzą: błazenada!
Ale mówią tak ludzie smutni
A nie jak Ty – rezolutni.
Więc nie przejmuj się tym wcale
Baw się niczym w karnawale!"
Zaktualizowano 11 kwi 2020, 19:37
11 kwi 2020, 19:37
WHOLE LOTTA NIC NIE WIDAĆ NA OKŁADCE

najświeższy przeciek z wielce oczekiwanego albumu Cartiego - rzekomo zatytułowany "Headshot" (ciekawe czemu?) - to balsam na duszę dla wszystkich fanów spragnionych zuchwałej, drążącej kilometrowy odwiert w strukturze hip hopu kontynuacji "Die Lit". jest jak trailer filmu, który obiecuje więcej akcji, więcej eksplozji, więcej baby voice'u (w pewnym momencie dobijającego do tonów innego mojego ulubieńca
- 645ARa), więcej Pierre'owej (to nawet nie jest on) cyber-utopii na bitach, więcej efektownie prowokacyjnej obsceniczności w wersach

oby album był równie fascynujący co jego imponująco rozwijający się przez ostatnie dni rap sheet

"Among the substances inside the whip: Xanax, marijuana, codeine, oxycodone and two handguns.

According to TMZ, Carti told the cop that arrested him that he would fuck his daughter and that he had a hot wife. Plus, he said he didn’t care about his luxurious sports car because he’d buy another one and he didn’t care if he went to jail. He even instigated for him to arrest him."

złoto
Zaktualizowano 15 kwi 2020, 19:24
15 kwi 2020, 19:24
cholerne LEAK CULTURE, miałem już postanowione nie słuchać żadnych przecieków z "Whole Lotta Red", a przez tą całą dezinformacyjną kaskadę wydarzeń nie zauważyłem, że mamy tu do czynienia z oficjalnym singlem xD. "@ MEH" wcale meh bynajmniej nie jest, Carti podąża bardzo solidnym tropem i rozkoszuje się swą autorską wywrotowością, a znany głównie z produkcji dla DaBaby'ego jetsonmade umacnia swoje sprawdzone steelpanowo-mikrobangerowe chwyty - ale z szacunkiem do wypracowanych na projektach Plejboja warunków. znów bez Bourne'a I NAWET NIE JESTEM ZŁY NA TO

wiem że już tłity o jakichś sugerujących premierę dniach tygodnia się pojawiają, ale postaram się już opanować z hajpowankiem. do usłyszenia przy okazji takiego już bardziej autentycznego "MAMY TO" momentu
Zaktualizowano 16 kwi 2020, 23:30
16 kwi 2020, 23:30
można mieć garść zarzutów wobec działalności Griselda Records - przytłaczająca ilość wydawanych projektów przy jednocześnie mało dystynktywnej ich charakterystyce, psiapsiowanie się z Eminemem (hehe). no i te wszystkie pistoletowe ad-liby, od których można się nabawić zespołu stresu pourazowego. ale niech tylko ktoś spróbuje powiedzieć coś złego o ich okładkowej zajawce, no nie darowałbym nowy ALBUM (nie mixtape, choć terminologiczny chaos w tej kwestii ponownie o sobie tutaj przypomina) Westside Gunna to kolejny taki materiał, który ma prawo się podobać, ale ciężko tak naprawdę powiedzieć dlaczego i co - poza szczyptą starolądowego swagu - wyróżnia "Pray for Paris" na tle pozostałych pozostaje mi tylko wybronić się poprzez zachwalanie stand outów - a te jakoś tak wyraźnie korelują z aktywnością talentów spoza obozu Gryzeldy. bo niezwykle relaksujące jak na standardy rapera z pistoletem w nazwie, wibrafonowe "327" to czysta poezja, ale nie wyobrażam sobie doświadczać tej piosenki bez POTĘŻNEGO wkładu Tylera w finałowej zwrotce. i ten sam Tyler czaruje nas postem bawiąc się soulowym samplami w hołdującym wiadomo komu "Party wit Pop Smoke". do tego Gibbs, parokrotnie Alchemist, ukryty Ghostface, Boldy James, a w finałowym tracku ten gość co w centrum Warszawy gra na krześle, tak przynajmniej mi się wydaje moim faworytem jest prawdopodobnie "French Toast" - gdzie Westside nareszcie trochę "bawi się sobą" i korzystając z europejskiego konceptu flexuje cwaniacko-prześmiewcze flow, a wyluzowany bardziej niż zwykle Wale przypomniał mi, że kiedyś naprawdę chętnie sięgałem po jego albumy jedynym mój poważniejszy konflikt z albumem związany jest z DJ'em Premierem, który wjeżdżając ze swoim tym-co-zawsze drumkitem wpasowuje się jak pięść do oka pod uroczo-flegmatyczny klasycyzm pozostałych produkcji. niestety, współcześni raperzy zbyt często zapraszają Preemo po to by wykreślić punkt ze swych bucket list, a nie po to żeby zwyczajnie nagrać zajebisty numer ogóle "Pray for Paris" spoczko, może to nawet całkiem dobry materiał dla kogoś kto dopiero chce wejść w klimaty Latającegoboga, Maszyny i Rzeźnika - a nie chce by nagle wskoczył mu na bit drący ryj Shady na featuringu. ale czy będzie ten album wart powrotu dwadzieścia gryzeldowych projektów później? "nie wiem, nie wypowiem się"
można mieć garść zarzutów wobec działalności Griselda Records - przytłaczająca ilość wydawanych projektów przy jednocześnie mało dystynktywnej ich charakterystyce, psiapsiowanie się z Eminemem (hehe). no i te wszystkie pistoletowe ad-liby, od których można się nabawić zespołu stresu pourazowego. ale niech tylko ktoś spróbuje powiedzieć coś złego o ich okładkowej zajawce, no nie darowałbym

nowy ALBUM (nie mixtape, choć terminologiczny chaos w tej kwestii ponownie o sobie tutaj przypomina) Westside Gunna to kolejny taki materiał, który ma prawo się podobać, ale ciężko tak naprawdę powiedzieć dlaczego i co - poza szczyptą starolądowego swagu - wyróżnia "Pray for Paris" na tle pozostałych

pozostaje mi tylko wybronić się poprzez zachwalanie stand outów - a te jakoś tak wyraźnie korelują z aktywnością talentów spoza obozu Gryzeldy. bo niezwykle relaksujące jak na standardy rapera z pistoletem w nazwie, wibrafonowe "327" to czysta poezja, ale nie wyobrażam sobie doświadczać tej piosenki bez POTĘŻNEGO wkładu Tylera w finałowej zwrotce. i ten sam Tyler czaruje nas postem bawiąc się soulowym samplami w hołdującym wiadomo komu "Party wit Pop Smoke". do tego Gibbs, parokrotnie Alchemist, ukryty Ghostface, Boldy James, a w finałowym tracku ten gość co w centrum Warszawy gra na krześle, tak przynajmniej mi się wydaje

moim faworytem jest prawdopodobnie "French Toast" - gdzie Westside nareszcie trochę "bawi się sobą" i korzystając z europejskiego konceptu flexuje cwaniacko-prześmiewcze flow, a wyluzowany bardziej niż zwykle Wale przypomniał mi, że kiedyś naprawdę chętnie sięgałem po jego albumy

jedynym mój poważniejszy konflikt z albumem związany jest z DJ'em Premierem, który wjeżdżając ze swoim tym-co-zawsze drumkitem wpasowuje się jak pięść do oka pod uroczo-flegmatyczny klasycyzm pozostałych produkcji. niestety, współcześni raperzy zbyt często zapraszają Preemo po to by wykreślić punkt ze swych bucket list, a nie po to żeby zwyczajnie nagrać zajebisty numer

ogóle "Pray for Paris" spoczko, może to nawet całkiem dobry materiał dla kogoś kto dopiero chce wejść w klimaty Latającegoboga, Maszyny i Rzeźnika - a nie chce by nagle wskoczył mu na bit drący ryj Shady na featuringu. ale czy będzie ten album wart powrotu dwadzieścia gryzeldowych projektów później? "nie wiem, nie wypowiem się"
17 kwi 2020, 17:04
JetsonMade z każdym kolejnym albumem DaBaby'ego ogranicza swój wkład w twórczość rapującego kolegi, ale sądząc po jego jedynej produkcji na "Blame It on Baby" - po prostu stawia na jakość. krótki, ale zwięzły duecik z Future'em igra z EDM'ową antymaterią i chyba zgrabnie wciśnie się w każdą PLEJKĘ typu "co jest obecnie gorące"

a jak na tejże playliście zaraz po "Lightskin Shit" poleci "@ MEH" Kartezjusza (też Jetson na bicie) to już w ogóle jackpot, bingo, makao i po makale w jednym
Zaktualizowano 18 kwi 2020, 20:14
18 kwi 2020, 20:14
dzień dobry, miłego 4/20
dzień dobry, miłego 4/20
20 kwi 2020, 08:43
nie mogę się doczekać piątkowej premiery albumu dwójki Chrisów. single jeden za drugim budują mi w głowie obraz płyty przypominającej comeback The Roots, którzy podczas sesji nagraniowych pozażywali zdecydowanie zbyt wiele anksjolityków i bieżących niusów za świata, w którym żyjemy

"MIRAGE" póki co najmocniejsze - ze swoim apatycznym YEAH-HEY w refrenie, Earlem zdającym raport z życia w beznadziei i zwrotką Denmarka Vesseya, przy której czuję dokładnie to co 14-latki widzące GŁĘBOKIE cytaty w internecie

"A voice, close, near me, said, "Don't be so scary"
"Enjoy your thirties"
Listen, I'm still looking for father figures
Around me and niggas who clown me
The last laugh is a nectar
But the sweetest get-back is being completely free
Completely me
The smell of burnt sage, let the season reap
Don't overthink it"
Zaktualizowano 21 kwi 2020, 18:21
21 kwi 2020, 18:21
nie miałem okazji w tym roku (ani w poprzednim, ani w wielu poprzednich...) powiedzieć czegokolwiek dobrego na temat pana Marshalla. dla odmiany mały akcik uszanowania - bo nie dość że #posiłekdlalekarza, to jeszcze embracing jednego z najlepszych memów w historii hip hopu

"On Tuesday, Eminem dropped off cups of spaghetti to the workers at a Henry Ford Hospital. Which location within the Henry Ford Health System received the donation isn't known but the hospital's Instagram page posted a picture of 'Mom's Spaghetti' and thanking Eminem for the donation:

Our #HealthcareHeroes “lost themselves” in the delicious Mom’s Spaghetti donated by Detroit’s very own, @eminem. Thank you for providing a special meal for our team members! 🍝"

https://www.fox2detroit.com/news/eminem-donates-moms-spaghetti-to-henry-ford-hospital-workers

to teraz pora na ruch ze strony Kendricka Lamara serwującego kanapki z syropem dla lekarzy straight outta Compton
Zaktualizowano 23 kwi 2020, 17:55
23 kwi 2020, 17:55
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
"Innocent Country 2" przesłuchane i podtrzymuję moją teorię o jestestwu tego projektu jako współczesnej reinkarnacji późnych The Roots. albo Rootsów z alternatywnej rzeczywistości, którzy nigdy nie poszli występować u Fallona i nie zdecydowali się na nagrywanie coraz to krótszych i coraz to bardziej obsesyjnie konceptualnych albumów. tutaj koncept między wierszami jakiś jak najbardziej prześwituje, ale jeśli chodzi o emocjonalno-atrakcyjny bukiet surówek, to daleko mu do niesycącej nikogo kapusty z marchewką jaką (ledwo) pamiętam z "…And Then You Shoot Your Cousin"

podobnie jak Questlove z zespołem, Quelle Chris z Chrisem Keyem zapędzają nas klawiszową melancholię - łagodzącą i strzępiąca rzetelny, roszczeniowo-prześmiewczy, sprytnie parafrazujący mainstreamowe tropy rozkład rzeczywistości na czynniki pierwsze. innymi słowy - leitmotiv twórczości Quelle'a jako ogółu pozostaje wierny samemu sobie, ale porównując z pierwszą częścią "Innocent Country" - znacznie lepiej nakreślone jest czym konkretnie jego collabo z Keyem miałoby się wyróżniać. a wyróżnia się krzepką transkrypcją organicznego slumvillage'owo-soulquarianowego DNA, której niby nigdy na niezalowych amerykańskim uboczu nie brakuje, ale jak to się mówi - są gorsi, są lepsi. tutaj mamy tych drugich, c'nie

z innych istotnych elementów późniejsze twórczości Pierwiastków (fun fact: nazwa grupy The Roots nie pochodzi od "korzeni", a od "pierwiastka kwadratowego", czyli "square root" - jedna z bardzo nieprzydatnych ciekawostek jakie zapamiętałem z książki Questlove'a, musiałem się nią podzielić) jest mocne oparcie warstwy lirycznej zarówno na mc-gospodarzu jak i na otaczającym go POSSE. nieraz bardziej od wersów koherentnego do kwadratu Black Thughta interesowało mnie co do powiedzenia mają Dice Raw, Greg Porn, czy Peedi Crakk a.k.a the zmarnowany talent. "Innocent Country 2" - pomimo mojego szacunku do konsekwentnie realizującego pomysł na siebie Quelle'a - żyje pełnią swego życia właśnie dzięki urozmaicającym i taktycznie dystansującym nas czasem od zbyt niskich tonów gospodarza featuringom. Earla i Denmark Vesseya już ostatnio sążnie propsowałem, teraz jeszcze dodam peany na cześć soulfulowego strumienia świadomości pani Starr Busby. połowę zawartych na trackliście ksywek zapomnę i pewnie przypomnę sobie dopiero przy okazji kolejnego ważniejszego wydawnictwa Mello Music Group, ale i tak ślę im wyrazy szacunku i donośne "GOOD JOB"

przyjemnie inteligentny album, aczkolwiek potrafi być nieco przytłaczający. jego "godzinka z hakiem" - za sprawą lirycznej żonglerki od spoken-wordowej podniosłości po tony deadpanowego humorku, za sprawą ogólnego przeładowania treścią, za sprawą obsesyjnie melancholijnego soundu - potrafi się odczuwalnie wydłużyć. dla mnie dobry album - ale znam osoby, które przy swoim wyrobionym na Commonach i innych J Dillach systemie wartości mogłyby go uznać za wręcz doskonały. i wcale bym się im nie dziwił

ps co bym nie napisał o tym czym jest to wydawnictwo i co ma nam do przekazania - i tak nie dorównam gościowi, który siedzi i normalnie wylewa swoją dusze na klawiaturę opisując kolejne wydawnictwa Quelle'a na bandcampie. serio, sprawdźcie (quellechris.bandcamp.com)

ps2 strategicznie chciałbym przypomnieć, że album z Jean Grey z 2018 ("Everything's Fine") to absolutny PEAK Chrisa i jeden z najlepszych projektów lat "dziesiątych"
24 kwi 2020, 22:50
"Innocent Country 2" przesłuchane i podtrzymuję moją teorię o jestestwie tego projektu jako współczesnej reinkarnacji późnych The Roots. albo Rootsów z alternatywnej rzeczywistości, którzy nigdy nie poszli występować u Fallona i nie zdecydowali się na nagrywanie coraz to krótszych i coraz to bardziej obsesyjnie konceptualnych albumów. tutaj koncept między wierszami jakiś jak najbardziej prześwituje, ale jeśli chodzi o emocjonalnie-atrakcyjny bukiet surówek, to daleko mu do niesycącej nikogo kapusty z marchewką jaką (ledwo) pamiętam z "…And Then You Shoot Your Cousin" podobnie jak Questlove z zespołem, Quelle Chris z Chrisem Keyem zapędzają nas klawiszową melancholię - łagodzącą i strzępiąca rzetelny, roszczeniowo-prześmiewczy, sprytnie parafrazujący mainstreamowe tropy rozkład rzeczywistości na czynniki pierwsze. innymi słowy - leitmotiv twórczości Quelle'a jako ogółu pozostaje wierny samemu sobie, ale porównując z pierwszą częścią "Innocent Country" - znacznie lepiej nakreślone jest czym konkretnie jego collabo z Keyem miałoby się wyróżniać. a wyróżnia się krzepką transkrypcją organicznego slumvillage'owo-soulquarianowego DNA, której niby nigdy na niezalowych amerykańskim uboczu nie brakuje, ale jak to się mówi - są gorsi, są lepsi. tutaj mamy tych drugich, c'nie z innych istotnych elementów późniejsze twórczości Pierwiastków (fun fact: nazwa grupy The Roots nie pochodzi od "korzeni", a od "pierwiastka kwadratowego", czyli "square root" - jedna z bardzo nieprzydatnych ciekawostek jakie zapamiętałem z książki Questlove'a, musiałem się nią podzielić) jest mocne oparcie warstwy lirycznej zarówno na mc-gospodarzu jak i na otaczającym go POSSE. nieraz bardziej od wersów koherentnego do kwadratu Black Thoughta interesowało mnie co do powiedzenia mają Dice Raw, Greg Porn, czy Peedi Crakk a.k.a the zmarnowany talent. "Innocent Country 2" - pomimo mojego szacunku do konsekwentnie realizującego pomysł na siebie Quelle'a - żyje pełnią swego życia właśnie dzięki urozmaicającym i taktycznie dystansującym nas czasem od zbyt niskich tonów gospodarza featuringom. Earla i Denmark Vesseya już ostatnio sążnie propsowałem, teraz jeszcze dodam peany na cześć soulfulowego strumienia świadomości pani Starr Busby. połowę zawartych na trackliście ksywek zapomnę i pewnie przypomnę sobie dopiero przy okazji kolejnego ważniejszego wydawnictwa Mello Music Group, ale i tak ślę im wyrazy szacunku i donośne "GOOD JOB" przyjemnie inteligentny album, aczkolwiek potrafi być nieco przytłaczający. jego "godzinka z hakiem" - za sprawą lirycznej żonglerki od spoken-wordowej podniosłości po tony deadpanowego humorku, za sprawą ogólnego przeładowania treścią, za sprawą obsesyjnie melancholijnego soundu - potrafi się odczuwalnie wydłużyć. dla mnie dobry album - ale znam osoby, które przy swoim wyrobionym na Commonach i innych J Dillach systemie wartości mogłyby go uznać za niemal doskonały. i wcale bym się im nie dziwił ps co bym nie napisał o tym czym jest to wydawnictwo i co ma nam do przekazania - i tak nie dorównam gościowi, który siedzi i normalnie wylewa swoją duszę na klawiaturę opisując kolejne wydawnictwa Quelle'a na bandcampie. serio, sprawdźcie (quellechris.bandcamp.com) ps2 strategicznie chciałbym przypomnieć, że album z Jean Grae z 2018 ("Everything's Fine") to absolutny PEAK Chrisa i jeden z najlepszych projektów lat "dziesiątych"
"Innocent Country 2" przesłuchane i podtrzymuję moją teorię o jestestwie tego projektu jako współczesnej reinkarnacji późnych The Roots. albo Rootsów z alternatywnej rzeczywistości, którzy nigdy nie poszli występować u Fallona i nie zdecydowali się na nagrywanie coraz to krótszych i coraz to bardziej obsesyjnie konceptualnych albumów. tutaj koncept między wierszami jakiś jak najbardziej prześwituje, ale jeśli chodzi o emocjonalnie-atrakcyjny bukiet surówek, to daleko mu do niesycącej nikogo kapusty z marchewką jaką (ledwo) pamiętam z "…And Then You Shoot Your Cousin"

podobnie jak Questlove z zespołem, Quelle Chris z Chrisem Keyem zapędzają nas klawiszową melancholię - łagodzącą i strzępiąca rzetelny, roszczeniowo-prześmiewczy, sprytnie parafrazujący mainstreamowe tropy rozkład rzeczywistości na czynniki pierwsze. innymi słowy - leitmotiv twórczości Quelle'a jako ogółu pozostaje wierny samemu sobie, ale porównując z pierwszą częścią "Innocent Country" - znacznie lepiej nakreślone jest czym konkretnie jego collabo z Keyem miałoby się wyróżniać. a wyróżnia się krzepką transkrypcją organicznego slumvillage'owo-soulquarianowego DNA, której niby nigdy na niezalowych amerykańskim uboczu nie brakuje, ale jak to się mówi - są gorsi, są lepsi. tutaj mamy tych drugich, c'nie

z innych istotnych elementów późniejsze twórczości Pierwiastków (fun fact: nazwa grupy The Roots nie pochodzi od "korzeni", a od "pierwiastka kwadratowego", czyli "square root" - jedna z bardzo nieprzydatnych ciekawostek jakie zapamiętałem z książki Questlove'a, musiałem się nią podzielić) jest mocne oparcie warstwy lirycznej zarówno na mc-gospodarzu jak i na otaczającym go POSSE. nieraz bardziej od wersów koherentnego do kwadratu Black Thoughta interesowało mnie co do powiedzenia mają Dice Raw, Greg Porn, czy Peedi Crakk a.k.a the zmarnowany talent. "Innocent Country 2" - pomimo mojego szacunku do konsekwentnie realizującego pomysł na siebie Quelle'a - żyje pełnią swego życia właśnie dzięki urozmaicającym i taktycznie dystansującym nas czasem od zbyt niskich tonów gospodarza featuringom. Earla i Denmark Vesseya już ostatnio sążnie propsowałem, teraz jeszcze dodam peany na cześć soulfulowego strumienia świadomości pani Starr Busby. połowę zawartych na trackliście ksywek zapomnę i pewnie przypomnę sobie dopiero przy okazji kolejnego ważniejszego wydawnictwa Mello Music Group, ale i tak ślę im wyrazy szacunku i donośne "GOOD JOB"

przyjemnie inteligentny album, aczkolwiek potrafi być nieco przytłaczający. jego "godzinka z hakiem" - za sprawą lirycznej żonglerki od spoken-wordowej podniosłości po tony deadpanowego humorku, za sprawą ogólnego przeładowania treścią, za sprawą obsesyjnie melancholijnego soundu - potrafi się odczuwalnie wydłużyć. dla mnie dobry album - ale znam osoby, które przy swoim wyrobionym na Commonach i innych J Dillach systemie wartości mogłyby go uznać za niemal doskonały. i wcale bym się im nie dziwił

ps co bym nie napisał o tym czym jest to wydawnictwo i co ma nam do przekazania - i tak nie dorównam gościowi, który siedzi i normalnie wylewa swoją duszę na klawiaturę opisując kolejne wydawnictwa Quelle'a na bandcampie. serio, sprawdźcie (quellechris.bandcamp.com)

ps2 strategicznie chciałbym przypomnieć, że album z Jean Grae z 2018 ("Everything's Fine") to absolutny PEAK Chrisa i jeden z najlepszych projektów lat "dziesiątych"
24 kwi 2020, 22:51
trochę mam obawy przed popadaniem w banały o tym jak coś tam muzyka, coś tam obecna sytuacja, coś tam wyjątkowo trudne czasy. ale kurcze, Earl Sweatshirt z Maxo są już jednymi nogami tak głęboko w post-apo scenie hiphopowej, że trudno byłoby nie powiązać tej survivalowo-pogrzebowej tematyki ze sprzyjającą uprawie wewnętrznych demonów atmosferą. nie klikajcie jeśli spodziewaliście się coveru przeboju OutKastów (co by było bardzo dziwnym oczekiwaniem przy odpalaniu jakiegokolwiek singla od Earla)

aha, no i znowu ten nietykalny przez żaden kryzys świata Alc na produkcji. moim oficjalnym soundtrackiem bieżącego roku będzie "THE ALCHEMIST 2020 INSTRUMENTALS" przeplatane replayami "Astronomii", bankowo fakt jest to
Zaktualizowano 26 kwi 2020, 10:51
26 kwi 2020, 10:51
z cyklu: wielkie słowa wielkich ludzi
Zaktualizowano 27 kwi 2020, 11:24
27 kwi 2020, 11:24
RTJ tańczą sobie z De La Rochą na zgliszczach systemu klasowego, El-P "na chama odpala szampana" nad pożogą skwierczących dolarów i kart kredytowych, Killer Mike wywija na skakance w kurtce Joy Division, scratche i cuty by DJ Premier

nic takiego się nie dzieje, scrolluj dalej

u la la, tak się właśnie podkręca hype przed premierą albumu
Zaktualizowano 27 kwi 2020, 21:30
27 kwi 2020, 21:30
wystąpić gościnnie u @[302502243145091:274:Carpigiani] to zaszczyt i dowód, że coś tam osiągnąłem w tym światku polskich muzycznych fanpejów. dziękuję pan Wojtek!

ps. wczoraj pękło pół tysiąca polubień. dziękuję państwo wszyscy subskrybujący!

ps2. dzisiaj albo jutro (bardziej jutro) kolejny wpis z niezatytułowanego do tej pory cyklu CLASSIC REVIEWS. tym razem będzie o pięknym albumie i zarazem potężnym komercyjnym flopie z 2004 roku
Zaktualizowano 28 kwi 2020, 09:49
28 kwi 2020, 09:49
tak sobie włączyłem najnowszy singiel Cee Lo Greena i tak aż przycisnęło mnie do przemyśleń. "co to się stanęło", że jeden z flagowych ekscentryków południowego hip hopu stał się tak bardzo nudną osobą? a przynajmniej nudnym muzykiem, gdyż uczestnictwa w muzycznych reality show, kilka szargających ostro jego wizerunek skandali oraz "ściankowe" kreacje, których nie powstydziłby się Elton John w pełni lat '70s nie składają się bynajmniej na obraz celebryty-szaraka. bardziej chciałbym się skupić oczywiście na tym co nasz uroczy człowiek-kula z Atlanty musiał zaprzedać, by stać się pop-soulowym gwiazdorem ze stabilną rotacją w rozgłośniach i grubymi tantiemami w kieszeni. a najlepiej widać to po do dziś fantastycznie prezentującym się "Cee-Lo Green... Is the Soul Machine" wiele z cech unikalnej stylistyki Thomasa Callawaya można było przypisać niektórym wyczynom z czasów Goodie Mob oraz już w pełni autorskiemu, wydanemu w 2002 "Cee-Lo Green and His Perfect Imperfections". wystarczy posłuchać z dwa-trzy utwory z debiutu i z miejsca podłapać tę szaloną jazdę, wykręcone na równi z charakterystycznym głosem flow, nafaszerowane funkową pulsacją i sznytem rodem z kina blaxpolitation instrumentale, no i oczywiście imponujący zasób słownictwa - przerastający miażdżąca część rapowego środowiska z południa Stanów. dodajmy do tego jeszcze rockowe eksperymenty, abstrakcyjne storytellingi-przypowieści o super-kurczakach i otrzymujemy... stylistyczny pierdolnik, który mógł konfundować słuchaczy jeszcze bardziej niż wydane w tym samym roku "Phrenology" Rootsów i "Electric Circus" Commona razem wzięte. przyznam, że zmierzyć się z "Perfekcyjnymi Nieperfekcjami" dziś jest bardzo ciężko, a przez pryzmat wydanego dwa lata później "Soul Machine" łatwo jest dostrzec jak odrobina doświadczenia i świadomych decyzji jest w stanie uczynić "panmuzyczny" hiphopowy projekt godnym pokładanych w nim ambicji. a te - warto zauważyć - musiały być szczególnie olbrzymie gdy twoi dwaj kumple z Dungeon Family byli właśnie w tym momencie prawdopodobnie największymi artystami na planecie Ziemi no i właśnie "Cee-Lo Green... Is the Soul Machine" było taką asystą dla legendarnego dwupłytowego zagrania Dre i Big Boia a.k.a. "Speakerboxxx/The Love Below". chociaż nie było 135-minutowym, spolaryzowanym na bieguny "gracza" i "poety" kolosem, to i tak odnalazło przestrzeń by spowijać wszystkie - czasem absurdalnie zaprzeczające samym sobie - oblicza Greena Cee Lo jako istota-koncept w pełni przesiąknięta muzyką, z dumą manifestująca swą wolność i radość twórczą w "The Art of Noise" "So when you really really need you some soul I mean dead serious damn near bout to die bout some Don't be too proud to turn your radio way up loud Close your eyes and have fun" Cee Lo jako PARTY BEAST bajerujący panny na kojarzącą się z Andre 3000 cudaczność w "The One" "I'm serious, I must have you, I won't waste your time And have you wishin' that somehow you could replace the time I don't do any magic tricks to try and make the mind I just convinced that the reality is that you have to race the time She said "You a playa ain't you, could have what you want can't you" I replied that I'm also an artist baby I could paint you" Cee Lo niewstydzący się w finezyjny sposób eksponować swe dirty southowe (notabene to właśnie z jego najbliższego obozu wykrystalizował się PRZECIE ten termin) pochodzenie w "I'll Be Around" "How could I possibly, be inconspicuous When my flow is fuckin ridiculous? That's quite an accent, see I'm from the south Where some of the most beautiful things come out my mouth" Cee Lo jako uważny obserwator z buta wbijający na grząski grunt poszukiwań sensu uprawiania sztuki w "I Am Seeling Soul" "And all this for $9.99, shit that's wonderful And the great thing about it is, if you disagree you're money's refundable But there's always something rewarding, about every Cee-Lo Green recording Cuz even after all your expenses people still aspire affording It's incredible how convincing I can be with a camera pointed at me But really sometimes rapping feel like tapping to make a cracker happy But when the DAT play and the beat get bumping like adolescent acne It's kinda sad but it's showtime, my sentiment exactly" Cee Lo jako poeta twojej szarej codzienności - którym być nie musiał, ale i tak nim został w "Sometimes" "Sometimes a stranger can be your best friend Sometimes being angry is the best mood Sometimes seeing you feel good makes me feel even better Sometimes hunger is the best food Sometimes good just ain't good enough And other times evil will get you even Sometimes faith is not knowing any better Sometimes nothing is what you believe in" czy wreszcie Cee Lo - przerysowany w komiksowy sposób oprych z przedmieść ATL grożący "pocięciem nam ryja nożykiem do kartonów" w "Scrap Metal" albo nakręcający się na rozjechanie potencjalnych oponentów battle mc w "Glockapella" "And I know you ambitious young men, you have my best wishes Have a piece of this pain on a platter, it's one of my best dishes When you assassinate my character, not one remark misses So it's gone get funky when I'm fryin these little fishes Fuck fakin, there has been some offense taken But this itty bitty beef is, beneath me, like bacon" w sumie to nie mam pojęcia jakim cudem kupuję to wszystko jako zgrany pakiet - może to ten ciągły bodziec związany z częstotliwością tego głosiku, a może to bombardowanie nas tysiącem pomysłów na artykulację. akcje typu łączenie w jednej piosence nucenia pod wyrwaną z lat trzydziestych melodię Ala Jolsona z godnymi truskula technicznymi majstersztykami ("I've been runnin' since "Rock Box" / I've cocked Glocks and locked blocks / And rocked rocks and dropped tops") to tutaj chleb powszedni jak Zip Skład podkłady - po części stworzone przez samego pana gospodarza - to ostateczny dowód na jego producencką ewolucję. Cee Lo o wiele lepiej niż na debiucie organizuje PACING swoich utworów, zarządza minimalizmem i maksymalizmem, dzięki czemu zawsze jesteśmy zaintrygowani i gotowi na to co nas czeka dalej - nieważnego czy zaatakuje nas latin-funkowy chillout czy banger z pistoletowym akompaniamentem. no a przecież między produkcje Cee Lo i jego mniej znanych kolegów powtykano naprawdę imponujący beatmakerski star power The Neptunes atakują podwójnie - zarówno w formie zbliżonej do "Hot In Herre" Nelly'ego, jak i w takiej DO WOLNEGO. Jazze Pha w naturze ze swoim etosem i rodowodem wprowadza w hip hop esencję południowego funku. The Organized Noize - którzy w tamtym czasie trochę podupadli na morale po odizolowanym od nich sukcesie "Speakerboxxx/The Love Below" - dostają swoje pięć minut by wyżyć się jak nigdy na dziecięcych instrumentach w "Childz Play" - piosence, o której nie bez powodu wspomina się chyba w każdej recenzji/retrospekcji płyty. natomiast absolutnym ewenementem jest tutaj "Evening News". dziwacznie niepokojący obraz niebezpiecznego nocnego życia w mieście doczekał się score'u od samego DJ'a Premiera i - daję słowo - jest to chyba jedyny bit Preemo, który autentycznie zaskoczył mnie tym, że jest beatem od Preemo. mamy tu też Timbalanda, który akurat najmniej się popisał, choć i tak dodał trochę specyficznego country-rapowego kolorytu do tego i tak bogatego kalejdoskopu wrażeń niestety cały ten kalejdoskop, cała ta hulająca karuzela - podobnie jak wcześniej nieprzypadkowo wspomniane "Electric Circus" - okazała się totalnym komercyjnym flopem. w czasie gdy Dre z Big Boiem pływali w dolarach za diamentową sprzedaż swej dwupłytówki, Green dobił ledwo do ponad dwustu tysięcy wypchniętych kopii swego dzieła. "w głowie się nie mieści", choć z drugiej strony mieści - no bo pamięta może ktoś co było głównym singlem, który miał rzekomo napędzić sprzedaż "Soul Maszyny"? ile teledysków rotowało w znaczących się jeszcze w tamtych czasach telewizjach muzycznych? można bronić, że nie chodziło tutaj o sukcesy na Billboardzie, no ale c'mon - ściągasz na album T.I.'a, Ludacrisa, Pharrella czy Timbo to chyba masz w tym jakiś dodatkowy cel możemy zatem płynnie wrócić do pytania z początku, czyli "co się stało się". wydarzyły się dwa wielkie sukcesy jednoznacznie związane z odsunięciem się od hip hopu, no i ze stawianiem na HICIORY. po pierwsze Gnarls Barkley - projekt z Danger Mouse'em, który w czasach premiery był prawdopodobnie najbardziej eklektycznym albumem, jaki w życiu słyszałem (LOL), ale jego lead singiel ("Crazy") to według mnie do dziś jeden z najlepszych i zasłużenie respektowanych popowych utworów XXI wieku. "Fuck You" z 2010 było trochę komiczne w swej karykaturalności i hammondowej retrofilii, ale trudno było nie poczuć sympatii do tej co by nie mówić parodii. hiciory te nadały główny nurt dalszej działalności Callawaya, NO I CÓŻ, dalej było jak było nie chcę tutaj oczywiście prowadzić narracji o zaprzedaniu się majorsowi domagającemu się od Greena wyłącznie popowych produkcji (no i tego świątecznego albumu, ale ciiii nie ma tematu), bo dużo prawdopodobniej po prostu to jest właśnie to co mu "w duszy gra" obecnie najmocniej i po prostu się w tym realizuje. pogodziłbym się z tym gdyby nie mały szczegół. względnie niedawno (2013 - kurczę, może to dawno jednak) wyszedł reunion album Goodie Mobu, który w Polsce przesłuchałem pewnie tylko ja i dziesięciu innych sajkofanów Dungeon Fam. Cee-Lo wrócił na nim do swoich korzeni i cholera, wciąż miał to coś jako ten raper-slash-coś tam, a nie jako typo od "Heart Blanche". stąd niestety w moim deafultowym myśleniu na zasadzie "artysta to nie kelner, żeby robił to co ja chce" pobrzmiewa sobie tęskna nuta "co by było, gdyby Cee Lo Green został tą jedną nogą w hip hopie" ps przepraszam za ciągłą żonglerkę sposobami zapisu ksywy, no ale to sam Cee Lo a.k.a. CeeLo a.k.a. Cee-Lo sam sobie taki los zgotował
tak sobie włączyłem najnowszy singiel Cee Lo Greena i tak aż przycisnęło mnie do przemyśleń. "co to się stanęło", że jeden z flagowych ekscentryków południowego hip hopu stał się tak bardzo nudną osobą? a przynajmniej nudnym muzykiem, gdyż uczestnictwa w muzycznych reality show, kilka szargających ostro jego wizerunek skandali oraz "ściankowe" kreacje, których nie powstydziłby się Elton John w pełni lat '70s nie składają się bynajmniej na obraz celebryty-szaraka. bardziej chciałbym się skupić oczywiście na tym co nasz uroczy człowiek-kula z Atlanty musiał zaprzedać, by stać się pop-soulowym gwiazdorem ze stabilną rotacją w rozgłośniach i grubymi tantiemami w kieszeni. a najlepiej widać to po do dziś fantastycznie prezentującym się "Cee-Lo Green... Is the Soul Machine"

wiele z cech unikalnej stylistyki Thomasa Callawaya można było przypisać niektórym wyczynom z czasów Goodie Mob oraz już w pełni autorskiemu, wydanemu w 2002 "Cee-Lo Green and His Perfect Imperfections". wystarczy posłuchać z dwa-trzy utwory z debiutu i z miejsca podłapać tę szaloną jazdę, wykręcone na równi z charakterystycznym głosem flow, nafaszerowane funkową pulsacją i sznytem rodem z kina blaxpolitation instrumentale, no i oczywiście imponujący zasób słownictwa - przerastający miażdżąca część rapowego środowiska z południa Stanów. dodajmy do tego jeszcze rockowe eksperymenty, abstrakcyjne storytellingi-przypowieści o super-kurczakach i otrzymujemy... stylistyczny pierdolnik, który mógł konfundować słuchaczy jeszcze bardziej niż wydane w tym samym roku "Phrenology" Rootsów i "Electric Circus" Commona razem wzięte. przyznam, że zmierzyć się z "Perfekcyjnymi Nieperfekcjami" dziś jest bardzo ciężko, a przez pryzmat wydanego dwa lata później "Soul Machine" łatwo jest dostrzec jak odrobina doświadczenia i świadomych decyzji jest w stanie uczynić "panmuzyczny" hiphopowy projekt godnym pokładanych w nim ambicji. a te - warto zauważyć - musiały być szczególnie olbrzymie gdy twoi dwaj kumple z Dungeon Family byli właśnie w tym momencie prawdopodobnie największymi artystami na planecie Ziemi

no i właśnie "Cee-Lo Green... Is the Soul Machine" było taką asystą dla legendarnego dwupłytowego zagrania Dre i Big Boia a.k.a. "Speakerboxxx/The Love Below". chociaż nie było 135-minutowym, spolaryzowanym na bieguny "gracza" i "poety" kolosem, to i tak odnalazło przestrzeń by spowijać wszystkie - czasem absurdalnie zaprzeczające samym sobie - oblicza Greena

Cee Lo jako istota-koncept w pełni przesiąknięta muzyką, z dumą manifestująca swą wolność i radość twórczą w "The Art of Noise"

"So when you really really need you some soul
I mean dead serious damn near bout to die bout some
Don't be too proud to turn your radio way up loud
Close your eyes and have fun"

Cee Lo jako PARTY BEAST bajerujący panny na kojarzącą się z Andre 3000 cudaczność w "The One"

"I'm serious, I must have you, I won't waste your time
And have you wishin' that somehow you could replace the time
I don't do any magic tricks to try and make the mind
I just convinced that the reality is that you have to race the time
She said "You a playa ain't you, could have what you want can't you"
I replied that I'm also an artist baby I could paint you"

Cee Lo niewstydzący się w finezyjny sposób eksponować swe dirty southowe (notabene to właśnie z jego najbliższego obozu wykrystalizował się PRZECIE ten termin) pochodzenie w "I'll Be Around"

"How could I possibly, be inconspicuous
When my flow is fuckin ridiculous?
That's quite an accent, see I'm from the south
Where some of the most beautiful things come out my mouth"

Cee Lo jako uważny obserwator z buta wbijający na grząski grunt poszukiwań sensu uprawiania sztuki w "I Am Seeling Soul"

"And all this for $9.99, shit that's wonderful
And the great thing about it is, if you disagree you're money's refundable
But there's always something rewarding, about every Cee-Lo Green recording
Cuz even after all your expenses people still aspire affording
It's incredible how convincing I can be with a camera pointed at me
But really sometimes rapping feel like tapping to make a cracker happy
But when the DAT play and the beat get bumping like adolescent acne
It's kinda sad but it's showtime, my sentiment exactly"

Cee Lo jako poeta twojej szarej codzienności - którym być nie musiał, ale i tak nim został w "Sometimes"

"Sometimes a stranger can be your best friend
Sometimes being angry is the best mood
Sometimes seeing you feel good makes me feel even better
Sometimes hunger is the best food
Sometimes good just ain't good enough
And other times evil will get you even
Sometimes faith is not knowing any better
Sometimes nothing is what you believe in"

czy wreszcie Cee Lo - przerysowany w komiksowy sposób oprych z przedmieść ATL grożący "pocięciem nam ryja nożykiem do kartonów" w "Scrap Metal" albo nakręcający się na rozjechanie potencjalnych oponentów battle mc w "Glockapella"

"And I know you ambitious young men, you have my best wishes
Have a piece of this pain on a platter, it's one of my best dishes
When you assassinate my character, not one remark misses
So it's gone get funky when I'm fryin these little fishes
Fuck fakin, there has been some offense taken
But this itty bitty beef is, beneath me, like bacon"

w sumie to nie mam pojęcia jakim cudem kupuję to wszystko jako zgrany pakiet - może to ten ciągły bodziec związany z częstotliwością tego głosiku, a może to bombardowanie nas tysiącem pomysłów na artykulację. akcje typu łączenie w jednej piosence nucenia pod wyrwaną z lat trzydziestych melodię Ala Jolsona z godnymi truskula technicznymi majstersztykami ("I've been runnin' since "Rock Box" / I've cocked Glocks and locked blocks / And rocked rocks and dropped tops") to tutaj chleb powszedni jak Zip Skład

podkłady - po części stworzone przez samego pana gospodarza - to ostateczny dowód na jego producencką ewolucję. Cee Lo o wiele lepiej niż na debiucie organizuje PACING swoich utworów, zarządza minimalizmem i maksymalizmem, dzięki czemu zawsze jesteśmy zaintrygowani i gotowi na to co nas czeka dalej - nieważnego czy zaatakuje nas latin-funkowy chillout czy banger z pistoletowym akompaniamentem. no a przecież między produkcje Cee Lo i jego mniej znanych kolegów powtykano naprawdę imponujący beatmakerski star power

The Neptunes atakują podwójnie - zarówno w formie zbliżonej do "Hot In Herre" Nelly'ego, jak i w takiej DO WOLNEGO. Jazze Pha w naturze ze swoim etosem i rodowodem wprowadza w hip hop esencję południowego funku. The Organized Noize - którzy w tamtym czasie trochę podupadli na morale po odizolowanym od nich sukcesie "Speakerboxxx/The Love Below" - dostają swoje pięć minut by wyżyć się jak nigdy na dziecięcych instrumentach w "Childz Play" - piosence, o której nie bez powodu wspomina się chyba w każdej recenzji/retrospekcji płyty. natomiast absolutnym ewenementem jest tutaj "Evening News". dziwacznie niepokojący obraz niebezpiecznego nocnego życia w mieście doczekał się score'u od samego DJ'a Premiera i - daję słowo - jest to chyba jedyny bit Preemo, który autentycznie zaskoczył mnie tym, że jest beatem od Preemo. mamy tu też Timbalanda, który akurat najmniej się popisał, choć i tak dodał trochę specyficznego country-rapowego kolorytu do tego i tak bogatego kalejdoskopu wrażeń

niestety cały ten kalejdoskop, cała ta hulająca karuzela - podobnie jak wcześniej nieprzypadkowo wspomniane "Electric Circus" - okazała się totalnym komercyjnym flopem. w czasie gdy Dre z Big Boiem pływali w dolarach za diamentową sprzedaż swej dwupłytówki, Green dobił ledwo do ponad dwustu tysięcy wypchniętych kopii swego dzieła. "w głowie się nie mieści", choć z drugiej strony mieści - no bo pamięta może ktoś co było głównym singlem, który miał rzekomo napędzić sprzedaż "Soul Maszyny"? ile teledysków rotowało w znaczących się jeszcze w tamtych czasach telewizjach muzycznych? można bronić, że nie chodziło tutaj o sukcesy na Billboardzie, no ale c'mon - ściągasz na album T.I.'a, Ludacrisa, Pharrella czy Timbo to chyba masz w tym jakiś dodatkowy cel

możemy zatem płynnie wrócić do pytania z początku, czyli "co się stało się". wydarzyły się dwa wielkie sukcesy jednoznacznie związane z odsunięciem się od hip hopu, no i ze stawianiem na HICIORY. po pierwsze Gnarls Barkley - projekt z Danger Mouse'em, który w czasach premiery był prawdopodobnie najbardziej eklektycznym albumem, jaki w życiu słyszałem (LOL), ale jego lead singiel ("Crazy") to według mnie do dziś jeden z najlepszych i zasłużenie respektowanych popowych utworów XXI wieku. "Fuck You" z 2010 było trochę komiczne w swej karykaturalności i hammondowej retrofilii, ale trudno było nie poczuć sympatii do tej co by nie mówić parodii. hiciory te nadały główny nurt dalszej działalności Callawaya, NO I CÓŻ, dalej było jak było

nie chcę tutaj oczywiście prowadzić narracji o zaprzedaniu się majorsowi domagającemu się od Greena wyłącznie popowych produkcji (no i tego świątecznego albumu, ale ciiii nie ma tematu), bo dużo prawdopodobniej po prostu to jest właśnie to co mu "w duszy gra" obecnie najmocniej i po prostu się w tym realizuje. pogodziłbym się z tym gdyby nie mały szczegół. względnie niedawno (2013 - kurczę, może to dawno jednak) wyszedł reunion album Goodie Mobu, który w Polsce przesłuchałem pewnie tylko ja i dziesięciu innych sajkofanów Dungeon Fam. Cee-Lo wrócił na nim do swoich korzeni i cholera, wciąż miał to coś jako ten raper-slash-coś tam, a nie jako typo od "Heart Blanche". stąd niestety w moim deafultowym myśleniu na zasadzie "artysta to nie kelner, żeby robił to co ja chce" pobrzmiewa sobie tęskna nuta "co by było, gdyby Cee Lo Green został tą jedną nogą w hip hopie"

ps przepraszam za ciągłą żonglerkę sposobami zapisu ksywy, no ale to sam Cee Lo a.k.a. CeeLo a.k.a. Cee-Lo sam sobie taki los zgotował
28 kwi 2020, 21:50
też odnosicie takie wrażenie, że ten cały #TDEFANAPPRECIATIONWEEK to niezły festiwal ziewanka? może próbuję tutaj zbyt wiele wniosków wyciągać z tego cyklu utworów, bo ani Top Dawg ani ktokolwiek nie zobowiązywał się do podarowania nam możliwie spektakularnego showcase'u wytwórni, ani też nie powiedziano nam wprost "to są takie tam odrzuty z różnych projektów, jak słabe będą to sorry". jeśli zaś prawda leży po środku to nie świadczy to zbyt dobrze o dzisiejszym stanie labelu. ekipy, która BACK IN 2011-2013 - w przeddzień trapowo-drillowo-thuggerowej rewolucji - rozbudzała wyobraźnię słuchaczy na temat tego jak potencjalnie miała się rysować przyszłość hip hopu, natomiast sam core'owy skład raperski (Black Hippy) konsekwentnie serwował świeże i odróżniające się od siebie albumy, a serwery internetowych forów rapowych nie wyrabiały od spekulacji o tym kogo to C.E.O. Top Dawg miałby podpisać następnego nawet Soulo - dawniej cholernie idiosynkratyczny paranoik kreślący autorskie wizje futurystycznego rapu moralnego niepokoju - dziś występuje jako trochę bardziej niż zawsze corny panczlajner (xD) na wypłowiałych instrumentalach piszczących w tęsknocie za czasami roc-a-fellowej świetności. reszta zaś to zlewający się w jedną całość potok nastrzykiwanych soulfulowym botoksem, UNINSPIRED nawijek. utworu Lance'a nawet nie włączam, bo do dziś mam dziurę w sercu po tym jak TDE zdecydowało się wydać tę abominację noszącą tytuł "Introverted Intuition", a moja wiara w wysokie standardy labelu roztłukła się na milion kawałeczków obronić mogę tylko Isaiah Rashada, bo ten to w sumie nigdy nam nie obiecywał wyjścia ze strefy komfortu "wyczilowanych rapsów" i jakoś tam tkwi w tym z jakąś zauważalną wciąż zajawką. Zachariusza mógłbym też spropsować za przetłumaczenie na trap-soulowy język utworu mojej ukochanej śpiewającej Brytyjki, tylko że sam fakt tego przedsięwzięcia okazał się znacznie ciekawszy od ostatecznego efektu nie wiem czy to koniec cyklu, bo nie dostaliśmy nic od tych członków wytwórni, którzy faktycznie coś obecnie znaczą na amerykańskiej scenie. wydaje mi się, że ani ScHoolboy Q, ani Kędryś, ani nawet SZA nie są już zbyt specjalnie zainteresowani reprezentowaniem czegokolwiek, co miałoby świadczyć o ideałach stojących za tym słynnym trzyliterowym logo. no bo co tu tak naprawdę w 2020 roku reprezentować?
też odnosicie takie wrażenie, że ten cały #TDEFANAPPRECIATIONWEEK to niezły festiwal ziewanka?

może próbuję tutaj zbyt wiele wniosków wyciągać z tego cyklu utworów, bo ani Top Dawg ani ktokolwiek nie zobowiązywał się do podarowania nam możliwie spektakularnego showcase'u wytwórni, ani też nie powiedziano nam wprost "to są takie tam odrzuty z różnych projektów, jak słabe będą to sorry". jeśli zaś prawda leży po środku to nie świadczy to zbyt dobrze o dzisiejszym stanie labelu. ekipy, która BACK IN 2011-2013 - w przeddzień trapowo-drillowo-thuggerowej rewolucji - rozbudzała wyobraźnię słuchaczy na temat tego jak potencjalnie miała się rysować przyszłość hip hopu, natomiast sam core'owy skład raperski (Black Hippy) konsekwentnie serwował świeże i odróżniające się od siebie albumy, a serwery internetowych forów rapowych nie wyrabiały od spekulacji o tym kogo to C.E.O. Top Dawg miałby podpisać następnego

nawet Soulo - dawniej cholernie idiosynkratyczny paranoik kreślący autorskie wizje futurystycznego rapu moralnego niepokoju - dziś występuje jako trochę bardziej niż zawsze corny panczlajner (xD) na wypłowiałych instrumentalach piszczących w tęsknocie za czasami roc-a-fellowej świetności. reszta zaś to zlewający się w jedną całość potok nastrzykiwanych soulfulowym botoksem, UNINSPIRED nawijek. utworu Lance'a nawet nie włączam, bo do dziś mam dziurę w sercu po tym jak TDE zdecydowało się wydać tę abominację noszącą tytuł "Introverted Intuition", a moja wiara w wysokie standardy labelu roztłukła się na milion kawałeczków

obronić mogę tylko Isaiah Rashada, bo ten to w sumie nigdy nam nie obiecywał wyjścia ze strefy komfortu "wyczilowanych rapsów" i jakoś tam tkwi w tym z jakąś zauważalną wciąż zajawką. Zachariusza mógłbym też spropsować za przetłumaczenie na trap-soulowy język utworu mojej ukochanej śpiewającej Brytyjki, tylko że sam fakt tego przedsięwzięcia okazał się znacznie ciekawszy od ostatecznego efektu

nie wiem czy to koniec cyklu, bo nie dostaliśmy nic od tych członków wytwórni, którzy faktycznie coś obecnie znaczą na amerykańskiej scenie. wydaje mi się, że ani ScHoolboy Q, ani Kędryś, ani nawet SZA nie są już zbyt specjalnie zainteresowani reprezentowaniem czegokolwiek, co miałoby świadczyć o ideałach stojących za tym słynnym trzyliterowym logo. no bo co tu tak naprawdę w 2020 roku reprezentować?
29 kwi 2020, 21:15
i pyk, nowy mikstejpik od Drejka. Future, Young Thug, Playboi Carti included
i pyk, nowy mikstejpik od Drejka. Future, Young Thug, Playboi Carti included
1 maj 2020, 07:58
Harry Fraud zuchu ty jeden nie chcę dyskredytować w żaden sposób Jaya Worthy'ego, bo przecież już przynajmniej raz w tym roku go chwaliłem. wydane w marcu "Two4One" potwierdzało jego magnetyczną moc przyciągania do siebie zdolnych ludzi, ale abstrahując od tego przyrodni brat Grimes (nie wiedzieliście? to już wiecie) sam w sobie jest więcej-niż-poprawnym emcee godnie reprezentującym smart post-gangsterkę w wydaniu pijącym do alternatywnych westcoastów z '00s ale to jednak Harry wynosi tutaj całość na poziom, którego oczekiwałem po bijącej z okładki kojącym ciepłem estetyce. każdy jego producencki strzał to strzał w dziesiątkę - nieważne czy drąży w alchemistopodobnym gruncie leniwego samplingu, czy uderza w drapieżne, synth-funkowe tony rodem z albumów The Gap Band. SRSLY, słucham tego "Can't Be Stopped" i nie dowierzam, że w 2020 roku jest jeszcze miejsce na taki czuły pietyzm wobec echa ejtisów do tego jeszcze kapitalne "Frankie Lymon" płynące niczym "przygody Griselda Records w Kalifornii", no i obie wersje "Ice Cold" - jedna lepsza od drugiej. a w zasadzie to druga lepsza od pierwszej, bo te flety a'la "Chronic" z kosmicznie gładką linią basu w "P Mixie" robią ze mną RZECZY szkoda że "Eat When You’re Hungry Sleep When You’re Tired" to tylko 17-minutowe EP
Harry Fraud zuchu ty jeden

nie chcę dyskredytować w żaden sposób Jaya Worthy'ego, bo przecież już przynajmniej raz w tym roku go chwaliłem. wydane w marcu "Two4One" potwierdzało jego magnetyczną moc przyciągania do siebie zdolnych ludzi, ale abstrahując od tego przyrodni brat Grimes (nie wiedzieliście? to już wiecie) sam w sobie jest więcej-niż-poprawnym emcee godnie reprezentującym smart post-gangsterkę w wydaniu pijącym do alternatywnych westcoastów z '00s

ale to jednak Harry wynosi tutaj całość na poziom, którego oczekiwałem po bijącej z okładki kojącym ciepłem estetyce. każdy jego producencki strzał to strzał w dziesiątkę - nieważne czy drąży w alchemistopodobnym gruncie leniwego samplingu, czy uderza w drapieżne, synth-funkowe tony rodem z albumów The Gap Band. SRSLY, słucham tego "Can't Be Stopped" i nie dowierzam, że w 2020 roku jest jeszcze miejsce na taki czuły pietyzm wobec echa ejtisów

do tego jeszcze kapitalne "Frankie Lymon" płynące niczym "przygody Griselda Records w Kalifornii", no i obie wersje "Ice Cold" - jedna lepsza od drugiej. a w zasadzie to druga lepsza od pierwszej, bo te flety a'la "Chronic" z kosmicznie gładką linią basu w "P Mixie" robią ze mną RZECZY

szkoda że "Eat When You’re Hungry Sleep When You’re Tired" to tylko 17-minutowe EP
1 maj 2020, 18:52
mija już ponad pięć lat, odkąd tkwię w tym osobliwym związku z Drejkiem, w którym bardziej od jego oficjalnych albumów funu dostarczają mi te projekty rzucanie pomiędzy. "Dark Lane Demo Tapes" chyba raczej nie wyłamuje się z tego stanu rzeczy. i nie jest to kwestia moich prywatnych oczekiwań, bo na wszystko od Kanadyjczyka czekam z raczej podobnie zbilansowaną proporcją jaranka i wątpliwości. chodzi tu raczej o oczekiwania autora wobec samego siebie, bo im mniej wczuwa się w wyzwanie jakim jest NEXT BIG STUDIO ALBUM, to tym większy bigos różnorakich pomysłów nam serwuje. a im większy bigos tym więcej znajdziecie w nim grzybów. w sensie dobrze jak je znajdziecie. grzyby dobre. kurde, lepiej to brzmiało w mojej głowie po odsianiu mniej smacznych elementów jak teasowane wcześniej "When to Say When" i "Chicago Freestyle" (w pełnej wersji oba trochę lepsze, but still, czemu "Song Cry"?) oraz tik toka noszącego tytuł "Tootsie Slide" (ACZKOLWIEK odtwarzany na lepszym sprzęcie potrafi onieśmielić subtelną pracą synthów w tle) dostajemy solidny miks Drizzy'ego bawiące się klasycznie w bycie CULTURE VULTURE (w wolnym tłumaczeniu: "sępie miłości"), ale i w uderzanie nas w twarz taka stuprocentową drejkowością. tak jak "Time Flies" albo otwierające materiał "Deep Pockets" - kipiące od słodyczy wynikającej z niezawodnej koncepcji "40 i Aubrey razem w studiu" na plus również zaskakująco nośny banger w konfiguracji z Southside'em, Young Thugiem i Future'em ("D4L"), kojący "duet" z Chrisem Brownem (fajnie że chłopaki stukają się obecnie piwkiem po udanej sesji nagraniowej, a nie rzucają się butelkami szampana w klubie), sępiące na drillu double feature wyszło nawet rzetelnie i dobrze, że nareszcie mamy "War" na streamach. o "Pain 1993" jeszcze nie wiem co myśleć - póki co sam podkręcony babyvoice'owy odlot Cartiego ma w sobie coś fascynującego, ale utwór jako całość - niekoniecznie "Dark Lane Demo Tapes" to taki spoczko brudnopis zbierający lepsze i gorsze pomysły Kanadyjczyka, z którego każdy może sobie coś wybrać i wrzucić na prywatną plejlistę jego najlepszych utworów. "Taśmy" pozostawiają też w przeszłości wszystkie ostatnie single Drake'a, dzięki czemu projekt roboczo zatytułowany "SUMMER 2020" dostaje swój świeży start - od wykorzystania w jakiś tam sposób, I GUESS
mija już ponad pięć lat, odkąd tkwię w tym osobliwym związku z Drejkiem, w którym bardziej od jego oficjalnych albumów funu dostarczają mi te projekty rzucanie pomiędzy. "Dark Lane Demo Tapes" chyba raczej nie wyłamuje się z tego stanu rzeczy. i nie jest to kwestia moich prywatnych oczekiwań, bo na wszystko od Kanadyjczyka czekam z raczej podobnie zbilansowaną proporcją jaranka i wątpliwości. chodzi tu raczej o oczekiwania autora wobec samego siebie, bo im mniej wczuwa się w wyzwanie jakim jest NEXT BIG STUDIO ALBUM, to tym większy bigos różnorakich pomysłów nam serwuje. a im większy bigos tym więcej znajdziecie w nim grzybów. w sensie dobrze jak je znajdziecie. grzyby dobre. kurde, lepiej to brzmiało w mojej głowie

po odsianiu mniej smacznych elementów jak teasowane wcześniej "When to Say When" i "Chicago Freestyle" (w pełnej wersji oba trochę lepsze, but still, czemu "Song Cry"?) oraz tik toka noszącego tytuł "Tootsie Slide" (ACZKOLWIEK odtwarzany na lepszym sprzęcie potrafi onieśmielić subtelną pracą synthów w tle) dostajemy solidny miks Drizzy'ego bawiące się klasycznie w bycie CULTURE VULTURE (w wolnym tłumaczeniu: "sępie miłości"), ale i w uderzanie nas w twarz taka stuprocentową drejkowością. tak jak "Time Flies" albo otwierające materiał "Deep Pockets" - kipiące od słodyczy wynikającej z niezawodnej koncepcji "40 i Aubrey razem w studiu"

na plus również zaskakująco nośny banger w konfiguracji z Southside'em, Young Thugiem i Future'em ("D4L"), kojący "duet" z Chrisem Brownem (fajnie że chłopaki stukają się obecnie piwkiem po udanej sesji nagraniowej, a nie rzucają się butelkami szampana w klubie), sępiące na drillu double feature wyszło nawet rzetelnie i dobrze, że nareszcie mamy "War" na streamach. o "Pain 1993" jeszcze nie wiem co myśleć - póki co sam podkręcony babyvoice'owy odlot Cartiego ma w sobie coś fascynującego, ale utwór jako całość - niekoniecznie

"Dark Lane Demo Tapes" to taki spoczko brudnopis zbierający lepsze i gorsze pomysły Kanadyjczyka, z którego każdy może sobie coś wybrać i wrzucić na prywatną plejlistę jego najlepszych utworów. "Taśmy" pozostawiają też w przeszłości wszystkie ostatnie single Drake'a, dzięki czemu projekt roboczo zatytułowany "SUMMER 2020" dostaje swój świeży start - od wykorzystania w jakiś tam sposób, I GUESS
2 maj 2020, 14:34
Niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same time. Wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. Zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 3 maj 2020, 03:55
3 maj 2020, 03:55
Niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same time. Wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. Zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 3 maj 2020, 04:16
3 maj 2020, 04:16
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 4 maj 2020, 01:16
4 maj 2020, 01:16
moje Alma Mater pisania w internecie o muzyczce wzięło i podsumowało szalone '10s, póki co w formie listy najlepszych utworów. również brałem udział w głosowaniu, no i pojawia się tam w paru miejscach kilka moich archiwalnych wypowiedzi. have a nice poniedziałek i miłej lektury!

@[284897335560:274:soulbowl.pl], kocham i pozdrawiam
Zaktualizowano 4 maj 2020, 12:34
4 maj 2020, 12:34
o, jest lyric video do mojego (chyba) ulubionego tracku z tego roku

czym jest idealny hip hop? nie wiem, pojęcia nie mam. ale wiem ile impresjonistycznego piękna zdolny beatmaker może upchać w dwa głupie akordy. albo jak żyjący w świecie trapowych frazesów raper potrafi tyle o sobie powiedzieć miedzy wersami, omamić czarnym humorkiem, charyzmą i wewnętrzną dyscypliną. 21 Savage jest niezawodnym rapowym rzezimieszkiem, technicznym skrytobójcą, brytyjskim sirem, serem, białym żołnierzem

"Yessirskii" odsłuchane, endorfiny wydzielone, można żyć dalej. najlepszy utwór Dwudziestki Jedynki od czasów "Savage Mode". fajnie że i Uzi pojawił się tutaj gościnnie
Zaktualizowano 4 maj 2020, 21:03
4 maj 2020, 21:03
o, jest lyric video do mojego (chyba) ulubionego tracku z tego roku

czym jest idealny hip hop? nie wiem, pojęcia nie mam. ale wiem ile impresjonistycznego piękna zdolny beatmaker może upchać w dwa głupie akordy. albo jak żyjący w świecie trapowych frazesów raper potrafi tyle o sobie powiedzieć miedzy wersami, omamić czarnym humorkiem, charyzmą i wewnętrzną dyscypliną. 21 Savage jest niezawodnym rapowym rzezimieszkiem, technicznym skrytobójcą, brytyjskim sirem, serem, białym żołnierzem

"Yessirskii" odsłuchane, endorfiny wydzielone, można żyć dalej. najlepszy utwór Dwudziestki Jedynki od czasów "Savage Mode". fajnie że i Uzi pojawił się tutaj gościnnie
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:48
5 maj 2020, 15:48
nie miałem okazji w tym roku (ani w poprzednim, ani w wielu poprzednich...) powiedzieć czegokolwiek dobrego na temat pana Marshalla. dla odmiany mały akcik uszanowania - bo nie dość że #posiłekdlalekarza, to jeszcze embracing jednego z najlepszych memów w historii hip hopu

"On Tuesday, Eminem dropped off cups of spaghetti to the workers at a Henry Ford Hospital. Which location within the Henry Ford Health System received the donation isn't known but the hospital's Instagram page posted a picture of 'Mom's Spaghetti' and thanking Eminem for the donation:

Our #HealthcareHeroes “lost themselves” in the delicious Mom’s Spaghetti donated by Detroit’s very own, @eminem. Thank you for providing a special meal for our team members! �"

https://www.fox2detroit.com/news/eminem-donates-moms-spaghetti-to-henry-ford-hospital-workers

to teraz pora na ruch ze strony Kendricka Lamara serwującego kanapki z syropem dla lekarzy straight outta Compton
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:56
5 maj 2020, 15:56
RTJ tańczą sobie z De La Rochą na zgliszczach systemu klasowego, El-P "na chama odpala szampana" nad pożogą skwierczących dolarów i kart kredytowych, Killer Mike wywija na skakance w kurtce Joy Division, scratche i cuty by DJ Premier

nic takiego się nie dzieje, scrolluj dalej

u la la, tak się właśnie podkręca hype przed premierą albumu
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:56
5 maj 2020, 15:56
trochę mam obawy przed popadaniem w banały o tym jak coś tam muzyka, coś tam obecna sytuacja, coś tam wyjątkowo trudne czasy. ale kurcze, Earl Sweatshirt z Maxo są już jednymi nogami tak głęboko w post-apo scenie hiphopowej, że trudno byłoby nie powiązać tej survivalowo-pogrzebowej tematyki ze sprzyjającą uprawie wewnętrznych demonów atmosferą. nie klikajcie jeśli spodziewaliście się coveru przeboju OutKastów (co by było bardzo dziwnym oczekiwaniem przy odpalaniu jakiegokolwiek singla od Earla)

aha, no i znowu ten nietykalny przez żaden kryzys świata Alc na produkcji. moim oficjalnym soundtrackiem bieżącego roku będzie "THE ALCHEMIST 2020 INSTRUMENTALS" przeplatane replayami "Astronomii", bankowo fakt jest to
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:56
5 maj 2020, 15:56
cholerne LEAK CULTURE, miałem już postanowione nie słuchać żadnych przecieków z "Whole Lotta Red", a przez tą całą dezinformacyjną kaskadę wydarzeń nie zauważyłem, że mamy tu do czynienia z oficjalnym singlem xD. "@ MEH" wcale meh bynajmniej nie jest, Carti podąża bardzo solidnym tropem i rozkoszuje się swą autorską wywrotowością, a znany głównie z produkcji dla DaBaby'ego jetsonmade umacnia swoje sprawdzone steelpanowo-mikrobangerowe chwyty - ale z szacunkiem do wypracowanych na projektach Plejboja warunków. znów bez Bourne'a I NAWET NIE JESTEM ZŁY NA TO

wiem że już tłity o jakichś sugerujących premierę dniach tygodnia się pojawiają, ale postaram się już opanować z hajpowankiem. do usłyszenia przy okazji takiego już bardziej autentycznego "MAMY TO" momentu
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:57
5 maj 2020, 15:57
JetsonMade z każdym kolejnym albumem DaBaby'ego ogranicza swój wkład w twórczość rapującego kolegi, ale sądząc po jego jedynej produkcji na "Blame It on Baby" - po prostu stawia na jakość. krótki, ale zwięzły duecik z Future'em igra z EDM'ową antymaterią i chyba zgrabnie wciśnie się w każdą PLEJKĘ typu "co jest obecnie gorące"

a jak na tejże playliście zaraz po "Lightskin Shit" poleci "@ MEH" Kartezjusza (też Jetson na bicie) to już w ogóle jackpot, bingo, makao i po makale w jednym
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:57
5 maj 2020, 15:57
łał, dużo was przybyło od wczoraj. witam i mam nadzieję, że nie pożałujecie tego wyczerpującego EFFORTU, jakim było kliknięcie na polubienie #SZRP. przy okazji życzę wszystkim możliwie przyjemnie spędzonych świąt - nawet jeśli na drodze stać będą pewne przeciwności losu. jak by co tak jak 2pac w swych wersach albo jakiś anonimowy pan dres w swojej dziarze wyraził: "ONLY GOD MAJ JUDE ME"

a tymczasem na nowym albumie Everything is Recorded - czyli pana XL Recordings we własnej osobie - prezentuje się nam duet Ghostface'a ze swą latoroślą Infinite Colesem (który zresztą na krążku odgrywa dużo większą rolę niż epizod). pełna osobliwego uroku relacja ojca z synem rapujących o rzeczach, o których nie wiem czy powinni rapować ojciec z synem. ważne, że z jajem (wielkanocnym, HEHE) i na niekonwencjonalnym aczkolwiek uzależniającym bicie. no i ten stary Starks, wciąż - po tylu latach - buzujący od swej malowniczej i nihilistycznej ekstrawagancji ("Be easy, we bumpin' "Stayin' Alive" by the Bee Gees / Bitch sniffed all my fuckin' coke bein' greedy / I grabbed the jacket, she grabbed the Fiji / And threw up Domino's pizza all on the TV"). kawior od najszlachetniejszego ze szlachetnych jesiotrów
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:57
5 maj 2020, 15:57
u Future'a w porządku, teasuje nadchodzący album, rzuca gdzieniegdzie fajne gościnne zwrotki, a w ramach swojej fundacji FreeWishes szyje maseczki dla mieszkańców Atlanty. wiem, że to nie ten sam poziom DOBRA co Zbigniew Hołdys pozwalający ludziom śpiewać piosenki, no ale i tak nie sposób nie pochwalić

chwalić będę również "TYCOON" za klarowny przekaz o silnym przywiązaniu do korzeni, za nabierający mocy za każdym kolejnym podejściem refren, no i za Wheezy'ego będącego Wheezym. oprócz tego, nie wiedzieć czemu, zachciało mi się nagle zagrać w RollerCoaster Tycoon
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:57
5 maj 2020, 15:57
no i pyk, kolejny singiel od Run The Jewels. może jak dalej będą w takim tempie wytaczać kolejne działa, to usłyszymy nowy album w najbliższy piątek?

"Ooh LA LA" weszło jakby trochę lepiej, forma bardziej oderwała się od oklepanej mitologii RTJ - nawet jeśli oznaczało to przeskoczenie na mitologię Gang Starrów ("DWYCK", elo rap)

mało osób zwróciło na to uwagę, ale El Producto wyraźnie zaczyna unikać stołka producenta. ani ten, ani poprzedni singiel nie zostały nagrane na jego bitach - a przyznam, że przy "Yankee and the Brave (ep. 4)" się nabrałem - wielu z was pewnie również. jeśli taka decyzja dotyczy całości "RTJ4", to nawet trochę jestem do niej przekonany - połowicznie, ale przekonany. najważniejsze żeby przekonani byli El-P i Killer Mike - może jest to faktycznie jakaś droga do odkrycia się na nowo w oczach i uszach słuchaczy? chyba tym bardziej będę wypatrywał owoców tej dłuższej niż zazwyczaj przerwy
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:57
5 maj 2020, 15:57
OK BAMMER. 2020 rok, Wiz Khalifa dalej kręci swoje lole z nie byle czego. to pewnie w jego imieniu padło to słynne błyskotliwe pytanie o możliwość zarażenia się koronawirusem poprzez podawanie sobie dżojnta w kółeczku

a singiel - grany notabene na koncertach już z pół roku - klepie wyśmienicie, szczególnie dzięki Mustardowi przełączonemu na tryb saksofonowego awangardysty
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:57
5 maj 2020, 15:57
ten cały deluxe "Eternal Atake" co ma jutro wyjść to ma być podobno osobny album i zarazem sequel mojego zdecydowanie ulubionego projektu LUVa, czyli "Lil Uzi Vert Vs. The World"

cholera, znowu się ubzdryngoliłem hype'em
Zaktualizowano 5 maj 2020, 15:57
5 maj 2020, 15:57
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 5 maj 2020, 16:00
5 maj 2020, 16:00
trzech amigos świętuje Cinco de Mayo hulając po uwielbianych i rozpoznawanych dookoła świata symbolach mex-kultury. intensywna jak na 1,5 minuty (!) hiperbolizacja pobudek, które kiedyś tam skłoniły trójcę z Atlanty do przyjęcia takiej a nie innej nazwy swojej grupy. ale najważniejsze że czuć w tym radość z zabawy muzyką - czego nie można było powiedzieć chociażby o tym ostatnim mechanicznym singlu z Travisem i Thuggerem

tak trzymajcie, a nawet z zapałem sięgnę w niedalekiej przyszłości po "Culture III". no chyba, że album będzie miał trwać z 200 minut albo i więcej
Zaktualizowano 5 maj 2020, 17:10
5 maj 2020, 17:10
trzech amigos świętuje Cinco de Mayo hulając po uwielbianych i rozpoznawanych dookoła świata symbolach mex-kultury. intensywna jak na 1,5 minuty (!) hiperbolizacja pobudek, które kiedyś tam skłoniły trójcę z Atlanty do przyjęcia takiej a nie innej nazwy swojej grupy. ale najważniejsze że czuć w tym radość z zabawy muzyką - czego nie można było powiedzieć chociażby o tym ostatnim mechanicznym singlu z Travisem i Thuggerem

tak trzymajcie, a nawet z zapałem sięgnę w niedalekiej przyszłości po "Culture III". no chyba, że album będzie miał trwać z 200 minut albo i więcej
Zaktualizowano 5 maj 2020, 18:12
5 maj 2020, 18:12
trzech amigos świętuje Cinco de Mayo hulając po uwielbianych i rozpoznawanych dookoła świata symbolach mex-kultury. intensywna jak na 1,5 minuty (!) hiperbolizacja pobudek, które kiedyś tam skłoniły trójcę z Atlanty do przyjęcia takiej a nie innej nazwy swojej grupy. ale najważniejsze że czuć w tym radość z zabawy muzyką - czego nie można było powiedzieć chociażby o tym ostatnim mechanicznym singlu z Travisem i Thuggerem

tak trzymajcie, a nawet z zapałem sięgnę w niedalekiej przyszłości po "Culture III". no chyba, że album będzie miał trwać z 200 minut albo i więcej
Zaktualizowano 5 maj 2020, 19:03
5 maj 2020, 19:03
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 5 maj 2020, 19:03
5 maj 2020, 19:03
trzech amigos świętuje Cinco de Mayo hulając po uwielbianych i rozpoznawanych dookoła świata symbolach mex-kultury. intensywna jak na 1,5 minuty (!) hiperbolizacja pobudek, które kiedyś tam skłoniły trójcę z Atlanty do przyjęcia takiej a nie innej nazwy swojej grupy. ale najważniejsze że czuć w tym radość z zabawy muzyką - czego nie można było powiedzieć chociażby o tym ostatnim mechanicznym singlu z Travisem i Thuggerem

tak trzymajcie, a nawet z zapałem sięgnę w niedalekiej przyszłości po "Culture III". no chyba, że album będzie miał trwać z 200 minut albo i więcej
Zaktualizowano 5 maj 2020, 19:59
5 maj 2020, 19:59
o, jest lyric video do mojego (chyba) ulubionego tracku z tego roku

czym jest idealny hip hop? nie wiem, pojęcia nie mam. ale wiem ile impresjonistycznego piękna zdolny beatmaker może upchać w dwa głupie akordy. albo jak żyjący w świecie trapowych frazesów raper potrafi tyle o sobie powiedzieć miedzy wersami, omamić czarnym humorkiem, charyzmą i wewnętrzną dyscypliną. 21 Savage jest niezawodnym rapowym rzezimieszkiem, technicznym skrytobójcą, brytyjskim sirem, serem, białym żołnierzem

"Yessirskii" odsłuchane, endorfiny wydzielone, można żyć dalej. najlepszy utwór Dwudziestki Jedynki od czasów "Savage Mode". fajnie że i Uzi pojawił się tutaj gościnnie
Zaktualizowano 5 maj 2020, 19:59
5 maj 2020, 19:59
nie będę wchodził w szczegóły, ale ja tutaj came for tylko i wyłącznie wkład Young Thuga, ale stayed for kawał kompetentnego r&b, które nie musi w 2020 roku zawsze mieć twarzy zatroskanego, rozsadzanego wewnętrznymi konfliktami samca beta dla THUGGEROMANIAKÓW może w swoich lepszych momentach uchodzić za duchowe dziedzictwo "Beautiful Thugger Girls", a dla osób, które tak jak ja nie słuchają Breezy'ego jak nikt im nie przystawia pistoletu do skroni - może jednak warto przegryźć i przekląć swą dumę, by dostrzec jak odpowiednio współprowadzony i sprowokowany przez innego artystę (2016,"Waves" u Kaynego, dobrze pamiętam) Chris naprawdę potrafi zabłysnąć własnym światłem? nie mam pojęcia w jaki sposób, ale ten album działa ps. jedyny większy żal mam tylko do Zbója, bo nie pojawia się w tracku z tytanami Bay Area : C
nie będę wchodził w szczegóły, ale ja tutaj came for tylko i wyłącznie wkład Young Thuga, ale stayed for kawał kompetentnego r&b, które nie musi w 2020 roku zawsze mieć twarzy zatroskanego, rozsadzanego wewnętrznymi konfliktami samca beta

dla THUGGEROMANIAKÓW może w swoich lepszych momentach uchodzić za duchowe dziedzictwo "Beautiful Thugger Girls", a dla osób, które tak jak ja nie słuchają Breezy'ego jak nikt im nie przystawia pistoletu do skroni - może jednak warto przegryźć i przekląć swą dumę, by dostrzec jak odpowiednio współprowadzony i sprowokowany przez innego artystę (2016,"Waves" u Kaynego, dobrze pamiętam) Chris naprawdę potrafi zabłysnąć własnym światłem?

nie mam pojęcia w jaki sposób, ale ten album działa

ps. jedyny większy żal mam tylko do Zbója, bo nie pojawia się w tracku z tytanami Bay Area : C
5 maj 2020, 20:45
trzech amigos świętuje Cinco de Mayo hulając po uwielbianych i rozpoznawanych dookoła świata symbolach mex-kultury. intensywna jak na 1,5 minuty (!) hiperbolizacja pobudek, które kiedyś tam skłoniły trójcę z Atlanty do przyjęcia takiej a nie innej nazwy swojej grupy. ale najważniejsze że czuć w tym radość z zabawy muzyką - czego nie można było powiedzieć chociażby o tym ostatnim mechanicznym singlu z Travisem i Thuggerem

tak trzymajcie, a nawet z zapałem sięgnę w niedalekiej przyszłości po "Culture III". no chyba, że album będzie miał trwać z 200 minut albo i więcej
Zaktualizowano 5 maj 2020, 20:47
5 maj 2020, 20:47
trzech amigos świętuje Cinco de Mayo hulając po uwielbianych i rozpoznawanych dookoła świata symbolach mex-kultury. intensywna jak na 1,5 minuty (!) hiperbolizacja pobudek, które kiedyś tam skłoniły trójcę z Atlanty do przyjęcia takiej a nie innej nazwy swojej grupy. ale najważniejsze że czuć w tym radość z zabawy muzyką - czego nie można było powiedzieć chociażby o tym ostatnim mechanicznym singlu z Travisem i Thuggerem

tak trzymajcie, a nawet z zapałem sięgnę w niedalekiej przyszłości po "Culture III". no chyba, że album będzie miał trwać z 200 minut albo i więcej
Zaktualizowano 6 maj 2020, 00:00
6 maj 2020, 00:00
nie wiem skąd przybyło was tyle od wczoraj, ale szanuję i pozdrawiam! z tej okazji wpis, który zainteresuje pewnie bardzo mały procent czytelników - mam nadzieję, że się mylę THO YL od paru lat istnieje sobie w nowojorskiej bańce poszukiwaczy nowej definicji hip hopu z Wielkiego Jabłka i tak mu idzie, że na Wikipedii pod hasłem z jego ksywką widnieje dłuższy stażem nawijacz z Francji. jego największymi do tej poru sukcesami był wspólny numer z Lil'Fame'em z M.O.P. i jeden zeszłoroczny track, który jakoś zaliczył godną rotację na spotifajowych tracklistach dla oldskulowców. ale tegoroczny run reprezentanta Manhattanu w postaci epki "That Was Then" i dopiero co wypuszczonego albumu to już jednak moment by słowo o nim poszło szerzej w świat na "Alone Time" nie ma już tych uslinych podchodów pod tony Earlowskiej abstrakcji, a taki czysty, przytomny do granic możliwości CLASSIC NEW YORK RAP - ale nie "trueschool", bo to by było za mocne słowo. nawijka YL'a brzmi jakby sprowadzała się do sumiennej realizacji wszystkich możliwych podpunktów bycia prawdziwym raperem z NY z całą związaną z tym techniką, akcentowaniem and shit. i chociaż nie ma w tym krzty ponadprzeciętnie interesującej osobowości, to z samych dobrych chęci budujących ten projekt można by postawić jeszcze jeden apartamentowiec w Chelsea jak się pewnie domyślacie, zmierzam do spropsowania strony produkcyjnej. nie mylicie się, team bitmejkerów równie (nie)znanych co YL rozbił bank jeśli chodzi o ascetyczne, ale inteligentne wyłapywanie ISTOTY RZECZY. seria fascynujących minimali, które unikają zbyt łopatologicznego w w podejściach do NY-soundu "brudu i mroku", a niektóre bardziej soulfulowe kompozycje pięknie uderzają w tony przypominające nam, że gdzieś tam z tej samej wyspy pochodzi ten taki raper co chodził na różowo i do dziś świetnie się trzyma na własnych nagraniach także idźcie na Spoti czy gdzieś i poprawiajcie te jego smutne, czterocyfrowe wyniki odtworzeń
nie wiem skąd przybyło was tyle od wczoraj, ale szanuję i pozdrawiam! z tej okazji wpis, który zainteresuje pewnie bardzo mały procent czytelników - mam nadzieję, że się mylę THO

YL od paru lat istnieje sobie w nowojorskiej bańce poszukiwaczy nowej definicji hip hopu z Wielkiego Jabłka i tak mu idzie, że na Wikipedii pod hasłem z jego ksywką widnieje dłuższy stażem nawijacz z Francji. jego największymi do tej poru sukcesami był wspólny numer z Lil'Fame'em z M.O.P. i jeden zeszłoroczny track, który jakoś zaliczył godną rotację na spotifajowych tracklistach dla oldskulowców. ale tegoroczny run reprezentanta Manhattanu w postaci epki "That Was Then" i dopiero co wypuszczonego albumu to już jednak moment by słowo o nim poszło szerzej w świat

na "Alone Time" nie ma już tych uslinych podchodów pod tony Earlowskiej abstrakcji, a taki czysty, przytomny do granic możliwości CLASSIC NEW YORK RAP - ale nie "trueschool", bo to by było za mocne słowo. nawijka YL'a brzmi jakby sprowadzała się do sumiennej realizacji wszystkich możliwych podpunktów bycia prawdziwym raperem z NY z całą związaną z tym techniką, akcentowaniem and shit. i chociaż nie ma w tym krzty ponadprzeciętnie interesującej osobowości, to z samych dobrych chęci budujących ten projekt można by postawić jeszcze jeden apartamentowiec w Chelsea

jak się pewnie domyślacie, zmierzam do spropsowania strony produkcyjnej. nie mylicie się, team bitmejkerów równie (nie)znanych co YL rozbił bank jeśli chodzi o ascetyczne, ale inteligentne wyłapywanie ISTOTY RZECZY. seria fascynujących minimali, które unikają zbyt łopatologicznego w w podejściach do NY-soundu "brudu i mroku", a niektóre bardziej soulfulowe kompozycje pięknie uderzają w tony przypominające nam, że gdzieś tam z tej samej wyspy pochodzi ten taki raper co chodził na różowo i do dziś świetnie się trzyma na własnych nagraniach

także idźcie na Spoti czy gdzieś i poprawiajcie te jego smutne, czterocyfrowe wyniki odtworzeń
6 maj 2020, 12:45
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 6 maj 2020, 12:45
6 maj 2020, 12:45
bardzo, bardzo ładna odpowiedź Little Simz na nominację od Pauliny Przybysz w #hot16challenge2
Zaktualizowano 6 maj 2020, 20:37
6 maj 2020, 20:37
nie mogę się doczekać piątkowej premiery albumu dwójki Chrisów. single jeden za drugim budują mi w głowie obraz płyty przypominającej comeback The Roots, którzy podczas sesji nagraniowych pozażywali zdecydowanie zbyt wiele anksjolityków i bieżących niusów za świata, w którym żyjemy

"MIRAGE" póki co najmocniejsze - ze swoim apatycznym YEAH-HEY w refrenie, Earlem zdającym raport z życia w beznadziei i zwrotką Denmarka Vesseya, przy której czuję dokładnie to co 14-latki widzące GŁĘBOKIE cytaty w internecie

"A voice, close, near me, said, "Don't be so scary"
"Enjoy your thirties"
Listen, I'm still looking for father figures
Around me and niggas who clown me
The last laugh is a nectar
But the sweetest get-back is being completely free
Completely me
The smell of burnt sage, let the season reap
Don't overthink it"
Zaktualizowano 7 maj 2020, 08:39
7 maj 2020, 08:39
yesssssss

dobre wieści z cyfrowego świata streamingu. nie dość że Future podbudowuje oczekiwanie na nadchodzący album ("Life Is Good") uzupełniając nasze biblioteki o brakujące pozycje z jego epickiego runu kultowych mixtape'ów, to jeszcze ten news. 20 kwietnia because oczywiście, że 20 kwietnia. w samą porę pod grilla ze znajomymi, a przynajmniej pod jego tęskną wizualizację w mojej głowie

będzie słuchane, rzecz jasna ze skipowaniem tracku numer 13 - tego typu skity to absolutnie najgorsze zwyrodnienie złotej ery hip hopu
Zaktualizowano 7 maj 2020, 08:46
7 maj 2020, 08:46
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 7 maj 2020, 13:46
7 maj 2020, 13:46
bardzo, bardzo ładna odpowiedź Little Simz na nominację od Pauliny Przybysz w #hot16challenge2
Zaktualizowano 7 maj 2020, 17:10
7 maj 2020, 17:10
zgubny etos samuraja? film opowiadający o skutkach wyprania mózgu komunistyczną propagandą? kanon greckiej mitologii? fundamentalne dla abrahamowych religii "pierwsze morderstwo w historii ludzkości"? dajcie jakikolwiek tekst kultury temu człowiekowi, a on zbuduje wokół niego własny introwertyczny świat naznaczony silnymi paralelami do wszystkiego co mimochodem dostrzega rzucając okiem na ten smutny jak coś tam świat w "Descendants Of Cain" Ka dobitnie podkreśla jak to wszyscy jesteśmy naznaczeni piętnem popełnionego przez Kaina grzechu i chociaż jego receptą jest tutaj "co zrobisz, no nic nie zrobisz", to wciąż nie potrafię się oprzeć temu smażonemu w głębokim oleju nerd-rapowi parafrazującemu słynne słowa ze szkolnych związków frazeologicznych na potrzeby hipnotyzującej STREET-WISE narracji wciąż oczywiście nie dla każdego będzie raper, który swoim stylem bycia na majku sprawia, że gościnnie tu występujący Roc Marciano brzmi jak najbardziej ANIMATED raper w historii. nie dla każdego będą te ważące dziesiątki ton, hardkorowo przetworzone sample unikające jak ognia (pozornie) elementarnej w rapie BĘBNOLOGII, no ale kto do tej pory nie spróbował muzyki od Ka, ten naprawdę nie ma pojęcia co potencjalnie traci a jeśli te wszystkie głębokie po uszy koncepty was nie intere to chociaż odpalcie ten autonomiczny closer albumu, gdzie raper pod prostymi słowami i pod obfitą pokrywą swej wizytówkowej apatii kisi pokłady pięknych emocji i wysyła serdeczne elo dla trzech najbliższych mu w żyćku osób
zgubny etos samuraja? film opowiadający o skutkach wyprania mózgu komunistyczną propagandą? kanon greckiej mitologii? fundamentalne dla abrahamowych religii "pierwsze morderstwo w historii ludzkości"? dajcie jakikolwiek tekst kultury temu człowiekowi, a on zbuduje wokół niego własny introwertyczny świat naznaczony silnymi paralelami do wszystkiego co mimochodem dostrzega rzucając okiem na ten smutny jak coś tam świat

w "Descendants Of Cain" Ka dobitnie podkreśla jak to wszyscy jesteśmy naznaczeni piętnem popełnionego przez Kaina grzechu i chociaż jego receptą jest tutaj "co zrobisz, no nic nie zrobisz", to wciąż nie potrafię się oprzeć temu smażonemu w głębokim oleju nerd-rapowi parafrazującemu słynne słowa ze szkolnych związków frazeologicznych na potrzeby hipnotyzującej STREET-WISE narracji

wciąż oczywiście nie dla każdego będzie raper, który swoim stylem bycia na majku sprawia, że gościnnie tu występujący Roc Marciano brzmi jak najbardziej ANIMATED raper w historii. nie dla każdego będą te ważące dziesiątki ton, hardkorowo przetworzone sample unikające jak ognia (pozornie) elementarnej w rapie BĘBNOLOGII, no ale kto do tej pory nie spróbował muzyki od Ka, ten naprawdę nie ma pojęcia co potencjalnie traci

a jeśli te wszystkie głębokie po uszy koncepty was nie intere to chociaż odpalcie ten autonomiczny closer albumu, gdzie raper pod prostymi słowami i pod obfitą pokrywą swej wizytówkowej apatii kisi pokłady pięknych emocji i wysyła serdeczne elo dla trzech najbliższych mu w żyćku osób
7 maj 2020, 20:23
bardzo, bardzo ładna odpowiedź Little Simz na nominację od Pauliny Przybysz w #hot16challenge2
Zaktualizowano 7 maj 2020, 20:30
7 maj 2020, 20:30
bardzo, bardzo ładna odpowiedź Little Simz na nominację od Pauliny Przybysz w #hot16challenge2
Zaktualizowano 8 maj 2020, 00:39
8 maj 2020, 00:39
bardzo, bardzo ładna odpowiedź Little Simz na nominację od Pauliny Przybysz w #hot16challenge2
Zaktualizowano 8 maj 2020, 23:33
8 maj 2020, 23:33
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 9 maj 2020, 04:58
9 maj 2020, 04:58
bardzo, bardzo ładna odpowiedź Little Simz na nominację od Pauliny Przybysz w #hot16challenge2
Zaktualizowano 10 maj 2020, 11:06
10 maj 2020, 11:06
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 10 maj 2020, 12:42
10 maj 2020, 12:42
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 10 maj 2020, 12:44
10 maj 2020, 12:44
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 10 maj 2020, 13:19
10 maj 2020, 13:19
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 10 maj 2020, 13:53
10 maj 2020, 13:53
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 10 maj 2020, 18:17
10 maj 2020, 18:17
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 10 maj 2020, 20:57
10 maj 2020, 20:57
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 10 maj 2020, 22:14
10 maj 2020, 22:14
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 11 maj 2020, 01:20
11 maj 2020, 01:20
trudno mi uwierzyć, żeby człowiek ten w krótkim czasie ot tak podwoił ilość pozycji w swojej ponad dwudziestoletniej już solowej dyskografii

ale i tak miło pokrzepić sobie serce takim newsem w czasach zarazy, a rollout chociaż jednego z tych albumów byłby czymś. bo kto jak kto, ale Q-Tip jeszcze nigdy nie nawalił. n i g d y

no i oczywiście spóźnione życzenia z okazji 50-tych urodzin! czekajcie znajdę coś na jakiejś grażynostronie typu smiesznezyczenianasmsa.xd.pl

o mam

"Lat pięćdziesiąt – brzmi poważnie.
Trzeba myśleć już rozważnie.
Szaleć zbytnio nie wypada,
bo powiedzą: błazenada!
Ale mówią tak ludzie smutni
A nie jak Ty – rezolutni.
Więc nie przejmuj się tym wcale
Baw się niczym w karnawale!"
Zaktualizowano 11 maj 2020, 01:53
11 maj 2020, 01:53
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 11 maj 2020, 10:13
11 maj 2020, 10:13
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 11 maj 2020, 12:50
11 maj 2020, 12:50
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 11 maj 2020, 15:10
11 maj 2020, 15:10
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 11 maj 2020, 16:02
11 maj 2020, 16:02
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 11 maj 2020, 17:07
11 maj 2020, 17:07
zawsze odnoszę wrażenie, że nieinteresujący mnie nic a nic raperzy to jakoś tak średnio co miesiąc nowy album wydają. tak mam właśnie z NAVem, który chyba zdaje sobie sprawę z mojej (i wielu innych słuchaczy) postawy, więc na lewo i prawo kupczy atrakcyjniejszymi od samego siebie gościnkami na "Good Intentions"

wstałem rano, przesłuchałem wszystkie featy, resztę olałem, ale co moje to moje. numer poniżej to właśnie taki błyszczący i wdzięczący się przykład wartości dodanej, Young Thug & Wheezy jej na imię. ładne to
Zaktualizowano 11 maj 2020, 18:40
11 maj 2020, 18:40
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 11 maj 2020, 18:50
11 maj 2020, 18:50
jakby jeszcze mało nam było dowodów na tegoroczne zachwianie porządku świata, mało było nam wydarzeń rodzących przypuszczenia, że tak naprawdę żyjemy w jakiejś poronionej symulacji spowitej ostrym cieniem mgły, to na dodatek Drake - pierwszy raz od 2009 roku - NIE zadebiutował na szczycie Billboardu z nowym albumem/mikstejpem/czymkolwiek. chciałoby się powiedzieć: "coś się kończy, coś się zaczyna", póki co z akcentem na kończenie się

co to oznacza? pewnie między innymi to, że Drizzy nie pozwoli już sobie na wydanie materiału złożonego z wyłącznie (xD) czternastu utworów

BUT STILL, track otwierający "Dark Lane Demo Tapes" dojrzewa do miana jednego z moich najulubieńszych utworów Kanadyjczyka
Zaktualizowano 11 maj 2020, 18:53
11 maj 2020, 18:53
5 czerwca. normalnie słuchasz sobie kawałka pod tytułem "Goonies vs. E.T.", potem wjeżdża sobie Pharrell, a potem ro już w ogóle ziomeczek z QOTSA z Mavis Staples, no bo niby czemu nie miałby U LA LA
5 czerwca. normalnie słuchasz sobie kawałka pod tytułem "Goonies vs. E.T.", potem wjeżdża sobie Pharrell, a potem ro już w ogóle ziomeczek z QOTSA z Mavis Staples, no bo niby czemu nie miałby

U LA LA
12 maj 2020, 18:24
tracklistowego szału ciąg dalszy, nowy Future pojutrze, pod nowym tytułem ("High Off Life"). to będzie najbardziej naładowany gościnkami album od czasu... "Honest"? moje przyzwyczajenie do minimalistycznego podejścia do zapraszania innych artystów zbija mnie lekko z tropu. no ale hej, "Harlem Shake" z Thugiem. fajnie, fajniusio, po koleżeńsku
Zaktualizowano 13 maj 2020, 08:24
13 maj 2020, 08:24
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 13 maj 2020, 08:52
13 maj 2020, 08:52
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 13 maj 2020, 08:52
13 maj 2020, 08:52
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 13 maj 2020, 12:23
13 maj 2020, 12:23
@[284897335560:274:soulbowl.pl] & przyjaciele (tak, w tym również ja) vs. muzyczka z '10s
runda druga, albumowa
Zaktualizowano 13 maj 2020, 15:41
13 maj 2020, 15:41
jeśli smutny-człowiek-Future jest waszą ulubioną odmianą Future'a, to "High Off Life" może się mocno rozjechać z waszymi domyślnymi oczekiwaniami wobec twórczości tego pana. KTÓŻ BY POMYŚLAŁ, że motywem przewodnim albumu z takim tytułem (wcześniej brzmiącym "Life Is Good", ale odrzuconym za zbyt ostentacyjne wożonko życiowym wygrankiem w koronaczasach) będzie pozytywny wajb, bezwarunkowe czerpanie szczęścia z tego co się da i tak dalej? "kurwa, jest w pytę", the album

oczywiście nie jest to żaden problem. nieważne czy punktem wyjścia dla Wilburna jest cierpienie, apatia, czy post-kodeinowe odurzenie komfortowym życiem - priorytety się nie zmieniają, ta kreatywna kreatura dalej szuka nowych środków wyrazu, nowych sposobów na stanie się jednością z jakimkolwiek trapowym podkładek, jaki wpadnie mu w łapy

w całym tym haju oczywiście zdarzają się momenty klarownej trzeźwości. subtelne jak w "One of My", niesubtelne jak w "Too Comfortable", czy pozujące na CENTER-PIECE albumu "Accepting My Flaws", czyli miłosny liścik dla aktualnej wybranki rapera. Przyszłość rozlicza się z samym sobą i kaja przed majestatem uczucia do córy amerykańskiego Karola Strasburgera, a wyjątkowo silne delivery tego utworu sugeruje nam, że SHIT GOT REAL. no ale znając biografię pana autora chciałoby się zapytać jak szybko te słowa się zestarzeją HEHE

ogólnie to jest dobrze. jest bangerowo, diamenty są jak koronawirus (bo rozumiecie flu -> cold -> ice), a znany dobrze z ostatnich albumów Future'a team producencki (prawie kompletny, gdzie mój człowiek Dre Moon ja się pytam) znów dostarczył oprawy pełnej niuansów, które będę dostrzegał wraz z każdą kolejną sesja odsłuchową. ja kupuję, choć odbiorcy mniej wtajemniczeni znowu będą się pukać po głowie i mówić że Astronauta znowu dał to samo.

takie jego "So Much Fun", tylko ze znacząco mniejszą liczbą gości. a będąc przy gościach to chciałbym wyrazić skruchę związanym z tym jak bezpodstawnie obwiałem się podejrzanie szerokiej listy featuringów. po raz kolejny potwierdza się, że Hendrix nie zaprasza nikogo do studia bez powodu i każde kolabo - nawet jak nie do końca spełnia oczekiwań ("Harlem Shake" z Thuggerem :C) - to i tak najzwyczajniej na świecie BRZMI JAK DOBRA ZABAWA

ulubiony utwór? pewnie "Ridin Strikers" bo to taki cudowny heist-rap. Fjuczer, jak następnym razem będziesz jakiś skok planował z Metro i Southside'em, do proszę na priv. YOU SONOFABITCH, I'M IN
15 maj 2020, 17:11
jeśli smutny-człowiek-Future jest waszą ulubioną odmianą Future'a, to "High Off Life" może się mocno rozjechać z waszymi domyślnymi oczekiwaniami wobec twórczości tego pana. KTÓŻ BY POMYŚLAŁ, że motywem przewodnim albumu z takim tytułem (wcześniej brzmiącym "Life Is Good", ale odrzuconym za zbyt ostentacyjne wożonko życiowym wygrankiem w koronaczasach) będzie pozytywny wajb, bezwarunkowe czerpanie szczęścia z tego co się da i tak dalej? "kurwa, jest w pytę", the album

oczywiście nie jest to żaden problem. nieważne czy punktem wyjścia dla Wilburna jest cierpienie, apatia, czy post-kodeinowe odurzenie komfortowym życiem - priorytety się nie zmieniają, ta kreatywna kreatura dalej szuka nowych środków wyrazu, nowych sposobów na stanie się jednością z jakimkolwiek trapowym podkładek, jaki wpadnie mu w łapy

w całym tym haju oczywiście zdarzają się momenty klarownej trzeźwości. subtelne jak w "One of My", niesubtelne jak w "Too Comfortable", czy pozujące na CENTER-PIECE albumu "Accepting My Flaws", czyli miłosny liścik dla aktualnej wybranki rapera. Przyszłość rozlicza się z samym sobą i kaja przed majestatem uczucia do córy amerykańskiego Karola Strasburgera, a wyjątkowo silne delivery tego utworu sugeruje nam, że SHIT GOT REAL. no ale znając biografię pana autora chciałoby się zapytać jak szybko te słowa się zestarzeją HEHE

ogólnie to jest dobrze. jest bangerowo, diamenty są jak koronawirus (bo rozumiecie flu -> cold -> ice), a znany dobrze z ostatnich albumów Future'a team producencki (prawie kompletny, gdzie mój człowiek Dre Moon ja się pytam) znów dostarczył oprawy pełnej niuansów, które będę dostrzegał wraz z każdą kolejną sesja odsłuchową. ja kupuję, choć odbiorcy mniej wtajemniczeni znowu będą się pukać po głowie i mówić że Astronauta znowu dał to samo.

takie jego "So Much Fun", tylko ze znacząco mniejszą liczbą gości. a będąc przy gościach to chciałbym wyrazić skruchę związanym z tym jak bezpodstawnie obwiałem się podejrzanie szerokiej listy featuringów. po raz kolejny potwierdza się, że Hendrix nie zaprasza nikogo do studia bez powodu i każde kolabo - nawet jak nie do końca spełnia oczekiwań ("Harlem Shake" z Thuggerem :C) - to i tak najzwyczajniej na świecie BRZMI JAK DOBRA ZABAWA

ulubiony utwór? pewnie "Ridin Strikers" bo to taki cudowny heist-rap. Fjuczer, jak następnym razem będziesz jakiś skok planował z Metro i Southside'em, do proszę na priv. YOU SONOFABITCH, I'M IN
15 maj 2020, 17:17
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 15 maj 2020, 21:17
15 maj 2020, 21:17
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 15 maj 2020, 22:56
15 maj 2020, 22:56
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 15 maj 2020, 23:03
15 maj 2020, 23:03
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 15 maj 2020, 23:18
15 maj 2020, 23:18
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 16 maj 2020, 00:15
16 maj 2020, 00:15
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 16 maj 2020, 00:45
16 maj 2020, 00:45
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 16 maj 2020, 01:04
16 maj 2020, 01:04
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 16 maj 2020, 21:16
16 maj 2020, 21:16
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 17 maj 2020, 10:57
17 maj 2020, 10:57
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 17 maj 2020, 12:22
17 maj 2020, 12:22
SpotifySZRP: selekcja 2020, a playlist by chojnychojnychojny on Spotifyhttps://open.spotify.com/playlist/0BOIR0z5vzYWUr6u9f2v1S
przypominanko o istnieniu mojej w miarę regularnie update'owanej plejlisty moich ulubionych hiphopowych momentów 2020 roku

jednocześnie tak się zastanawiam głośno, czy nie wolelibyście dwóch plejek - z których jedna AGREGOWAŁABY bangerowo-trapowo-nowoczesno-mainstreamowe utwory, a druga skupiała się na bardziej konserwatywnych w ogólnych założeniach, rozpiętych gdzieś między truskulem a abstractem rapsach? a może dobre jest jak jest i pozwólmy sobie rozkoszować się pełnym spektrum współczesnego hip hopu AT THE SAME DAMN TIME?

hm?
Zaktualizowano 17 maj 2020, 16:08
17 maj 2020, 16:08
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 17 maj 2020, 19:43
17 maj 2020, 19:43
soulbowl.pl & przyjaciele (tak, w tym również ja) vs. muzyczka z '10s
runda druga, albumowa
Zaktualizowano 18 maj 2020, 00:05
18 maj 2020, 00:05
Conway the Machine to prawdopodobnie mój ulubiony członek boysbandu Griselda. chociaż to głupio zabrzmi, core jego bycia-fajnym-emcee leży w takiej jego normalnej normalności: posiadaniu niewyróżniającego się, ale jednak nośnego jak diabli głosu. flow dobrze komplementowanego przez technikę, techniki dobrze komplementowanej przez flow, linijek które nie bombardują nas tysiącem absurdalnych panczy i przechwałek. wystarczą te co są i co je liczysz na palcach ręki, ale zapamiętujesz je bo Conway brzmi jakby naprawdę wierzył w to co mówi. nie zgadzam się z jego zestawianiem samego siebie z Biggiem z "Ready to Die", ale pewnie pewnie w dyskusji z autorem doszlibyśmy do konsensusu, że idealnym porównaniem mógłby tutaj być Kool G Rap Big Ghost LTD to też nietuzinkowy ANCYMON, który z bloggerskiego żartu-rzeki ze stylu wypowiadania się Ghostface'a urósł do całkiem poważnego nosiciela producenckiego dziedzictwa RZA. tak, wszystko tutaj trzęsie się od ciężkich uderzeń wysamplowanych gitar, loopów z soulowymi wokalami, a i bębny kurwią tak abyśmy przypadkiem nawet przez ułamek sekundy nie pomyśleli o rolandowych sekwencjach "No One Mourns the Wicked" to dwadzieścia pięć minut hip hopu ostentacyjnie niczego do hip hopu nie wnoszącego. nie zmienia to jednak faktu, że słuchałem tego jak wryty i pewnie jeszcze nie raz to zrobię "We got rich off sellin' work, I was there, I could tell you My homie didn't stack his paper and there was his failure Police raid the spot, barely find paraphernalia Used to get the bricks from a Arabic tailor He sell suits, but if you wanted a square, he can sell you Young niggas sellin' dope 'cause America failed us" a w ogóle ten Sticky Fingaz 2.0 w ostatnim kawałku CO DAŁ, muszę posłuchać go więcej
Conway the Machine to prawdopodobnie mój ulubiony członek boysbandu Griselda. chociaż to głupio zabrzmi, core jego bycia-fajnym-emcee leży w takiej jego normalnej normalności: posiadaniu niewyróżniającego się, ale jednak nośnego jak diabli głosu. flow dobrze komplementowanego przez technikę, techniki dobrze komplementowanej przez flow, linijek które nie bombardują nas tysiącem absurdalnych panczy i przechwałek. wystarczą te co są i co je liczysz na palcach ręki, ale zapamiętujesz je bo Conway brzmi jakby naprawdę wierzył w to co mówi. nie zgadzam się z jego zestawianiem samego siebie z Biggiem z "Ready to Die", ale pewnie pewnie w dyskusji z autorem doszlibyśmy do konsensusu, że idealnym porównaniem mógłby tutaj być Kool G Rap

Big Ghost LTD to też nietuzinkowy ANCYMON, który z bloggerskiego żartu-rzeki ze stylu wypowiadania się Ghostface'a urósł do całkiem poważnego nosiciela producenckiego dziedzictwa RZA. tak, wszystko tutaj trzęsie się od ciężkich uderzeń wysamplowanych gitar, loopów z soulowymi wokalami, a i bębny kurwią tak abyśmy przypadkiem nawet przez ułamek sekundy nie pomyśleli o rolandowych sekwencjach

"No One Mourns the Wicked" to dwadzieścia pięć minut hip hopu ostentacyjnie niczego do hip hopu nie wnoszącego. nie zmienia to jednak faktu, że słuchałem tego jak wryty i pewnie jeszcze nie raz to zrobię

"We got rich off sellin' work, I was there, I could tell you
My homie didn't stack his paper and there was his failure
Police raid the spot, barely find paraphernalia
Used to get the bricks from a Arabic tailor
He sell suits, but if you wanted a square, he can sell you
Young niggas sellin' dope 'cause America failed us"

a w ogóle ten Sticky Fingaz 2.0 w ostatnim kawałku CO DAŁ, muszę posłuchać go więcej
18 maj 2020, 21:26
jakby co to w tym roku playlistę podsumowującą 2020 zacząłem tworzyć TROCHĘ WCZEŚNIEJ. zapraszam do śledzenia, postaram się aktualizować w miarę często, co trzeba to dodać, a jak coś się nie przyklei ̶d̶o̶ ̶ł̶a̶p̶y̶ ̶t̶o̶ ̶s̶p̶r̶z̶e̶d̶a̶m̶ to usunąć. no i utrzymać strukturę zbliżoną do kompilacji z 2019. już na moment jest parę podobieństw

no bo nie da się mówić o tym co tu i teraz bez wspominania premiery z końcówki zeszłego roku, czyli "I U I U I U I U" Roddy'ego Riccha, tak to nam viralnęło - i nie mówię, że niesłusznie. ponownie numerem-otwarciem składanki jest także znakomity kobiecy duet, a jaki to posłuchajcie sobie sami
#NowPlaying
Zaktualizowano 18 maj 2020, 21:47
18 maj 2020, 21:47
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 18 maj 2020, 21:49
18 maj 2020, 21:49
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 18 maj 2020, 22:32
18 maj 2020, 22:32
pozwolę sobie na bis jeszcze raz spropsować "Ridin Strikers" - nie tylko dlatego, że dzieje się tutaj beat switch, który przejdzie do historii beat switchy w hip hopie

"I'm gettin' my decimals, I'm going digital
Spazzin' in Jimmy Choo, bagged up plentiful
Tell me how I'm supposed to be sober in my interview"

"Drug raids got me cold, got me cocky
Can't stand it, won't enjoy life if it ain't toxic
Cuban links, walking on ice, I don't play hockey
I was trained standin' on Front Street and I'm saucy
High profile superstar, codeine coughing
Cop a Porsche, cop a Range Rover, it's King Jaffe"

a może wy (pozwolę sobie zabawić się w małe SOCIAL ACTIVATION) też macie jakiegoś murowanego faworyta z "High Off Life"?
Zaktualizowano 19 maj 2020, 00:08
19 maj 2020, 00:08
o tym że Gunna i Turbo to jeden z najpiękniejszych duetów raper/producent to już dobrze wiemy. ale czym my w życiu zasłużyliśmy na takie katharsistyczne linijki jak "pop a perc / papa smurf" to nie mam zielonego

najbliższy piątek z pewnością należy do tych bardziej przeze mnie wyczekiwanych
Zaktualizowano 19 maj 2020, 16:15
19 maj 2020, 16:15
“Wikipedia is the best thing ever. Anyone in the world can write anything they want about any subject. So you know you are getting the best possible information.”

- wiadomo kto, wiadomo jaki serial
Zaktualizowano 20 maj 2020, 19:16
20 maj 2020, 19:16
po nowym krążku (można tak jeszcze o albumach mówić?) Gunny oczekiwałem przynajmniej bycia jednym z najciekawszych muzycznie albumów rapowych tego roku, no i raczej pod tym względem się nie zawiodłem. "WUNNA" to najcięższego kalibru bogactwo dźwięku, aczkolwiek na tyle subtelne by uniknąć jakiegoś komicznego bizancjum. owoce sesji nagraniowych dzielonych między studiami w Atlancie, L.A. i na Jamajce budują spójną historię opowiadaną za pomocą zmysłowych rhodesów, akustycznych gitar i trapowych drumrolli emulujących niedoskonałość prawdziwej perkusji - tak jak to tylko możliwe. narracji, którą w pewnością współtworzyłby sam J Dilla, gdyby urodził się pokolenie później oczywiście, jeśli wcześniejsza twórczość Kitchensa nie jest nam obca to powyższy akapit do usunięcia, bo przecież wiemy Z CZYM TO SIĘ JE i po co tu jesteśmy. a czego do tej pory mogliśmy nie wiedzieć? na przykład tego, że "Gunna sound" to nie tylko Wheezy i Turbo The Great, bo w zasadzie każdy pojawiający się tutaj bitmejker działa zgodnie z kodeksem i podporządkowuje się właściwym częstotliwościom - a mówimy to także o takich wyrazistych trendsetterskich tuzach jak Tay Keith i Mike Will głównym muzycznym herosem jest jednak Łizi, który zdominował team producencki nie tylko procentowym udziałem, a również największym wyczuciem gospodarza i tego, w którą stronę coś popchnąć by wciąż działało. stąd takie złoto jak "ROCKSTER BIKERS & CHAINS" - zupełnie niespodziewany przełom stylistyczny, który jakimś cudem zabłysnął dziwną barwą światła w samym epicentrum płyty. chociaż z drugiej strony mamy "TOP FLOOR", które brzmi jak jakiś remix "Hot" z Travisem, a przecież już mieliśmy remix "Hot" z Travisem... przy tym całym brzmieniowym PJENKNIE do samego rapującego Gunniarza wymagam jedynie poprawności i nie bycie tak-kurwa-monotonnym typem jak Nav. nie ma z tym rzecz jasna problemu, raper pozostaje wciąż w spektrum wyliczających na randomie drogie obiekty konsumpcji post-thuggerów, którzy jednak potrafią nadrobić humorkiem (linijka z Papą Smerfem na zawsze w moim sercu), motywacyjnym podszyciem ("DO BETTER" jak kompetentny sequel "Don't Give Up" z pierwszego "Drip or Drown"), no i umiejętnością wplecenia od czasu do czasu fokusujących uwagę flow patternów czy po prostu zapodania świetnego refrenu ("DON'T PLAY AROUND" < 3) "WUNNA" to kolejna cegiełka w murze koherentnego stylu jaki obiecał nam regularnie dostarczać Gunna. odnoszę jednak wrażenie, że nie jest taka EASY TO LOVE jak zeszłoroczne "Drip or Drown 2", które dla wielu słuchaczy stało się starter packiem do zagłębienia się w świat czarującego dripu. nowy album podtrzymuje w pierwszej kolejności zainteresowanie tych, którzy już udzielili Gunnie wotum zaufania. jeśli zatem jeszcze nie poznaliście się z tym panem, zacznijcie najlepiej od albumu z 2019, albo tego jeszcze wcześniejszego z Lil Babym a ja tymczasem wracam do uczucia obcowania z tym wciąż względnie świeżym muzycznym bytem. a kiedy myślę co mógłbym sobie puścić podobnego to tak naprawdę jedyną opcją jest wcześniejszy katalog tego samego twórcy. jeżeli to o niczym nie świadczy to... nie no, to na pewno o czymś świadczy, przyznajcie
po nowym krążku (można tak jeszcze o albumach mówić?) Gunny oczekiwałem przynajmniej bycia jednym z najciekawszych muzycznie albumów rapowych tego roku, no i raczej pod tym względem się nie zawiodłem. "WUNNA" to najcięższego kalibru bogactwo dźwięku, aczkolwiek na tyle subtelne by uniknąć jakiegoś komicznego bizancjum. owoce sesji nagraniowych dzielonych między studiami w Atlancie, L.A. i na Jamajce budują spójną historię opowiadaną za pomocą zmysłowych rhodesów, akustycznych gitar i trapowych drumrolli emulujących niedoskonałość prawdziwej perkusji - tak jak to tylko możliwe. narracji, którą w pewnością współtworzyłby sam J Dilla, gdyby urodził się pokolenie później

oczywiście, jeśli wcześniejsza twórczość Kitchensa nie jest nam obca to powyższy akapit do usunięcia, bo przecież wiemy Z CZYM TO SIĘ JE i po co tu jesteśmy. a czego do tej pory mogliśmy nie wiedzieć? na przykład tego, że "Gunna sound" to nie tylko Wheezy i Turbo The Great, bo w zasadzie każdy pojawiający się tutaj bitmejker działa zgodnie z kodeksem i podporządkowuje się właściwym częstotliwościom - a mówimy to także o takich wyrazistych trendsetterskich tuzach jak Tay Keith i Mike Will

głównym muzycznym herosem jest jednak Łizi, który zdominował team producencki nie tylko procentowym udziałem, a również największym wyczuciem gospodarza i tego, w którą stronę coś popchnąć by wciąż działało. stąd takie złoto jak "ROCKSTER BIKERS & CHAINS" - zupełnie niespodziewany przełom stylistyczny, który jakimś cudem zabłysnął dziwną barwą światła w samym epicentrum płyty. chociaż z drugiej strony mamy "TOP FLOOR", które brzmi jak jakiś remix "Hot" z Travisem, a przecież już mieliśmy remix "Hot" z Travisem...

przy tym całym brzmieniowym PJENKNIE do samego rapującego Gunniarza wymagam jedynie poprawności i nie bycie tak-kurwa-monotonnym typem jak Nav. nie ma z tym rzecz jasna problemu, raper pozostaje wciąż w spektrum wyliczających na randomie drogie obiekty konsumpcji post-thuggerów, którzy jednak potrafią nadrobić humorkiem (linijka z Papą Smerfem na zawsze w moim sercu), motywacyjnym podszyciem ("DO BETTER" jak kompetentny sequel "Don't Give Up" z pierwszego "Drip or Drown"), no i umiejętnością wplecenia od czasu do czasu fokusujących uwagę flow patternów czy po prostu zapodania świetnego refrenu ("DON'T PLAY AROUND" < 3)

"WUNNA" to kolejna cegiełka w murze koherentnego stylu jaki obiecał nam regularnie dostarczać Gunna. odnoszę jednak wrażenie, że nie jest taka EASY TO LOVE jak zeszłoroczne "Drip or Drown 2", które dla wielu słuchaczy stało się starter packiem do zagłębienia się w świat czarującego dripu. nowy album podtrzymuje w pierwszej kolejności zainteresowanie tych, którzy już udzielili Gunnie wotum zaufania. jeśli zatem jeszcze nie poznaliście się z tym panem, zacznijcie najlepiej od albumu z 2019, albo tego jeszcze wcześniejszego z Lil Babym

a ja tymczasem wracam do uczucia obcowania z tym wciąż względnie świeżym muzycznym bytem. a kiedy myślę co mógłbym sobie puścić podobnego to tak naprawdę jedyną opcją jest wcześniejszy katalog tego samego twórcy. jeżeli to o niczym nie świadczy to... nie no, to na pewno o czymś świadczy, przyznajcie
22 maj 2020, 11:00
Migosi od kilku ostatnich singli serwują nam niezłą huśtawkę nastrojów, w przypadku "Need It" znowu mamy do czynienia z dodatnią wartością sinusoidy

po pierwsze - zajawkowe i radosne BACK & FORTH wymiany linijek między raperami pozwalające odesłać w niepamięć "Culture II", na którym to niemal każdy utwór musiał składać się z trzech pełnych zwrotek każdego rapera i nie ma, że boli. po drugie - ten podkład samplujący zupełnie zapomnianą przeze mnie piosenkę 50 Centa. coś co na "The Massacre" było fillerem u wykonawcy A, posłużyło jako całkiem solidny fundament pod coś bardziej egzotycznego dla wykonawcy B. po trzecie - YoungBoy Never Broke Again po raz kolejny w tym miesiącu udowadnia, że - nie będąc specjalnie wyróżniającym się w tłumie emcee - potrafi w featuringi i zdecydowanie opłaca się go do takowych zapraszać
Zaktualizowano 23 maj 2020, 19:34
23 maj 2020, 19:34
pana Channel Tres najłatwiej skojarzyć z elektronicznymi ekspedycjami w kierunku Detroit i Chicago, ale warto usłyszeć jak w "Weedman" zalicza triumfalny powrót do rodzinnego Compton. tego samego Compton, z którego pochodzi DJ Quik... i chyba możecie się domyślić do czego z tym faktem zmierzam

dla wszystkich stonerów LEKKO SFRUSTROWANYCH komplikacjami w procesie kołowania działki swojego ulubionego dożylnego narkotyku. dla tych co wybijając numer telefonu są za każdym razem gotowi dostrzec, że "ej to prwaie jak mzuyka". no i również dla wszystkich co zwyczajnie lubią westcoastowe bangery i TAKI bas

wiem, stare sprzed miesiąca
Zaktualizowano 24 maj 2020, 20:16
24 maj 2020, 20:16
no więc pojawiały się pytania (od paru osób, albo kilka razy od tej samej, a ja nie pamiętałem xD) czy ruszy jakaś towarzysząca stronie grupka. bo wiadomo - niepisane prawo polskich pejów fejsbukowych mówi, że takową grupkę założyć po prostu wypada zapraszam więc do dołączania. nie wiem jak to będzie wyglądać, jaką formę przyjmie - prawdopodobnie taką jaką wy, moi drodzy czytelnicy, tutaj zaproponujecie. bo "SZRP (Deluxe Edition)" = społeczność, a nie jakiś jeden typo kreujący się na znawcę amerykańskich hip hopów LINK W KOMCIU
no więc pojawiały się pytania (od paru osób, albo kilka razy od tej samej, a ja nie pamiętałem xD) czy ruszy jakaś towarzysząca stronie grupka. bo wiadomo - niepisane prawo polskich pejów fejsbukowych mówi, że takową grupkę założyć po prostu wypada

zapraszam więc do dołączania. nie wiem jak to będzie wyglądać, jaką formę przyjmie - prawdopodobnie taką jaką wy, moi drodzy czytelnicy, tutaj zaproponujecie. bo "SZRP (Deluxe Edition)" = społeczność, a nie jakiś jeden typo kreujący się na znawcę amerykańskich hip hopów

LINK W KOMCIU
25 maj 2020, 16:58
HERE'S A THING: bardzo szanuję cały ten nurt który obrósł wokół Earla Sweatshirta i jego followersów. koherentny i wyraźnie rozszerzający się z biegiem czasu ruch jest niezwykle świadomy swojej roli na współczesnej scenie powoli przesycanej do granic możliwości trapami i drillami, świadomy tego jak miłą jest niespodzianką dla rzeszy słuchaczy wychowanych na MF DOOMie. jednak przy całej mojej sympatii do zjawiska mam trochę problem z traktowaniem tych artystów jako indywidualnych wykonawców jawnie manifestujących co dokładnie własnego do tego soundu wprowadzają. zresztą c'mon, prawie każdy z nich ma ksywkę na literę "M", sami się proszą o bycie przeze mnie mylonymi mimo wszystko mam przeczucie, że Medhane jest ON TO SOMETHING i już niedługo może śmiać się będę, że kiedyś był dla mnie tylko kolejnym klonem Earla. "Cold Water" potrafi zauroczyć. często jest to rzecz jasna związane z architekturą podkładów, która bynajmniej nie zawsze wiąże się z abstrakcyjnym szatkowaniem sampli. często wybrzmiewają one tak jak trzeba, jak np w wyniosłym mimo wszystko, okraszonym pitchforkowym pomarańczem "I'm Deadass". podobnie "TRS", "New Drip", albo "Live!" które znany mi dobrze sampel w skuteczny sposób obdarło ze snoop doggowych konotacji. innym moim bitmejkerskim oczkiem w głowie jest "Watch My Step" z tym cloudowym animuszem ubranym za pomocą aluzyjnego chantingu w dynamiczny ABSTRACT BANGER, no lubię takie smaczki no sam raper wpisuje się w założoną przez złośliwych ludzi tezę że "słyszałeś jednego to słyszałeś wszystkich", aczkolwiek weź no spróbuj powiedzieć, że Medhane nie jest zdolną istotą, ze swoją lekkością wypowiadania samoistnie rymujących się streamów świadomości and shit, no spróbuj tylko "Cold Water" = dobra rzecz
HERE'S A THING: bardzo szanuję cały ten nurt który obrósł wokół Earla Sweatshirta i jego followersów. koherentny i wyraźnie rozszerzający się z biegiem czasu ruch jest niezwykle świadomy swojej roli na współczesnej scenie powoli przesycanej do granic możliwości trapami i drillami, świadomy tego jak miłą jest niespodzianką dla rzeszy słuchaczy wychowanych na MF DOOMie. jednak przy całej mojej sympatii do zjawiska mam trochę problem z traktowaniem tych artystów jako indywidualnych wykonawców jawnie manifestujących co dokładnie własnego do tego soundu wprowadzają. zresztą c'mon, prawie każdy z nich ma ksywkę na literę "M", sami się proszą o bycie przeze mnie mylonymi

mimo wszystko mam przeczucie, że Medhane jest ON TO SOMETHING i już niedługo może śmiać się będę, że kiedyś był dla mnie tylko kolejnym klonem Earla. "Cold Water" potrafi zauroczyć. często jest to rzecz jasna związane z architekturą podkładów, która bynajmniej nie zawsze wiąże się z abstrakcyjnym szatkowaniem sampli. często wybrzmiewają one tak jak trzeba, jak np w wyniosłym mimo wszystko, okraszonym pitchforkowym pomarańczem "I'm Deadass". podobnie "TRS", "New Drip", albo "Live!" które znany mi dobrze sampel w skuteczny sposób obdarło ze snoop doggowych konotacji. innym moim bitmejkerskim oczkiem w głowie jest "Watch My Step" z tym cloudowym animuszem ubranym za pomocą aluzyjnego chantingu w dynamiczny ABSTRACT BANGER, no lubię takie smaczki no

sam raper wpisuje się w założoną przez złośliwych ludzi tezę że "słyszałeś jednego to słyszałeś wszystkich", aczkolwiek weź no spróbuj powiedzieć, że Medhane nie jest zdolną istotą, ze swoją lekkością wypowiadania samoistnie rymujących się streamów świadomości and shit, no spróbuj tylko

"Cold Water" = dobra rzecz
27 maj 2020, 16:00
obserwuję opinie na temat nowego albumu Gunny i fascynujące jest jak podzielone są zdania odnośnie lepszych/gorszym momentów płyty. coś co dla jednego słuchacza jest perełką, dla innego okazuje się meh niewypałem. no i fajnie, zawsze to jakaś odmiana w porównaniu do materiałów, z których nieprzypadkowo wszyscy pamiętają kilka tych samych cholernych tracków

zupełnie nie dziwię się natomiast, że właśnie "ROCKSTAR BIKERS & CHAINS" zbiera procentowo najwięcej e-miłości, bo to jeden z niewątpliwie najdziwniejszych (w ten satysfakcjonujący sposób) hiphopowych momentów 2020 roku. najbardziej od czasów "Black Beatles" odjechana raperska fantazja o byciu "pieprzoną gwiazdą rock & rolla" z jeszcze bardziej odjechanym instrumentalem Wheezy'ego. jeśli Kędryś faktycznie pracuje nad inspirowanym rockiem albumem, to niech notuje jak uchwycić w piosence ducha jakiegoś gatunku bez fizycznego sięgania po stereotypy i tanie chwyty. retrofuturystyczny hi hat zapadł w pamięć już po pierwszym odsłuchu, no i raczej nigdy z tej głowy nie wyjdzie

do tego mamy jeszcze teledysk i O JEJCIU. format 4:3, kosmiczna scenografia, błyszczące kostiumy, dobrze znajome ujęcia kamery, buchający ogień. Busta Rhymes, Hype Williams, czy to wy?
Zaktualizowano 27 maj 2020, 19:50
27 maj 2020, 19:50
już jutro nowy Jachcik, a na nim utwór z gościnnym udziałem A$AP Rocky'ego, Tylera i Tierry Whack, na samplu z kultowego singla Teriyaki Boyz. jesteście na to gotowi? czy można w ogóle być na to gotowym?
Zaktualizowano 28 maj 2020, 11:17
28 maj 2020, 11:17
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
A.G. na nowym albumie Preservation nawija o Warszawie i hmm... obyczajowości Polek?

Panie Premierze, Reduta Dobrego Imienia/Polish League Against Defamation, mamy tu chyba raport o US rapie do zrobienia. mogę pomóc
29 maj 2020, 08:45
z Freddiem Gibbsem to jest prawdopodobnie tak, że z kimkolwiek i jakkolwiek dobrej płyty nie zrobi, to jego dwukrotne collabo z Madlibem uległo już takiej ikonizacji, zdobyło taką reputację, że stało się DEFINITIVE projektem rapera. nieważne jak dobra by była jakakolwiek płyta z kimś innym niż Otis Jackson, to skazana zostaje na tysiące lat porównań do "Pinaty" i "Bandany". i chociaż swoje zdanie w tej sprawie mam to chciałbym się zdystansować od pakowania mojego odbioru "Alfredo" w kontekst tego jak wypada przy "Madgibbsach". bo warto po prostu usiąść i bez bagażu wspomnień delektować się przyrządzoną przez Freddiego i Alchemista włoską pastą warto rozpłynąć się przy otwierającym płytę "1985" zapowiadającym epicki western romantyzujący etos kokainowego kowboja w jego świecie gotowanego cracku i wypchanych materacy. wziąć na barki ten silnie zarysowany kontrast ultragorzkich dilerskich historii ("Skinny Suge", "All Glass") z zaskakująco SŁODKO-SŁODKIMI deklaracjami pięknego życia zgodnie z własnymi ideałami (tutaj królują goście: Conway i Tyler, który ostatnio szaleje z monster-verse'ami na niespodziewanych featuringach). można poczuć dreszcz kiedy pierwszą zwrotką w "Scottie Beam" Kane perfekcyjnie i niepokojąco rezonuje ze świeżymi wydarzeniami prosto z Minneapolis. można też po prostu odfrunąć przy dojebanych braggach we "Frank Lucas" (Benny the Butcher!) i godnej mistrza tkance flow w "God is Perfect" wszędzie gdzie do podkreślenia jest jakaś emocja tam z ręką na pulsie czuwa Alc. serio, nie wiem po co on się tak stara, przecież już zapowiadałem, że tytuł producenta roku wg SZRP ma w kieszeni. w ogóle zauważyliście ten lekki pitch w górę przed zwrotką eksplodującego od nadmiaru POSITIVE THINKING Tylera, the Creatora? kto tak robi? Alchemist tak robi questo album è squisito! 👌 ps myślicie, że Doja Cat odpowie na zaloty?
z Freddiem Gibbsem to jest prawdopodobnie tak, że z kimkolwiek i jakkolwiek dobrej płyty nie zrobi, to jego dwukrotne collabo z Madlibem uległo już takiej ikonizacji, zdobyło taką reputację, że stało się DEFINITIVE projektem rapera. nieważne jak dobra by była jakakolwiek płyta z kimś innym niż Otis Jackson, to skazana zostaje na tysiące lat porównań do "Pinaty" i "Bandany". i chociaż swoje zdanie w tej sprawie mam to chciałbym się zdystansować od pakowania mojego odbioru "Alfredo" w kontekst tego jak wypada przy "Madgibbsach". bo warto po prostu usiąść i bez bagażu wspomnień delektować się przyrządzoną przez Freddiego i Alchemista włoską pastą

warto rozpłynąć się przy otwierającym płytę "1985" zapowiadającym epicki western romantyzujący etos kokainowego kowboja w jego świecie gotowanego cracku i wypchanych materacy. wziąć na barki ten silnie zarysowany kontrast ultragorzkich dilerskich historii ("Skinny Suge", "All Glass") z zaskakująco SŁODKO-SŁODKIMI deklaracjami pięknego życia zgodnie z własnymi ideałami (tutaj królują goście: Conway i Tyler, który ostatnio szaleje z monster-verse'ami na niespodziewanych featuringach). można poczuć dreszcz kiedy pierwszą zwrotką w "Scottie Beam" Kane perfekcyjnie i niepokojąco rezonuje ze świeżymi wydarzeniami prosto z Minneapolis. można też po prostu odfrunąć przy dojebanych braggach we "Frank Lucas" (Benny the Butcher!) i godnej mistrza tkance flow w "God is Perfect"

wszędzie gdzie do podkreślenia jest jakaś emocja tam z ręką na pulsie czuwa Alc. serio, nie wiem po co on się tak stara, przecież już zapowiadałem, że tytuł producenta roku wg SZRP ma w kieszeni. w ogóle zauważyliście ten lekki pitch w górę przed zwrotką eksplodującego od nadmiaru POSITIVE THINKING Tylera, the Creatora? kto tak robi? Alchemist tak robi

questo album è squisito! 👌

ps myślicie, że Doja Cat odpowie na zaloty?
29 maj 2020, 17:48
zacznę od ustosunkowania się do dotychczas objawionego światu katalogu Lil Yachty'ego. uwielbiam pierwszą część "Lil Boat"! uwielbiam ją, ponieważ był to jeden z tych nielicznych momentów, które prawdziwie, ALE TAK PRAWDZIWIE wpędziły mnie w zakłopotanie i kłopoty z jednoznacznym ustaleniem gdzie leży prowokacja, a gdzie nieskrępowana szczerość artystyczna. tak jak na początku Lil B, tyle że w czasach, w których powinniśmy być przygotowani na takie dziwactwo, ale jednak nie do końca byliśmy. przy czym to nie było tak, że mixtape z 2016 szedł na pełnej w kierunku bycia czymś zamierzenie niedobrym, raczej w kierunku kiczowato beztroskiej fajności, która pół żartem i pół serio sprzedawała nam uroczą ekspresję prostego ziomeczka, któremu się jakoś tam powiodło i żaden czerwony na twarzy ze wściekłości Joe Budden mu tego nie zabierze. fakt, pomagał przy tym imidż człowieka, który za dzieciństwa pewnie niejednokrotnie zjadłby w szkole paczkę świecówek i spytał czemu te cukierki takie mdłe. wszystko w kolorycie psychodeliczno-pastelowego uniwersum hiphopowego przedszkola, w którym Young Thug w kącie sali do zabaw sprzedaje nielegalnie karty Yu-Gi-Oh!, a Quavo 2137 razy powtarza jak bardzo kocha swoją Motorolę. jedyny żal jaki mam to taki, że w wersji na Spotify usunęli moje ulubione "Run/Running". ciekawe dlaczego, czyżby japońskie przedsiębiorstwo na literę N miało z tym związek? po "The Life of Pablo" świat potrzebował jakiegoś addendum, posłowia, kropki nad "i". SOMEHOW, debiut Małego Jachta spełnił tę rolę idealnie czy pisze o pierwszej części "Lil Boat" by zamaskować moje rozczarowanie w związku ze zmierzającą w znacznie mniej ciekawym kierunku dalszą twórczością Jachcika? no trochę tak. chociaż następne projekty były raczej takimi próbami pogodzenia tego specyficznego soundu z profitami obracania się w środowisku znanych i lubianych, zawsze coś gdzieś można fajnego "wyłuskać". oto przed wami QUICK GUIDE co tam warto odpalić z "Lil Boat 3": "T.D", czyli posse cut na który czekaliśmy. wymaga przegryzienia się przez wstępnie mało przystępne cymbałkowe piekiełko oraz bardzo koślawe przyspieszenia Yachty'ego, żeby dostać obłędną Tierrę i Tylera wracającego na chwilę do gówniarskiej otoczki starego Odd Future. suma sumarum, jest spoczko "Pardon Me" to rzadko dziś spotykanie combo Mike Willa z szalonym Future'em. czemu tak rzadko, jeśli można wiedzieć? po którym razie zauważyłem, że w kawałku rapuje także gospodarz? za trzecim albo czwartym "Oprah's Bank Account" - za sprawą klipu, który za pomocą przerywników rozgrzebał singiel na tysiąc części, zupełnie nie doceniłem tego wdzięcznego przykładu zastosowania przez Yachty'ego swojego niepowtarzalnego pop appealu. piękny refren, a goście - tak dla odmiany - zupełnie niepotrzebni "Range Rover Sports Truck" - YO PI'ERRE... "Concrete Boys" - jak na złość, dopiero fantastyczny closer przypomniał mi prawdziwie o mojej sympatii to tego ziomka i jego abstrakcyjnie pokracznych trap-ballad
zacznę od ustosunkowania się do dotychczas objawionego światu katalogu Lil Yachty'ego. uwielbiam pierwszą część "Lil Boat"! uwielbiam ją, ponieważ był to jeden z tych nielicznych momentów, które prawdziwie, ALE TAK PRAWDZIWIE wpędziły mnie w zakłopotanie i kłopoty z jednoznacznym ustaleniem gdzie leży prowokacja, a gdzie nieskrępowana szczerość artystyczna. tak jak na początku Lil B, tyle że w czasach, w których powinniśmy być przygotowani na takie dziwactwo, ale jednak nie do końca byliśmy. przy czym to nie było tak, że mixtape z 2016 szedł na pełnej w kierunku bycia czymś zamierzenie niedobrym, raczej w kierunku kiczowato beztroskiej fajności, która pół żartem i pół serio sprzedawała nam uroczą ekspresję prostego ziomeczka, któremu się jakoś tam powiodło i żaden czerwony na twarzy ze wściekłości Joe Budden mu tego nie zabierze. fakt, pomagał przy tym imidż człowieka, który za dzieciństwa pewnie niejednokrotnie zjadłby w szkole paczkę świecówek i spytał czemu te cukierki takie mdłe. wszystko w kolorycie psychodeliczno-pastelowego uniwersum hiphopowego przedszkola, w którym Young Thug w kącie sali do zabaw sprzedaje nielegalnie karty Yu-Gi-Oh!, a Quavo 2137 razy powtarza jak bardzo kocha swoją Motorolę. jedyny żal jaki mam to taki, że w wersji na Spotify usunęli moje ulubione "Run/Running". ciekawe dlaczego, czyżby japońskie przedsiębiorstwo na literę N miało z tym związek?

po "The Life of Pablo" świat potrzebował jakiegoś addendum, posłowia, kropki nad "i". SOMEHOW, debiut Małego Jachta spełnił tę rolę idealnie

czy pisze o pierwszej części "Lil Boat" by zamaskować moje rozczarowanie w związku ze zmierzającą w znacznie mniej ciekawym kierunku dalszą twórczością Jachcika? no trochę tak. chociaż następne projekty były raczej takimi próbami pogodzenia tego specyficznego soundu z profitami obracania się w środowisku znanych i lubianych, zawsze coś gdzieś można fajnego "wyłuskać". oto przed wami QUICK GUIDE co tam warto odpalić z "Lil Boat 3":

"T.D", czyli posse cut na który czekaliśmy. wymaga przegryzienia się przez wstępnie mało przystępne cymbałkowe piekiełko oraz bardzo koślawe przyspieszenia Yachty'ego, żeby dostać obłędną Tierrę i Tylera wracającego na chwilę do gówniarskiej otoczki starego Odd Future. suma sumarum, jest spoczko

"Pardon Me" to rzadko dziś spotykanie combo Mike Willa z szalonym Future'em. czemu tak rzadko, jeśli można wiedzieć? po którym razie zauważyłem, że w kawałku rapuje także gospodarz? za trzecim albo czwartym

"Oprah's Bank Account" - za sprawą klipu, który za pomocą przerywników rozgrzebał singiel na tysiąc części, zupełnie nie doceniłem tego wdzięcznego przykładu zastosowania przez Yachty'ego swojego niepowtarzalnego pop appealu. piękny refren, a goście - tak dla odmiany - zupełnie niepotrzebni

"Range Rover Sports Truck" - YO PI'ERRE...

"Concrete Boys" - jak na złość, dopiero fantastyczny closer przypomniał mi prawdziwie o mojej sympatii to tego ziomka i jego abstrakcyjnie pokracznych trap-ballad
30 maj 2020, 14:27
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 31 maj 2020, 03:48
31 maj 2020, 03:48
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 31 maj 2020, 04:04
31 maj 2020, 04:04
Niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same time. Wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. Zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 31 maj 2020, 04:53
31 maj 2020, 04:53
pistoletowe EXCELLENCE w klimacie "ulica robi mejnstrim gdzieś tak w '00s", ale ja tam lubię czasem się poczuć jak w '00s. wiem, że Lil Wayne ma już swój PRIME za sobą i współpraca z nim nie jest dzisiaj najwyższym absolutem, ale jednak po tej konkretnie kolaboracji poczułem taki oddech galopującej griseldyzacji hip hopu i teraz wszystko się może zdarzyć (gdy głowa pełna marzeń), chcecie ich kawałka Conwaya/Benny'ego/Flygoda z Future'em albo K-Dotem? pewnie już taki jest w drodze
Zaktualizowano 31 maj 2020, 20:29
31 maj 2020, 20:29
myślałem, że najlepszy us rapowy jutuber ograniczył się już tylko do grania w gry i słuchania Abelka, ale oto triumfalnie powraca z przedpremierową (!) reakcją na "RTJ4"

tak, El-P osobiście dostarczył odsłuchu Quintowi (gościowi kopulującemu z własnym krzesłem podczas słuchania ballady Drake'a), żeby wypromować jedną z najważniejszych premier sezonu. z drugiej strony, ten sam duet wydał kocie remiksy własnego drugiego krążka, więc CO JA SIĘ DZIWIĘ
Zaktualizowano 3 cze 2020, 16:51
3 cze 2020, 16:51
jednak wszyscy posłuchamy przed premierą. zaskoczenie raczej niewielkie, ale i tak 👉 👊👉 👊 👉 👊
jednak wszyscy posłuchamy przed premierą. zaskoczenie raczej niewielkie, ale i tak 👉 👊👉 👊 👉 👊
3 cze 2020, 18:13
"You hate Run The Jewels - you don't love the troops" drugi tydzień z rzędu w tekstach ważnej hiphopowej premiery padają wersy, które cholernie niepokojąco rezonują z wydarzeniami mającymi aktualnie miejsce na ulicach w zasadzie jakiegokolwiek większego miasta w Stanach. tym razem Killer Mike - w utworze zarejestrowanym w listopadzie 2019 - opowiada nam o dokładnym, obrazowo odtworzonym na fonii przebiegu wydarzeń towarzyszących głośnej śmierci George'a Floyda. i wtedy zdajesz sobie sprawę, że opowiada o podobnym wydarzeniu sprzed trzech lat. i wtedy zdajesz sobie sprawę, że tkwimy w smutnej pętli wydarzeń i błędów, z których ktoś nie może albo nie chce wyciągnąć wniosków. i wtedy zdajesz sobie sprawę (jeśli do tej pory nie zrobiłeś tego), że te protesty, ten movement, ten hasztag, to wszystko ma tyle sensu ile tylko może mieć. i wtedy zdajesz sobie sprawę (ostatni raz, obiecuję), że dobra muzyka "na barykady" to jakże istotny element naszego kodu kulturowego nie będę odkrywał tutaj na nowo jak kolesiowski projekt raperów z Nowego Jorku i Atlanty wyrósł na naszych oczach na współczesne Public Enemy, bo to już przecież wiemy. wiemy jakim samo-napędzanym czołgiem jest projekt RTJ, ze wszystkimi jego lirycznymi zgryźliwościami, bezczelnym i bolesnym wbijaniem szpikulców w newralgiczne miejsca, oraz z zakrapianiem tego wszystkiego odpowiednią dozą absurdu, kampu i groteski. "RTJ4" nie ukrywa, że jest kolejnym albumem duetu z cyferką na końcu +1, co notabene i tak przerosło łebków ze Spotify przy procedurze poprawnego otagowania tejże dyskografii. i tak jak bardzo jest to kontynuacja tego samego cyklu, tak bardzo ja jestem usatysfakcjonowany - bo jak nigdy Klejnoty substytutu nie miały, tak dalej nie mają istnieją jednak pewne czynniki, z powodu których na przykład "RTJ2" pamiętam o wiele lepiej od takiej "Trójki". nazwijmy je roboczo WOW MOMENTAMI - takich trochę zabrakło mi w prezencie pod choinkę z 2016 roku. a jak wypada najnowsza odsłona? no fantastycznie. obdarzony patronatem ducha Gang Starr Foundation banger "ooh la la" już weszło dawno wszedł mi w krew jako jeden z najmocniejszych singli 2020. ale "ooh la la" kompletnie nie zwiastowało szaleństwa jakie nadeszło wraz z trzema następnymi na trackliście numerami. "out of sight", "holy calamafuck" (YES INDEED) i "goonies vs. E.T." przeciągają nas przez tor najeżony obrzydliwie pyskatymi one-linerami i metafizycznymi turbulencjami, producencko JAUNTUJĄCY między BombSquadowo-wczesno - Dr.Dre'ową breakologią, a industrialnym dancehallem a'la "Yeezus". "JU$T" "dożywa do swojego hajpu" i wbrew moim obawom odnajduje to cholerne ogniwo jakie teoretycznie mogło łączyć muzyczne światy N.E.R.D. i Run the Jewels. "never look back" przekupuje mnie naleciałościami z kwasowego EDM'u, a "​a few words for the firing squad (radiation)" - o jeju. zgodnie z tradycją zakończenie albumu duetu musiało być dostojne, epickie, podniosłe i wszystkie takie, a to to brzmi jak finał wszystkich finałów - wręcz astronomicznie rozbuchany partiami saksofonu i rytmiką syntetycznych smyczków rodem z hitu INXS. niemniej POTĘŻNE są zwrotki El-P i Mike'a, którzy autentycznie próbowali powiedzieć coś na wypadek gdyby już później nie mieli okazji "It’d be a lie if I told you that I ever disdained the fortune and fame But the presence of the pleasure never abstained me from any of the pain When my mother transitioned to another plane, I was sitting on a plane Tellin' her to hold on and she tried hard but she just couldn't hang Been two years, truth is I'll probably never be the same Dead serious, it's a chore not to let myself go insane It's crippling, make you want lean on a cup of promethazine But my queen say she need a king, not another junkie, flunky rapper fiend Friends tell her "He could be another Malcolm, he could be another Martin" She told her partner "I need a husband more than the world need another martyr"" cholera Mike dodajmy jeszcze to wychodzące przed szereg w charakterze RALLY MUSIC "walking in the snow" (z ukrytym wsparciem Gangsta Boo) i chyba mamy wystarczający obraz "RTJ4" jako projektu do zapamiętania i poważnego rozpatrywania w kontekście albumów roku. i znacznie ciekawszego niż rozczarowująco przewidywalny pierwszy singiel "(​yankee and the brave ep. 4"). no bo ok, nie do końca SIADŁO mi wszystko - na przykład niechwytające w zgodzie ze swymi opasłymi ambicjami "​pulling the pin". i tak jak "the ground below" sprzedaje nam swoim impetem solidne kopy na ryj, to szczerze mówiąc liczyłem, że nigdy na płycie Run the Jewels nie usłyszę tak dosłownego i łopatologicznego rap-rock crossovera biorąc pod uwagę korzystny bilans WOW MOMENTÓW i JAKAKOLWIEK-REAKCJA MOMENTÓW, zdecydowanie wolę ten album od pierwszej i trzeciej płyty Klejnotów. co do zestawiania z "RTJ2" to jeszcze nie jestem przygotowany na starcie tytanów, ale kiedyś będzie trzeba zabrać męskie stanowisko w tej sprawie "Hello void, long time watcher, first time callin' in Every cage built needs an occupant Got a dead bolt, see 'em lock it in Had a good run but they stoppin' it Wanna Walkman in the coffin lid Eat your heart out, fiction fan Truly the truth's the stranger document" trzymajcie się na tym dziwnym świecie 👉🤛
"You hate Run The Jewels - you don't love the troops"

drugi tydzień z rzędu w tekstach ważnej hiphopowej premiery padają wersy, które cholernie niepokojąco rezonują z wydarzeniami mającymi aktualnie miejsce na ulicach w zasadzie jakiegokolwiek większego miasta w Stanach. tym razem Killer Mike - w utworze zarejestrowanym w listopadzie 2019 - opowiada nam o dokładnym, obrazowo odtworzonym na fonii przebiegu wydarzeń towarzyszących głośnej śmierci George'a Floyda. i wtedy zdajesz sobie sprawę, że opowiada o podobnym wydarzeniu sprzed trzech lat. i wtedy zdajesz sobie sprawę, że tkwimy w smutnej pętli wydarzeń i błędów, z których ktoś nie może albo nie chce wyciągnąć wniosków. i wtedy zdajesz sobie sprawę (jeśli do tej pory nie zrobiłeś tego), że te protesty, ten movement, ten hasztag, to wszystko ma tyle sensu ile tylko może mieć. i wtedy zdajesz sobie sprawę (ostatni raz, obiecuję), że dobra muzyka "na barykady" to jakże istotny element naszego kodu kulturowego

nie będę odkrywał tutaj na nowo jak kolesiowski projekt raperów z Nowego Jorku i Atlanty wyrósł na naszych oczach na współczesne Public Enemy, bo to już przecież wiemy. wiemy jakim samo-napędzanym czołgiem jest projekt RTJ, ze wszystkimi jego lirycznymi zgryźliwościami, bezczelnym i bolesnym wbijaniem szpikulców w newralgiczne miejsca, oraz z zakrapianiem tego wszystkiego odpowiednią dozą absurdu, kampu i groteski. "RTJ4" nie ukrywa, że jest kolejnym albumem duetu z cyferką na końcu +1, co notabene i tak przerosło łebków ze Spotify przy procedurze poprawnego otagowania tejże dyskografii. i tak jak bardzo jest to kontynuacja tego samego cyklu, tak bardzo ja jestem usatysfakcjonowany - bo jak nigdy Klejnoty substytutu nie miały, tak dalej nie mają

istnieją jednak pewne czynniki, z powodu których na przykład "RTJ2" pamiętam o wiele lepiej od takiej "Trójki". nazwijmy je roboczo WOW MOMENTAMI - takich trochę zabrakło mi w prezencie pod choinkę z 2016 roku. a jak wypada najnowsza odsłona? no fantastycznie. obdarzony patronatem ducha Gang Starr Foundation banger "ooh la la" już weszło dawno wszedł mi w krew jako jeden z najmocniejszych singli 2020. ale "ooh la la" kompletnie nie zwiastowało szaleństwa jakie nadeszło wraz z trzema następnymi na trackliście numerami. "out of sight", "holy calamafuck" (YES INDEED) i "goonies vs. E.T." przeciągają nas przez tor najeżony obrzydliwie pyskatymi one-linerami i metafizycznymi turbulencjami, producencko JAUNTUJĄCY między BombSquadowo-wczesno - Dr.Dre'ową breakologią, a industrialnym dancehallem a'la "Yeezus". "JU$T" "dożywa do swojego hajpu" i wbrew moim obawom odnajduje to cholerne ogniwo jakie teoretycznie mogło łączyć muzyczne światy N.E.R.D. i Run the Jewels. "never look back" przekupuje mnie naleciałościami z kwasowego EDM'u, a "​a few words for the firing squad (radiation)" - o jeju. zgodnie z tradycją zakończenie albumu duetu musiało być dostojne, epickie, podniosłe i wszystkie takie, a to to brzmi jak finał wszystkich finałów - wręcz astronomicznie rozbuchany partiami saksofonu i rytmiką syntetycznych smyczków rodem z hitu INXS. niemniej POTĘŻNE są zwrotki El-P i Mike'a, którzy autentycznie próbowali powiedzieć coś na wypadek gdyby już później nie mieli okazji

"It’d be a lie if I told you that I ever disdained the fortune and fame
But the presence of the pleasure never abstained me from any of the pain
When my mother transitioned to another plane, I was sitting on a plane
Tellin' her to hold on and she tried hard but she just couldn't hang
Been two years, truth is I'll probably never be the same
Dead serious, it's a chore not to let myself go insane
It's crippling, make you want lean on a cup of promethazine
But my queen say she need a king, not another junkie, flunky rapper fiend
Friends tell her "He could be another Malcolm, he could be another Martin"
She told her partner "I need a husband more than the world need another martyr""

cholera Mike

dodajmy jeszcze to wychodzące przed szereg w charakterze RALLY MUSIC "walking in the snow" (z ukrytym wsparciem Gangsta Boo) i chyba mamy wystarczający obraz "RTJ4" jako projektu do zapamiętania i poważnego rozpatrywania w kontekście albumów roku. i znacznie ciekawszego niż rozczarowująco przewidywalny pierwszy singiel "(​yankee and the brave ep. 4"). no bo ok, nie do końca SIADŁO mi wszystko - na przykład niechwytające w zgodzie ze swymi opasłymi ambicjami "​pulling the pin". i tak jak "the ground below" sprzedaje nam swoim impetem solidne kopy na ryj, to szczerze mówiąc liczyłem, że nigdy na płycie Run the Jewels nie usłyszę tak dosłownego i łopatologicznego rap-rock crossovera

biorąc pod uwagę korzystny bilans WOW MOMENTÓW i JAKAKOLWIEK-REAKCJA MOMENTÓW, zdecydowanie wolę ten album od pierwszej i trzeciej płyty Klejnotów. co do zestawiania z "RTJ2" to jeszcze nie jestem przygotowany na starcie tytanów, ale kiedyś będzie trzeba zabrać męskie stanowisko w tej sprawie

"Hello void, long time watcher, first time callin' in
Every cage built needs an occupant
Got a dead bolt, see 'em lock it in
Had a good run but they stoppin' it
Wanna Walkman in the coffin lid
Eat your heart out, fiction fan
Truly the truth's the stranger document"

trzymajcie się na tym dziwnym świecie

👉🤛
4 cze 2020, 17:20
Streamujcie zagraniczne rap płytyfacebook.com
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 4 cze 2020, 17:35
4 cze 2020, 17:35
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 4 cze 2020, 17:35
4 cze 2020, 17:35
patrząc na ogół przedstawicieli "decydenckiej" generacji raperów z zachodniego wybrzeża odnoszę wrażenie, że zbyt mało miłości dajemy panu Problemowi. tak, mamy w jego przypadku wiele argumentów typu "chociaż" i uwag dotyczących tego, czego w jego piosenkach / mixtape'ach / albumach nie znajdziemy. Jason Martin nie stara się być głosem pokolenia, nie wchodzi w ciężkie buciory afroamerykańskiego mesjasza, nie igra w kontrowersyjny sposób z naszymi oczekiwaniami, nie daje się nawet specjalnie porwać fali "nowego westocastu" wzburzanej przez Mustardów i Blueface'ów. on po prostu chce nam puścić parę swoich czilowych piosenek, posiedzieć sobie w ciepłe popołudnie na werandzie, zapalić coś tam, teges śmeges czymś takim dokładnie jest "Coffee & Kush, Vol. 1", jego najrówniejszy od dawna materiał - nie licząc soczystego EP (przekształconego później w LP) z Quikiem. bez niepotrzebnych nikomu featuringów Diddy'ego i Frencha, bez niezręcznych wokaliz. PURE RAPPING pod dostojne, wypieczone w kalifornijskim słońcu instrumentale. za ich produkcję odpowiedzialny jest team bliskich raperowi bitmejkerów, ale tu i tam pojawiają się takie ksywki jak Mars z 1500 or Nothin', Focus, no i rzecz jasna Terrace Martin, czyli kuzyn Problema nie no, usiądźcie sobie wygodnie i włączcie "G Shit", bardziej luzackiego luzaka w tym roku już chyba nie usłyszymy a "Janet Freestyle (Remix)" to jeden z najładniejszych hołdów dla nie tak dawno, ale jednak tysiąc tribute'ów temu zmarłego Nipsa. jeden z tych, gdzie przez skórę czujesz, że "ej ci dwaj byli naprawdę bliskimi sobie, serdecznymi ziomeczkami"
patrząc na ogół przedstawicieli "decydenckiej" generacji raperów z zachodniego wybrzeża odnoszę wrażenie, że zbyt mało miłości dajemy panu Problemowi. tak, mamy w jego przypadku wiele argumentów typu "chociaż" i uwag dotyczących tego, czego w jego piosenkach / mixtape'ach / albumach nie znajdziemy. Jason Martin nie stara się być głosem pokolenia, nie wchodzi w ciężkie buciory afroamerykańskiego mesjasza, nie igra w kontrowersyjny sposób z naszymi oczekiwaniami, nie daje się nawet specjalnie porwać fali "nowego westocastu" wzburzanej przez Mustardów i Blueface'ów. on po prostu chce nam puścić parę swoich czilowych piosenek, posiedzieć sobie w ciepłe popołudnie na werandzie, zapalić coś tam, teges śmeges

czymś takim dokładnie jest "Coffee & Kush, Vol. 1", jego najrówniejszy od dawna materiał - nie licząc soczystego EP (przekształconego później w LP) z Quikiem. bez niepotrzebnych nikomu featuringów Diddy'ego i Frencha, bez niezręcznych wokaliz. PURE RAPPING pod dostojne, wypieczone w kalifornijskim słońcu instrumentale. za ich produkcję odpowiedzialny jest team bliskich raperowi bitmejkerów, ale tu i tam pojawiają się takie ksywki jak Mars z 1500 or Nothin', Focus, no i rzecz jasna Terrace Martin, czyli kuzyn Problema

nie no, usiądźcie sobie wygodnie i włączcie "G Shit", bardziej luzackiego luzaka w tym roku już chyba nie usłyszymy

a "Janet Freestyle (Remix)" to jeden z najładniejszych hołdów dla nie tak dawno, ale jednak tysiąc tribute'ów temu zmarłego Nipsa. jeden z tych, gdzie przez skórę czujesz, że "ej ci dwaj byli naprawdę bliskimi sobie, serdecznymi ziomeczkami"
6 cze 2020, 17:02
nie pędziłem by zapoznać się z materiałem Drakeo the Rulera ponieważ NO WEŹCIE POPATRZCIE NA OKŁADKĘ, CO ZA OKROPIEŃSTWO. miałem też obawy przed potencjalnym zdominowaniem znaczenia tego projektu przez gimmick, jakim było nagranie całości albumu - z wiadomych powodów - przez telefon. z tego typu przedsięwzięciami miałem tak, że np Ol' Dirty Bastarda na "The W" Wu Tang Clanu skipowałem, tutaj natomiast dochodzi do fikoła i najbardziej niesmacznymi momentami i przeszkadzajkami na "Thank You For Using GTL" są studyjnie sterylne do porzygu, wybijające z rytmu występy gości z projektu bije taki szczery gejzer beznadziejności i anty-doskonałości stojący w stanowczej opozycji do aranżowanych FOR ARTISTIC REASONS, sypialnianych lo-fi'ów. kawał niezwykłej roboty wykonał tutaj producent (JoogSZN) który nie tylko musiał stanąć twarzą w twarz z problemem niewygodnego sposobu zarejestrowania wokalu i późniejszego przełożenia rozwiązania na miks, ale i sam dołożył sporo do procesu ukształtowania zdystansowanego od swego rodowodu, tęskniącego za stabilną sytuacją, cierpkiego west coastowego bujanka zniekształcony, ale niesfałszowany głos Rulera charakteryzuje się - z wiadomych przyczyn - troszkę większą powściągliwością niż zazwyczaj, choć nie brakuje tu nuty buntu przeciw okolicznościom, które wpakowały go do celi. bo nawet jeśli nie rozważamy słuszności/niesłuszności wyroku, to wykorzystywanie tekstów z piosenek raperów w roli dowodów przeciw nim - zwłaszcza jeśli rysują nam one hiperbolizowane w oczywisty dla myślącego człowieka sposób scenki fantasy-gangsterki rodem z GTA - jest bardzo NOT COOL. nie brakuje też jak zwykle trzeźwego zmysłu do pisania celnych linijek i raczej zgrabnego flow. może nie wielkiego flow pisanego z wielkiej litery, ale na tyle kompetentnego by przegryźć się przez - mówiąc eufemistycznie - trudności techniczne oczywiście jest to jeden z tych albumów, który wielu nie przypasuje. ba, raczej miażdżącej większości słuchaczy nie siądzie, a spora część z nich przez następne kilka dni będzie przeżywać, że wirażujący Pitchfork dał "Thank You For Using GTL" notę wyższą o dwie dziesiąte punktu od oceny dla "RTJ4". zgadza się, powirażkował trochę. mimo wszystko warto zagłębić się w temat i wykrystalizować własne podejście do tego muzycznego mini-eventu ps. wiem dobrze, że jego również-na-długo zapakowany kolega 03 Greedo przygotował pokaźny zapas materiału do wydawania w trakcie odsiadki (wgl co się stało, że w 2020 jeszcze nic nie wyszło?). za sprawą "Thank You For Using GTL" wpadłem w niezdrową ciekawość jak wyglądałby jego "telefoniczny" album...
nie pędziłem by zapoznać się z materiałem Drakeo the Rulera ponieważ NO WEŹCIE POPATRZCIE NA OKŁADKĘ, CO ZA OKROPIEŃSTWO. miałem też obawy przed potencjalnym zdominowaniem znaczenia tego projektu przez gimmick, jakim było nagranie całości albumu - z wiadomych powodów - przez telefon. z tego typu przedsięwzięciami miałem tak, że np Ol' Dirty Bastarda na "The W" Wu Tang Clanu skipowałem, tutaj natomiast dochodzi do fikoła i najbardziej niesmacznymi momentami i przeszkadzajkami na "Thank You For Using GTL" są studyjnie sterylne do porzygu, wybijające z rytmu występy gości

z projektu bije taki szczery gejzer beznadziejności i anty-doskonałości stojący w stanowczej opozycji do aranżowanych FOR ARTISTIC REASONS, sypialnianych lo-fi'ów. kawał niezwykłej roboty wykonał tutaj producent (JoogSZN) który nie tylko musiał stanąć twarzą w twarz z problemem niewygodnego sposobu zarejestrowania wokalu i późniejszego przełożenia rozwiązania na miks, ale i sam dołożył sporo do procesu ukształtowania zdystansowanego od swego rodowodu, tęskniącego za stabilną sytuacją, cierpkiego west coastowego bujanka

zniekształcony, ale niesfałszowany głos Rulera charakteryzuje się - z wiadomych przyczyn - troszkę większą powściągliwością niż zazwyczaj, choć nie brakuje tu nuty buntu przeciw okolicznościom, które wpakowały go do celi. bo nawet jeśli nie rozważamy słuszności/niesłuszności wyroku, to wykorzystywanie tekstów z piosenek raperów w roli dowodów przeciw nim - zwłaszcza jeśli rysują nam one hiperbolizowane w oczywisty dla myślącego człowieka sposób scenki fantasy-gangsterki rodem z GTA - jest bardzo NOT COOL. nie brakuje też jak zwykle trzeźwego zmysłu do pisania celnych linijek i raczej zgrabnego flow. może nie wielkiego flow pisanego z wielkiej litery, ale na tyle kompetentnego by przegryźć się przez - mówiąc eufemistycznie - trudności techniczne

oczywiście jest to jeden z tych albumów, który wielu nie przypasuje. ba, raczej miażdżącej większości słuchaczy nie siądzie, a spora część z nich przez następne kilka dni będzie przeżywać, że wirażujący Pitchfork dał "Thank You For Using GTL" notę wyższą o dwie dziesiąte punktu od oceny dla "RTJ4". zgadza się, powirażkował trochę. mimo wszystko warto zagłębić się w temat i wykrystalizować własne podejście do tego muzycznego mini-eventu

ps. wiem dobrze, że jego również-na-długo zapakowany kolega 03 Greedo przygotował pokaźny zapas materiału do wydawania w trakcie odsiadki (wgl co się stało, że w 2020 jeszcze nic nie wyszło?). za sprawą "Thank You For Using GTL" wpadłem w niezdrową ciekawość jak wyglądałby jego "telefoniczny" album...
10 cze 2020, 18:52
w dzisiejszym TRUSKUL CORNER: potężny, trwający ponad osiem minut (albumowa wersja ma być nawet troszkę dłuższa) epic cut z nadchodzącego trzeciego albumu duetu Blu & Exile. oparta na tribalowo-boom bapowym podkładzie (fani Native Tounges/Soulquarianów, wiecie co robić, wiecie gdzie klikać) wyliczanka inspirujących Blu postaci imponuje skalą, pieczołowitością i podzielnością uwagi na naprawdę wiele sfer funkcjonowania w pozycji jednostki składowej ludzkiej cywilizacji. i hej - szykuje się kolejny album duetu, który będziemy wspominać miło - aczkolwiek niewystarczająco często
Zaktualizowano 11 cze 2020, 20:44
11 cze 2020, 20:44
nie kupił mnie zupełnie swoim albumem Don Toliver, do epki Lil Nas X'a nigdy nie wróciłem. w jakiś magiczny sposób RMR - gość będący totalnie muzycznym dzieckiem wspomnianej dwójki - jakoś zauważalnie na mnie oddziałuje. od materiału Tolivera "DRUG DEALING IS A LOST ART" odróżnia się nie tylko długością, ale i skutecznością w kompaktowym formułowaniu artystycznych myśli. jeśli chodzi o zestawienie z autorem "Old Town Road" - RMR zdecydowanie lepiej potrafił przezwyciężyć nawarstwioną wokół viralowego hiciora presję. tutaj to w zasadzie mieliśmy trzy, bo oprócz "RASCAL" całkiem w porządku poradziły sobie "DEALER", no i "I'M NOT OVER YOU" - te ostatnie warunkuje u mnie jakąś chęć sięgnięcia po "Delieverance" Bubby Sparxxxa i Timbalanda, no czemu tak się dzieje pierwszy odsłuch całości zrobił na mnie takie wrażenie, że nic nie przebija singlowej trójcy. drugi odsłuch podpowiedział mi, że "może faktycznie, ale co z tego?" zdominowane pięknym refrenem "WELFARE" (i z pół-zwrotką Zachodniastrona Pistoleta na początku - WAY TO START AN ALBUM), czy bombardujące sprzecznością emocji w nałogu "BEST FRIEND" - to niewątpliwie są również jakieś tam momenty epka RMR'a to całkiem spójny produkcyjnie, aranżacyjnie, artykulacyjnie i tekstowo zbiór myśli kłębiących się w zapakowanej w kominiarkę głowie - gdzie dilerka, uzależnienia, nagły sukces, minione relacje przeplatają się tematycznie między sobą tworząc mętlik, ale cholernie przyjemny dzięki tym wszystkim refrenom mętlik. niepretensjonalny i niepopadający w monotonię mętlik odświeżający materiał i nawet nie interesuje mnie cała ta dyskusja wokół będącej istnienia industry plantów na scenie. niech istnieją, kreują te swoje wizerunki COUNTRY-GANGSTA-WRAŻLIWCÓW - jeśli ma towarzyszyć temu muzyka, które nie zapomina się już po tygodniu tylko jak można było obiecywać Young Thuga w ostatecznej wersji "RASCAL", a potem się z tego wycofać? na to powinny być paragrafy
nie kupił mnie zupełnie swoim albumem Don Toliver, do epki Lil Nas X'a nigdy nie wróciłem. w jakiś magiczny sposób RMR - gość będący totalnie muzycznym dzieckiem wspomnianej dwójki - jakoś zauważalnie na mnie oddziałuje. od materiału Tolivera "DRUG DEALING IS A LOST ART" odróżnia się nie tylko długością, ale i skutecznością w kompaktowym formułowaniu artystycznych myśli. jeśli chodzi o zestawienie z autorem "Old Town Road" - RMR zdecydowanie lepiej potrafił przezwyciężyć nawarstwioną wokół viralowego hiciora presję. tutaj to w zasadzie mieliśmy trzy, bo oprócz "RASCAL" całkiem w porządku poradziły sobie "DEALER", no i "I'M NOT OVER YOU" - te ostatnie warunkuje u mnie jakąś chęć sięgnięcia po "Delieverance" Bubby Sparxxxa i Timbalanda, no czemu tak się dzieje

pierwszy odsłuch całości zrobił na mnie takie wrażenie, że nic nie przebija singlowej trójcy. drugi odsłuch podpowiedział mi, że "może faktycznie, ale co z tego?" zdominowane pięknym refrenem "WELFARE" (i z pół-zwrotką Zachodniastrona Pistoleta na początku - WAY TO START AN ALBUM), czy bombardujące sprzecznością emocji w nałogu "BEST FRIEND" - to niewątpliwie są również jakieś tam momenty

epka RMR'a to całkiem spójny produkcyjnie, aranżacyjnie, artykulacyjnie i tekstowo zbiór myśli kłębiących się w zapakowanej w kominiarkę głowie - gdzie dilerka, uzależnienia, nagły sukces, minione relacje przeplatają się tematycznie między sobą tworząc mętlik, ale cholernie przyjemny dzięki tym wszystkim refrenom mętlik. niepretensjonalny i niepopadający w monotonię mętlik

odświeżający materiał i nawet nie interesuje mnie cała ta dyskusja wokół będącej istnienia industry plantów na scenie. niech istnieją, kreują te swoje wizerunki COUNTRY-GANGSTA-WRAŻLIWCÓW - jeśli ma towarzyszyć temu muzyka, które nie zapomina się już po tygodniu

tylko jak można było obiecywać Young Thuga w ostatecznej wersji "RASCAL", a potem się z tego wycofać? na to powinny być paragrafy
14 cze 2020, 13:52
można by sądzić, że w 2020 roku trudno już o miejsce dla Azealii Banks. Rico Nasty i Doja Cat śmiało przejęły pozycje crossoverowych raperek z charyzmą, niewyparzonymi buźkami i - co za tym idzie - potencjałem do bycia wyrzucanymi z celebryckich imprez przez Russela Crowe'a. ale Azealia to Azealia i pomimo spóźnionego o dekadę w swej edge'owości sacrum profanum w tytule dalej imponuje lekkością w emanowaniu swoim niewątpliwym rapowym-rapowym talentem

chyba w jeszcze bardziej niekorzystnej pozycji jest produkujący utwór Lex Luger - prawdopodobnie najbardziej wpływowy beatmaker '10s i inicjator trapowej rewolucji, który już gdzieś w 2011-2012 przekazał płomień olimpijski swoim szerzej spoglądającym naśladowcom. czym zasłużył by w tym tracku być wytłuszczonym aż jako FEATURED ARTIST to nie łapię, bo to takie minimum effort by jakoś tam udźwignąć na barkach osobowość raperki. a może to jednak jest jakiś wyczyn? nie wiem już

singiel spoczko w każdym razie
Zaktualizowano 16 cze 2020, 16:05
16 cze 2020, 16:05
trochę piwniczano-nerdowskiej hauntologii nigdy nikomu nie zaszkodziło. a że tym razem jest okazja wspomnieć o fajnym projekcie tego typu, który nie fiksuje wyłącznie wokół Memphis, to proszę bardzo Dretti Franks pochodzi z Teksasu i to słychać. jest tu też co nieco kalifornijskiego g-funku - no ale oba te nurty rozwijały się niczym rozrzuceni w dwie strony Stanów, utrzymujący ciepłe kontakty między sobą bracia bliźniacy - więc wszystko gra, wszystko do siebie pasuje. "Manga Wrld, Vol 2" (jedynka wyszła wcześniej w 2020) pod żadnym pozorem nie próbuje nam sprzedać tej symulacji przeszłości, jednej wielkiej parafrazy Warrenów G, Snoopów i Geto Boysów w roli cynicznego owocu Derridowskiego końca kultury. po prostu HEJ PAMIĘTASZ PISZCZAŁY, POSŁUCHAJ SOBIE PISZCZAŁ, NO DAJ BUZI PRZESZŁOŚCI. sympatyczne, na swój sposób uprzedzę pytanie dotyczące okładki: tak, to pewnie jest pieprzone nawiązanie do JoJo
trochę piwniczano-nerdowskiej hauntologii nigdy nikomu nie zaszkodziło. a że tym razem jest okazja wspomnieć o fajnym projekcie tego typu, który nie fiksuje wyłącznie wokół Memphis, to proszę bardzo

Dretti Franks pochodzi z Teksasu i to słychać. jest tu też co nieco kalifornijskiego g-funku - no ale oba te nurty rozwijały się niczym rozrzuceni w dwie strony Stanów, utrzymujący ciepłe kontakty między sobą bracia bliźniacy - więc wszystko gra, wszystko do siebie pasuje. "Manga Wrld, Vol 2" (jedynka wyszła wcześniej w 2020) pod żadnym pozorem nie próbuje nam sprzedać tej symulacji przeszłości, jednej wielkiej parafrazy Warrenów G, Snoopów i Geto Boysów w roli cynicznego owocu Derridowskiego końca kultury. po prostu HEJ PAMIĘTASZ PISZCZAŁY, POSŁUCHAJ SOBIE PISZCZAŁ, NO DAJ BUZI PRZESZŁOŚCI. sympatyczne, na swój sposób

uprzedzę pytanie dotyczące okładki: tak, to pewnie jest pieprzone nawiązanie do JoJo
16 cze 2020, 18:41
niedobór interesujących premier w tym i poprzednim tygodniu zainspirował do nadrabiania przegapionych i dostrzegania niezauważonych wydawnictw. i tak właśnie zainteresowałem się raperką Hook. od zamieszczonego na jakiejś spotifajowej plejce utworu "Gnat", przez zawierający go album "I Love You 2, Hook", po wydany trochę wcześniej w 2020 i kuszący pijącą do Ol' Dirty Bastarda okładką materiał "Crashed My Car" jak bardzo chciałbym unikać umniejszającej znaczenia kobietom w hip hopie tendencji do pisania, że "raperka X to raper Y w spódnicy", ale tutaj mamy tak silnie oddziałujące skojarzenia z dorobkiem Sosy i z dorobkiem Kartezjusza, że uniknąć tychże porównań zwyczajnie się nie da. zresztą sama artystka z kalifornijskiego Riverside okrzyknęła swój styl "ramble rapem", więc co ja się w ogóle cykam oba wspomniane projekty mają wspólną duszę, ale są zarazem bardzo od siebie odmienne. jeśli mam któryś szczególnie polecić to właśnie ten z russeljonesowym coverem. delikatnie zarysowany koncept, silny subbassowo-bounce'owy kręgosłup i "Yes Man" - które może się stać moim ulubionym utworem Cartiego nienagranym przez Cartiego
niedobór interesujących premier w tym i poprzednim tygodniu zainspirował do nadrabiania przegapionych i dostrzegania niezauważonych wydawnictw. i tak właśnie zainteresowałem się raperką Hook. od zamieszczonego na jakiejś spotifajowej plejce utworu "Gnat", przez zawierający go album "I Love You 2, Hook", po wydany trochę wcześniej w 2020 i kuszący pijącą do Ol' Dirty Bastarda okładką materiał "Crashed My Car"

jak bardzo chciałbym unikać umniejszającej znaczenia kobietom w hip hopie tendencji do pisania, że "raperka X to raper Y w spódnicy", ale tutaj mamy tak silnie oddziałujące skojarzenia z dorobkiem Sosy i z dorobkiem Kartezjusza, że uniknąć tychże porównań zwyczajnie się nie da. zresztą sama artystka z kalifornijskiego Riverside okrzyknęła swój styl "ramble rapem", więc co ja się w ogóle cykam

oba wspomniane projekty mają wspólną duszę, ale są zarazem bardzo od siebie odmienne. jeśli mam któryś szczególnie polecić to właśnie ten z russeljonesowym coverem. delikatnie zarysowany koncept, silny subbassowo-bounce'owy kręgosłup i "Yes Man" - które może się stać moim ulubionym utworem Cartiego nienagranym przez Cartiego
17 cze 2020, 15:34
obecnie panująca polityka wydawania deluxe wersji albumów potrafi wprawić w zadziwienie/zastanowienie/zakłopotanie. nie inaczej jest z reedycją wydanego rok temu "The Life of Pi'erre 4" - no bo niby ok, rocznica to już jest coś faktycznego do celebrowania, ale czemu w takim razie nie wypuścić tych piętnastu tracków jako zupełnie osobnego albumu, zamiast praktycznie podwajać długość zeszłorocznego wydawnictwa? ano ma to sens. cała ta dodana partia nowych utworów tak bardzo swą tożsamością przynależy do ustanowionego na "TLOP4" kanonu, że nie mogłoby się to odbyć inaczej. wypuszczenie tego jako "Piątki", albo czegoś zatytułowanego za pomocą innego klucza powodowałoby lekki zgrzyt i komentarze w stylu "aha, fajne piosenki, ale jednak to samo co ostatnio". a tak mamy opcję w stu procentach uczciwy deal i dostajemy więcej tego samego jako dosłownie więcej tego samego oryginalne "The Life of Pi'erre 4" lubiłem nie jako prostolinijny zbiór piosenek, ale jako konsekwentne w swych założeniach, cholernie intymne i autorskie doświadczenie. na DELUKSIKU ciągłość identycznego pochodzenia wrażeń pozostaje nietknięta. ponownie gładkość przejść między utworami naszego rozśpiewanego producenta ROBI ROBOTĘ, choć mógł się jednak postarać i w ten właśnie sposób skleić "Speed Dial" z rozpoczynającym rozszerzoną wersję "Gotta Blast". przez to właśnie zmuszony jestem obniżyć ocenę płyty z 10/10 na 0/10, sorry a tak serio to jeśli masz Piotrku więcej odrzutów z tych purpurowych sesji to proszę bardzo, wydawaj co roku w czerwcu takie coś, a ja zawsze kliknę play - nawet jeśli po dekadzie zastanę na strimach ośmiogodzinny re-re-re-re-re-re-re-re-re-re-release ps doświadczenie doświadczeniem, ale jakieś tam faworyty mam: slowjamowe "Sossgirl", wyjątkowo bangerowe jak na tutejszy ekosystem "Growing Pains", udekorowany kunsztownym vocoderem "Jay P", jak i wywołujące efekt CHCEM WIENCEJ "Fortune Cookie"
obecnie panująca polityka wydawania deluxe wersji albumów potrafi wprawić w zadziwienie/zastanowienie/zakłopotanie. nie inaczej jest z reedycją wydanego rok temu "The Life of Pi'erre 4" - no bo niby ok, rocznica to już jest coś faktycznego do celebrowania, ale czemu w takim razie nie wypuścić tych piętnastu tracków jako zupełnie osobnego albumu, zamiast praktycznie podwajać długość zeszłorocznego wydawnictwa?

ano ma to sens. cała ta dodana partia nowych utworów tak bardzo swą tożsamością przynależy do ustanowionego na "TLOP4" kanonu, że nie mogłoby się to odbyć inaczej. wypuszczenie tego jako "Piątki", albo czegoś zatytułowanego za pomocą innego klucza powodowałoby lekki zgrzyt i komentarze w stylu "aha, fajne piosenki, ale jednak to samo co ostatnio". a tak mamy opcję w stu procentach uczciwy deal i dostajemy więcej tego samego jako dosłownie więcej tego samego

oryginalne "The Life of Pi'erre 4" lubiłem nie jako prostolinijny zbiór piosenek, ale jako konsekwentne w swych założeniach, cholernie intymne i autorskie doświadczenie. na DELUKSIKU ciągłość identycznego pochodzenia wrażeń pozostaje nietknięta. ponownie gładkość przejść między utworami naszego rozśpiewanego producenta ROBI ROBOTĘ, choć mógł się jednak postarać i w ten właśnie sposób skleić "Speed Dial" z rozpoczynającym rozszerzoną wersję "Gotta Blast". przez to właśnie zmuszony jestem obniżyć ocenę płyty z 10/10 na 0/10, sorry

a tak serio to jeśli masz Piotrku więcej odrzutów z tych purpurowych sesji to proszę bardzo, wydawaj co roku w czerwcu takie coś, a ja zawsze kliknę play - nawet jeśli po dekadzie zastanę na strimach ośmiogodzinny re-re-re-re-re-re-re-re-re-re-release

ps doświadczenie doświadczeniem, ale jakieś tam faworyty mam: slowjamowe "Sossgirl", wyjątkowo bangerowe jak na tutejszy ekosystem "Growing Pains", udekorowany kunsztownym vocoderem "Jay P", jak i wywołujące efekt CHCEM WIENCEJ "Fortune Cookie"
23 cze 2020, 08:56
lubię albumy, które oferują różnorodność, mnogość możliwych do wytropienia źródeł wszech-muzycznej inspiracji, rozmaitość poruszonych w tekstach tematów, inteligentnie zbilansowany pacing. i cholernie lubię też albumy City Girls, które są zaprzeczeniem wszystkiego powyżej "City on Lock" - podobnie jak wydany dwa lata temu debiut - to morderczy kombajn, pozbawiony hamulca złoty czołg napędzany strip-clubową motoryką, w którym każdy trybik naoliwiony jest tradycjami Cash Money, Slip-N-Slide i miami bassu - czyli wszystkiego co w zeszłym tysiącleciu wyniosło hip hop na najwyższy poziom artyzmu niezmącony nutą refleksji, ale za to naszpikowany końską dawką wyuzdania, niekończący się BOOTY SHAKING ANTHEM. dokładnie tego oczekuje po paniach JT i Yung Miami ponieważ panie JT i Yung Miami są w tej kategorii nie-za-stą-pio-ne. polecam, a niezdecydowanych może zachęcę producentami (Southside, Tay Keith, Earl on the Beat, Cubeatz) albo featami (Lil Baby, Yo Gotti oraz - TAK JEST - Doja Cat)
lubię albumy, które oferują różnorodność, mnogość możliwych do wytropienia źródeł wszech-muzycznej inspiracji, rozmaitość poruszonych w tekstach tematów, inteligentnie zbilansowany pacing. i cholernie lubię też albumy City Girls, które są zaprzeczeniem wszystkiego powyżej

"City on Lock" - podobnie jak wydany dwa lata temu debiut - to morderczy kombajn, pozbawiony hamulca złoty czołg napędzany strip-clubową motoryką, w którym każdy trybik naoliwiony jest tradycjami Cash Money, Slip-N-Slide i miami bassu - czyli wszystkiego co w zeszłym tysiącleciu wyniosło hip hop na najwyższy poziom artyzmu

niezmącony nutą refleksji, ale za to naszpikowany końską dawką wyuzdania, niekończący się BOOTY SHAKING ANTHEM. dokładnie tego oczekuje po paniach JT i Yung Miami ponieważ panie JT i Yung Miami są w tej kategorii nie-za-stą-pio-ne. polecam, a niezdecydowanych może zachęcę producentami (Southside, Tay Keith, Earl on the Beat, Cubeatz) albo featami (Lil Baby, Yo Gotti oraz - TAK JEST - Doja Cat)
23 cze 2020, 19:51
Tee Grizzley i jego muzyka to taki idylliczny obrazek zhomogenizowanego rapu ze Stanów. typo pochodzi z Detroit, nagrywa w nowojorskim labelu wśród gwiazd Atlanty, a z flow i generalną selekcją bitów najbliżej mu chyba do dalekiego zachodu. w połączeniu z powściągliwością przy bardziej odważnych artystycznych decyzjach, staroszkolnym wartościowaniem merytorycznej treści ponad artykulacyjne środki ekspresji dostajemy receptę na idealny hiphopowy MIDDLEGROUND jeśli nie przesłuchacie "The Smartest" to raczej nie umknie wam żadna sensacja (no chyba że uznać za taką feat Lil Baby'ego nie brzmiącego jak Lil Baby), nie zmieni się świat, a i COVID nie pójdzie w cholerę. bo poprawność - jeśli nie ociera się zbyt niebezpiecznie o CORNICZNOŚĆ - potrafi być czasem w dechę. gdyby tylko doba była trochę dłuższa to pewnie nadrobiłbym inne rzeczy Grizzleya, albowiem to moje pierwsze longplayowe spotkanie z tym ziomeczkiem jeśli miałbym coś wyróżnić to "Double Standards", w którym raper - NOT SURE ironicznie czy nie - podchodzi do tematu od dupy strony, ale to błyskotliwa produkcja Hit-Boya skutecznie odciąga mnie od mych moralnych rozterek. po drugie: zamykające mixtape "Mr. Officer" - rzewny, melodramatyczny protest wpisany w aktualne realia, ale koniec końców szczery i grający na właściwych nutach
Tee Grizzley i jego muzyka to taki idylliczny obrazek zhomogenizowanego rapu ze Stanów. typo pochodzi z Detroit, nagrywa w nowojorskim labelu wśród gwiazd Atlanty, a z flow i generalną selekcją bitów najbliżej mu chyba do dalekiego zachodu. w połączeniu z powściągliwością przy bardziej odważnych artystycznych decyzjach, staroszkolnym wartościowaniem merytorycznej treści ponad artykulacyjne środki ekspresji dostajemy receptę na idealny hiphopowy MIDDLEGROUND

jeśli nie przesłuchacie "The Smartest" to raczej nie umknie wam żadna sensacja (no chyba że uznać za taką feat Lil Baby'ego nie brzmiącego jak Lil Baby), nie zmieni się świat, a i COVID nie pójdzie w cholerę. bo poprawność - jeśli nie ociera się zbyt niebezpiecznie o CORNICZNOŚĆ - potrafi być czasem w dechę. gdyby tylko doba była trochę dłuższa to pewnie nadrobiłbym inne rzeczy Grizzleya, albowiem to moje pierwsze longplayowe spotkanie z tym ziomeczkiem

jeśli miałbym coś wyróżnić to "Double Standards", w którym raper - NOT SURE ironicznie czy nie - podchodzi do tematu od dupy strony, ale to błyskotliwa produkcja Hit-Boya skutecznie odciąga mnie od mych moralnych rozterek. po drugie: zamykające mixtape "Mr. Officer" - rzewny, melodramatyczny protest wpisany w aktualne realia, ale koniec końców szczery i grający na właściwych nutach
25 cze 2020, 22:58
błyszczące Chevrolety, futra w każdej możliwej kolorystyce i TAKI mural na ścianie w tle. "Can't Sleep" już z poziomu youtube'owej miniaturki próbuje przekupić nas wspomnieniami o wielkich czasach kolektywu Dungeon Family. na szczęście obrazkowi temu towarzyszy całkiem wiarygodny singiel. wydane parę miesięcy temu "Intentions" było taki niepotrzebnym w zasadzie tuture-funkowym cukierkiem opakowanym w DF'owy papierek. tym razem dostajemy już bardziej wyprofilowany sound, przy którym Big Boi ze Sleepym wymachują nam przed nosem całkiem legitnym certyfikatem autentyczności

pogodziłem się już z faktem, że Antwan Patton ma już swój wiek, a jego próby zrobienia czegoś własnego i świeżego nijak się mają do przeszłych owoców kreatywnego POWERHOUSE'u jaki stanowiły burze mózgów między członkami duetu Outkast. w tej sytuacji, w tych okolicznościach osiedlenie się wraz z kolegami z Organized Noize na dawnych przedmieściach Stankonii i generowanie echa przeszłości może być obecnie najbardziej rozsądnym, a dla słuchaczy możliwie najprzyjemniejszym rozwiązaniem

ale i tak posłuchałoby się tutaj jeszcze tego drugiego pana ze ściany...
Zaktualizowano 26 cze 2020, 17:49
26 cze 2020, 17:49
gotowi na nowego Westside Gunna w najbliższy piątek?
gotowi na nowego Westside Gunna w najbliższy piątek?
29 cze 2020, 12:03
jpegKanye całkiem spoko. wciąż w otoczeniu turbo chrześcijańskich oparów i z tymi nadgorliwymi repetycjami, ale za to nareszcie z jakimś faktycznym poczuciem misji rapowania i skutecznym zbijaniem zbyt spienionego patosu. muzycznie to być może najbardziej radykalne od czasów "Yeezusa" odstępstwo od względnej westowskiej normy. proszę, masz Ye, oto moje zainteresowanie, nie schrzań tego byczq

wgl cholernie sprytny ruch ze strony Westa w kwestii obsadzenia Dr Dre przy mikserze - największy inżynier hiphopowego dźwięku ever to tak jakby gwarant, że wszystko co się dzieje w miksie jest stuprocentowo zamierzoną decyzją artystyczną

"And they tryna control 'Ye
They want me to calm down
They don't want me to be Kanye
They don't want Kanye to be Kanye
They wanna sign a fake Kanye, they tryna sign a calm 'Ye
That's right I call him Calm-Ye, but don't take me the wrong way
But don't take me the wrong way, 'cause God took me a long way"
Zaktualizowano 30 cze 2020, 16:42
30 cze 2020, 16:42
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
kilka przemyśleń nasuwa się w związku z mijającą pierwszą połową roku. najciekawsze zjawisko dostrzegam kiedy patrzę na zestawienie trzech moich SO FAR ulubionych albumów, a mamy tam:

* collabo 38-letniego rapera z 42-letnim producentem

* czwarty wspólny album dwójki 45-latków

* wyczekiwany długo debiut 43-latka nagrany w ścisłej współpracy z WIELE bardziej znanym 50-latkiem

czyli CREATIVE FORCE stojący za moim top trzy ma średnią wieku prawie 44 lat na karku. i to bez jakiegoś boomerowanka i biasowania starej szkoły, gdyż powyższe pozycje spotkały się ogólnie z bardzo ciepłym przyjęciem w recenzjach, no i są to krążki mimo wszystko świadome lat w których powstawały, korzystające ze współczesnych narzędzi i grające na współczesnej wrażliwości słuchacza

to nie znaczy, że młodzi też nie mieli niczego do powiedzenia - na scenie kipi od trendujących nurtów (EarlSweatshirt-core, post-Pi'erre'owe lo-fi bangery, kalifornijska alternatywka, no i oczywiście wbijający na salony wraz z krótką karierą Pop Smoke'a NY drill), ale te nurty sprawiają wrażenia jeszcze nie okrzesanych. świetnie mi się słuchało nowego MIKE'a, ale jakbym miał wyjaśnić różnice miedzy jego albumem a ostatnim Medhane'em, to szybko próbowałbym zmienić temat rozmowy. nowojorskie drille oferują charakter, movement, pewną skalę, ale trudno przewidzieć jak potoczą się ich losy bez charyzmy tragicznie zmarłego wiadomo kogo

z innych ciekawostek: Future wydał chyba najszybciej zapomniany album w swojej karierze, Lil Baby raczej nie zaliczył zbyt udanego albumowego BREJKFRU (choć tak, stał się królem featów i o dziwo wypuścił niegłupi track w związku z ostatnimi protestami). te bardziej ustatkowane i sprawdzone głosy młodej fali (Uzi, Gunna, Young Nudy) - ok, spoko krążki, może nawet CAŁKIEM spoko - ale żaden z nich raczej nie podjął w moich oczach udanej próby przebicia wcześniejszych dokonań

mógłbym wymienić paru wdzięcznych ARTYSTÓW KOMBINATORÓW w fazie wczesnego wschodzenia (645AR, Hook, Jelly, Duwap Kaine...) będę ich obserwował, ale w międzyczasie wracać będę do albumów tych dziadów o średniej wieku 44 lata, co rapują jakby wciąż jeszcze za mało światu udowodnili

miałem w którymś miejscu wspomnieć o rosnącym elektoracie miłośników pięknych chłopców Griseldy stale dostarczających czegoś przyjemnego do przesłuchania, no ale zaglądając im w metrykę sami widzimy jak wpasowują się w moją narrację xD

podsumowując, nie podsumuje. bo to dziwny rok, dziwne czasy. wielu artystów chce je przeczekać, wielu artystów wiązało ROLLOUT albumów z nieodbywającymi się właśnie trasami koncertowymi, albo z ruchami równie wstrzemięźliwych kolegów po fachu, "Whole Lotta Red" wciąż bez release date. tyle obiecujących premier gdzieś tam krąży w limbo. kiedyś to ruszy, kiedyś to pęknie, a spotęgowana atmosfera społecznego niepokoju - jeśli to ma być jakiekolwiek pocieszenie - przełoży się w jakiś sposób na słowa i emocje artystów

i takie na szybko top ileś:

1. Jay Electronica - A Written Testimony
2. Run the Jewels - RTJ4
3. Freddie Gibbs & Alchemist - Alfredo
4. Young Nudy - Anyways
5. Denzel Curry & Kenny Beats - UNLOCKED
6. Gunna - WUNNA
7. Quelle Chirs & Chris Keys - Innocent Country II
8. Ka - Descendants of Cain
9. Princess Nokia - Everything is Beautiful
10. Conway the Machine & Big Ghost - No One Mourns the Wicked
11. Westside Gunn - Pray for Paris
12. Medhane - Cold Water
13. MIKE - Weight of the World
14. Duke Deuce - Memphis Massacre II
15. Jelly - The Wolf of Peachtree
16. Theophilus London - Bebey
17. Pop Smoke - Meet the Woo II
18. Lil Uzi Vert - LUV vs the World 2
19. Hook - Crashed my Car
20. Megan thee Stallion - SUGA
30 cze 2020, 22:00
na początek czarny-humorek-anegdotka z powstawania tego wpisu: chciałem przygotować sobie na szybko okładkę do notki, więc wyguglowałem "pop smoke shoot". wyszukiwarka spuentowała: "Czy chodziło Ci o: pop smoke shot". OK Google, wal się "Shoot For The Moon Aim For The Stars" to niewątpliwie jedno z zaskoczeń roku. dla niejednego/niejednej z was było to prawdopodobnie zaskoczenie negatywne, bo za mało drillu dla drillu, bo za ładnie, bo zbyt mainstreamowo, bo za dużo inspiracji r&b. żaden z tych zarzutów nie wziął się oczywiście z palca, bo zmiana muzycznych priorytetów Smoke'a między mixtape'ami a debiutem należy do tych radykalnych. ja jednak będę tej zmiany bronił, bo jeśli wyłączy się myślenie o nowym albumie jako o trzecim "Meet the Woo" to być może dostrzeże się bijącą tutaj obficie pop-rapową świeżość, jakąś tam niespotkaną do tej pory w głównym nurcie formułę nieważne czy mówimy o obsypanym cukrem pudrem "Yea Yea", pompatycznie rhythm'n'bluesowej "Diana" czy o kompletnie zbudowanym na kanwie ballady "Something Special" - utwory te nigdy nie tracą pewnego magicznego pierwiastka odmienności i akceptacji drillowych korzonków. jedynym wyjątkiem odbiegającym od tej pięknej reguły jest "West Coast Shit" będące niczym więcej niż zupełnie generycznym TYGA TYPE SINGLEM. poza tym wszystko się tutaj znakomicie klei i można uwierzyć, że jest to stuprocentowo autentyczna wizja tego jak pan Woo chciał tuż przed śmiercią wbić na pełnej w mainstream ze swoim brzmieniem i master planem jak to brzmienie zaimplementować w tryby wielkiego muzycznego światka nie wiem jaki był dokładnie wkład 50 Centa w wykonawkę tego projektu, ale jestem gotów uwierzyć, że całkiem znaczący. niby wszyscy dobrze wiedzieliśmy jak istotną postacią był Fifciak w hiphopowej edukacji Pop Smoke'a, ale dopiero przy tak cholernie g-unitowych trackach jak "Gangstas" prawda ta uderza nas siłą i intensywnością młota pneumatycznego. w połączeniu z tym jak materiał skutecznie adaptuje co nieco elementów kojarzących się z polityką produkowania rapowych albumów w latach '00s, po prostu czuć tutaj jakieś zawirowanie czasoprzestrzeni, poetycką pętlę artystycznej sprawiedliwości, doświadczenie słuchania nextgenowego Fiddy'ego. no dla mnie całkiem spoko jeśli jesteś sierotą po hermetycznym NY drillu z mixtape'ów to masz tyle opcji: docenić intensywnie wierne tym klimatom momenty jak np IDĄCE TWARDO "44 Bulldog", wrócić do jego starych gównien tak jak pan Shawn Carter powiedział, albo śledzić poczynania innych licznych przecież nowojorskich drillowców. ale proszę, spróbujcie przynajmniej spojrzeć z trochę szerszej perspektywy na "Shoot For The Moon Aim For The Stars". zwyczajnie warto R.I.P. Smoke, teraz brakuje mi go jeszcze bardziej : (
na początek czarny-humorek-anegdotka z powstawania tego wpisu: chciałem przygotować sobie na szybko okładkę do notki, więc wyguglowałem "pop smoke shoot". wyszukiwarka spuentowała: "Czy chodziło Ci o: pop smoke shot". OK Google, wal się

"Shoot For The Moon Aim For The Stars" to niewątpliwie jedno z zaskoczeń roku. dla niejednego/niejednej z was było to prawdopodobnie zaskoczenie negatywne, bo za mało drillu dla drillu, bo za ładnie, bo zbyt mainstreamowo, bo za dużo inspiracji r&b. żaden z tych zarzutów nie wziął się oczywiście z palca, bo zmiana muzycznych priorytetów Smoke'a między mixtape'ami a debiutem należy do tych radykalnych. ja jednak będę tej zmiany bronił, bo jeśli wyłączy się myślenie o nowym albumie jako o trzecim "Meet the Woo" to być może dostrzeże się bijącą tutaj obficie pop-rapową świeżość, jakąś tam niespotkaną do tej pory w głównym nurcie formułę

nieważne czy mówimy o obsypanym cukrem pudrem "Yea Yea", pompatycznie rhythm'n'bluesowej "Diana" czy o kompletnie zbudowanym na kanwie ballady "Something Special" - utwory te nigdy nie tracą pewnego magicznego pierwiastka odmienności i akceptacji drillowych korzonków. jedynym wyjątkiem odbiegającym od tej pięknej reguły jest "West Coast Shit" będące niczym więcej niż zupełnie generycznym TYGA TYPE SINGLEM. poza tym wszystko się tutaj znakomicie klei i można uwierzyć, że jest to stuprocentowo autentyczna wizja tego jak pan Woo chciał tuż przed śmiercią wbić na pełnej w mainstream ze swoim brzmieniem i master planem jak to brzmienie zaimplementować w tryby wielkiego muzycznego światka

nie wiem jaki był dokładnie wkład 50 Centa w wykonawkę tego projektu, ale jestem gotów uwierzyć, że całkiem znaczący. niby wszyscy dobrze wiedzieliśmy jak istotną postacią był Fifciak w hiphopowej edukacji Pop Smoke'a, ale dopiero przy tak cholernie g-unitowych trackach jak "Gangstas" prawda ta uderza nas siłą i intensywnością młota pneumatycznego. w połączeniu z tym jak materiał skutecznie adaptuje co nieco elementów kojarzących się z polityką produkowania rapowych albumów w latach '00s, po prostu czuć tutaj jakieś zawirowanie czasoprzestrzeni, poetycką pętlę artystycznej sprawiedliwości, doświadczenie słuchania nextgenowego Fiddy'ego. no dla mnie całkiem spoko

jeśli jesteś sierotą po hermetycznym NY drillu z mixtape'ów to masz tyle opcji: docenić intensywnie wierne tym klimatom momenty jak np IDĄCE TWARDO "44 Bulldog", wrócić do jego starych gównien tak jak pan Shawn Carter powiedział, albo śledzić poczynania innych licznych przecież nowojorskich drillowców. ale proszę, spróbujcie przynajmniej spojrzeć z trochę szerszej perspektywy na "Shoot For The Moon Aim For The Stars". zwyczajnie warto

R.I.P. Smoke, teraz brakuje mi go jeszcze bardziej : (
3 lip 2020, 21:50
po dwóch odsłuchach nowej taśmy Westside Gunna mam do powiedzenia trzy słowa: STOVE GOD COOKS. chcę być jego fanem, chcę sprawdzać każdy jego featuring, chcę sięgać po każdy album/mixtape jaki wypuści. nawet mam już na weekend pracę domową, gdyż całkiem niedawno typ wypuścił solowy projekt na podkładach Roca Marciano. poza tym, czy możemy porozmawiać sobie szczerze od serca o tym jak doskonałą ksywką jest "Stove God Cooks"? chwalę gościa zamiast gospodarza - no ale sam Fly God przyznał, że jednym z jego celów na "Flygod Is an Awesome God 2" było podbicie zainteresowania tą niezauważoną, wschodzącą gwiazdą coke-rapowej witruozerii i każdy z trzech utworów z nim ("Jose Canseco", "One More Hit" i "Bubba Chuck") brzmi jak taka właśnie ustawka pod to by pan SGC miał ostatnie, decydujące słowo. szacuneczek za takie podejście tak poza tym to dostaliśmy wczoraj udany sequel jednego z moich ulubionych mikstejpów Pistoleta, całkiem zwięzłe i ODROBINKĘ bardziej surowe addendum do głośnego "Pray for Paris" sprzed paru miesięcy. kokainowy rap z elegancką dyrekcją artystyczną, odcinek kolejny, dziękuję i do usłyszenia
po dwóch odsłuchach nowej taśmy Westside Gunna mam do powiedzenia trzy słowa: STOVE GOD COOKS. chcę być jego fanem, chcę sprawdzać każdy jego featuring, chcę sięgać po każdy album/mixtape jaki wypuści. nawet mam już na weekend pracę domową, gdyż całkiem niedawno typ wypuścił solowy projekt na podkładach Roca Marciano. poza tym, czy możemy porozmawiać sobie szczerze od serca o tym jak doskonałą ksywką jest "Stove God Cooks"?

chwalę gościa zamiast gospodarza - no ale sam Fly God przyznał, że jednym z jego celów na "Flygod Is an Awesome God 2" było podbicie zainteresowania tą niezauważoną, wschodzącą gwiazdą coke-rapowej witruozerii i każdy z trzech utworów z nim ("Jose Canseco", "One More Hit" i "Bubba Chuck") brzmi jak taka właśnie ustawka pod to by pan SGC miał ostatnie, decydujące słowo. szacuneczek za takie podejście

tak poza tym to dostaliśmy wczoraj udany sequel jednego z moich ulubionych mikstejpów Pistoleta, całkiem zwięzłe i ODROBINKĘ bardziej surowe addendum do głośnego "Pray for Paris" sprzed paru miesięcy. kokainowy rap z elegancką dyrekcją artystyczną, odcinek kolejny, dziękuję i do usłyszenia
4 lip 2020, 15:29
🔥🔥🔥

pozycja obowiązkowa z wydanej wczoraj składanki Guwapa. dwóch atlanckich TRAP LORDÓW wymieniających się doświadczeniami na bliźniaczym flow, w tempie galopującej (i epickiej jak zwykle) syntetyki Mike Willa. banger - mniej więcej tego kalibru co to działko na okładkowym Humvee

"Yeah, it's hard, but it's fair, but it's tough on a square
You know salt kill snails, not players
Sell water to a whale, put a whale on a scale
When the hammer hit the motherfuckin' nail
Send a bale in the mail, fuck the judge and the jury
And the jail and the motherfuckin' cell
Know Chanel and it's Gucci, you can tell
You can smell, I'm a player, pull up in a V12"
Zaktualizowano 4 lip 2020, 20:22
4 lip 2020, 20:22
dziękuję pan Westside Gunn za rekomendację. może i coke-rapowy panteon jest trochę przesycony i w zgodzie ze swoimi standardami stawia raczej na pielęgnację istniejących już rozwiązań. ale trochę gówniarskiej energii na tym poletku to coś co chętnie przyjmę na klatę, no i taką energię oferuję na swoim albumie Stove God Cooks raper wcześniej znany (ale i tak praktycznie nieznany) jako Aaron Cook$ podlega pod label Conglomerate, choć z tego co widzę jedyna promocja jaką mu łaskawy pan Busta Rhymes zapewnił to było parę tych udostępnień w social mediach, no brawo. nie dziwie się, że Fly God poczuł się by zainterweniować i dać ciekawemu graczowi ogrzać się trochę w griseldowskiej HYPE AURZE wyprodukowane przez Roca Marciano "Reasonable Drought" to zgrabny portret ambitnego adepta tego wiecznie pociągającego nurtu. głosowo to taki trochę Ab-Soul, który chyba zbyt długo pochylał się nad oparami z Pyrexa i przez sporą część czasu muzycznej edukacji skupiał się na analizowaniu nagrywek Raekwona, Ghostface'a czy Puszatego. i mówię o tym zupełnie szczerze jako o pozytywach - tak samo jak o względnie niedojrzałej wylewności w przekazywaniu emocji, o braku hamulców przy podśpiewywaniu hooków i o tej czasem beztroskiej i humorystycznej zabawie konwencją znanej z nagrywek starego dobrego Juelza Santany mam nadzieję, że za sprawą reklamy zamieszczonej na łamach "FLYGOD Is An Awesome God II" możliwie dużo osób SIEDZĄCYCH W TEMACIE zapozna się z tym obiecującym debiucikiem
dziękuję pan Westside Gunn za rekomendację. może i coke-rapowy panteon jest trochę przesycony i w zgodzie ze swoimi standardami stawia raczej na pielęgnację istniejących już rozwiązań. ale trochę gówniarskiej energii na tym poletku to coś co chętnie przyjmę na klatę, no i taką energię oferuję na swoim albumie Stove God Cooks

raper wcześniej znany (ale i tak praktycznie nieznany) jako Aaron Cook$ podlega pod label Conglomerate, choć z tego co widzę jedyna promocja jaką mu łaskawy pan Busta Rhymes zapewnił to było parę tych udostępnień w social mediach, no brawo. nie dziwie się, że Fly God poczuł się by zainterweniować i dać ciekawemu graczowi ogrzać się trochę w griseldowskiej HYPE AURZE

wyprodukowane przez Roca Marciano "Reasonable Drought" to zgrabny portret ambitnego adepta tego wiecznie pociągającego nurtu. głosowo to taki trochę Ab-Soul, który chyba zbyt długo pochylał się nad oparami z Pyrexa i przez sporą część czasu muzycznej edukacji skupiał się na analizowaniu nagrywek Raekwona, Ghostface'a czy Puszatego. i mówię o tym zupełnie szczerze jako o pozytywach - tak samo jak o względnie niedojrzałej wylewności w przekazywaniu emocji, o braku hamulców przy podśpiewywaniu hooków i o tej czasem beztroskiej i humorystycznej zabawie konwencją znanej z nagrywek starego dobrego Juelza Santany

mam nadzieję, że za sprawą reklamy zamieszczonej na łamach "FLYGOD Is An Awesome God II" możliwie dużo osób SIEDZĄCYCH W TEMACIE zapozna się z tym obiecującym debiucikiem
5 lip 2020, 13:08
RIP Ennio Morricone
RIP Ennio Morricone
6 lip 2020, 20:18
miasto Flint w stanie Michigan mogłoby mieć za sobą wielką hiphopową historię, ale nie ma. w końcu z niego pochodzi MC Breed - jeden z pierwszych mid westowych solistów, którym jako tako udało się przebić poza region. ale to były wczesne '90s, a dzisiaj mamy 2020 i gracze tacy jak Rio Da Yung Og i Louie Ray bardzo ochoczo przysłowiowo ZAZNACZĄ MIASTO NA MAPIE - jeśli im na to pozwolimy. "Movie" to przezajawkowy duet z eksplozywnym i nomen omen filmowo podniosłym bitem, a linijka “I rather pay your student loans off, I’m not a Birkin getter” ma nawet potencjał by trochę zatrendować w opiniach i social mediowych polecajkach
Zaktualizowano 7 lip 2020, 19:14
7 lip 2020, 19:14
łał, po takiej ilości szuryzmów i prowokacyjnych kanye-izów jestem gotów tak w 95% uwierzyć, że nowy album wyjdzie jeszcze w tym miesiącu

czemu oddzielanie artysty od twórczości musi być zawsze takie trudne? :C
Zaktualizowano 8 lip 2020, 16:18
8 lip 2020, 16:18
spodziewałem się katastrofy, przerywanego stosunku między cudderowską mruczanką, a przedramatyzowanymi wiązkami staccato flow Shady'ego, koncertu niezręczności w poszukiwaniu muzycznego kompromisu, który mógłby chociaż w jednej dziewiątej działać jak sprawnie jak ten ustanowiony na "Kids See Ghosts". nastawienie się na najgorsze potrafi czynić cuda w momencie odsłuchu. tutaj cudu raczej zabrakło Cudi i Em wywalczyli wokalny MIDDLE GROUND - ten pierwszy odpuścił sobie melodykę, a ten drugi nieodłączne od dekady dążenie do darcia ryja pod koniec jakiejkolwiek zwrotki. produkcja Dot Da Geniusa jest bardzo płynna i dynamiczna, gotowa zaadoptować się do każdej lirycznej sytuacji. tylko że tych sytuacji nie ma "The Adventures of Moon Man, Slim Shady" dawało szansę na jakiś nasączony komiksowym tuszem storytelling, albo chociaż fantastycznie przestylizowaną wymianę przechwałek godnych superherosów/supervillainów. obaj skaczą od tematu do tematu, od razu każdy z nich tłumiąc w zarodku. a najbardziej Eminem, który musiał sprowadzić komentarz do aktualnych wydarzeń do poziomu mazurskiej nocy kabaretowej ze swoimi linijkami typu "now I'm in a fuckin' casket from you coffin". trochę złudnych nadziei na odnalezienie złotego środka dał pan Rager z wersami o odwyku - co w sumie mogło być świetnym punktem wyjścia dla tego duetu do opowiedzenia po raz kolejny o tym samym - ale w sposób efektywnie spotęgowany obecnością duchowego towarzysza w doświadczeniu da się tego słuchać, może nawet nie będzie skipowane podczas odsłuchu całego albumu - jeśli to w ogóle ma to trafić na jakikolwiek album. ale przy całej pompie jaka narosła wokół premiery tej jednej jedynej piosenki (brakowało tylko koncertu w Fortnajcie) musiałem odrobinę ponarzekać
spodziewałem się katastrofy, przerywanego stosunku między cudderowską mruczanką, a przedramatyzowanymi wiązkami staccato flow Shady'ego, koncertu niezręczności w poszukiwaniu muzycznego kompromisu, który mógłby chociaż w jednej dziewiątej działać jak sprawnie jak ten ustanowiony na "Kids See Ghosts". nastawienie się na najgorsze potrafi czynić cuda w momencie odsłuchu. tutaj cudu raczej zabrakło

Cudi i Em wywalczyli wokalny MIDDLE GROUND - ten pierwszy odpuścił sobie melodykę, a ten drugi nieodłączne od dekady dążenie do darcia ryja pod koniec jakiejkolwiek zwrotki. produkcja Dot Da Geniusa jest bardzo płynna i dynamiczna, gotowa zaadoptować się do każdej lirycznej sytuacji. tylko że tych sytuacji nie ma

"The Adventures of Moon Man, Slim Shady" dawało szansę na jakiś nasączony komiksowym tuszem storytelling, albo chociaż fantastycznie przestylizowaną wymianę przechwałek godnych superherosów/supervillainów. obaj skaczą od tematu do tematu, od razu każdy z nich tłumiąc w zarodku. a najbardziej Eminem, który musiał sprowadzić komentarz do aktualnych wydarzeń do poziomu mazurskiej nocy kabaretowej ze swoimi linijkami typu "now I'm in a fuckin' casket from you coffin". trochę złudnych nadziei na odnalezienie złotego środka dał pan Rager z wersami o odwyku - co w sumie mogło być świetnym punktem wyjścia dla tego duetu do opowiedzenia po raz kolejny o tym samym - ale w sposób efektywnie spotęgowany obecnością duchowego towarzysza w doświadczeniu

da się tego słuchać, może nawet nie będzie skipowane podczas odsłuchu całego albumu - jeśli to w ogóle ma to trafić na jakikolwiek album. ale przy całej pompie jaka narosła wokół premiery tej jednej jedynej piosenki (brakowało tylko koncertu w Fortnajcie) musiałem odrobinę ponarzekać
11 lip 2020, 19:06
#retrostream "Hate Me Now" to jeden z tych singli, który dawno temu uchodził w moim oczach jako prawdopodobnie najbardziej zajebista rzecz pod słońcem, a dzisiaj niekoniecznie. oj bardzo niekoniecznie. maksymalizm, przepych, patos budowany przez silne religijne nawiązania w teledysku, jeszcze większy patos budowany przez samplowanie Carla Orffa. przekorny i niepokorny Nas Escobar wtykający kij w mrowisko rozczarowanych recenzentów, Puff Daddy plujący w klipie szampanem i wydający z siebie przesterowany wrzask o tym jaką potęgą jest piniondz. chóry, płomienie, Hype Williams, zajarany amerykańskim rapem nastolatek był kupiony wraz z biegiem czasu i rosnącym wyczuciem smaku w kontekście artystycznych decyzji hiphopowców, całe to AWESOMENESS zaczęło gdzieś bokiem uchodzić. motyw z Carmina Burana w interpretacji Trackmastersów powoli odsłaniał swoją cepelianą architekturę idealnie pasującą do reszty muzycznych rozwiązań Nasira z tamtych czasów (nie liczę momentów, w których w grę wchodził DJ Premier). wielka polemika rapera z krytykami i słuchaczami jaka miała tutaj miejsce była tak naprawdę dyskusją z sobą samym, usprawiedliwiającym niezręczne próby odnalezienia się w kryzysie, w jakim to pod koniec lat dziewięćdziesiątych znalazł się nowojorski mainstream zaproszenie Puffy'ego do refrenu było jednym z takich właśnie podchodów. i tu również doszło do pewnej porażki. po nakręceniu głośnego klipu ze scenami ukrzyżowania obu raperów (co w czasach jeszcze przed premierą kontrowersyjnego filmu Mela Gibsona naprawdę było EDGY) Diddy stwierdził, że kurde jednak nie xD i nie zgadza się na pokazanie takich ujęć z jego udziałem. przypadkowo lub nie, teledysk w niezmienionej wersji trafił do MTV. nie spodobało się to panu Bad Boyowi, więc niedługo później wraz ze swoimi gorylami zrobił wjazd na biuro ówczesnemu menadżerowi Nasa i - jak przystało na prawdziwego katolika i syna gangstera z bandy Franca Lucasa - rozbił mu na głowie butelkę szampana i ukradł oryginalną taśmę z teledyskiem. do eskalacji level Biggie vs Tupac na szczęście nie doszło, chłopaki wytłumaczyli sobie sytuację (również drogą sądową), a jakiekolwiek ślady istnienia pierwotnej wersji video przesłonięte zostały wersją z krucyfikowanym Nasem i tylko Nasem. ale jak to mówią górale (not really): "niesmak pozostał", a anegdotka ta to jeden z wielu elementów układanki tworzącej ten przedziwny okres w twórczości pana Jonesa. a działo się to jeszcze przed "Oochie Wally", "Braveheart Party" i - WELL - całym "Nastradamusem" niemniej jest to jakiś jeden z ważnych utworów rapowych w mojej prywatnej edukacji i pomimo poważkowej krindżówy i Nasa w roli zranionego zwierzęcia walczącego o przetrwanie patrzę ( a przynajmniej próbuję patrzeć) na niego przez pryzmat jakiegoś tam sentymentu gorejącego na samym dnie mięśnia sercowego. o takich utworach mam plan pisać co niedzielę w ramach #retrostream, a czy się uda dotrzymać słowa - zobaczymy za tydzień a czemu teraz nagle pisze akurat o tej piosence? bo wczoraj usłyszałem cover w wykonaniu Desiignera. nie słuchajcie tego, obiecajcie mi
#retrostream

"Hate Me Now" to jeden z tych singli, który dawno temu uchodził w moim oczach jako prawdopodobnie najbardziej zajebista rzecz pod słońcem, a dzisiaj niekoniecznie. oj bardzo niekoniecznie. maksymalizm, przepych, patos budowany przez silne religijne nawiązania w teledysku, jeszcze większy patos budowany przez samplowanie Carla Orffa. przekorny i niepokorny Nas Escobar wtykający kij w mrowisko rozczarowanych recenzentów, Puff Daddy plujący w klipie szampanem i wydający z siebie przesterowany wrzask o tym jaką potęgą jest piniondz. chóry, płomienie, Hype Williams, zajarany amerykańskim rapem nastolatek był kupiony

wraz z biegiem czasu i rosnącym wyczuciem smaku w kontekście artystycznych decyzji hiphopowców, całe to AWESOMENESS zaczęło gdzieś bokiem uchodzić. motyw z Carmina Burana w interpretacji Trackmastersów powoli odsłaniał swoją cepelianą architekturę idealnie pasującą do reszty muzycznych rozwiązań Nasira z tamtych czasów (nie liczę momentów, w których w grę wchodził DJ Premier). wielka polemika rapera z krytykami i słuchaczami jaka miała tutaj miejsce była tak naprawdę dyskusją z sobą samym, usprawiedliwiającym niezręczne próby odnalezienia się w kryzysie, w jakim to pod koniec lat dziewięćdziesiątych znalazł się nowojorski mainstream

zaproszenie Puffy'ego do refrenu było jednym z takich właśnie podchodów. i tu również doszło do pewnej porażki. po nakręceniu głośnego klipu ze scenami ukrzyżowania obu raperów (co w czasach jeszcze przed premierą kontrowersyjnego filmu Mela Gibsona naprawdę było EDGY) Diddy stwierdził, że kurde jednak nie xD i nie zgadza się na pokazanie takich ujęć z jego udziałem. przypadkowo lub nie, teledysk w niezmienionej wersji trafił do MTV. nie spodobało się to panu Bad Boyowi, więc niedługo później wraz ze swoimi gorylami zrobił wjazd na biuro ówczesnemu menadżerowi Nasa i - jak przystało na prawdziwego katolika i syna gangstera z bandy Franca Lucasa - rozbił mu na głowie butelkę szampana i ukradł oryginalną taśmę z teledyskiem. do eskalacji level Biggie vs Tupac na szczęście nie doszło, chłopaki wytłumaczyli sobie sytuację (również drogą sądową), a jakiekolwiek ślady istnienia pierwotnej wersji video przesłonięte zostały wersją z krucyfikowanym Nasem i tylko Nasem. ale jak to mówią górale (not really): "niesmak pozostał", a anegdotka ta to jeden z wielu elementów układanki tworzącej ten przedziwny okres w twórczości pana Jonesa. a działo się to jeszcze przed "Oochie Wally", "Braveheart Party" i - WELL - całym "Nastradamusem"

niemniej jest to jakiś jeden z ważnych utworów rapowych w mojej prywatnej edukacji i pomimo poważkowej krindżówy i Nasa w roli zranionego zwierzęcia walczącego o przetrwanie patrzę ( a przynajmniej próbuję patrzeć) na niego przez pryzmat jakiegoś tam sentymentu gorejącego na samym dnie mięśnia sercowego. o takich utworach mam plan pisać co niedzielę w ramach #retrostream, a czy się uda dotrzymać słowa - zobaczymy za tydzień

a czemu teraz nagle pisze akurat o tej piosence? bo wczoraj usłyszałem cover w wykonaniu Desiignera. nie słuchajcie tego, obiecajcie mi
12 lip 2020, 16:40
w tym tygodniu ostrzymy ząbki na premierę trzeciego (aż niełatwo uwierzyć, że dopiero trzeciego) albumu duetu Blu & Exile. "Miles: From An Interlude Called Life" poprzedzone zostało przez całkiem imponującym EP oraz sekwencją równomiernie podkręcających moje zainteresowanie singli. każdy z nich przypomniał mi o miejscu tej zasłużonej dwójki w kanonie alternatywnej Kalifornii. niby zadebiutowali dopiero w 2007 roku, ale z teraźniejszej perspektywy wydawać by się mogło, że robili to dokładnie w tym samym czasie co Dilated Peoples, Jurassic 5, Deltron 3030 itd

to świetna okazja by odświeżyć słonecznie truskulowe "Below The Heavens" (o którego obecności na Spotify dowiedziałem się dopiero dzisiaj, bo było otagowane inaczej niż ich późniejsze nagrania), oraz bardziej eksperymentalno-LoFi'owe "Give Me My Flowers While I Can Still Smell Them". i być gotowym na to co przyniesie nam piąteczek
Zaktualizowano 13 lip 2020, 19:54
13 lip 2020, 19:54
Blu i Exile wychodzą z założenia, że wyposzczeni po 8-letniej przerwie fani są nie tyle spragnieni nowej muzyki co DUŻEJ ILOŚCI nowej muzyki. "Miles: From An Interlude Called Life" zaiste trwa 95 minut, ale spokojnie. to nie jest żaden cynicznie przepakowany zapętloną treścią i zaprogramowany na podbój streamów produkt. to nowy projekt dwójki znakomicie rozumiejących się muzycznych kompanów. kompanów którzy stwierdzili, że czas nagrać DOUBLE ALBUM w klasycznym tego pojęcia znaczeniu - gdyż inaczej pomieścić swych artystycznych ambicji by się nie udało "Miles" to takie trochę THE BEST OF TRUSKUL. wszystko, co do tej pory kojarzyliście z bardziej staroszkolnym podejściem do robienia hip hopu, tutaj znajduje swoje ujście - i to nierzadko w wersji ON STEROIDS. lubicie wykopane z głową soulowe sample wokalne? Blu podsunął Exile'owi chyba każdy zarejestrowany w historii amerykańskiej fonografii moment, gdy jakiś wokalista wyśpiewuje słowo "blue". ostatni album Gang Starrów nie zaspokoił waszego zapotrzebowania na cuty w refrenach? ci dwaj dalej to uwielbiają robić, a "Blue As I Can Be" to najbardziej gang starrowy track jaki słyszałem od dawna. pamiętajcie Soulquarianów? "Roots of Blue" to plemienny boom bap wyrwany żywcem z sesji do "Like Water For Chocolate" albo "Voodoo". czy "All The Blues" nie wjeżdża w głośniki niczym coś z albumów Pete'a Rocka i CL Smootha? lubicie jak hip hop wyciąga co najlepsze z patronujących mu odwiecznie gatunków (afrobeat, blues, gospel, reggae, jazz, jazz, JAZZ) i odpłaca się zrozumieniem wykraczającym ponad wyczajenie jakiejś jednej fajnej pętli? no nie rozczarujecie się, mówię wam a jak to wszystko rapersko trzyma w ryzach Blu? ano nieźle. powiedziałbym, że pomimo manifestowania wiecznie co najmniej przyzwoitej formy, w towarzystwie Exile'a wyjątkowo promienieje, a wartkim i elastycznym w swym klasycyzmie flow komplementuje i tak epicką warstwę muzyczną. przy okazji stara się także, by "Miles" było albumem o wszystkim. o absolutnie wszystkim. efekt jest taki, że niektóre utwory brzmią jak pisane ze słownikiem w jednym ręku i encyklopedią powszechną w drugim. jest kawałek o muzykach, których Blu słuchał będąc gówniakiem. jest kawałek, w którym name-dropuje każdego zmarłego człowieka kultury jaki tylko przychodzi mu do głowy. jest kawałek, który opowiada CAŁĄ HISTORIĘ ŚWIATA prowadzącą do ukształtowania jego osobowości. nie jest to wszystko bynajmniej takie puste jakby się mogło wydawać, wartość anegdotyczna połączona z jego niezmordowanym delievery przemieniają te ogólnikowe koncepty w najszczersze złoto jednak największym skarbem tej płyty jest - uwaga, banalne stwierdzenie - pozytywna energia. wszystko, co dzieje się na "Miles" ma na celu edukować, dowartościować, zarazić chęcią do działania, wywołać pozytywne wspomnienia i skojarzenia, wykurzyć z pokoju jakiejkolwiek maści HARD FEELINGS. ja to w pełni kupuje i nawet przy troszkę naiwnym "Dear Lord" będącym rapową odpowiedzią na "Imagine" Lennona wciąż czuję się zarażony gituwa humorkiem wierzcie mi lub nie wierzcie, ale "Miles" jest 95-minutowym materiałem, z którego nie wyrzuciłbym nawet jednego utworu, a z żadnego z utworów nie wyciąłbym nawet minuty. to album kompletnie autentyczny i wiarygodny w tym jak ma wybrzmieć, jak długo ma wybrzmieć, jakie uczucie wywołać i jakiego typu słuchacza szacunek sobie zaskarbić. sprawdźcie koniecznie - nawet jeśli nie czujecie się dokładnie tym słuchaczem
Blu i Exile wychodzą z założenia, że wyposzczeni po 8-letniej przerwie fani są nie tyle spragnieni nowej muzyki co DUŻEJ ILOŚCI nowej muzyki. "Miles: From An Interlude Called Life" zaiste trwa 95 minut, ale spokojnie. to nie jest żaden cynicznie przepakowany zapętloną treścią i zaprogramowany na podbój streamów produkt. to nowy projekt dwójki znakomicie rozumiejących się muzycznych kompanów. kompanów którzy stwierdzili, że czas nagrać DOUBLE ALBUM w klasycznym tego pojęcia znaczeniu - gdyż inaczej pomieścić swych artystycznych ambicji by się nie udało

"Miles" to takie trochę THE BEST OF TRUSKUL. wszystko, co do tej pory kojarzyliście z bardziej staroszkolnym podejściem do robienia hip hopu, tutaj znajduje swoje ujście - i to nierzadko w wersji ON STEROIDS. lubicie wykopane z głową soulowe sample wokalne? Blu podsunął Exile'owi chyba każdy zarejestrowany w historii amerykańskiej fonografii moment, gdy jakiś wokalista wyśpiewuje słowo "blue". ostatni album Gang Starrów nie zaspokoił waszego zapotrzebowania na cuty w refrenach? ci dwaj dalej to uwielbiają robić, a "Blue As I Can Be" to najbardziej gang starrowy track jaki słyszałem od dawna. pamiętajcie Soulquarianów? "Roots of Blue" to plemienny boom bap wyrwany żywcem z sesji do "Like Water For Chocolate" albo "Voodoo". czy "All The Blues" nie wjeżdża w głośniki niczym coś z albumów Pete'a Rocka i CL Smootha? lubicie jak hip hop wyciąga co najlepsze z patronujących mu odwiecznie gatunków (afrobeat, blues, gospel, reggae, jazz, jazz, JAZZ) i odpłaca się zrozumieniem wykraczającym ponad wyczajenie jakiejś jednej fajnej pętli? no nie rozczarujecie się, mówię wam

a jak to wszystko rapersko trzyma w ryzach Blu? ano nieźle. powiedziałbym, że pomimo manifestowania wiecznie co najmniej przyzwoitej formy, w towarzystwie Exile'a wyjątkowo promienieje, a wartkim i elastycznym w swym klasycyzmie flow komplementuje i tak epicką warstwę muzyczną. przy okazji stara się także, by "Miles" było albumem o wszystkim. o absolutnie wszystkim. efekt jest taki, że niektóre utwory brzmią jak pisane ze słownikiem w jednym ręku i encyklopedią powszechną w drugim. jest kawałek o muzykach, których Blu słuchał będąc gówniakiem. jest kawałek, w którym name-dropuje każdego zmarłego człowieka kultury jaki tylko przychodzi mu do głowy. jest kawałek, który opowiada CAŁĄ HISTORIĘ ŚWIATA prowadzącą do ukształtowania jego osobowości. nie jest to wszystko bynajmniej takie puste jakby się mogło wydawać, wartość anegdotyczna połączona z jego niezmordowanym delievery przemieniają te ogólnikowe koncepty w najszczersze złoto

jednak największym skarbem tej płyty jest - uwaga, banalne stwierdzenie - pozytywna energia. wszystko, co dzieje się na "Miles" ma na celu edukować, dowartościować, zarazić chęcią do działania, wywołać pozytywne wspomnienia i skojarzenia, wykurzyć z pokoju jakiejkolwiek maści HARD FEELINGS. ja to w pełni kupuje i nawet przy troszkę naiwnym "Dear Lord" będącym rapową odpowiedzią na "Imagine" Lennona wciąż czuję się zarażony gituwa humorkiem

wierzcie mi lub nie wierzcie, ale "Miles" jest 95-minutowym materiałem, z którego nie wyrzuciłbym nawet jednego utworu, a z żadnego z utworów nie wyciąłbym nawet minuty. to album kompletnie autentyczny i wiarygodny w tym jak ma wybrzmieć, jak długo ma wybrzmieć, jakie uczucie wywołać i jakiego typu słuchacza szacunek sobie zaskarbić. sprawdźcie koniecznie - nawet jeśli nie czujecie się dokładnie tym słuchaczem
17 lip 2020, 17:16
a co po sprawdzeniu świetnego albumu-molocha od Blu i Exile'a? można na przykład miło spędzić kwadrans przy nowej epce Jaya Worthy'ego. jego poszukiwania producenckich towarzyszy zaprowadziły go tym razem do Shlohmo, którego kojarzę z glitchowo-cloudowej rewolucji sprzed dekady i zapomnianej perełki alt-r&b nagranej w duecie z Jeremihem ("No More EP"), ale niespecjalnie ze współpracy z jakimikolwiek raperami na "Till The Morning" Jay i Shlohmo postawili na chmurkowy post g-funk w sam raz na takie bardziej późne popołudnie. zbiór mówiących za siebie miniatur z centerpiece'em w postaci kompletnie zrelaksowanego "Ride" z gościnką Krayzie Bone'a FUN FACT: esy floresy na okładce są autorstwa matki dziecka o pięknym imieniu X Æ A-XII
a co po sprawdzeniu świetnego albumu-molocha od Blu i Exile'a? można na przykład miło spędzić kwadrans przy nowej epce Jaya Worthy'ego. jego poszukiwania producenckich towarzyszy zaprowadziły go tym razem do Shlohmo, którego kojarzę z glitchowo-cloudowej rewolucji sprzed dekady i zapomnianej perełki alt-r&b nagranej w duecie z Jeremihem ("No More EP"), ale niespecjalnie ze współpracy z jakimikolwiek raperami

na "Till The Morning" Jay i Shlohmo postawili na chmurkowy post g-funk w sam raz na takie bardziej późne popołudnie. zbiór mówiących za siebie miniatur z centerpiece'em w postaci kompletnie zrelaksowanego "Ride" z gościnką Krayzie Bone'a

FUN FACT: esy floresy na okładce są autorstwa matki dziecka o pięknym imieniu X Æ A-XII
18 lip 2020, 13:31
znowu nie udało mi się przesłuchać całego albumu Kyle'a, ale muszę jednak docenić ten jeden utwór. cover, którego w swoim życiu nie potrzebowałem, ale gdzieś tam jednak w duszy zaszyta była zagadka: jak brzmiałaby unowocześniona wersja tej 34-letniej piosenki Beastie Boysów?

"GIRLS" wbija na pełnej na wyżyny jaskrawości, infantylności i takiego nie do końca idealnie przetłumaczalnego na polski TACKINESS (zwłaszcza gdy na drugą zwrotką rozpędzonym bolidem wjeżdża rozjuszone piękno w osobie Rico Nasty). innymi słowy: duch oryginału ma się tutaj całkiem dobrze
Zaktualizowano 21 lip 2020, 19:46
21 lip 2020, 19:46
coś jutro ciekawego wychodzi oprócz (być może) jednego z tysiąca zapowiedzianych albumów Kanyego?

Gorillaz to w zasadzie nie moja funpejowa broszka, mimo to Albarn zawsze znajdzie jakąś furtkę, zawsze uderzy w jakąś strunę wydającą miły dźwięk dla dociekliwego słuchacza, któremu czegoś tam zawsze brakuje na współczesnej scenie rapowej. a "PAC-MAN" to taki synth-funkowy singielek, który przy okazji przenosi nas gdzieś do 2000-2001 roku, do epicentrum mainstreamowej rekonstrukcji westcoastowych bangerków rodem z ówczesnych płyt Xzibita czy koleżków/koleżanek związanych z trochę zapomnianą już świetnością Doggy Style Records. ScHoolboy na gościnnych występach (tak jakby dwóch osobnych) był tutaj wyborem idealnym.kto wie, może jest nadzieja na wyjście z tej kreatywnej próżni zaprezentowanej na zeszłorocznym "Crash Talk"...
Zaktualizowano 23 lip 2020, 20:55
23 lip 2020, 20:55
"Roll around in the Coupe with the beat on loop Soundtrack to the movie that I'm living through In my lines you might find something pivotal A couple hustlin' ass niggas and some bitches too" Curren$y wjeżdża tym refrenem w "In The Coupe" tak stylowo, tak płynnie, tak TO THE POINT, że zapominam o wszystkich niedoskonałościach byłego żołnierza No Limit, wybaczam jego etykę pracy wiążącą się z mimo wszystko stawianiem na ilość. seria epek z Harrym Fraudem to jednak państewko w państwie, ze swoim motorówkowo-muscle carowym settingiem, umiejętną selekcją odprężających sampli, no i wysokim zagęszczeniem udanych duetów Waluciaka z innymi raperami (Wiz Khalifa, Conway, Rick Ross, ale przed wszystkim Jim Jones na pięknych retro-dipsetowych wielokrotnych) "The OutRunners" to fajne gangsterskie kino drogi, które ma swoje lata ultra-miętowej świeżości za sobą, ale hej - to fajne gangsterskie kino drogi
"Roll around in the Coupe with the beat on loop
Soundtrack to the movie that I'm living through
In my lines you might find something pivotal
A couple hustlin' ass niggas and some bitches too"

Curren$y wjeżdża tym refrenem w "In The Coupe" tak stylowo, tak płynnie, tak TO THE POINT, że zapominam o wszystkich niedoskonałościach byłego żołnierza No Limit, wybaczam jego etykę pracy wiążącą się z mimo wszystko stawianiem na ilość. seria epek z Harrym Fraudem to jednak państewko w państwie, ze swoim motorówkowo-muscle carowym settingiem, umiejętną selekcją odprężających sampli, no i wysokim zagęszczeniem udanych duetów Waluciaka z innymi raperami (Wiz Khalifa, Conway, Rick Ross, ale przed wszystkim Jim Jones na pięknych retro-dipsetowych wielokrotnych)

"The OutRunners" to fajne gangsterskie kino drogi, które ma swoje lata ultra-miętowej świeżości za sobą, ale hej - to fajne gangsterskie kino drogi
26 lip 2020, 18:17
jeśli to - zgodnie z opiniami recenzentów i zaskakująco wysoką oceną od Melona - jest A GAME możliwości Logica w materii nagrywania muzycznego albumu, to chyba słusznie ominąłem łukiem parę jego ostatnich propozycji. uprawiane w grządkach flow, kult ustatkowania się wypełniający lukę po mantrze o byciu "biracial", przewalające się hałdy cytatologii ("ej, pamiętasz płyty OutKastu?", "ej, pamiętasz płyty Kanyego?", "ej, pamiętasz jeszcze raz płyty OutKastu?"), patos cięty z metra. trudno mi nawet za zaletę uznać duży wkład weterana No I.D., który wyraźnie chciał nawiązać jakiś dialog. widocznie Lodzik nie jest tak prowokującym wymianę myśli dysputantem jak Common, Vince Staples albo Hova najszczersze życzenia z okazji przejścia na emeryturę, znalezione na jakieś grażynowej stronce: Dekalog wesołego emeryta: 1. Pamiętaj – emerytura to jest to, co ci się słusznie należy, teraz niech pracują inni. 2. Żyj przede wszystkim dla siebie, bez poświęceń dla rodziny. 3. Nie męcz ciała żadną dietą, już się dosyć wycierpiało. 4. Pamiętaj, że nic tak nie poprawia humoru, jak męskie spotkania. 5. Niech twym ulubionym sportem będzie leżing. 6. Kalorie spalaj tylko w tańcu. 7. Wybierz się w podróż marzeń. 8. Relaks w dużej wannie niech będzie codziennością. 9. Piwko sącz z rozkoszą. 10. I zawsze ciesz się życiem! Dziękujemy za lata współpracy!
jeśli to - zgodnie z opiniami recenzentów i zaskakująco wysoką oceną od Melona - jest A GAME możliwości Logica w materii nagrywania muzycznego albumu, to chyba słusznie ominąłem łukiem parę jego ostatnich propozycji. uprawiane w grządkach flow, kult ustatkowania się wypełniający lukę po mantrze o byciu "biracial", przewalające się hałdy cytatologii ("ej, pamiętasz płyty OutKastu?", "ej, pamiętasz płyty Kanyego?", "ej, pamiętasz jeszcze raz płyty OutKastu?"), patos cięty z metra. trudno mi nawet za zaletę uznać duży wkład weterana No I.D., który wyraźnie chciał nawiązać jakiś dialog. widocznie Lodzik nie jest tak prowokującym wymianę myśli dysputantem jak Common, Vince Staples albo Hova

najszczersze życzenia z okazji przejścia na emeryturę, znalezione na jakieś grażynowej stronce:

Dekalog wesołego emeryta:
1. Pamiętaj – emerytura to jest to, co ci się słusznie należy, teraz niech pracują inni.
2. Żyj przede wszystkim dla siebie, bez poświęceń dla rodziny.
3. Nie męcz ciała żadną dietą, już się dosyć wycierpiało.
4. Pamiętaj, że nic tak nie poprawia humoru, jak męskie spotkania.
5. Niech twym ulubionym sportem będzie leżing.
6. Kalorie spalaj tylko w tańcu.
7. Wybierz się w podróż marzeń.
8. Relaks w dużej wannie niech będzie codziennością.
9. Piwko sącz z rozkoszą.
10. I zawsze ciesz się życiem!
Dziękujemy za lata współpracy!
29 lip 2020, 20:04
to smutny wieczór dla każdego takiego jak ja wychowanego na amerykańskim rapie boomera. idealnym wrzutem w związku ze śmiercią Malika B byłoby "Water", wystawione mu za życia przez kolegów muzyczne mauzoleum, a także jeden z moich ulubionych i w ogóle najbardziej progresywnych utworów od The Roots. ale jeszcze bardziej na miejscu jest "Step Into The Realm" będące zwyczajnie - NIE BRAKUJE TAKICH OPINII - zwrotkową życióweczką rapera z Philly RIP
to smutny wieczór dla każdego takiego jak ja wychowanego na amerykańskim rapie boomera. idealnym wrzutem w związku ze śmiercią Malika B byłoby "Water", wystawione mu za życia przez kolegów muzyczne mauzoleum, a także jeden z moich ulubionych i w ogóle najbardziej progresywnych utworów od The Roots. ale jeszcze bardziej na miejscu jest "Step Into The Realm" będące zwyczajnie - NIE BRAKUJE TAKICH OPINII - zwrotkową życióweczką rapera z Philly

RIP
29 lip 2020, 21:52
ojej, ojej, ojej. to jest za dobre żeby być praktycznie utworem Run the Jewels, a nie pojawić się na albumie Run the Jewels
Zaktualizowano 31 lip 2020, 16:48
31 lip 2020, 16:48
tak jak cenię mocno koncepcję "nowego zachodu" (pewnie zauważyliście!), tak nie do końca rozumiem jak ma się sprawa z miejscem na kalifornijskiej mapie dla Shoreline Mafii. wiecie, jak sięgać po YG to dla jego bardzo-własnego flow. jak po Kamaiyah to dla zgrabnego ujęcia klasycznego rags-to-riches. jak po 03 Greedo to dla jego emocjonalnej i absurdalnie ekspresywnej wylewności. jak po SOB x RBE to dla ich chuligańskiego sznytu. po Blueface'a dla jego astronomicznego dystansu do samego siebie. a po co słuchać zatem SM? no nie wiem, właśnie dlatego pytam majorsowy debiut pod tytułem "Mafia Bidness" również nie przynosi mi odpowiedzi. ok, chłopaki robią bangery. ok, korelują one z lokalnym soundem. ok, flow i tematy także. i z takim właśnie zapętleniem w swej OKEJCE mamy do czynienia kartą przetargową dla niezdecydowanych miała być imponująca (INDEED) lista gości. i pomimo tego, że niektórzy sprawiają wrażenie rapowania tutaj za karę (Future...) to tego albumu słucha się właśnie tak od featu do featu. bo COŚ się wtedy w końcu dzieje. dlatego - jeśli już zdecydujecie się chociaż "poskakać" po piosenkach - to warto sprawdzić tracki z YG, Kodakiem Blackiem, Drakeo, 03 Greedo (ten późniejszy, bo w pierwszym pojawia się dosłownie na sekundy), no i bawiące się przebojem Montella Jordana, całkiem zabawne collabo z Wizem Khalifą also: kto zaczyna rapowy album od coveru? i to jeszcze coveru Juvenile'a? nie żebym nie lubił klasyków Cash Money czy coś ("400 Degreez" = <3), ale to takie dziwne, otwierać album sprofilowany na bycie break-through albumem pokazem parafrazowania czyjegoś singla? nie wiem. i w sumie nie wiem czemu aż tak mnie to przejęło, że musiałem o tym napisać
tak jak cenię mocno koncepcję "nowego zachodu" (pewnie zauważyliście!), tak nie do końca rozumiem jak ma się sprawa z miejscem na kalifornijskiej mapie dla Shoreline Mafii. wiecie, jak sięgać po YG to dla jego bardzo-własnego flow. jak po Kamaiyah to dla zgrabnego ujęcia klasycznego rags-to-riches. jak po 03 Greedo to dla jego emocjonalnej i absurdalnie ekspresywnej wylewności. jak po SOB x RBE to dla ich chuligańskiego sznytu. po Blueface'a dla jego astronomicznego dystansu do samego siebie. a po co słuchać zatem SM? no nie wiem, właśnie dlatego pytam

majorsowy debiut pod tytułem "Mafia Bidness" również nie przynosi mi odpowiedzi. ok, chłopaki robią bangery. ok, korelują one z lokalnym soundem. ok, flow i tematy także. i z takim właśnie zapętleniem w swej OKEJCE mamy do czynienia

kartą przetargową dla niezdecydowanych miała być imponująca (INDEED) lista gości. i pomimo tego, że niektórzy sprawiają wrażenie rapowania tutaj za karę (Future...) to tego albumu słucha się właśnie tak od featu do featu. bo COŚ się wtedy w końcu dzieje. dlatego - jeśli już zdecydujecie się chociaż "poskakać" po piosenkach - to warto sprawdzić tracki z YG, Kodakiem Blackiem, Drakeo, 03 Greedo (ten późniejszy, bo w pierwszym pojawia się dosłownie na sekundy), no i bawiące się przebojem Montella Jordana, całkiem zabawne collabo z Wizem Khalifą

also: kto zaczyna rapowy album od coveru? i to jeszcze coveru Juvenile'a? nie żebym nie lubił klasyków Cash Money czy coś ("400 Degreez" = ♥), ale to takie dziwne, otwierać album sprofilowany na bycie break-through albumem pokazem parafrazowania czyjegoś singla? nie wiem. i w sumie nie wiem czemu aż tak mnie to przejęło, że musiałem o tym napisać
31 lip 2020, 20:52
mój człowiek 645AR przestaje być powoli ciekawostką dla tych najbardziej łasych na DZIWACTWO słuchaczy tudzież jakimś generatorem TikTokowej treści, a zaczyna coraz bardziej nabierać sensu w kontekście muzycznych realiów otaczajacej go rzeczywistości. przychodząca nam znikąd współpraca z królową art-popu Efką nie mogła być bardziej skutecznym i czytelnym aktem wpisania squeaky rapu w rejestr, a mówiąc o rejestrach bądźcie gotowi na wysokie częstotliwości, c'nie

a tak już patrząc na "Sum Bout U" NA CZYSTO to mamy tu przecież bardzo przyjemną kombinację internetowego trapu, najntisowego r&b i bubblegum popu
Zaktualizowano 6 sie 2020, 09:46
6 sie 2020, 09:46
Aminé to w sumie jeden z moich ulubionych raperów, który praktycznie nie słucham. charakter, spójna i konsekwentna wizja, niewymuszone poczucie humoru, KOMPLETNY PAKUNEK już od momentu wbicia się w mejnstrim. ogólnie dużo jak na gościa niemal samotnie reprezentującego hiphopową scenę miasta kojarzącego się muzycznie raczej z Elliottem Smithem, niż z czymkolwiek tak kolorowym i beztroskim. pomimo tego, z żadnym jego materiałem jakoś nie zostałem na dłużej, ponieważ... nie wiem, zawsze znajdywałem coś bardziej mnie aktualnie interesującego? na ten moment "Limbo" przesłuchałem więcej razy niż jakikolwiek wcześniejszy projekt Portlandczyka, czyli dwa razy (nie licząc katowanka paru ulubionych tracków) - i nie jest to bynajmniej związane z pełnią ogórkowego sezonu wydawniczego. album nosi jakieś tam znamiona znacznie poważniej poprowadzonego planu na logicznie skonstruowany longplay. "szkieletowość" piosenek z "Good for You" zneutralizowana została trochę bogatszymi i pomysłowymi aranżami, popowe momenty są znacznie śmielsze i wyszlifowane do połysku ("Becky"!), goście jakby lepiej taktycznie zastosowani, a parę bardziej tradycyjnie-samplowanych momentów ("Burden", wu-tangowe "Shimmy") buduje solidny międzypokoleniowy pomost porozumienia osobny PROPSIK wpada dla "Riri" - początkowo niedostrzeżony przeze mnie singielek z czasem urósł jako słoneczna rekonstrukcja słodko-gorzkiego DRAKE-TYPE-BANGERA z potężnym, ale naprawdę potężnym refrenem. co prawda idealny utwór pod dokładnie takim samym tytułem wyszedł już pięć lat temu - ale proszę, nie wymagajmy od Aminka rzeczy tak niemożliwych jak dosięgnięcie artystycznego peaku Young Thuga zawsze znajdę parę ciepłych słów dla porządnego pop-rapu, który potrafi utrzymać rozsądny dystans od dołująco krindżowej estetyki Machine Gun Kelly'ego i jemu podobnych. rok temu był to YBN Cordae, dziś jest to Aminé ze swym (niby)SOFOMOREM. smacznego
Aminé to w sumie jeden z moich ulubionych raperów, który praktycznie nie słucham. charakter, spójna i konsekwentna wizja, niewymuszone poczucie humoru, KOMPLETNY PAKUNEK już od momentu wbicia się w mejnstrim. ogólnie dużo jak na gościa niemal samotnie reprezentującego hiphopową scenę miasta kojarzącego się muzycznie raczej z Elliottem Smithem, niż z czymkolwiek tak kolorowym i beztroskim. pomimo tego, z żadnym jego materiałem jakoś nie zostałem na dłużej, ponieważ... nie wiem, zawsze znajdywałem coś bardziej mnie aktualnie interesującego?

na ten moment "Limbo" przesłuchałem więcej razy niż jakikolwiek wcześniejszy projekt Portlandczyka, czyli dwa razy (nie licząc katowanka paru ulubionych tracków) - i nie jest to bynajmniej związane z pełnią ogórkowego sezonu wydawniczego. album nosi jakieś tam znamiona znacznie poważniej poprowadzonego planu na logicznie skonstruowany longplay. "szkieletowość" piosenek z "Good for You" zneutralizowana została trochę bogatszymi i pomysłowymi aranżami, popowe momenty są znacznie śmielsze i wyszlifowane do połysku ("Becky"!), goście jakby lepiej taktycznie zastosowani, a parę bardziej tradycyjnie-samplowanych momentów ("Burden", wu-tangowe "Shimmy") buduje solidny międzypokoleniowy pomost porozumienia

osobny PROPSIK wpada dla "Riri" - początkowo niedostrzeżony przeze mnie singielek z czasem urósł jako słoneczna rekonstrukcja słodko-gorzkiego DRAKE-TYPE-BANGERA z potężnym, ale naprawdę potężnym refrenem. co prawda idealny utwór pod dokładnie takim samym tytułem wyszedł już pięć lat temu - ale proszę, nie wymagajmy od Aminka rzeczy tak niemożliwych jak dosięgnięcie artystycznego peaku Young Thuga

zawsze znajdę parę ciepłych słów dla porządnego pop-rapu, który potrafi utrzymać rozsądny dystans od dołująco krindżowej estetyki Machine Gun Kelly'ego i jemu podobnych. rok temu był to YBN Cordae, dziś jest to Aminé ze swym (niby)SOFOMOREM. smacznego
8 sie 2020, 17:18
OH, I GET IT NOW. aż nie wiem, czemu wcześniej do mnie to nie docierało, ale Mach-Hommy (słynny trendsetter z New Jersey stale zakrywający dolną część twarzy - zanim stało się to modne) to taka reinkarnacja Mos Defa. albo Yasiina Beya. albo nie, jednak Mos Defa, bo Yasiin jako Yasiin nic w sumie bardzo interesującego światu jeszcze nie objawił ale poważnie, bardzo podobna maniera głosu, przyklepywane lekką ręką zawadiackie wokalizy, love-hate relacja z JAMAICAN SOUND, dyskretnie i rozważnie rozdysponowany imidż ulicznego myśliciela, absurdalisty, abstrakcjonisty z koneksjami zarówno w niszy ("siema Muggs, co u Ciebie, robimy collabo album?"), jak i grubszych ryb ("siema Hova, co u Ciebie, możesz mnie dropnąć jako tygodniowy exclusive?). ale powiem jeszcze jedno: niezależnie od tego, czy faktycznie potrzebny jest nam w życiu Mos 2.0 czy nie, Mach-Hommy jest fantastycznym reprezentantem ABSTRACT RAPU i jego twórczość błyszczy nawet w oczach słuchacza łapiącego zadyszkę po odsłuchu paru ton Earlo-podobnego produktu po absolutnie legalnym przesłuchaniu "Mach's Hard Lemonade" mam ochotę powiedzieć: jeny Mach, jak możesz być, ale jak, czemu jesteś aż taki dobry? tak kurczowo trzymać uwagę słuchacza swoim agresywnie przyciągającym delievery? strzelać na lewo i prawo przeszywającymi strumieniami wewnętrznie zrymowanej świadomości? nagrać taki kozacki back & forth z Your Old "nienawidzę genius.com" Droogiem (notabene rapującym swą natywną ukraińszczyzną w "Clout Draculi")? i jeszcze przy tym wszystkim być zupełnie kompetentnym, ogarniającym własne bagno producentem? tak przynajmniej wskazują tidalowe creditsy, choć zapewne widoczny w kilku miejscach Preservation mógł mieś tutaj znaczący wpływ na budzący logiczne skojarzenie, przestrzennie ukształtowany, zwyczajnie piękny samplingowy krajobraz epki "Mach's Hard Lemonade" powinno jakoś jeszcze w tym tygodniu wpaść na Spoti. zastanawiam się czy deal z Tidalem w jakikolwiek sposób przełoży się na podbicie hype'u wokół typa, który na większy hype zasługuje jak mało kto. pewnie nie w wystarczająco satysfakcjonującym mnie stopniu - no ale cieszy mnie fakt, że przynajmniej carterowe dolary mu się zapewne zgadzają w kieszeni. na to też zasłużył skubaniec jeden
OH, I GET IT NOW. aż nie wiem, czemu wcześniej do mnie to nie docierało, ale Mach-Hommy (słynny trendsetter z New Jersey stale zakrywający dolną część twarzy - zanim stało się to modne) to taka reinkarnacja Mos Defa. albo Yasiina Beya. albo nie, jednak Mos Defa, bo Yasiin jako Yasiin nic w sumie bardzo interesującego światu jeszcze nie objawił

ale poważnie, bardzo podobna maniera głosu, przyklepywane lekką ręką zawadiackie wokalizy, love-hate relacja z JAMAICAN SOUND, dyskretnie i rozważnie rozdysponowany imidż ulicznego myśliciela, absurdalisty, abstrakcjonisty z koneksjami zarówno w niszy ("siema Muggs, co u Ciebie, robimy collabo album?"), jak i grubszych ryb ("siema Hova, co u Ciebie, możesz mnie dropnąć jako tygodniowy exclusive?). ale powiem jeszcze jedno: niezależnie od tego, czy faktycznie potrzebny jest nam w życiu Mos 2.0 czy nie, Mach-Hommy jest fantastycznym reprezentantem ABSTRACT RAPU i jego twórczość błyszczy nawet w oczach słuchacza łapiącego zadyszkę po odsłuchu paru ton Earlo-podobnego produktu

po absolutnie legalnym przesłuchaniu "Mach's Hard Lemonade" mam ochotę powiedzieć: jeny Mach, jak możesz być, ale jak, czemu jesteś aż taki dobry? tak kurczowo trzymać uwagę słuchacza swoim agresywnie przyciągającym delievery? strzelać na lewo i prawo przeszywającymi strumieniami wewnętrznie zrymowanej świadomości? nagrać taki kozacki back & forth z Your Old "nienawidzę genius.com" Droogiem (notabene rapującym swą natywną ukraińszczyzną w "Clout Draculi")?

i jeszcze przy tym wszystkim być zupełnie kompetentnym, ogarniającym własne bagno producentem? tak przynajmniej wskazują tidalowe creditsy, choć zapewne widoczny w kilku miejscach Preservation mógł mieś tutaj znaczący wpływ na budzący logiczne skojarzenie, przestrzennie ukształtowany, zwyczajnie piękny samplingowy krajobraz epki

"Mach's Hard Lemonade" powinno jakoś jeszcze w tym tygodniu wpaść na Spoti. zastanawiam się czy deal z Tidalem w jakikolwiek sposób przełoży się na podbicie hype'u wokół typa, który na większy hype zasługuje jak mało kto. pewnie nie w wystarczająco satysfakcjonującym mnie stopniu - no ale cieszy mnie fakt, że przynajmniej carterowe dolary mu się zapewne zgadzają w kieszeni. na to też zasłużył skubaniec jeden
10 sie 2020, 17:27
album Nasa z Hit-Boyem w przyszłym tygodniu yay? to może być naprawdę dobre, ale pod warunkiem, że obaj artyści dadzą z siebie naprawdę wszystko i mówię tutaj w kategoriach raczej prawdopodobieństw astronomicznie niskiego stopnia. bowiem mamy tutaj Hit-Boya, który gdzieś w 2011-2012 aspirował - i to poważnie - do roli nowego wielkiego super-producera pod protekcją Hovy i Westa, z singlami na albumach tak gorących newcomerów jak Kędryś i A$AP Rocky. wydarzyła się jednak trapowa rewolucja, która zupełnie wyparła wizję Chaunceya, jego College-Dropout-vibe'owy mixtape "HITstory" przeszedł kompletnie bez echa (szkoda), a ostatnio słychać go głównie na niszowych projektach dla westoastowców mocno-insiderów no i mamy też Nasira, któremu Kanye West dwa lata temu rzuca prosto w twarz bitami i produkcją wykonawczą, a mimo to wychodzi z tego FORGETTABLE projekt zasługujący najwyżej na mocno naciągane "ok". aha, słyszałem też Nasa na wydanym tydzień temu albumie Hit-Boy x Dom Kennedy (wiedzieliście o tym? no właśnie) i nie powiem by była to szalenie intrygująca prognoza na przyszłość no to poględziłem sobie, teraz pozostaje się rozczarować - pozytywnie, jak mocno ściśniemy to cholerne kciuki
album Nasa z Hit-Boyem w przyszłym tygodniu

yay?

to może być naprawdę dobre, ale pod warunkiem, że obaj artyści dadzą z siebie naprawdę wszystko i mówię tutaj w kategoriach raczej prawdopodobieństw astronomicznie niskiego stopnia. bowiem mamy tutaj Hit-Boya, który gdzieś w 2011-2012 aspirował - i to poważnie - do roli nowego wielkiego super-producera pod protekcją Hovy i Westa, z singlami na albumach tak gorących newcomerów jak Kędryś i A$AP Rocky. wydarzyła się jednak trapowa rewolucja, która zupełnie wyparła wizję Chaunceya, jego College-Dropout-vibe'owy mixtape "HITstory" przeszedł kompletnie bez echa (szkoda), a ostatnio słychać go głównie na niszowych projektach dla westoastowców mocno-insiderów

no i mamy też Nasira, któremu Kanye West dwa lata temu rzuca prosto w twarz bitami i produkcją wykonawczą, a mimo to wychodzi z tego FORGETTABLE projekt zasługujący najwyżej na mocno naciągane "ok". aha, słyszałem też Nasa na wydanym tydzień temu albumie Hit-Boy x Dom Kennedy (wiedzieliście o tym? no właśnie) i nie powiem by była to szalenie intrygująca prognoza na przyszłość

no to poględziłem sobie, teraz pozostaje się rozczarować - pozytywnie, jak mocno ściśniemy to cholerne kciuki
10 sie 2020, 20:54
widzę, że wypada posiadać w sierpniu 2020 roku jakiekolwiek zdanie na temat "WAP" - zatem pozwolę sobie być tą ostatnią na świecie osobą, która skomentuje co by nie było ultra-głośny singiel Cardi B i Megan Thee Stallion. a tak naprawdę to nie robię tego z presji, bo przesłuchałem tego dzisiaj po raz pierwszy i... łał. ŁAŁ możesz tego posłuchać i spokojnie powiedzieć, że to nie jest twoja para kaloszy. możesz powiedzieć, że teledysk to momentami TOO MUCH i w ogóle. masz prawo, ale nie powiem - zabawne jak niektóre POTĘŻNE SAMCE - po ćwierćwieczu sztafety raperek przekazujących sobie płomień seksualnego wyzwolenia - wciąż są wytrącone z mentalnej równowagi, kiedy to kobiety opowiadają co lubią robić w łóżku. albo obok łożka. albo w ogóle w pomieszczeniu bez łóżka. whatever, szczerze, z humorem, dystansem i bez poniżania bytów postronnych. cytując "Wiadomości": komu przeszkadza... to co wyprawiają Cardi i Megan - dwie największe gwiazdy female rapu odkąd Nicki trochę się spadło z rowerka - wchodzi na wyższy level szaleństwa, bezpruderyjności i precyzyjnie graficznego przedstawiania okrutnie szczegółowych detali. HEHE-SEKSIK-HUMORKU tak obficie powpychanego w przestrzeń każdej ze zwrotek, że wszystko wchodzi w tą magiczną czwartą gęstość bycia ACTUALLY HILARIOUS. linijka Cardi o "czymś dyndającym w gardle" zapadła mi w pamięć bardziej niż jakakolwiek inna w tym roku, a Meg ze swoim wykutym w wulkanicznym ogniu flow udowadnia, że to co tam kiedyś zaczęły Lil Kim, Foxy Brown i inne, faktycznie opyliło się i jest ABOUT TO osiągnięcie absolutu tak już kompletnie serio-serio: możecie nie być miłośnikami konwencji, ale powinniście też doceniać dwie TYPIARY, które ową konwencję opanowały do perfekcji a ten bit - zuchwale i soczyście korzystający z przykurzonego dorobku baltimorskiego house'u - to wcale nie mniej istotny powód bym szanował "WAP" jak potłuczony
widzę, że wypada posiadać w sierpniu 2020 roku jakiekolwiek zdanie na temat "WAP" - zatem pozwolę sobie być tą ostatnią na świecie osobą, która skomentuje co by nie było ultra-głośny singiel Cardi B i Megan Thee Stallion. a tak naprawdę to nie robię tego z presji, bo przesłuchałem tego dzisiaj po raz pierwszy i... łał. ŁAŁ

możesz tego posłuchać i spokojnie powiedzieć, że to nie jest twoja para kaloszy. możesz powiedzieć, że teledysk to momentami TOO MUCH i w ogóle. masz prawo, ale nie powiem - zabawne jak niektóre POTĘŻNE SAMCE - po ćwierćwieczu sztafety raperek przekazujących sobie płomień seksualnego wyzwolenia - wciąż są wytrącone z mentalnej równowagi, kiedy to kobiety opowiadają co lubią robić w łóżku. albo obok łożka. albo w ogóle w pomieszczeniu bez łóżka. whatever, szczerze, z humorem, dystansem i bez poniżania bytów postronnych. cytując "Wiadomości": komu przeszkadza...

to co wyprawiają Cardi i Megan - dwie największe gwiazdy female rapu odkąd Nicki trochę się spadło z rowerka - wchodzi na wyższy level szaleństwa, bezpruderyjności i precyzyjnie graficznego przedstawiania okrutnie szczegółowych detali. HEHE-SEKSIK-HUMORKU tak obficie powpychanego w przestrzeń każdej ze zwrotek, że wszystko wchodzi w tą magiczną czwartą gęstość bycia ACTUALLY HILARIOUS. linijka Cardi o "czymś dyndającym w gardle" zapadła mi w pamięć bardziej niż jakakolwiek inna w tym roku, a Meg ze swoim wykutym w wulkanicznym ogniu flow udowadnia, że to co tam kiedyś zaczęły Lil Kim, Foxy Brown i inne, faktycznie opyliło się i jest ABOUT TO osiągnięcie absolutu

tak już kompletnie serio-serio: możecie nie być miłośnikami konwencji, ale powinniście też doceniać dwie TYPIARY, które ową konwencję opanowały do perfekcji

a ten bit - zuchwale i soczyście korzystający z przykurzonego dorobku baltimorskiego house'u - to wcale nie mniej istotny powód bym szanował "WAP" jak potłuczony
11 sie 2020, 22:20
"Pardon Me" jest jak zbłąkany LEFTOVER z czasów szalonych kodeinowych sesji Future'a w latach 2014-2015 - który to odrzut w efekcie bliżej nieokreślonych zawirowań trafił w posiadanie Quality Control/Capitol, więc pyk puszczony został na ostatni album Jachcika i nawet pozwolono Jachcikowi się dograć z własną zwrotką

i bardzo fajnie że to tak brzmi
Zaktualizowano 13 sie 2020, 18:19
13 sie 2020, 18:19
przełamuję pierwsze lody w relacji z nadchodzącym projektem Nas x Hit-Boy ("King's Disease", premiera za tydzień), no i póki co między nami spoko "Ultra Black" to niby kolejny BLACK EMPOWERMENT ANTHEM jakich nie brakuje, ale jest to też track całkiem zgrabnie wymigujący się od lepiącego się do tej tematyki patosu, większej-niż-życie narracji, presji by było to dla Nasa "najprawdziwsze gówno kiedykolwiek napisane", albo coś w tym stylu. pan Jones leci jak leci - lekko, na spuszczonym tonie, z myślą "swoje i tak już udowodniłem" w głowie - ale koniec końców uszyje na bicie tę barwną infografikę afroamerykańskiej kultury. a, no i Doja Cat wyłapie prztyczka w nos od dobrego wuja Nasira, bo coś tam gdzieś tam się jej powiedziało/zachowało niefortunnie wszystko to w rezonansie z nieinwazyjnie klasyczną i schludną warstwą muzyczna Hit-Boya. jeden fest singiel od razu udanej płyty nie czyni, ale i tak patrzę już odrobinę mniej obojętnie na nadchodzącą 21 sierpnia premierę
przełamuję pierwsze lody w relacji z nadchodzącym projektem Nas x Hit-Boy ("King's Disease", premiera za tydzień), no i póki co między nami spoko

"Ultra Black" to niby kolejny BLACK EMPOWERMENT ANTHEM jakich nie brakuje, ale jest to też track całkiem zgrabnie wymigujący się od lepiącego się do tej tematyki patosu, większej-niż-życie narracji, presji by było to dla Nasa "najprawdziwsze gówno kiedykolwiek napisane", albo coś w tym stylu. pan Jones leci jak leci - lekko, na spuszczonym tonie, z myślą "swoje i tak już udowodniłem" w głowie - ale koniec końców uszyje na bicie tę barwną infografikę afroamerykańskiej kultury. a, no i Doja Cat wyłapie prztyczka w nos od dobrego wuja Nasira, bo coś tam gdzieś tam się jej powiedziało/zachowało niefortunnie

wszystko to w rezonansie z nieinwazyjnie klasyczną i schludną warstwą muzyczna Hit-Boya. jeden fest singiel od razu udanej płyty nie czyni, ale i tak patrzę już odrobinę mniej obojętnie na nadchodzącą 21 sierpnia premierę
14 sie 2020, 17:39
przydługa tracklista, mnóstwo nieznanych mi szczególnie gości, jakiś ktoś jako producent wszystkich utworów... okoliczności nie sprzyjałyby sięgnięciu po "Load It Up vol.01" gdyby chodziło o waszego ulubionego generycznego trapowca. ale tu chodzi o 03 Greedo, który nie wypuścił nic od listopada 2019, co w jakiś tam sposób trochę mnie smuciło ale oto jest kolejna porcja przed-odsiadkowych rezerw, która pomimo swojej archiwalnej natury i tak stawia Greeda w którymś z pierwszych rzędów hiphopowego CUTTING EDGE'U. piękny człowiek z wokalem z gumy w trackach takich jak "Closer pt. 2", "Scary Movie", czy "Miami Vacation" sprawia wrażenie wciąż poszukującego granic sprężystości i rozciągliwości rapowych konwenansów oczywiści jest to materiał i tak za długi, i tak nierówny, a cały ten Ron-RonTheProducer pomimo wyraźnego warsztatu i umiejętności agregacji bitmejkerskich trendów nie jest tak atrakcyjnym i charyzmatycznym CO-HOSTEM jak Musztarda albo Kenny. ale spokojnie, jak jesteś fanem 03, to na pewno znajdziesz parę piosenek do folderu "najlepsze od najbardziej kreatywnego głosu współczesnej Kalifornii"
przydługa tracklista, mnóstwo nieznanych mi szczególnie gości, jakiś ktoś jako producent wszystkich utworów... okoliczności nie sprzyjałyby sięgnięciu po "Load It Up vol.01" gdyby chodziło o waszego ulubionego generycznego trapowca. ale tu chodzi o 03 Greedo, który nie wypuścił nic od listopada 2019, co w jakiś tam sposób trochę mnie smuciło

ale oto jest kolejna porcja przed-odsiadkowych rezerw, która pomimo swojej archiwalnej natury i tak stawia Greeda w którymś z pierwszych rzędów hiphopowego CUTTING EDGE'U. piękny człowiek z wokalem z gumy w trackach takich jak "Closer pt. 2", "Scary Movie", czy "Miami Vacation" sprawia wrażenie wciąż poszukującego granic sprężystości i rozciągliwości rapowych konwenansów

oczywiści jest to materiał i tak za długi, i tak nierówny, a cały ten Ron-RonTheProducer pomimo wyraźnego warsztatu i umiejętności agregacji bitmejkerskich trendów nie jest tak atrakcyjnym i charyzmatycznym CO-HOSTEM jak Musztarda albo Kenny. ale spokojnie, jak jesteś fanem 03, to na pewno znajdziesz parę piosenek do folderu "najlepsze od najbardziej kreatywnego głosu współczesnej Kalifornii"
15 sie 2020, 21:21
polecam (w sumie to za każdym razem) niedzielne CLASSIC REVIEW na Widełkach i dzisiejsze omówienie najważniejszego - no raczej - albumu UGK. jak przystało na porządny tekst w ramach tego cyklu, nie kończy się on zwyczajnie na wyznaniu zauroczenia omawianym materiałem (tutaj nieprzypadkowo z akcentem przyklepanym na łapiące za serducho nawet najtwardszych sluchaczy "One Day"). recenzja "Ridin' Dirty" to jedynie pretekst do przytoczenia paru mniej znanych powszechnie anegdot, do przywołania z zaświatów intrygujących okolicznosci powstawania dzieła, do zasklepienia roli jaką teksański duet odegrał w kontekście całości chętnie streamowanego przez nas gatunku one day you're heeeeere babyyyy, and then you're gooooneeeeee...
polecam (w sumie to za każdym razem) niedzielne CLASSIC REVIEW na Widełkach i dzisiejsze omówienie najważniejszego - no raczej - albumu UGK. jak przystało na porządny tekst w ramach tego cyklu, nie kończy się on zwyczajnie na wyznaniu zauroczenia omawianym materiałem (tutaj nieprzypadkowo z akcentem przyklepanym na łapiące za serducho nawet najtwardszych sluchaczy "One Day"). recenzja "Ridin' Dirty" to jedynie pretekst do przytoczenia paru mniej znanych powszechnie anegdot, do przywołania z zaświatów intrygujących okolicznosci powstawania dzieła, do zasklepienia roli jaką teksański duet odegrał w kontekście całości chętnie streamowanego przez nas gatunku

one day you're heeeeere babyyyy, and then you're gooooneeeeee...
16 sie 2020, 19:07
Boldy James nie tylko pasuje jak ulał do szeregów Griseldy, ale i całkiem kompetentnie rozszerza wytwórniane spektrum form dilerskich ekspresji na rejony, w które Gun, Conway czy Benny nie do końca lekko by się zapuszczali. pomimo silnej ręki wiadomo kogo na fotelu EXECUTIVE PRODUCERA, na "The Versace Tape" mc z Detroit błyszczy własnym światłem, a Jay Versace chyba nawet sprawniej od Alchemista tworzy bliski emocjonalnie raperowi mikroklimat leniwie przeciągniętych jazzowych instrumentów i down-pitchowanych wokali kibicowałbym by Boldy w przyszłości częściej korzystał z dobrodziejstw kultury takich jak powszechnie uznawana FORMA PIOSENKI - z refrenem i więcej niż jedną zwrotką, wiecie ocb. do ciągnięcia całości projektu jednozwortkowcami wypadałoby być MF DOOMem, albo mieć odrobinkę (ale tylko odrobinkę) więcej charyzmy od Jamesa. ale i tak to piękny człowiek jest, no i aż miło go cytować i patrzeć jak jego linijki "same się rymują" - nawet na kartce papieru "Just had a blowout sale, it's time to liquidate The coke numbin' my tongue, I got expensive taste The G5 come with a fifth wheel like Elimidate It's concrete 'til they free all my guys behind them prison gates" "Cuz hit me, said he found a line on some good work What it's taken, I had to find out what it took first 'Fore I can hand you this brick, learn how to cook first I always worked my damn wrist, and had some fancy footwork" "Lord, if I go to Hell, can I still wear my ice? And if I did, just let me take my strig and a pair of dice Told my mama, "Don't pray for me, pray for these parasites" We pray for Paris, now we on the terrace out in paradise" "Can't fall, who gon' catch you? Ain't no runnin' to your rescue Plug bless you, then you throw the phone away after he text you Can't stress to you enough, can't **** up if I connect you In Detroit, the streets is multiple choice 'cause they gon' test you" i tak dalej, i tak dalej...
Boldy James nie tylko pasuje jak ulał do szeregów Griseldy, ale i całkiem kompetentnie rozszerza wytwórniane spektrum form dilerskich ekspresji na rejony, w które Gun, Conway czy Benny nie do końca lekko by się zapuszczali. pomimo silnej ręki wiadomo kogo na fotelu EXECUTIVE PRODUCERA, na "The Versace Tape" mc z Detroit błyszczy własnym światłem, a Jay Versace chyba nawet sprawniej od Alchemista tworzy bliski emocjonalnie raperowi mikroklimat leniwie przeciągniętych jazzowych instrumentów i down-pitchowanych wokali

kibicowałbym by Boldy w przyszłości częściej korzystał z dobrodziejstw kultury takich jak powszechnie uznawana FORMA PIOSENKI - z refrenem i więcej niż jedną zwrotką, wiecie ocb. do ciągnięcia całości projektu jednozwortkowcami wypadałoby być MF DOOMem, albo mieć odrobinkę (ale tylko odrobinkę) więcej charyzmy od Jamesa. ale i tak to piękny człowiek jest, no i aż miło go cytować i patrzeć jak jego linijki "same się rymują" - nawet na kartce papieru

"Just had a blowout sale, it's time to liquidate
The coke numbin' my tongue, I got expensive taste
The G5 come with a fifth wheel like Elimidate
It's concrete 'til they free all my guys behind them prison gates"

"Cuz hit me, said he found a line on some good work
What it's taken, I had to find out what it took first
'Fore I can hand you this brick, learn how to cook first
I always worked my damn wrist, and had some fancy footwork"

"Lord, if I go to Hell, can I still wear my ice?
And if I did, just let me take my strig and a pair of dice
Told my mama, "Don't pray for me, pray for these parasites"
We pray for Paris, now we on the terrace out in paradise"

"Can't fall, who gon' catch you? Ain't no runnin' to your rescue
Plug bless you, then you throw the phone away after he text you
Can't stress to you enough, can't **** up if I connect you
In Detroit, the streets is multiple choice 'cause they gon' test you"

i tak dalej, i tak dalej...
18 sie 2020, 18:21
singlowe "Ultra Black" zaplusowało u mnie swoją powściągliwością, ogładą, klasycystyczną rozwagą. to co całkiem dobrze sprawdziło się na potrzeby singla, nie przełożyło się na jakość ostatecznego produktu - WHAT A SHOCKER "King's Disease" - podobnie jak co najmniej kilka wcześniejszych albumów Nasa - chce nam bardzo coś powiedzieć za sprawą spajającego całość głównego motywu. czym jest "schorzenie króla"? nie spodziewajcie się cudów, narracja o problematyce znieczulicy łapiącej osoby osiągające sukces, sławę i bogactwo, nie zmieni waszego spojrzenia na cokolwiek, słyszeliśmy to już tyle razy od rapujących panów i pań. sama droga przedstawiania diagnozy -a i również podania kuracji - do zbyt subtelnych nie należy, więc tracklista żongluje grubo ciosanym fragmentami przewodniego tematu wymieszanymi z - cóż - czymkolwiek innym co zrodziło się w danym momencie w głowie Nasira Jonesa złośliwi powiedzą, że "King's Disease" to meta-narracja o samym raperze tłumaczącym swój wieloletni UNDERPERFORMANCE. może faktycznie coś w tym jest - aczkolwiek mam wrażenie, że stare problemy jego twórczości zostają zastąpione nowymi problemami jego twórczości. kiedyś szokowała nas skrajna nierówność, problem z wyważeniem materiałów pod kątem proporcji "smart ulicznego gunwa" do "bawienia się jak Nas w Las Vegas". kiedy było źle, to było naprawdę ofensywnie źle, ale wspomnienia o wybitnych momentach takich albumów jak "I Am..." czy "Stillmatic" tak czy siak biorą górę - i to na wieki. od czasu albumu z Kanye nad dyskografią Nasa zawiesiła się klątwa takiej niskiej polaryzacji emocji, mamy piosenki które są meh, trochę ponad meh i trochę poniżej meh. stąd nie pamiętamy albumu sprzed dwóch lat i prawdopodobnie collabo z Hit-Boyem równie szybko przestanie nas obchodzić kiedy tutaj mamy całkiem uroczo wspominkowe, trochę nawet westcoastowe "Car #85", to mamy również "Replace Me" będące niesławnym "Summer on Smash" w wersji light. na całkiem krzepkie i (w bezpiecznym stopniu) foliarskie "The Definiton" dostajemy "Till the War Is Won" - gdzie autor błądzi trochę w swoim hołdzie dla samotnych matek, a obok jeszcze bardziej błądzi występujący gościnnie Lil Durk. "27 Summers" mogłoby być spoko, gdyby nie było demówką. "Spicy" mogłoby być spoko, gdyby... w sumie nie wiem, to miał być jakiś drillowy eksperyment, bo do końca nie pojmuję co tam się wydarzyło? no i jest jeszcze ten epicki REUNION The Firm, który wypadł raczej pozytywnie i czuć że ktoś tutaj próbował paradoksalnie odtworzyć magię, która i tak nigdy nie istniała. fajnie, że Doktorek wpadł, tego się nie spodziewałem w centrum wydarzeń mamy również wspomnianego Hit-Boya, który zapadnie w mojej pamięci jako współautor tej skłonnej do bycia zapomnianą aury "King's Disease". producent, którego podkłady niegdyś dało się rozpoznać na kilometr, dzisiaj tworzy jakiś bezpłciowy homogenat pomysłów, instrumentalnych sampli, breaków, nawet paru TRAP INFLUENCED BEATS (pozdro Fantatno), ciężko po tym wszystkim nawet stwierdzić czy to bardziej szkoła Preemo, RZA, Kanyego, czy kogokolwiek. kompletna bezosobowość i brak charakteru, ale mimo wszystko warsztat i zdolności do utrzymania całości albumu na jakimś tam przyzwoitym, nie obrażającym nikogo ewidentnymi wpadkami poziomie. no i bez krindżowych wstawek z muzyki poważnej, które na przestrzeni dekad trawiły od środka nasirowy katalog i to jest chyba właśnie to całe niespisane, trawiące Nasa choróbsko - ucieczka od potencjalnie kontrowersyjnych artystycznych decyzji w kierunku zachowawczości, ciepełka, próby zadowolenia słuchaczy po trochu (ale tylko po trochu) namiastkami różnych smaków. złe ucho do bitów poddane zostało rehabilitacji, ale w zamian nastała impotencja w materii interesującej współpracy z utalentowanymi ludźmi na przestrzeni całej płyty. nie wiem czy jest to uleczalne, ale fajnie jakby było ten album sprawił, że aż poczułem nostalgię to "Stillmatica" uważanego przeze mnie za - UWAGA HOT TAKE - za jeden z najbardziej przehajpowanych albumów w historii rapu. to był jednak krążek, na którym mieliśmy paskudne abominacje pokroju "Braveheart Party", ale potem słyszymy "One Mic" i padamy na pysk jak przez jakimś bogiem rapu. jak niby "King's Disease" miałoby się z czymś taki równać?
singlowe "Ultra Black" zaplusowało u mnie swoją powściągliwością, ogładą, klasycystyczną rozwagą. to co całkiem dobrze sprawdziło się na potrzeby singla, nie przełożyło się na jakość ostatecznego produktu - WHAT A SHOCKER

"King's Disease" - podobnie jak co najmniej kilka wcześniejszych albumów Nasa - chce nam bardzo coś powiedzieć za sprawą spajającego całość głównego motywu. czym jest "schorzenie króla"? nie spodziewajcie się cudów, narracja o problematyce znieczulicy łapiącej osoby osiągające sukces, sławę i bogactwo, nie zmieni waszego spojrzenia na cokolwiek, słyszeliśmy to już tyle razy od rapujących panów i pań. sama droga przedstawiania diagnozy -a i również podania kuracji - do zbyt subtelnych nie należy, więc tracklista żongluje grubo ciosanym fragmentami przewodniego tematu wymieszanymi z - cóż - czymkolwiek innym co zrodziło się w danym momencie w głowie Nasira Jonesa

złośliwi powiedzą, że "King's Disease" to meta-narracja o samym raperze tłumaczącym swój wieloletni UNDERPERFORMANCE. może faktycznie coś w tym jest - aczkolwiek mam wrażenie, że stare problemy jego twórczości zostają zastąpione nowymi problemami jego twórczości. kiedyś szokowała nas skrajna nierówność, problem z wyważeniem materiałów pod kątem proporcji "smart ulicznego gunwa" do "bawienia się jak Nas w Las Vegas". kiedy było źle, to było naprawdę ofensywnie źle, ale wspomnienia o wybitnych momentach takich albumów jak "I Am..." czy "Stillmatic" tak czy siak biorą górę - i to na wieki. od czasu albumu z Kanye nad dyskografią Nasa zawiesiła się klątwa takiej niskiej polaryzacji emocji, mamy piosenki które są meh, trochę ponad meh i trochę poniżej meh. stąd nie pamiętamy albumu sprzed dwóch lat i prawdopodobnie collabo z Hit-Boyem równie szybko przestanie nas obchodzić

kiedy tutaj mamy całkiem uroczo wspominkowe, trochę nawet westcoastowe "Car #85", to mamy również "Replace Me" będące niesławnym "Summer on Smash" w wersji light. na całkiem krzepkie i (w bezpiecznym stopniu) foliarskie "The Definiton" dostajemy "Till the War Is Won" - gdzie autor błądzi trochę w swoim hołdzie dla samotnych matek, a obok jeszcze bardziej błądzi występujący gościnnie Lil Durk. "27 Summers" mogłoby być spoko, gdyby nie było demówką. "Spicy" mogłoby być spoko, gdyby... w sumie nie wiem, to miał być jakiś drillowy eksperyment, bo do końca nie pojmuję co tam się wydarzyło? no i jest jeszcze ten epicki REUNION The Firm, który wypadł raczej pozytywnie i czuć że ktoś tutaj próbował paradoksalnie odtworzyć magię, która i tak nigdy nie istniała. fajnie, że Doktorek wpadł, tego się nie spodziewałem

w centrum wydarzeń mamy również wspomnianego Hit-Boya, który zapadnie w mojej pamięci jako współautor tej skłonnej do bycia zapomnianą aury "King's Disease". producent, którego podkłady niegdyś dało się rozpoznać na kilometr, dzisiaj tworzy jakiś bezpłciowy homogenat pomysłów, instrumentalnych sampli, breaków, nawet paru TRAP INFLUENCED BEATS (pozdro Fantatno), ciężko po tym wszystkim nawet stwierdzić czy to bardziej szkoła Preemo, RZA, Kanyego, czy kogokolwiek. kompletna bezosobowość i brak charakteru, ale mimo wszystko warsztat i zdolności do utrzymania całości albumu na jakimś tam przyzwoitym, nie obrażającym nikogo ewidentnymi wpadkami poziomie. no i bez krindżowych wstawek z muzyki poważnej, które na przestrzeni dekad trawiły od środka nasirowy katalog

i to jest chyba właśnie to całe niespisane, trawiące Nasa choróbsko - ucieczka od potencjalnie kontrowersyjnych artystycznych decyzji w kierunku zachowawczości, ciepełka, próby zadowolenia słuchaczy po trochu (ale tylko po trochu) namiastkami różnych smaków. złe ucho do bitów poddane zostało rehabilitacji, ale w zamian nastała impotencja w materii interesującej współpracy z utalentowanymi ludźmi na przestrzeni całej płyty. nie wiem czy jest to uleczalne, ale fajnie jakby było

ten album sprawił, że aż poczułem nostalgię to "Stillmatica" uważanego przeze mnie za - UWAGA HOT TAKE - za jeden z najbardziej przehajpowanych albumów w historii rapu. to był jednak krążek, na którym mieliśmy paskudne abominacje pokroju "Braveheart Party", ale potem słyszymy "One Mic" i padamy na pysk jak przez jakimś bogiem rapu. jak niby "King's Disease" miałoby się z czymś taki równać?
21 sie 2020, 10:15
poza ogólnym nierozpieszczaniem nas w jakiejkolwiek dziedzinie, 2020 nie jest raczej satysfakcjonującym rokiem dla fanów wszystkiego co związane z obozem Wu. gdzieś tam wyszedł jakiś album Cappadonny, co wiadomo że NIKOGO, a poza tym to odgłos świerszczy łamany na przemierzającego westernowe miasteczko biegacza. tymczasem mam tutaj perełkę idealnie pasującą do mojego małego działu WU TANG BOOMER CORNER. singiel promujący soundtrack do czegoś co pewnie i tak nie będzie miało premiery w Polszy, ale who cares, RZA leci tutaj jak nawiedzony, jak za czasów Gravediggaz, jakby jeszcze mu się po prostu chciało, a inwazyjny beat to miód dla uszu psychofanów grupy spod znaku orzełka. Ghostface w sumie niepotrzebny (?!), ale i tak miło jak już wpadł do studia
Zaktualizowano 22 sie 2020, 18:02
22 sie 2020, 18:02
mało ekscytujący piąteczek, ale inaczej być może nie sięgnąłbym po epkę Saigona i nie przekonał się, że jest to całkiem godna pozycja - nawet jeśli kojarzycie rapera głównie z "Entourage" i pierwszym "The Greatest Story Never Told" "777: The Resurrection" to taka - HEHE - sajgonka, która usmażona została w głębokim oleju czasów, w których nowojorczyk zyskiwał swój szczytowy rozgłos, a słuchacze rapsów kłócili się o to czy on, czy może Papoose przejmie koronę króla NY (a okazało się, że w sumie ŻODYN). wierność epoce została dochowana do tego stopnia, że nawet produkujący tutaj całość Streetrunner został bezpardonowo obsadzony w roli Just Blaze'a - i trzeba przyznać, że skuteczniejszej imitacji Justina chyba nie słyszałem. miłośnicy epickiego rozmachu w krojeniu sampli, bombastycznych perkusji i śpiewającej Marshy Ambrosius powinni być KONTENT dobrze w parze z produkcją idzie mikrofonowa prezencja Saigona, który na każdym kroku przypomina nam, że żyjemy w tym obsranym 2020 roku. echa pandemii, protestów, ruchu BLM rykoszetują w lewo i w prawo. główną swą tezę stawia w wydanym parę tygodni temu singlu "Bullets-19". zaznaczam, że nie jestem zwolennikiem umniejszania znaczenia epidemii na zasadzie że coś tam przecież zabija więcej osób. ale problem przemocy związanej z użyciem broni wśród najmłodszych grup demograficznych wyraźnie leży mu na wątrobie i jego przekonanie o potrzebie interwencji w tej kwestii jest zaraźliwie wiarygodne i jak najbardziej słuszne. tym bardziej, że w "Promise Ring" - najbardziej OJEJ-JAKIE-SŁODKIE rapowym momencie roku - wyraźnie mówi co jest gotów zrobić z kimkolwiek, kto skrzywdzi jego córkę co poza tym? trochę flexowania się raperską sztuką dla sztuki. nawijanie całej zwroty złożonej głównie z wyrazów na "M" i "F", zabawy słowne z "Lil" i "Big" w kontekście tarmoszenia za ucho rapowych młodzików. NOT MY CUP OF TEA, ale jakoś nawet to wyszło. moim ulubionym momentem jest jednak zamknięcie w postaci "The Middle Finger Song", gdzie - mówiąc prosto - rozprawia się z każdym kto go w życiu wkurwił, i to głównie z nazwiska. pikantnie, zabawnie i z poczuciem należnego autorowi katharsis w sumie to fajnie Saigon że jesteś
mało ekscytujący piąteczek, ale inaczej być może nie sięgnąłbym po epkę Saigona i nie przekonał się, że jest to całkiem godna pozycja - nawet jeśli kojarzycie rapera głównie z "Entourage" i pierwszym "The Greatest Story Never Told"

"777: The Resurrection" to taka - HEHE - sajgonka, która usmażona została w głębokim oleju czasów, w których nowojorczyk zyskiwał swój szczytowy rozgłos, a słuchacze rapsów kłócili się o to czy on, czy może Papoose przejmie koronę króla NY (a okazało się, że w sumie ŻODYN). wierność epoce została dochowana do tego stopnia, że nawet produkujący tutaj całość Streetrunner został bezpardonowo obsadzony w roli Just Blaze'a - i trzeba przyznać, że skuteczniejszej imitacji Justina chyba nie słyszałem. miłośnicy epickiego rozmachu w krojeniu sampli, bombastycznych perkusji i śpiewającej Marshy Ambrosius powinni być KONTENT

dobrze w parze z produkcją idzie mikrofonowa prezencja Saigona, który na każdym kroku przypomina nam, że żyjemy w tym obsranym 2020 roku. echa pandemii, protestów, ruchu BLM rykoszetują w lewo i w prawo. główną swą tezę stawia w wydanym parę tygodni temu singlu "Bullets-19". zaznaczam, że nie jestem zwolennikiem umniejszania znaczenia epidemii na zasadzie że coś tam przecież zabija więcej osób. ale problem przemocy związanej z użyciem broni wśród najmłodszych grup demograficznych wyraźnie leży mu na wątrobie i jego przekonanie o potrzebie interwencji w tej kwestii jest zaraźliwie wiarygodne i jak najbardziej słuszne. tym bardziej, że w "Promise Ring" - najbardziej OJEJ-JAKIE-SŁODKIE rapowym momencie roku - wyraźnie mówi co jest gotów zrobić z kimkolwiek, kto skrzywdzi jego córkę

co poza tym? trochę flexowania się raperską sztuką dla sztuki. nawijanie całej zwroty złożonej głównie z wyrazów na "M" i "F", zabawy słowne z "Lil" i "Big" w kontekście tarmoszenia za ucho rapowych młodzików. NOT MY CUP OF TEA, ale jakoś nawet to wyszło. moim ulubionym momentem jest jednak zamknięcie w postaci "The Middle Finger Song", gdzie - mówiąc prosto - rozprawia się z każdym kto go w życiu wkurwił, i to głównie z nazwiska. pikantnie, zabawnie i z poczuciem należnego autorowi katharsis

w sumie to fajnie Saigon że jesteś
28 sie 2020, 16:33
piękny kawałek XXI-wiecznego horrorcore'u wykuty w monolicie legendarnej zwrotki Scarface'a z "My Mind Playing Tricks On Me"

nie wiem jakim cudem przegapiłem przedwczorajszy news o nadchodzącym DIRECT SEQUELU najlepszej płyty 2019 roku. "Visions of Bodies Being Burned", premiera gdzieś w okolicach halloween. nagrody gwarantowane dla Daveeda Diggsa i ekipy: co najmniej decent 8 od Melona, maksymalnie 5.1 od Pitchforka i znaczące miejsce w moim podsumowaniu 2020
Zaktualizowano 28 sie 2020, 19:05
28 sie 2020, 19:05
- no hej Earl, dograłbyś się gościnnie na nasz nowy album, na główny singiel promujący?
- no spoko, a o czym track będzie?
- o czymś tam, nie wiemy jeszcze. i może refren od razu?
- a jakiś pomysł na refren jest?
- nie wiem, just do some DMX stuff. poszczekaj, powarcz, poudawaj pistolety, spytaj kto uwolnił psy, jakieś "C'MON" wtrąć pomiędzy

i działa? działa. chyba nawet zacznę przychylnie patrzeć na ten jego nadchodzący comeback album, jakkolwiek zagubiony w czasoprzestrzeni miałby on nie być

a jak nowe dzieło tria z Yonkers? poza singlem na pewno gładziutko wchodzi Griseldowa współpraca w "Think of the LOX". Nottz i Araabmuzik przepiękne bity dali, a tak to wschodniowybrzeżowy middleground w pełni swych niepełnych sił. no ale przyznajcie szczerze - że nie można mieć zbyt wygórowanych oczekiwań po albumie z featem T-Paina w 2020 roku
Zaktualizowano 29 sie 2020, 20:06
29 sie 2020, 20:04
latka lecą, a MC Eiht wciąż gdzieś ponad dominantą odnajdywania się w nowych czasach przez STARE RAPOWE GŁOWY. lakonicznie, ale dziarsko i z charakterem wślizguje się i prominentnie zaznacza swe istnienie w coraz to kolejnej epoce. jak nie użyczy głosu w definiującej pokolenie grze video, to trafia do grona starannie wyselekcjonowanych gości na jednym z najważniejszych albumów '10s

singiel "Honcho" to może nie do końca taki właśnie epic moment, ale zapewne niejeden jego rówieśnik chciałby dziś z takim impetem zareklamować nadchodzący materiał. tym bardziej, że robi to w towarzystwie smyrającego placki DJ'a Premiera oraz jakże dyspozycyjnego gdy trzeba Conwaya
Zaktualizowano 2 wrz 2020, 19:03
2 wrz 2020, 19:03
kiedy w pierwszych chwilach kontaktu z nowym albumem Big Seana usłyszałem wersy pokroju "I know I'm a gift but I think out the box" to pomyślałem "JENY, czemu ja sobie to robię". jeszcze większe podejrzenia o nienawiść do samego siebie przyszły wraz z utworem numer dwa, gdzie raper z Detroit potwierdził swoją niechęć do konwencjonalnej medycyny i oficjalnie wpisał się na listę hiphopowych alt-medowych szurów. jest to jedna z trudniejszych dla mnie do przełknięcia piguł we współczesnym hh, zwłaszcza w 2020 roku. stłumiłem całe to oburzenie myślami, że no spoko, bit świetny, ten po switchu również, a sam Sean godnie to przejście ujarzmił na szczęście potem było już znacznie lepiej i wraz z zakończeniem pierwszego odsłuchu stwierdziłem, że być może mamy tu faktycznie do czynienia z albumową życióweczką typa. "Detroit 2" na każdym kroku emanuje determinacją, energią i (nazwijmy to) pewnego typu dojrzałością. Big Sean jest dzisiaj tym raperem, który parę lat temu chciał nagrać z Kendrickiem "Control" i nie przejechać się na okrutnie długim dystansie dzielącym umiejętności obu emcee a tak naprawdę niczego tutaj na nowo nie odkrył. baza tematów do zarapowania nie została zaktualizowana, grono producenckich przyjaciół raczej się nie poszerzyło, trzon ogólnego pomysłu na siebie i swoją muzykę pozostał ten sam. coś jednak zaczęło lepiej działać - bity stały się bardziej czytelne w swej podniosłości, flow bardziej pewne i urozmaicone, one-linerów pokroju tego wspomnianego na początku też jakby ubyło - albo troszkę bardziej dyskretnie kłują w uszy mamy tutaj kilka naprawdę solidnych pokazów niemal znakomitego songwritingu. trudno nie docenić cholernie ciepłego i motywującego "Guard Your Heart", trudno nie poczuć zapału i wiary w siebie udzielającej się z "Harder Than My Demons", trudno nie zauważyć zagęszczenia zacnych linijek w "FEED" ("But n***** not gon' forget about me like n***** forgot 'bout how Harriet was supposed to be on top of that twenty dollars"). nawet dwa utwory z Jhene Aiko siadają znacznie lepiej niż cokolwiek stworzonego przez tych dwoje wcześniej - a przecież mają na koncie wspólny album. czuć że dystans, jakiego nabrali od czasów swej bliiiskiej relacji i wspólnie doświadczonej traumy (wspomniane przez Seana w "Deep Reverence" poronienie) ukształtował duet i wywołał jakiś taki Fleetwood-Mac-efekt powiedziałem "niemal znakomitego songwritingu", bo mamy tutaj w sumie sporo utworów, którym zabrakło ewidentnie czasu by wybrzmiały na tyle na ile by zasługiwały, sporo "jednozwrotkowców" ozdobionych intrem, hookiem, i koniec końców czegoś tam brakuje. chętnie rozwinąłbym wiele z tych utworów kosztem - tu się pewnie kilku osobom narażę - tego 9 minutowego posse-cutu. nie mówię, że "Friday Night Cypher" to zło (no dobra, jest to zło najgorsze przez ostatnie dwie minuty, gdy Eminem bezdusznie bełkocze i odkrywa jako ostatni mieszkaniec Ziemi homonim "your anus/uranus"), ale to raczej atrakcja W SAM RAZ NA JEDEN RAZ, albo najwyżej na bonus track. no i jak mogli pominąć w tym zestawieniu talentów z Motor City Danny'ego Browna?! nie sądziłem, że będę w stanie w 2020 roku tyle dobrego powiedzieć o płycie rapera, którego - delikatnie mówiąc - nigdy specjalnie nie szanowałem. ale nawet pomijając jakieś tam warte najwyżej zapomnienia tracki (o dziwo zaliczyłbym tutaj collabo z Thuggerem), wspomniany diss na medycynę, czy bardzo niezręczny falset w "Time In" - trzeba było być kompletnym bucem by przynajmniej nie docenić jak Szą daje tutaj z siebie naprawdę tyle ile tylko jest w stanie ps1. fantastyczne są wszystkie trzy "Story". Dave, Erykah i Stevie bardziej niż sam gospodarz przyczynili się potencjalnego uzasadnienia, czemu album tak a nie inaczej się nazywa. ADDERALL ADDERALL! ps2. zachywciło mnie jak No ID z gracją psychopaty poszatkował sampel z soundtracku do "Godzilli". a masz Akira Ifukube, to za uziemienie debiutu Pharoahe Moncha!
kiedy w pierwszych chwilach kontaktu z nowym albumem Big Seana usłyszałem wersy pokroju "I know I'm a gift but I think out the box" to pomyślałem "JENY, czemu ja sobie to robię". jeszcze większe podejrzenia o nienawiść do samego siebie przyszły wraz z utworem numer dwa, gdzie raper z Detroit potwierdził swoją niechęć do konwencjonalnej medycyny i oficjalnie wpisał się na listę hiphopowych alt-medowych szurów. jest to jedna z trudniejszych dla mnie do przełknięcia piguł we współczesnym hh, zwłaszcza w 2020 roku. stłumiłem całe to oburzenie myślami, że no spoko, bit świetny, ten po switchu również, a sam Sean godnie to przejście ujarzmił

na szczęście potem było już znacznie lepiej i wraz z zakończeniem pierwszego odsłuchu stwierdziłem, że być może mamy tu faktycznie do czynienia z albumową życióweczką typa. "Detroit 2" na każdym kroku emanuje determinacją, energią i (nazwijmy to) pewnego typu dojrzałością. Big Sean jest dzisiaj tym raperem, który parę lat temu chciał nagrać z Kendrickiem "Control" i nie przejechać się na okrutnie długim dystansie dzielącym umiejętności obu emcee

a tak naprawdę niczego tutaj na nowo nie odkrył. baza tematów do zarapowania nie została zaktualizowana, grono producenckich przyjaciół raczej się nie poszerzyło, trzon ogólnego pomysłu na siebie i swoją muzykę pozostał ten sam. coś jednak zaczęło lepiej działać - bity stały się bardziej czytelne w swej podniosłości, flow bardziej pewne i urozmaicone, one-linerów pokroju tego wspomnianego na początku też jakby ubyło - albo troszkę bardziej dyskretnie kłują w uszy

mamy tutaj kilka naprawdę solidnych pokazów niemal znakomitego songwritingu. trudno nie docenić cholernie ciepłego i motywującego "Guard Your Heart", trudno nie poczuć zapału i wiary w siebie udzielającej się z "Harder Than My Demons", trudno nie zauważyć zagęszczenia zacnych linijek w "FEED" ("But n***** not gon' forget about me like n***** forgot 'bout how Harriet was supposed to be on top of that twenty dollars"). nawet dwa utwory z Jhene Aiko siadają znacznie lepiej niż cokolwiek stworzonego przez tych dwoje wcześniej - a przecież mają na koncie wspólny album. czuć że dystans, jakiego nabrali od czasów swej bliiiskiej relacji i wspólnie doświadczonej traumy (wspomniane przez Seana w "Deep Reverence" poronienie) ukształtował duet i wywołał jakiś taki Fleetwood-Mac-efekt

powiedziałem "niemal znakomitego songwritingu", bo mamy tutaj w sumie sporo utworów, którym zabrakło ewidentnie czasu by wybrzmiały na tyle na ile by zasługiwały, sporo "jednozwrotkowców" ozdobionych intrem, hookiem, i koniec końców czegoś tam brakuje. chętnie rozwinąłbym wiele z tych utworów kosztem - tu się pewnie kilku osobom narażę - tego 9 minutowego posse-cutu. nie mówię, że "Friday Night Cypher" to zło (no dobra, jest to zło najgorsze przez ostatnie dwie minuty, gdy Eminem bezdusznie bełkocze i odkrywa jako ostatni mieszkaniec Ziemi homonim "your anus/uranus"), ale to raczej atrakcja W SAM RAZ NA JEDEN RAZ, albo najwyżej na bonus track. no i jak mogli pominąć w tym zestawieniu talentów z Motor City Danny'ego Browna?!

nie sądziłem, że będę w stanie w 2020 roku tyle dobrego powiedzieć o płycie rapera, którego - delikatnie mówiąc - nigdy specjalnie nie szanowałem. ale nawet pomijając jakieś tam warte najwyżej zapomnienia tracki (o dziwo zaliczyłbym tutaj collabo z Thuggerem), wspomniany diss na medycynę, czy bardzo niezręczny falset w "Time In" - trzeba było być kompletnym bucem by przynajmniej nie docenić jak Szą daje tutaj z siebie naprawdę tyle ile tylko jest w stanie

ps1. fantastyczne są wszystkie trzy "Story". Dave, Erykah i Stevie bardziej niż sam gospodarz przyczynili się potencjalnego uzasadnienia, czemu album tak a nie inaczej się nazywa. ADDERALL ADDERALL!

ps2. zachywciło mnie jak No ID z gracją psychopaty poszatkował sampel z soundtracku do "Godzilli". a masz Akira Ifukube, to za uziemienie debiutu Pharoahe Moncha!
4 wrz 2020, 21:41
o, nawet nie widziałem kiedy jeden z moich ulubionych trapowych parków rozrywki z 2020 doczekał się wersji deluxe. i to nawet w formie niezależnej epki (apeluję do illuminatich rynku muzycznego o ustanowienie takiego właśnie standardu), która całkiem wdzięcznie kondensuje uroki zagłębiania się w projekty manifestujące producencką tożsamość Bourne'a
o, nawet nie widziałem kiedy jeden z moich ulubionych trapowych parków rozrywki z 2020 doczekał się wersji deluxe. i to nawet w formie niezależnej epki (apeluję do illuminatich rynku muzycznego o ustanowienie takiego właśnie standardu), która całkiem wdzięcznie kondensuje uroki zagłębiania się w projekty manifestujące producencką tożsamość Bourne'a
10 wrz 2020, 15:38
"From King To A GOD" miało być conwayowym "Pray 4 Paris" - albumem wytrychem zamykającym pewien etap i otwierającym nowy, ambitną mimo wszystko przystawką do dopiero-co-nadchodzącego głównego dania jakim będzie materiał powierzony do wydania w Shady Records. w zasadzie to dokładnie tak jest, choć mamy tu trochę inne podejście. Westside Gunn pomimo szerszej featuringowej obsady i kontaktu z gremium "klasycznych" producentów na swoim "P4P" postawił twardo na griseldowe zasady, na przebicie się w świadomość szerszego odbiorcy wykutym przez kilka ostatnich lat monolitem - troszkę oszlifowanym na brzegach, ale w sposób ściśle kontrolowany. Conway the Machine - ON THE OTHER HAND - uzewnętrznił się, otworzył (nie na oścież jbc) na większy obraz muzyki hip hop, zbastował z nieustannymi strumieniami dilersko-lanserskiej świadomości. po prostu dał album z perspektywami na poszerzenie zasięgów, dotarcie do słuchacza do tej pory traktującego pięknych chłopców z Buffalo jak bardziej insiderską rozrywkę dla oldskulowców i naprawdę zrobił to bardzo elegancko. począwszy od intra, Maszyna stawia na jakiś nowy wymiar filmowości - inny niż ten jakim dysponował do tej pory. "Lemon" kradnie serce każdego wu-maniaka - nie tylko ze względu na chyba najlepszą zwrotkę Method Mana od [wstaw dowolną liczbę spokojnie większą niż 18] lat. "Anza" daje nam okazje usłyszeć rapera na niespodziewanie zawadiackiej, perfekcyjnie zawieszonej w swej dziwaczności "między nowym a starym" kompozycji. w "Seen Everything But Jesus" (gościnnie Z-Ro, znaczy się Freddie Gibbs) zmaga się z niełatwymi tematami potęgą myślenia o "srebrnym obszyciu chmur" i w jakiś sposób track o zamordowanych ziomkach Conwaya staje się najbardziej CIEPLUSIM momentem na płycie co innego absolutnie obłędne "Forever Droppin Tears", bardzo na świeżo zarejestrowany memoriał dla zmarłego w sierpniu DJ'a Shaya - Machine dosłownie rapuje o pisaniu wersów przy jednoczesnym przywdziewaniu garnituru na pogrzeb. surowe, iskrzące, boleśnie ludzkie emocje wynoszone są tutaj do stratosfery dzięki abstrakcyjnie westcoastowemu wygrzewowi Erica Sermona i Rocwildera - nawet nie przypuszczałem, że którykolwiek z nich jeszcze mnie w życiu tak zaskoczy świetnie, że na album trafiło też "Front Lines", którego druga zwrotka jest moją ulubioną do tej pory bezpośrednią hiphopową reakcją na wydarzenia w Minneapolis. bardzo również chciałbym zaznaczyć jak sensownie wybrzmiał praktycznie każdy element składowy "Juvenile Hell", ale nie mogę wyjść z wrażenia jak popłynął tutaj najwidoczniej głodny czegoś więcej (bo wiecie, tytuł debiutu) Lloyd Banks. WTF, czekam na jego album teraz? te wszystkie "mniej griseldowe" akcenty mają też ten cudowny efekt, że zaostrzają apetyt na jakiś gdzieś tam wrzucony między utwory posse cut w konfiguracji Con-Gunn-Benny, albo na stricte conwayową przewózkę pod bity Alchemista i Daringera bawiących się na wspólnym tracku w małe VERSUZ BEAT BATTLE. takie właśnie momenty również pięknie wypadają, zwłaszcza jak - bardziej niż kiedykolwiek - pompowane są samoświadomością o rosnącym jak na drożdżach znaczeniu na scenie kurcze, tak wiele tutaj gra, że w zasadzie czepiając się czegokolwiek czułbym się nieuczciwie w stosunku do siebie albo autora. "From King To A GOD" działa jako całość, choć sklejona została z tracków napisanych zarówno dwa lata temu jak i kilka tygodni temu. tracklista zmieniła się przez ostatnie miesiące z kilkanaście razy, ale koniec końców wydaje się nad wyraz przemyślana. album miał dzisiaj premierę, a na ten moment przesłuchałem go w całości więcej razy niż jakikolwiek inny tegoroczny release Griselda Records. mam przypuszczenia, że to chyba o czymś świadczy
"From King To A GOD" miało być conwayowym "Pray 4 Paris" - albumem wytrychem zamykającym pewien etap i otwierającym nowy, ambitną mimo wszystko przystawką do dopiero-co-nadchodzącego głównego dania jakim będzie materiał powierzony do wydania w Shady Records. w zasadzie to dokładnie tak jest, choć mamy tu trochę inne podejście. Westside Gunn pomimo szerszej featuringowej obsady i kontaktu z gremium "klasycznych" producentów na swoim "P4P" postawił twardo na griseldowe zasady, na przebicie się w świadomość szerszego odbiorcy wykutym przez kilka ostatnich lat monolitem - troszkę oszlifowanym na brzegach, ale w sposób ściśle kontrolowany. Conway the Machine - ON THE OTHER HAND - uzewnętrznił się, otworzył (nie na oścież jbc) na większy obraz muzyki hip hop, zbastował z nieustannymi strumieniami dilersko-lanserskiej świadomości. po prostu dał album z perspektywami na poszerzenie zasięgów, dotarcie do słuchacza do tej pory traktującego pięknych chłopców z Buffalo jak bardziej insiderską rozrywkę dla oldskulowców

i naprawdę zrobił to bardzo elegancko. począwszy od intra, Maszyna stawia na jakiś nowy wymiar filmowości - inny niż ten jakim dysponował do tej pory. "Lemon" kradnie serce każdego wu-maniaka - nie tylko ze względu na chyba najlepszą zwrotkę Method Mana od [wstaw dowolną liczbę spokojnie większą niż 18] lat. "Anza" daje nam okazje usłyszeć rapera na niespodziewanie zawadiackiej, perfekcyjnie zawieszonej w swej dziwaczności "między nowym a starym" kompozycji. w "Seen Everything But Jesus" (gościnnie Z-Ro, znaczy się Freddie Gibbs) zmaga się z niełatwymi tematami potęgą myślenia o "srebrnym obszyciu chmur" i w jakiś sposób track o zamordowanych ziomkach Conwaya staje się najbardziej CIEPLUSIM momentem na płycie

co innego absolutnie obłędne "Forever Droppin Tears", bardzo na świeżo zarejestrowany memoriał dla zmarłego w sierpniu DJ'a Shaya - Machine dosłownie rapuje o pisaniu wersów przy jednoczesnym przywdziewaniu garnituru na pogrzeb. surowe, iskrzące, boleśnie ludzkie emocje wynoszone są tutaj do stratosfery dzięki abstrakcyjnie westcoastowemu wygrzewowi Erica Sermona i Rocwildera - nawet nie przypuszczałem, że którykolwiek z nich jeszcze mnie w życiu tak zaskoczy

świetnie, że na album trafiło też "Front Lines", którego druga zwrotka jest moją ulubioną do tej pory bezpośrednią hiphopową reakcją na wydarzenia w Minneapolis. bardzo również chciałbym zaznaczyć jak sensownie wybrzmiał praktycznie każdy element składowy "Juvenile Hell", ale nie mogę wyjść z wrażenia jak popłynął tutaj najwidoczniej głodny czegoś więcej (bo wiecie, tytuł debiutu) Lloyd Banks. WTF, czekam na jego album teraz?

te wszystkie "mniej griseldowe" akcenty mają też ten cudowny efekt, że zaostrzają apetyt na jakiś gdzieś tam wrzucony między utwory posse cut w konfiguracji Con-Gunn-Benny, albo na stricte conwayową przewózkę pod bity Alchemista i Daringera bawiących się na wspólnym tracku w małe VERSUZ BEAT BATTLE. takie właśnie momenty również pięknie wypadają, zwłaszcza jak - bardziej niż kiedykolwiek - pompowane są samoświadomością o rosnącym jak na drożdżach znaczeniu na scenie

kurcze, tak wiele tutaj gra, że w zasadzie czepiając się czegokolwiek czułbym się nieuczciwie w stosunku do siebie albo autora. "From King To A GOD" działa jako całość, choć sklejona została z tracków napisanych zarówno dwa lata temu jak i kilka tygodni temu. tracklista zmieniła się przez ostatnie miesiące z kilkanaście razy, ale koniec końców wydaje się nad wyraz przemyślana. album miał dzisiaj premierę, a na ten moment przesłuchałem go w całości więcej razy niż jakikolwiek inny tegoroczny release Griselda Records. mam przypuszczenia, że to chyba o czymś świadczy
11 wrz 2020, 19:17
niby poważny funpej o niby poważnej muzyce okiem jej miłośnika i hejtera at the same damn time. wrażenia, podsumowanka, rankingi, #hottakes, throwbacki. zagraniczny rap only, od polskiego macie inne stronki
Zaktualizowano 11 wrz 2020, 22:45
11 wrz 2020, 22:45
Luda z klasą, rigczem i polotem najntisowego r&b przypomina, że przydałby się jakiś nowy album od niego - nawet jakby miał być tak odklejony od współczesności jak "Ludaversal". "Found You" czaruje nas romantycznym obliczem Chrisa, drobną przysługą od Timbalanda na co-produkcji, a także przesympatycznym refrenem od Chance'a. od tego samego Chance'a, co nie przeprosił jeszcze za wydane rok temu "The Big Day" - nie wiem czemu o tym wspominam
Zaktualizowano 12 wrz 2020, 15:40
12 wrz 2020, 15:40
Streamujcie zagraniczne rap płyty grał(a) w: Tony Hawk's Pro Skater 1 and 2.
Tony Hawk's Pro Skater 1 and 2
seria gier o Antonim Jastrzębskim zawsze gdzieś blisko towarzyszyła mojej edukacji muzycznej. nie będę tutaj gadał o punkowo-alternatywnej stronie soundtracków, o tym powiedziano wszystko, napisano dziesiątki książek (not really). hip hop to zagadnienie, z którym Tony Hawki równie kompetentnie sobie radziły - chociaż wcale nie musiały

przy pierwszych odsłonach selekcja była dosyć ostrożna i mało oświecona, ale idealnie korespondowała z moją ówczesną wiedzą (Public Enemy, Redman, Xzibit, Naughty by Nature NO CO TY JA TEŻ ICH LUBIĘ). później - wraz z tym jak seria dążyła trochę jakby w kierunku efekciarskich prankstersko-jackassowych sentymentów - decyzje muzyczne zdawały się być podejmowane wręcz przeciwnie, w znacznie bardziej inteligentnym kluczu. Deltron 3030, Aesop Rock, El-P, Living Legends, Ozomatli, Lootpack, Murs, Busdriver, Cannibal Ox przy jednoczesnej podbitce mniej oczywistymi oldskulami jak Ultramagnetic MC's, Audio Two, czy Brand Nubian. w czasach gdy łatwiej było o dosięgnięcie wiedzy na temat rapowego MEJNSTRIMU, gry Neversoftu prowokowały by sięgać głębiej, wykraczać poza ramy oczywistości. trzymały przy tym wszystkim bardzo wysoki standard

no więc dzisiaj zacząłem grać w remake THPS 1 + 2, a tam na dzień dobry Machine Gun Kelly i Hopsin xD

żeby nie było - dla równowagi do puli dorzucono Skeptę albo Trajbów, no ale niesmak pozostaje. niesmak, który raczej zabawy mi nie zepsuje, bo wszystko bangla tutaj jak należy i moje nostalgiczne potrzeby 30-paro latka są tutaj zaspokajane hurtem
14 wrz 2020, 11:30
jakoś zupełnie przespałem/zignorowałem w tym roku wątek Freshmanów XXL, a także związanych z tą instytucją cypherów. myślę, że nawet obejrzałbym te ostatnie - ale tylko jeśli ktoś mnie zapewni, że są przynajmniej w jednej dziesiątej wydarzeniem na miarę TEGO ikonicznego sajfera z 2016
Zaktualizowano 16 wrz 2020, 21:29
16 wrz 2020, 21:29
dzisiaj na peju - który jakimś cudem jeszcze nie zmienił nazwy na "Streamujcie płyty Griselda Records" - o prezentacji pierwszej damy labelu z Buffalo i może również o tym jak to nie można przejść obojętnie obok projektu dumnie ozdobionego trójoką Elizabeth Taylor na okładce Armani Caesar zdecydowanie umie, jak to mówią, PLUĆ. ma umiejętności, adaptuje się skutecznie pod podkłady, wszystko co robi, to robi prężąc swój feministyczny pazur. pazur, którym chyba niczego i nikogo nie zadrapie, bo kilometry dzielą ją od sentymentalizmów i aktywistycznych postaw raperek takich jak Rapsody albo Noname, a przez popadnięciem w wir wyuzdania Megan the Stallion broni jej cały zeszyt safe-wordów. pomimo tego jak bardzo Armani nie jest żadną ze swoich koleżanek po fachu, jest w ogromnej mierze sobą (wiem, banał) i czuje się dobrze w tym co robi (wiem, banał). po prostu słuchasz jej, zauważasz jej muzyczną edukację i wyobrażasz sobie jaką radość odczuła gdy dowiedziała się, że ten bit pod który jakiś czas temu nawinęła, to był tak naprawdę autorstwa Preemo. prawdziwa historia, taki to zgrywus z tego naszego Westside Gunna "The Liz" to przyjemny mini-projekt, który nie tworzy nam jeszcze kompletnie nakreślonego wizerunku osoby, ale spoko, pogadamy o tym kilka albumów/mixtape'ów dalej (czyli pewnie za około rok). jeśli macie mało czasu to chociaż zróbcie przelot przez featuringi CHŁOPAKÓW, w tym ten zaskakujący mnie prywatnie back and forth z Bennym Rzeźnikiem w towarzystwie 808 Mafii. WAIT WHAT, 808 Mafii?
dzisiaj na peju - który jakimś cudem jeszcze nie zmienił nazwy na "Streamujcie płyty Griselda Records" - o prezentacji pierwszej damy labelu z Buffalo i może również o tym jak to nie można przejść obojętnie obok projektu dumnie ozdobionego trójoką Elizabeth Taylor na okładce

Armani Caesar zdecydowanie umie, jak to mówią, PLUĆ. ma umiejętności, adaptuje się skutecznie pod podkłady, wszystko co robi, to robi prężąc swój feministyczny pazur. pazur, którym chyba niczego i nikogo nie zadrapie, bo kilometry dzielą ją od sentymentalizmów i aktywistycznych postaw raperek takich jak Rapsody albo Noname, a przez popadnięciem w wir wyuzdania Megan the Stallion broni jej cały zeszyt safe-wordów. pomimo tego jak bardzo Armani nie jest żadną ze swoich koleżanek po fachu, jest w ogromnej mierze sobą (wiem, banał) i czuje się dobrze w tym co robi (wiem, banał). po prostu słuchasz jej, zauważasz jej muzyczną edukację i wyobrażasz sobie jaką radość odczuła gdy dowiedziała się, że ten bit pod który jakiś czas temu nawinęła, to był tak naprawdę autorstwa Preemo. prawdziwa historia, taki to zgrywus z tego naszego Westside Gunna

"The Liz" to przyjemny mini-projekt, który nie tworzy nam jeszcze kompletnie nakreślonego wizerunku osoby, ale spoko, pogadamy o tym kilka albumów/mixtape'ów dalej (czyli pewnie za około rok). jeśli macie mało czasu to chociaż zróbcie przelot przez featuringi CHŁOPAKÓW, w tym ten zaskakujący mnie prywatnie back and forth z Bennym Rzeźnikiem w towarzystwie 808 Mafii. WAIT WHAT, 808 Mafii?
18 wrz 2020, 21:29
z pierwszą częścią "Coffe & Kush" witaliśmy lato 2020, a teraz nieprzypadkowo w ostatnie słoneczne dni tego sezonu wychodzi kontynuacja. to znaczy zapewne związku żadnego tutaj nie ma, ale nie mówcie mi tego, dajcie uwierzyć że taki właśnie był plan rapera z Compton przyznam szczerze - nie pojmuję czemu w kraju nad Wisłą, w którym wciąż silnymi sentymentami obdarzamy g-funki lat dziewięćdziesiątych, tak bardzo lubimy sobie przegapić Problema i jego organiczny (a i kompletnie logiczny z perspektywy pełni XXI wieku) wkład w tenże nurt. ciepły i miękki vibe, odpowiednia dla kalifornijskich założeń BASOLOGIA, z lekka hypnagogiczna technika wybrzmiewania sampli. no i do tego sam gospodarz, który na "Vol. 2" chyba jeszcze wyraźniej zaznacza, że nie jest kolejnym jednostajnie prostoliniowym weed rapperem z Cali - wystarczy posłuchać jak poskładał w "Life Lessons" chociażby wszystko oczywiście w konstruktywnej zgodzie z sianymi już od lat pomysłami kuzynka Terrace'a Martina, oraz z gościnnymi występami Snoopa, Jay Rocka, Freddiego Gibbsa oraz.. Tyrese'a? sprawdzajcie, a jak nie słyszeliście jedynki to cóż - tym więcej dobrego przed wami
z pierwszą częścią "Coffe & Kush" witaliśmy lato 2020, a teraz nieprzypadkowo w ostatnie słoneczne dni tego sezonu wychodzi kontynuacja. to znaczy zapewne związku żadnego tutaj nie ma, ale nie mówcie mi tego, dajcie uwierzyć że taki właśnie był plan rapera z Compton

przyznam szczerze - nie pojmuję czemu w kraju nad Wisłą, w którym wciąż silnymi sentymentami obdarzamy g-funki lat dziewięćdziesiątych, tak bardzo lubimy sobie przegapić Problema i jego organiczny (a i kompletnie logiczny z perspektywy pełni XXI wieku) wkład w tenże nurt. ciepły i miękki vibe, odpowiednia dla kalifornijskich założeń BASOLOGIA, z lekka hypnagogiczna technika wybrzmiewania sampli. no i do tego sam gospodarz, który na "Vol. 2" chyba jeszcze wyraźniej zaznacza, że nie jest kolejnym jednostajnie prostoliniowym weed rapperem z Cali - wystarczy posłuchać jak poskładał w "Life Lessons" chociażby

wszystko oczywiście w konstruktywnej zgodzie z sianymi już od lat pomysłami kuzynka Terrace'a Martina, oraz z gościnnymi występami Snoopa, Jay Rocka, Freddiego Gibbsa oraz.. Tyrese'a? sprawdzajcie, a jak nie słyszeliście jedynki to cóż - tym więcej dobrego przed wami
19 wrz 2020, 15:38
yiiiiiiikes ten singiel miał być wielkim comebackiem nieaktywnego od jakoś-tak-dekady Podziemnego Smoka. na długim dystansie, bo na tym krótkim miał zamazać wspomnienie o obraźliwym dla rzeszy dawnych fanów tracku "The Don & The Boss". "YUUUU" to miał być ten sygnał na nieboskłonie, że Busta Rhymes wie co i jak, jak wskoczyć na bombę w jakiś panujący trend, kogo wyrazistego zaprosić na featuring i jednocześnie wciąż kąsać nas wspomnieniami o tym furiacie z dredami, który rozbijał na atomy nawet najdziwniejsze jak na swoje czasy bity tutaj tymczasem nie działa absolutnie nic. podkład stanął w niezręcznym rozkroku między aktualnymi tropami a staromodną westcoastową abstrakcją i nudzi w obu kategoriach. refren irytuje zarówno asolutnie-każdym-efektem-świata nałożonym na przejście w wykonaniu gospodarza, jak i złośliwie drążącymi mózg wokalizami Paaka. zwrotka Busty brzmi jak patchwork ścinków z różnych porzuconych utworów i w zasadzie wszystko się tutaj trzyma na tę ślinę czy taśmę klejącą czy czego oni tutaj na prędkości użyli. zupełnie jak z tym teledyskiem, tak niezgrabnie skaczącym od ikonicznych ujęć Malcolma X do slapsticku z Looney Tunes, taka twórczość EDGY licealisty, który dzień wcześniej przeczytał o definicję postmodernizmu szkoda tylko rapowanej zwrotki Andersona, któremu zawsze kibicuje by częściej przeważał szalę swoich niewątpliwych talentów na tę właśnie stronę "YUUUU" sprawiło, że nabrałem pokładów szczerzej sympatii do wspomnianego poprzedniego singla. "The Don & The Boss" nie udawało czegoś czym miałoby nie być - głupim że aż śmiesznym i pociesznym bangerem o zderzaku tak dużym jak u MEGJAN DE STALIJAN
yiiiiiiikes

ten singiel miał być wielkim comebackiem nieaktywnego od jakoś-tak-dekady Podziemnego Smoka. na długim dystansie, bo na tym krótkim miał zamazać wspomnienie o obraźliwym dla rzeszy dawnych fanów tracku "The Don & The Boss". "YUUUU" to miał być ten sygnał na nieboskłonie, że Busta Rhymes wie co i jak, jak wskoczyć na bombę w jakiś panujący trend, kogo wyrazistego zaprosić na featuring i jednocześnie wciąż kąsać nas wspomnieniami o tym furiacie z dredami, który rozbijał na atomy nawet najdziwniejsze jak na swoje czasy bity

tutaj tymczasem nie działa absolutnie nic. podkład stanął w niezręcznym rozkroku między aktualnymi tropami a staromodną westcoastową abstrakcją i nudzi w obu kategoriach. refren irytuje zarówno asolutnie-każdym-efektem-świata nałożonym na przejście w wykonaniu gospodarza, jak i złośliwie drążącymi mózg wokalizami Paaka. zwrotka Busty brzmi jak patchwork ścinków z różnych porzuconych utworów i w zasadzie wszystko się tutaj trzyma na tę ślinę czy taśmę klejącą czy czego oni tutaj na prędkości użyli. zupełnie jak z tym teledyskiem, tak niezgrabnie skaczącym od ikonicznych ujęć Malcolma X do slapsticku z Looney Tunes, taka twórczość EDGY licealisty, który dzień wcześniej przeczytał o definicję postmodernizmu

szkoda tylko rapowanej zwrotki Andersona, któremu zawsze kibicuje by częściej przeważał szalę swoich niewątpliwych talentów na tę właśnie stronę

"YUUUU" sprawiło, że nabrałem pokładów szczerzej sympatii do wspomnianego poprzedniego singla. "The Don & The Boss" nie udawało czegoś czym miałoby nie być - głupim że aż śmiesznym i pociesznym bangerem o zderzaku tak dużym jak u MEGJAN DE STALIJAN
21 wrz 2020, 19:53
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
premiery w najbliższy piątek: Action Bronson, A$AP Ferg, 2 Chainz, Black Thought, Elzhi, Public Enemy, Spillage Village i cholera wie o czym jeszcze się na dniach dowiemy. MUZYKA RAP odzyskuje godność, albo coś w tym stylu
22 wrz 2020, 17:44
30 lat po premierze najpiękniejszego rapowego albumu w historii legenda Public Enemy ma się... całkiem zdrowo? telewizyjna premiera przeładowanego featami remixu "Fight the Power", PUBLICITY FIKOŁ z rzekomym odejściem Flava, czy wreszcie symboliczny jak tylko przewidują ustawy powrót pod sztandary Def Jamu. chciałoby się powiedzieć "they got game", bo za sprawą tego wszystkiego dziennikarze muzyczni już rzucili się do klawiatur by ogłaszać powstanie najmocniejszego od dwóch dekad krążka PE. tego, że jest to w sumie taka rozszerzona/zedytowana wersja albumu "Nothing Is Quick in the Desert" sprzed trzech lat, to już niewielu z nich dostrzegło. KAMAN, nawet okładki specjalnie nie chciało im się zmienić nie będę porównywał "What You Gonna Do When the Grid Goes Down?" do innych ich XXI-wiecznych wydawnictw, bo niewiele pamiętam (xD), więc powiem jak jest po prostu. a jest nierówno, na trybie popadania w skrajności, na kanwie mydła i powidła. to samo w sobie niczym złym nie jest, bo esencja Wroga Publicznego zawsze sączyła się gdzieś z otchłani chaosu. sączy się tutaj też niepoprawne aż przywiązanie to starożytnych rozwiązań i mydlanej fantazji o tym, że rap-rockowe crossovery to wciąż jest COOLEST THING EVER. ok, radyklana bezkompromisowość jest jakąś tam wartością, a track z udziałem pozostałych przy życiu staruszków z Run-DMC i Beastie Boys to bardzo dobrze zakonserwowany eksponat, na który mógłbym patrzeć tak długo, aż ktoś mnie wyprosi z tego muzeum hip hopu poza tym: przystępny singiel z Premierem, pozytywnie hardkorowe "Beat Them All" i... no właśnie, co? jaki jest cel tkwienia w dawnym soundzie, jeśli nie nadąża on za gejzerami muzycznej kreatywności Bomb Squadu z lat 88-90? po co przywoływać duchy wojowniczego PE, jeśli sędziwy Chuck D zamierza skrzyczeć młodych ludzi za to, że dziś mają internet? "What You Gonna Do When the Grid Goes Down?" sprzedaje nam symbol, charakterystyczne logo z celowniczkiem i zgrzyt breakbeatów, ale nie sprzedaje nam tak naprawdę niczego prawdziwie namacalnego DON'T BELIEVE THE HYPE (musiałem)
30 lat po premierze najpiękniejszego rapowego albumu w historii legenda Public Enemy ma się... całkiem zdrowo? telewizyjna premiera przeładowanego featami remixu "Fight the Power", PUBLICITY FIKOŁ z rzekomym odejściem Flava, czy wreszcie symboliczny jak tylko przewidują ustawy powrót pod sztandary Def Jamu. chciałoby się powiedzieć "they got game", bo za sprawą tego wszystkiego dziennikarze muzyczni już rzucili się do klawiatur by ogłaszać powstanie najmocniejszego od dwóch dekad krążka PE. tego, że jest to w sumie taka rozszerzona/zedytowana wersja albumu "Nothing Is Quick in the Desert" sprzed trzech lat, to już niewielu z nich dostrzegło. KAMAN, nawet okładki specjalnie nie chciało im się zmienić

nie będę porównywał "What You Gonna Do When the Grid Goes Down?" do innych ich XXI-wiecznych wydawnictw, bo niewiele pamiętam (xD), więc powiem jak jest po prostu. a jest nierówno, na trybie popadania w skrajności, na kanwie mydła i powidła. to samo w sobie niczym złym nie jest, bo esencja Wroga Publicznego zawsze sączyła się gdzieś z otchłani chaosu. sączy się tutaj też niepoprawne aż przywiązanie to starożytnych rozwiązań i mydlanej fantazji o tym, że rap-rockowe crossovery to wciąż jest COOLEST THING EVER. ok, radyklana bezkompromisowość jest jakąś tam wartością, a track z udziałem pozostałych przy życiu staruszków z Run-DMC i Beastie Boys to bardzo dobrze zakonserwowany eksponat, na który mógłbym patrzeć tak długo, aż ktoś mnie wyprosi z tego muzeum hip hopu

poza tym: przystępny singiel z Premierem, pozytywnie hardkorowe "Beat Them All" i... no właśnie, co? jaki jest cel tkwienia w dawnym soundzie, jeśli nie nadąża on za gejzerami muzycznej kreatywności Bomb Squadu z lat 88-90? po co przywoływać duchy wojowniczego PE, jeśli sędziwy Chuck D zamierza skrzyczeć młodych ludzi za to, że dziś mają internet? "What You Gonna Do When the Grid Goes Down?" sprzedaje nam symbol, charakterystyczne logo z celowniczkiem i zgrzyt breakbeatów, ale nie sprzedaje nam tak naprawdę niczego prawdziwie namacalnego

DON'T BELIEVE THE HYPE (musiałem)
25 wrz 2020, 17:26
author singer, dancer exotic olive oil taster okazuje się, że mogę być tak naprawdę delfinem, gdyż najnowsza muzyczna propozycja od Actiona Bronsona SIADŁA mi bardziej niż którykolwiek z jego projektów na przestrzeni iluś lat - a zaznaczę, że raczej należę do fanów bardzo zadowolonych z zeszłorocznej epki z Alchemistem tymczasem "Only For Dolphins" to totalne antypody dla nakręconego boom-bapową energią, pełnego stanowczo rzucanych linijek "Lamb Over Rice". na "Delfinkach" Bam Bam jest zblazowany jak nigdy, nihilistyczny jak nigdy. wciąż tkwi w swoim surrealistycznym, nasączonym psychodelikami świecie terenowych aut, strongmenów i egzotycznej szamki, ale mamy tu jednak coraz mniej comedy rapu dla comedy rapu, a coraz więcej subtelnego, dekadenckiego ego-tripu mającego zadatki na jazzową improwizację muzycznie Robert Makłowicz rap gry też tak jakby coraz odważniej dąży do szufladki jazz-rapu, gdyż nie licząc dwóch sympatycznych riddimów, bałkańskiej duży bijącej z "Mongolii" oraz cudownego, vaporwave'owego żartu w postaci "Splash", mamy tu ogromne pole do rozwoju w tymże właśnie kierunku. on już jest TAK blisko, by jego następny album został nagrany w towarzystwie live-bandu, w ciasnym nowojorskim klubie pachnącym produkowanymi przez Bronsona perfumami i bufetem serwującym albańskie przystawki a już tak bardziej prostolinijnie mówiąc: Harry Fraud, Muggs, Daringer, Alchemist i inni odwalili kawał dobrej roboty. jak i sam gospodarz, który nawet w trybie jazzującego bitnika nie odrzuca od siebie postawy wojownika godnej Mariusza "ale to by nic nie dało" Pudzianowskiego. z taką różnicą, że młody Baklawa byłby zawsze pierwszy w kulach, a nie drugi czy czwarty 🐬
author
singer, dancer
exotic olive oil taster

okazuje się, że mogę być tak naprawdę delfinem, gdyż najnowsza muzyczna propozycja od Actiona Bronsona SIADŁA mi bardziej niż którykolwiek z jego projektów na przestrzeni iluś lat - a zaznaczę, że raczej należę do fanów bardzo zadowolonych z zeszłorocznej epki z Alchemistem

tymczasem "Only For Dolphins" to totalne antypody dla nakręconego boom-bapową energią, pełnego stanowczo rzucanych linijek "Lamb Over Rice". na "Delfinkach" Bam Bam jest zblazowany jak nigdy, nihilistyczny jak nigdy. wciąż tkwi w swoim surrealistycznym, nasączonym psychodelikami świecie terenowych aut, strongmenów i egzotycznej szamki, ale mamy tu jednak coraz mniej comedy rapu dla comedy rapu, a coraz więcej subtelnego, dekadenckiego ego-tripu mającego zadatki na jazzową improwizację

muzycznie Robert Makłowicz rap gry też tak jakby coraz odważniej dąży do szufladki jazz-rapu, gdyż nie licząc dwóch sympatycznych riddimów, bałkańskiej duży bijącej z "Mongolii" oraz cudownego, vaporwave'owego żartu w postaci "Splash", mamy tu ogromne pole do rozwoju w tymże właśnie kierunku. on już jest TAK blisko, by jego następny album został nagrany w towarzystwie live-bandu, w ciasnym nowojorskim klubie pachnącym produkowanymi przez Bronsona perfumami i bufetem serwującym albańskie przystawki

a już tak bardziej prostolinijnie mówiąc: Harry Fraud, Muggs, Daringer, Alchemist i inni odwalili kawał dobrej roboty. jak i sam gospodarz, który nawet w trybie jazzującego bitnika nie odrzuca od siebie postawy wojownika godnej Mariusza "ale to by nic nie dało" Pudzianowskiego. z taką różnicą, że młody Baklawa byłby zawsze pierwszy w kulach, a nie drugi czy czwarty

🐬
26 wrz 2020, 10:31
La Flame szarżuje jak potłuczony po swoje miejsce w amerykańskiej popkulturze jadąc z Air Jordanem do McDrive'a po zestaw z własną kanapką. pozostając przy samej muzyce już tak - na szczęście lub nie - nie próbuje przeskoczyć tego rekina. ozdobione okładką George'a Condo (też na grubo) "Franchise" to takie "Sicko Mode" z wyciętym pierwszym i trzecim aktem, ale z pozostawionym "mięskiem" - komplementarnym, goth-trapowym bangerem, z organicznie jak nigdy wplecionymi partiami Young Thuga niezręcznie tylko wypadają momenty z Mayą. pan Scott zawsze słynął z wyciskania maksimum z minimalnych występów gościnnych na swoich płytach. tutaj udział M.I.A. rodzi więcej pytań niż odpowiedzi i kompletnie nie dziwię się, że mniej ogarniający '00s słuchacz bardziej zainteresował się kwiecistym kostiumem artystki, niż kulturalnym ciągiem przyczynowo-skutkowym, który doprowadził w 2020 do zarejestrowania takiego featuringu mimo wszystko to całkiem udany i zachęcający do ponownych odsłuchów singiel i nie obrażę się jeśli na "Utopii" będzie więcej takich regulatorów zbyt wysokiego poziomu prog-rapowych ambicji rapera
La Flame szarżuje jak potłuczony po swoje miejsce w amerykańskiej popkulturze jadąc z Air Jordanem do McDrive'a po zestaw z własną kanapką. pozostając przy samej muzyce już tak - na szczęście lub nie - nie próbuje przeskoczyć tego rekina. ozdobione okładką George'a Condo (też na grubo) "Franchise" to takie "Sicko Mode" z wyciętym pierwszym i trzecim aktem, ale z pozostawionym "mięskiem" - komplementarnym, goth-trapowym bangerem, z organicznie jak nigdy wplecionymi partiami Young Thuga

niezręcznie tylko wypadają momenty z Mayą. pan Scott zawsze słynął z wyciskania maksimum z minimalnych występów gościnnych na swoich płytach. tutaj udział M.I.A. rodzi więcej pytań niż odpowiedzi i kompletnie nie dziwię się, że mniej ogarniający '00s słuchacz bardziej zainteresował się kwiecistym kostiumem artystki, niż kulturalnym ciągiem przyczynowo-skutkowym, który doprowadził w 2020 do zarejestrowania takiego featuringu

mimo wszystko to całkiem udany i zachęcający do ponownych odsłuchów singiel i nie obrażę się jeśli na "Utopii" będzie więcej takich regulatorów zbyt wysokiego poziomu prog-rapowych ambicji rapera
27 wrz 2020, 16:53
Fergenstein nawet już nie próbuje udawać, że istnieje dla niego coś takiego jak tryb albumowy - i dobrze, bo konstruowanie albumów nie jest i nigdy nie było niczyim obowiązkiem. jego naturalnym środowiskiem jest niezwalniający tempa i nieszczędzący zapału ciąg bezlitosnych bangerów (najlepiej w konfiguracjach Ferg vs ktoś-tam) będących pretekstem do flexowania najbardziej sprężystego flow powyżej Linii Masona-Dixona z kolorową czupryną Rodmana, make-upem Mansona (zaskakująco nieżenujące collabo), wsparciem tegorocznych Freshmenów XXL i mafijkową szantą na ustach - produktywny Nowojorczyk idzie po swoje. nie przejmuje się ani sapiącymi o uwagę trzeciorzędnymi nołnejmami z A$AP Mobu, ani CANCELUJĄCYMI go toksycznymi fankami Nicki
Fergenstein nawet już nie próbuje udawać, że istnieje dla niego coś takiego jak tryb albumowy - i dobrze, bo konstruowanie albumów nie jest i nigdy nie było niczyim obowiązkiem. jego naturalnym środowiskiem jest niezwalniający tempa i nieszczędzący zapału ciąg bezlitosnych bangerów (najlepiej w konfiguracjach Ferg vs ktoś-tam) będących pretekstem do flexowania najbardziej sprężystego flow powyżej Linii Masona-Dixona

z kolorową czupryną Rodmana, make-upem Mansona (zaskakująco nieżenujące collabo), wsparciem tegorocznych Freshmenów XXL i mafijkową szantą na ustach - produktywny Nowojorczyk idzie po swoje. nie przejmuje się ani sapiącymi o uwagę trzeciorzędnymi nołnejmami z A$AP Mobu, ani CANCELUJĄCYMI go toksycznymi fankami Nicki
28 wrz 2020, 18:12
jeżeli to kolejny fałszywy alarm to doniosę na policję za publiczne znęcanie się nad SZRP
jeżeli to kolejny fałszywy alarm to doniosę na policję za publiczne znęcanie się nad SZRP
29 wrz 2020, 06:50
ostatni singiel clipping. sprawił, że w weekend zrobiłem sobie maraton trzech pierwszych odsłon kultowej serii Wesa Cravena. czy warto było - nie odpowiem. ale wierzę, że jest to jakiś dowód na skuteczność Daveeda Diggsa i jego zespołu w oddawaniu hołdów zakrwawionym kartom amerykańskiej popkultury

całe "Visions of Bodies Being Burned" podobno wyciekło na miesiąc przed premierą, ale ten kto sięgnie po marny leak (zamiast poczekać na zgrzyty i trzaski w HQ) ten TROMBA i zginąłby pierwszy w jakimkolwiek slasherze
Zaktualizowano 29 wrz 2020, 19:46
29 wrz 2020, 19:46
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
tydzień temu cieszyliśmy się mocnym rozkładem jazdy premier na piątek. tymczasem na ten co teraz będzie: "Savage Mode 2" potwierdzone, YG potwierdzony, Westside Gunn debiutujący w Shady (z piękną tracklistą) potwierdzony. a i jeszcze Denzel Curry coś nam teasuje - znając jego to mamy prawo nakręcić się na coś więcej niż singielek
30 wrz 2020, 09:24
FUN FACT związany z jutrzejszą premierą "Savage Mode 2". okładka albumu nie jest tylko zwyczajnym POZDRO DLA KUMATYCH, bezosobowym hołdem dla pięknych inaczej okładkowych tradycji z przełomu lat '90s i '00s. Metro potwierdził na Twitterze, że legendarne studio Pen & Pixel dosłownie powróciło z kilkunastoletniej emerytury by stworzyć specjalnie dla nich ten jeszcze jeden cover poniżej najbardziej ikoniczna okładka studia, bo czemu nie
FUN FACT związany z jutrzejszą premierą "Savage Mode 2". okładka albumu nie jest tylko zwyczajnym POZDRO DLA KUMATYCH, bezosobowym hołdem dla pięknych inaczej okładkowych tradycji z przełomu lat '90s i '00s. Metro potwierdził na Twitterze, że legendarne studio Pen & Pixel dosłownie powróciło z kilkunastoletniej emerytury by stworzyć specjalnie dla nich ten jeszcze jeden cover

poniżej najbardziej ikoniczna okładka studia, bo czemu nie
1 paź 2020, 21:11
wrażenia z "Savage Mode II" i "WHO MADE THE SUNSHINE" opiszę jakoś w sobotę/niedzielę, tymczasem życzę miłego weekendu i PATRZCIE JAKI BANGER. Megan w Krainie Czarów z Thuggerem Nożycorękim dosłownie pokazują, że bardzo lubią filmy Burtona i metaforycznie tańczą na grobie, w którym ceremonialnie pochowana została kariera Tory'ego Laneza
Zaktualizowano 2 paź 2020, 10:56
2 paź 2020, 10:56
przed premierą "Savage Mode II" miałem dość sensowne obawy, że zarówno 21 Savage jak i Metro Boomin zbyt rozwinęli się przez ostatnie cztery lata, by nagrać taki prawdziwie wiarygodny sequel niezapomnianej epki. moim wyidealizowanym pomysłem na sequel byłoby ponowne zatopienie się duetu w odmęcie znanej z "jedynki" apatycznej niedoskonałości, w tonach rezonujących z mamrotem gdzieś w ciemnej uliczce Atlanty - gdzie nie zaprowadziłby was żaden posiadający rozum i godność człowieka przewodnik. antyprzebojowość, antyestablishment, nihilizm totalny - jakkolwiek by tego nie nazywać - na "Bestialskim Trybie 2" uświadczycie takich wrażeń jedynie sporadycznie jak już sobie w głowie wyjaśnimy to powyższe, odetniemy pępowinę oczekiwań, zapomnimy (chociaż na chwilkę) o istnieniu EP z 2016 to zauważymy jak samodzielnie charyzmatycznym, zawadiackim i epickim projektem jest "Savage Mode II". album na swój własny sposób tłumaczy origin swojego tytułu, buduje wokół niego nową mitologię. a jeśli sami sobie tego wszystkiego w głowie nie skleicie, to macie od tego pana Morgana Freemana, który - zgodnie z postawioną kiedyś w "South Parku" tezą - jak nikt inny na świecie potrafi TŁUMACZYĆ RZECZY. zresztą nawet bez gustownie podniosłej narracji aktora filmowość albumu bije po oczach i uszach, a Metro może pochwalić się pierwszym w swojej karierze tak autorsko wyreżyserowanym dziełem. no chyba że policzymy "DS2", wtedy można się zastanowić... chociaż brakuje mi tutaj radykalnego minimalizmu "No Heart" czy dyskretnej sub-melodyki "Real N****" (cholera, miałem nie wspominać "SM1"), to pan Leland Wayne wciąż nie stracił iskry, która regularnie od kilku lat wynosiła go do producenckiego STARDOMU. kontrastowanie łupiących synthów z ultra-słodkim głosem Diany Ross ("Runnin'"), zreversowane i wysoko przetworzone r&b ("Mr. Right Now"), odlot w kompletnie staroszkolną Atlantę taktowaną nieśmiertelnym cowbellem ("Rich N**** S***") albo w jeszcze większy ejtisowy oldkul w kluczu Eazy'ego-E, Kool Moe Dee czy innego Whodini ("Steppin on N*****", jejku ile ja muszę tych tytułów tutaj cenzurować). znakiem rozpoznawczym, oprócz kultowych tagów pozostaje to wiecznie "metroboominowe" teksturowanie melodii barwami kojarzącymi się dobrze ze zbliżającym się halloweenowym sezonem, co najbardziej daje po wyobraźni w przypadku ekstremalnie carpenterowego "Many Men" nie sposób też nie docenić samego Savage'a, który już na poprzedniej płycie wywiązał się z deklaracji o "byciu lepszym niż wcześniej" i stał się jednym z najbardziej oryginalnie surowych, ale i zabawnych emcees, jacy kiedykolwiek osiedlili się w spektrum trapowej stylistyki. na "SM2" wyciska na suchy wiór swoje wokalne możliwości, serwuje szeroką paletę flow, podśpiewuje w dwugłosie z Drake'iem (który wpadł na zwrotkę, by pochwalić się chodzeniem w 2008 roku z nieletnią wówczas SZą, YOU KNOW, JUST DRAKE BEING DRAKE), mrozi krew w żyłach upiornym refrenem w "Slidin'", wykonuje odwet na śmieszkach śmieszkujących z jego brytyjskiego pochodzenia i okazyjnie wciąż potrafi zajebiście poprawić humorek zabawną linijką ("I did a 69 with hеr friend, I'm prayin' to God she don't tell on mе") czy wręcz całą serią linijek jak w końcówce "Brand New Draco". jedyne czego mi tutaj zabrakło to kontynuacji running gagu z wersem o stanie posiadanych garaży jestem chyba jednak UKONTENTOWANY, że "Savage Mode II" to wcale nie jest tak prawdę "Savage Mode II". tytuł to jedynie gimmick, za pomocą którego Sir Savage i Młody Metro przyciągnęli nas do siebie i pokazali co tam u nich w 2020. "no hej, u nas naprawdę dobrze, studio Pen & Pixel specjalnie dla nas reaktywowało się by zrobić pierwszy od kilkunastu lat cover, pan Wielki Aktor dograł nam potężne skity, a nasz projekt to na luzaku najlepszy trapowy album roku". no i spoko! "at least a snitch is human, but a rat is a f*****' rat, period" - Morgan Freeman, 2020
przed premierą "Savage Mode II" miałem dość sensowne obawy, że zarówno 21 Savage jak i Metro Boomin zbyt rozwinęli się przez ostatnie cztery lata, by nagrać taki prawdziwie wiarygodny sequel niezapomnianej epki. moim wyidealizowanym pomysłem na sequel byłoby ponowne zatopienie się duetu w odmęcie znanej z "jedynki" apatycznej niedoskonałości, w tonach rezonujących z mamrotem gdzieś w ciemnej uliczce Atlanty - gdzie nie zaprowadziłby was żaden posiadający rozum i godność człowieka przewodnik. antyprzebojowość, antyestablishment, nihilizm totalny - jakkolwiek by tego nie nazywać - na "Bestialskim Trybie 2" uświadczycie takich wrażeń jedynie sporadycznie

jak już sobie w głowie wyjaśnimy to powyższe, odetniemy pępowinę oczekiwań, zapomnimy (chociaż na chwilkę) o istnieniu EP z 2016 to zauważymy jak samodzielnie charyzmatycznym, zawadiackim i epickim projektem jest "Savage Mode II". album na swój własny sposób tłumaczy origin swojego tytułu, buduje wokół niego nową mitologię. a jeśli sami sobie tego wszystkiego w głowie nie skleicie, to macie od tego pana Morgana Freemana, który - zgodnie z postawioną kiedyś w "South Parku" tezą - jak nikt inny na świecie potrafi TŁUMACZYĆ RZECZY. zresztą nawet bez gustownie podniosłej narracji aktora filmowość albumu bije po oczach i uszach, a Metro może pochwalić się pierwszym w swojej karierze tak autorsko wyreżyserowanym dziełem. no chyba że policzymy "DS2", wtedy można się zastanowić...

chociaż brakuje mi tutaj radykalnego minimalizmu "No Heart" czy dyskretnej sub-melodyki "Real N****" (cholera, miałem nie wspominać "SM1"), to pan Leland Wayne wciąż nie stracił iskry, która regularnie od kilku lat wynosiła go do producenckiego STARDOMU. kontrastowanie łupiących synthów z ultra-słodkim głosem Diany Ross ("Runnin'"), zreversowane i wysoko przetworzone r&b ("Mr. Right Now"), odlot w kompletnie staroszkolną Atlantę taktowaną nieśmiertelnym cowbellem ("Rich N**** S***") albo w jeszcze większy ejtisowy oldkul w kluczu Eazy'ego-E, Kool Moe Dee czy innego Whodini ("Steppin on N*****", jejku ile ja muszę tych tytułów tutaj cenzurować). znakiem rozpoznawczym, oprócz kultowych tagów pozostaje to wiecznie "metroboominowe" teksturowanie melodii barwami kojarzącymi się dobrze ze zbliżającym się halloweenowym sezonem, co najbardziej daje po wyobraźni w przypadku ekstremalnie carpenterowego "Many Men"

nie sposób też nie docenić samego Savage'a, który już na poprzedniej płycie wywiązał się z deklaracji o "byciu lepszym niż wcześniej" i stał się jednym z najbardziej oryginalnie surowych, ale i zabawnych emcees, jacy kiedykolwiek osiedlili się w spektrum trapowej stylistyki. na "SM2" wyciska na suchy wiór swoje wokalne możliwości, serwuje szeroką paletę flow, podśpiewuje w dwugłosie z Drake'iem (który wpadł na zwrotkę, by pochwalić się chodzeniem w 2008 roku z nieletnią wówczas SZą, YOU KNOW, JUST DRAKE BEING DRAKE), mrozi krew w żyłach upiornym refrenem w "Slidin'", wykonuje odwet na śmieszkach śmieszkujących z jego brytyjskiego pochodzenia i okazyjnie wciąż potrafi zajebiście poprawić humorek zabawną linijką ("I did a 69 with hеr friend, I'm prayin' to God she don't tell on mе") czy wręcz całą serią linijek jak w końcówce "Brand New Draco". jedyne czego mi tutaj zabrakło to kontynuacji running gagu z wersem o stanie posiadanych garaży

jestem chyba jednak UKONTENTOWANY, że "Savage Mode II" to wcale nie jest tak prawdę "Savage Mode II". tytuł to jedynie gimmick, za pomocą którego Sir Savage i Młody Metro przyciągnęli nas do siebie i pokazali co tam u nich w 2020. "no hej, u nas naprawdę dobrze, studio Pen & Pixel specjalnie dla nas reaktywowało się by zrobić pierwszy od kilkunastu lat cover, pan Wielki Aktor dograł nam potężne skity, a nasz projekt to na luzaku najlepszy trapowy album roku". no i spoko!

"at least a snitch is human, but a rat is a f*****' rat, period"
- Morgan Freeman, 2020
3 paź 2020, 17:57
to mógł być kolejny bardzo spoko mixtape. to mógł być kolejny solidny indie album, który porównywałbym z wydanym pół roku temu "Pray for Paris" i okoliczności przemawiałyby raczej na korzyść tego poprzedniego. ale jest to major official big label mainstream Shady Records wydawnictwo i mam wątpliwości. a miałbym jeszcze więcej, gdybym tak prawdziwie wierzył, że Westside Gunn szykował na tę okazję coś wyjątkowego, że odkładał od dwóch lat piosenki pod ten rzekomo najważniejszy w jego karierze projekt może zabrzmi to okrutnie, ale "WHO MADE THE SUNSHINE" całkiem sprawnie godzi mnie z myślą o bardzo prawdopodobnym przejściu Flygoda na emeryturę. zakładając, że przejdzie będąc na niej do roli takiego hiphopowego kuratora, który ograniczy swoją rolę od zrzeszania skumanych ze sobą artystycznie wykonawców, okazyjnego rzucania adlibów i swych nosowych refrenów, bycia niemalże takim indie-Khaledem, to I'M FINE WITH THAT. bo na swojej nowej płycie w zasadzie w takiej właśnie roli sprawdza się najwyborniej. i raczej głównie w niej. bo poza w miarę zgrabnym storytellingiem u boku ojca chrzestnego storytellingu, poza przyzwoitymi występami w trackach z bratem i kuzynem, zwyczajnie niewiele z jego zwrotek zapamiętałem no dobra, jedną zapamiętałem bardzo dobrze, ale wyłącznie ze złych powodów. w "Liv Loves Luger" nie dość, że w ogóle nie brzmi jak gospodarz na swoim własnym albumie (traczek powinien zdecydowanie trafić w łapki Armani Caesar) to ten jego spermiarski bełkot był chyba najtrudniejszym dla nie do przesłuchania rapowym momentem 2020 roku. a uwierzcie, słyszałem z trzy piosenki Toma MacDonalda i to jest... nie no dobra, nic nie jest aż tak obrzydliwie żenujące jak Tom MacDonald mam też jednak pewien problem z bitami na płycie. o ile wkład każdego twórcy nienazywającego się Daringer albo Beat Butcha uznaję raczej za satysfakcjonujący, to jeśli chodzi o nadwornych klepaczy podkładów Griselda Records odpowiadających za lwią część produkcji - coś tu jest nie tak, odnoszę wrażenie, że gdzieś tak od czasów "WWCD" okopali się w tym swoim SAMPLE-FREE obozie i od tamtej pory brzmią jakby składali muzykę na jakimś Hip Hop E-Jay 4.0 z jedną wgraną paczką oLdSkUlOwYcH dŹwIęKóW i o ile do tej jakoś dało się taki stan rzeczy akceptować, tak tym razem zrobiło się mi duszno i nieznośnie od tej klockowatości a wystarczyłoby dać więcej miejsca na płycie np nieobecnemu tutaj Jayowi Versace. albo Conducta Williamsowi, który stworzył tło do mojego ulubionego utworu na płycie. ponad ośmiominutowy posse-cut pełen takich kotów jak Stove God Cooks, Estee Nack i Flee Lord w ogóle się nie dłuży dzięki fascynującemu i diabelnie niekonwencjonalnemu bitowi, będącego chyba najbardziej OUT OF LEFT FIELD pomysłem jaki od dawna znalazł swoje miejsce na jakimkolwiek tracku Griseldy. chciałoby się również więcej takich gwiazd jak tego przepięknie wieńczącego krążek Just Blaze'a. ale to marzenia ściętej głowy, skoro - tak jak przypuszczam - tak ryzykownego komercyjnie projektu jak ten Eminem raczej szczodrze hajsem obsypywać nie zamierza ale przynajmniej tym razem gościnnej zwrotki nie dograł. i tym pozytywnym akcentem...
to mógł być kolejny bardzo spoko mixtape. to mógł być kolejny solidny indie album, który porównywałbym z wydanym pół roku temu "Pray for Paris" i okoliczności przemawiałyby raczej na korzyść tego poprzedniego. ale jest to major official big label mainstream Shady Records wydawnictwo i mam wątpliwości. a miałbym jeszcze więcej, gdybym tak prawdziwie wierzył, że Westside Gunn szykował na tę okazję coś wyjątkowego, że odkładał od dwóch lat piosenki pod ten rzekomo najważniejszy w jego karierze projekt

może zabrzmi to okrutnie, ale "WHO MADE THE SUNSHINE" całkiem sprawnie godzi mnie z myślą o bardzo prawdopodobnym przejściu Flygoda na emeryturę. zakładając, że przejdzie będąc na niej do roli takiego hiphopowego kuratora, który ograniczy swoją rolę od zrzeszania skumanych ze sobą artystycznie wykonawców, okazyjnego rzucania adlibów i swych nosowych refrenów, bycia niemalże takim indie-Khaledem, to I'M FINE WITH THAT. bo na swojej nowej płycie w zasadzie w takiej właśnie roli sprawdza się najwyborniej. i raczej głównie w niej. bo poza w miarę zgrabnym storytellingiem u boku ojca chrzestnego storytellingu, poza przyzwoitymi występami w trackach z bratem i kuzynem, zwyczajnie niewiele z jego zwrotek zapamiętałem

no dobra, jedną zapamiętałem bardzo dobrze, ale wyłącznie ze złych powodów. w "Liv Loves Luger" nie dość, że w ogóle nie brzmi jak gospodarz na swoim własnym albumie (traczek powinien zdecydowanie trafić w łapki Armani Caesar) to ten jego spermiarski bełkot był chyba najtrudniejszym dla nie do przesłuchania rapowym momentem 2020 roku. a uwierzcie, słyszałem z trzy piosenki Toma MacDonalda i to jest... nie no dobra, nic nie jest aż tak obrzydliwie żenujące jak Tom MacDonald

mam też jednak pewien problem z bitami na płycie. o ile wkład każdego twórcy nienazywającego się Daringer albo Beat Butcha uznaję raczej za satysfakcjonujący, to jeśli chodzi o nadwornych klepaczy podkładów Griselda Records odpowiadających za lwią część produkcji - coś tu jest nie tak, odnoszę wrażenie, że gdzieś tak od czasów "WWCD" okopali się w tym swoim SAMPLE-FREE obozie i od tamtej pory brzmią jakby składali muzykę na jakimś Hip Hop E-Jay 4.0 z jedną wgraną paczką oLdSkUlOwYcH dŹwIęKóW i o ile do tej jakoś dało się taki stan rzeczy akceptować, tak tym razem zrobiło się mi duszno i nieznośnie od tej klockowatości

a wystarczyłoby dać więcej miejsca na płycie np nieobecnemu tutaj Jayowi Versace. albo Conducta Williamsowi, który stworzył tło do mojego ulubionego utworu na płycie. ponad ośmiominutowy posse-cut pełen takich kotów jak Stove God Cooks, Estee Nack i Flee Lord w ogóle się nie dłuży dzięki fascynującemu i diabelnie niekonwencjonalnemu bitowi, będącego chyba najbardziej OUT OF LEFT FIELD pomysłem jaki od dawna znalazł swoje miejsce na jakimkolwiek tracku Griseldy. chciałoby się również więcej takich gwiazd jak tego przepięknie wieńczącego krążek Just Blaze'a. ale to marzenia ściętej głowy, skoro - tak jak przypuszczam - tak ryzykownego komercyjnie projektu jak ten Eminem raczej szczodrze hajsem obsypywać nie zamierza

ale przynajmniej tym razem gościnnej zwrotki nie dograł. i tym pozytywnym akcentem...
4 paź 2020, 11:12
jak tam moi mili? poszukiwanko linków w sieci jakbyśmy żyli w jakimś 2008 roku? czy nie wypada w tych czasach, THAT'S ILLEGAL, MAN, a jak czegoś nie ma na Spoti to nie istnieje?
jak tam moi mili? poszukiwanko linków w sieci jakbyśmy żyli w jakimś 2008 roku? czy nie wypada w tych czasach, THAT'S ILLEGAL, MAN, a jak czegoś nie ma na Spoti to nie istnieje?
4 paź 2020, 18:50
lecimy dalej na fali, a co

nowy album Sir Savage'a spotkał się z fantastycznym przyjęciem i niezmiernie mnie to cieszy - daleko mi do zachowania ludzi płaczących, gdy ich lubiany LECZ względnie niedoceniany przez świat muzyk nagle staje się too mainstream. o epce z 2016 powiedziano wiele, stała się nawet jakimś takim symbolem współczesnego hip hopu, który musiał przynajmniej jakiś kawąłek czasu w uchu słuchacza dojrzeć by zatrybić BIG TIME. "I Am > I Was" wywiązało się nieźle ze swojego tytułu, a ja tymi małymi krokami zmierzam do wniosku, że "Issa Album" też zasługuje na trochę miłości

faktycznie, parę elementów nie bez powodu położyło INICJALNY, ale i późniejszy odbiór debiutanckiego longplaya - radykalny brak gości (nie licząc ad libów Bae), raczej niekorzystna długość, wbijające się między wódkę a zakąskę niezależne od obranego kierunku momenty - tak jak track na produkcji Mustarda. ale przyrzekam, gdyby zrobić ostrą selekcję tych urodziwszych klimatycznie tracków (i nieprzypadkowo produced by Young Metro) dostalibyśmy trochę gorszy, ale mimo wszystko wierny swej oryginalnej, nihilistycznej koncepcji sequel "Savage Mode"

I MEAN, włączcie sobie choćby to "7 Min Freestyle", być może najbardziej radyklany trip w świat 21'a, jaki został kiedykolwiek nagrany. odurzający w swojej prostolinijności, antyliryczny, antyartykulacyjny i w ogóle anty-wszystko odlot, trwający zdecydowanie dłużej niż powinien, popadający w schematy bardziej niż powinien, z chorą satysfakcją śmiejący się w twarz wszystkim turbo-lirycznym raperom, którzy przychodzą na audycje radiowe ze swoimi wcale-nie-napisanymi-wcześniej stylami wolnymi. absurd totalny, kocham i jak tak przypomniałem dziś sobie o tym siedmio-minutowcu, to nie mogę się od niego oderwać
Zaktualizowano 5 paź 2020, 18:56
5 paź 2020, 18:56
gdybym zapytał was o najważniejszego rapowego producenta tego roku, to pewnie obyłoby się bez większych kontrowersji i komisyjnie wręczylibyśmy złotą statuetkę Alchemikowi. a gdyby dodatkowo istniała jeszcze perspektywa wręczenia komuś srebrnego medalu na pocieszenie, prawdopodobnie - a przynajmniej MOIM SKROMNYM ZDANIEM - dostałby go niemniej płodny ostatnio Harry Fraud album z Larrym June'em (kolejna PROLIFIC postać, wyrazy uznania dla kogoś kto byłby w stanie rozpoznać każdy jego album po tych niemal identycznych, emanujących miłością do motoryzacji coverach) to jego piąty w całości wyprodukowany projekt w 2020 - i nie skłamię gdy powiem, że po raz piąty jest głównym bohaterem w samym centrum wydarzeń. ponownie tworzy muzyczne kino drogi i tak jak pięknie wraz z Curren$ym uciekało się w dzicz przed służbami mundurowymi, tak tutaj leniwie krążymy sobie po szosach Bay Area bez żadnego celu poważniejszego niż łapanie promieni zachodzącego w wodach Pacyfiku Słońca. niekonfliktowa, zaraźliwa ejtiso-filia i bezkresna wiara w magię dobrego loopa a Larry na "Keep Going" jest... obecny. i spoko, że jest obecny. jako uprzejmy, nienarzucający się i potrafiący współuczestniczyć w doświadczaniu chwili towarzysz podróży zdaje egzamin z wyróżnieniem. nie pamiętam jak się nazywa jakakolwiek z tych apek co ludzie się zgadują na wspólną przewózkę, ale dawałbym mu tam gwiazdki jak poje*any
gdybym zapytał was o najważniejszego rapowego producenta tego roku, to pewnie obyłoby się bez większych kontrowersji i komisyjnie wręczylibyśmy złotą statuetkę Alchemikowi. a gdyby dodatkowo istniała jeszcze perspektywa wręczenia komuś srebrnego medalu na pocieszenie, prawdopodobnie - a przynajmniej MOIM SKROMNYM ZDANIEM - dostałby go niemniej płodny ostatnio Harry Fraud

album z Larrym June'em (kolejna PROLIFIC postać, wyrazy uznania dla kogoś kto byłby w stanie rozpoznać każdy jego album po tych niemal identycznych, emanujących miłością do motoryzacji coverach) to jego piąty w całości wyprodukowany projekt w 2020 - i nie skłamię gdy powiem, że po raz piąty jest głównym bohaterem w samym centrum wydarzeń. ponownie tworzy muzyczne kino drogi i tak jak pięknie wraz z Curren$ym uciekało się w dzicz przed służbami mundurowymi, tak tutaj leniwie krążymy sobie po szosach Bay Area bez żadnego celu poważniejszego niż łapanie promieni zachodzącego w wodach Pacyfiku Słońca. niekonfliktowa, zaraźliwa ejtiso-filia i bezkresna wiara w magię dobrego loopa

a Larry na "Keep Going" jest... obecny. i spoko, że jest obecny. jako uprzejmy, nienarzucający się i potrafiący współuczestniczyć w doświadczaniu chwili towarzysz podróży zdaje egzamin z wyróżnieniem. nie pamiętam jak się nazywa jakakolwiek z tych apek co ludzie się zgadują na wspólną przewózkę, ale dawałbym mu tam gwiazdki jak poje*any
7 paź 2020, 18:33
testowanie nowej funkcji wyszukiwania piosenek po fragmencie tekstu na Spotify. najwyraźniej działa
testowanie nowej funkcji wyszukiwania piosenek po fragmencie tekstu na Spotify. najwyraźniej działa
8 paź 2020, 08:51
przy spadkowej tendencji prezentowanej na albumach rdzennych członków TDE (wracaliście w ogóle do ostatnich płyt Skulboja, Ab-Soula i Jay Rocka?), przy wypływających gdzieniegdzie ploteczkach o Kendricku uciekającym z okrętu można odnieść wrażenie, że wytwórnia NAPRAWDĘ potrzebuje nowego frontmana. charyzmatycznego emcee który poprowadzi tę niegdyś stuprocentowo niezawodną markę w nową dekadę. Reason na swoim debiutanckim (słowa Wikipedii, jak coś) albumie udowadnia że takim właśnie raperem NIE jest. jest za to całkiem samoświadomym i mimo wszystko satysfakcjonującym amalgamatem, zlepkiem znanych nam dobrze pomysłów na hip hop, który zabiera nas tak gdzieś do 2013-2014 roku, kiedy to w głowie kłębiły mi się fantazje o rosnącym wzdłuż i wszerz, TAK JAK LUDZKI WZROK SIĘGA, imperium Top Dawg Entertainment i tak - na płycie zdarzają się momenty, gdy czuję się jakbym słuchał wyciętego z kartonu Kendricka Lamara z doczepionymi częściami Isaiah Rashada, a raper kiedy próbuje pokazać się ze strony głodnej mikrofonu bestii i lirycznego ekhibicjonisty, to efekt potrafi odwrotny do zamierzonego. jednak pogodzenie się z pewnymi z tych założeń (i odgórne wyłączenie trybu malkontenta) potrafi zaowocować przyjemnymi chwilami z całkiem zgrabnie napisanymi traczkami wpadającymi do głowy, jeden po drugim na pewno pamiętać będę uliczną energię "Stories i Forgot". na pewno pamiętać będę duet z Rapsody na podkładzie wciąż potrafiącego wkręcić się tu i tam Symbolyc One'a (choć tutaj nie ukrywam, że to raperka pozjadała temat, "And band together with some n****s who got triggers for the clan /// I'm from the South, I know that guns don't make you any more a man", DAMN). na pewno nie wypadnie mi z pamięci "Fall" przestrzegające młodych artystów przed pokusami i mroczną stroną wejścia w wielki muzyczny biznes (ta dosadna i na-granicy puenta z Millerem, BRRR). uroczy również jest track z Zayem i J.I.D.'em, gdzie trójka względnych newcomerów żali się i chwali byciem ulepionym z trochę innej gliny niż większość świeżaków na scenie wszystko naturalnie w akompaniamencie bitów takich, jakich chciałoby mi się bez przerwy słuchać te dekadę temu i z odbijającym się po studiu echem rapujących gościnnie kolegów z TDE. "New Beginnings" nie oferuje wiele, ale też nie oferuje nam mało, nie słuchało mi się tak dobrze niczego z tym charakterystycznym trójliterowym logo od... nie wiem, pewnie od ścieżki dźwiękowej do filmu o Panterze ps. czytam sobie komentarze na reddicie jakieś i 80% z nich to ekscytacja związana z powstaniem "Extinct", udziałem w nim Isaiah Rashada i w ogóle zwrotką Isaiah Rashada. czy ja coś przegapiłem, jakiś moment w którym Irasiad stał się AŻ tak wielką postacią w oczach szeroko pojętego odbiorcy?
przy spadkowej tendencji prezentowanej na albumach rdzennych członków TDE (wracaliście w ogóle do ostatnich płyt Skulboja, Ab-Soula i Jay Rocka?), przy wypływających gdzieniegdzie ploteczkach o Kendricku uciekającym z okrętu można odnieść wrażenie, że wytwórnia NAPRAWDĘ potrzebuje nowego frontmana. charyzmatycznego emcee który poprowadzi tę niegdyś stuprocentowo niezawodną markę w nową dekadę. Reason na swoim debiutanckim (słowa Wikipedii, jak coś) albumie udowadnia że takim właśnie raperem NIE jest. jest za to całkiem samoświadomym i mimo wszystko satysfakcjonującym amalgamatem, zlepkiem znanych nam dobrze pomysłów na hip hop, który zabiera nas tak gdzieś do 2013-2014 roku, kiedy to w głowie kłębiły mi się fantazje o rosnącym wzdłuż i wszerz, TAK JAK LUDZKI WZROK SIĘGA, imperium Top Dawg Entertainment

i tak - na płycie zdarzają się momenty, gdy czuję się jakbym słuchał wyciętego z kartonu Kendricka Lamara z doczepionymi częściami Isaiah Rashada, a raper kiedy próbuje pokazać się ze strony głodnej mikrofonu bestii i lirycznego ekhibicjonisty, to efekt potrafi odwrotny do zamierzonego. jednak pogodzenie się z pewnymi z tych założeń (i odgórne wyłączenie trybu malkontenta) potrafi zaowocować przyjemnymi chwilami z całkiem zgrabnie napisanymi traczkami wpadającymi do głowy, jeden po drugim

na pewno pamiętać będę uliczną energię "Stories i Forgot". na pewno pamiętać będę duet z Rapsody na podkładzie wciąż potrafiącego wkręcić się tu i tam Symbolyc One'a (choć tutaj nie ukrywam, że to raperka pozjadała temat, "And band together with some n****s who got triggers for the clan /// I'm from the South, I know that guns don't make you any more a man", DAMN). na pewno nie wypadnie mi z pamięci "Fall" przestrzegające młodych artystów przed pokusami i mroczną stroną wejścia w wielki muzyczny biznes (ta dosadna i na-granicy puenta z Millerem, BRRR). uroczy również jest track z Zayem i J.I.D.'em, gdzie trójka względnych newcomerów żali się i chwali byciem ulepionym z trochę innej gliny niż większość świeżaków na scenie

wszystko naturalnie w akompaniamencie bitów takich, jakich chciałoby mi się bez przerwy słuchać te dekadę temu i z odbijającym się po studiu echem rapujących gościnnie kolegów z TDE. "New Beginnings" nie oferuje wiele, ale też nie oferuje nam mało, nie słuchało mi się tak dobrze niczego z tym charakterystycznym trójliterowym logo od... nie wiem, pewnie od ścieżki dźwiękowej do filmu o Panterze

ps. czytam sobie komentarze na reddicie jakieś i 80% z nich to ekscytacja związana z powstaniem "Extinct", udziałem w nim Isaiah Rashada i w ogóle zwrotką Isaiah Rashada. czy ja coś przegapiłem, jakiś moment w którym Irasiad stał się AŻ tak wielką postacią w oczach szeroko pojętego odbiorcy?
9 paź 2020, 17:08
może za sprawą zwyczajnego zbiegu okoliczności - a może i nie - 2020 rok stał się rokiem oficjalnej kanonizacji "Many Men" jako jednego z najważniejszych utworów rapowych tysiąclecia - jeśli nie obu tysiącleci

zaczęło się od Pop Smoke'a i jego drillerskiej interpretacji refrenu trzeciego singla z "Get Rich or Die Tryin'", notabene w utworze umieszonym na pośmiertnym albumie zredagowanym przez no przecież wiecie kogo. 21 Savage i Metro na "Savage Mode II" również wystawili swój ołtarzyk, składając hołd słowem i samplowanym czynem. wczoraj rzuciłem także uchem na nowy album Papoose'a, a tam niespełniony gwiazdor nowojorskiej sceny w jednym z utworów leci pod gęsto zaczerpnięty loop z "Many Men". i to pewnie najciekawsza rzecz związana z płytą, ale nie będę się już znęcał nad biedakiem

czy dobrze, że to właśnie ten singiel stał się takim zwięzłym podsumowaniem wkładu 50 Centa w kulturę i symbolicznie przerósł takie jego instant hity jak "In Da Club" i "Candy Shop"? zdecydowanie. nic lepiej nie spięło systemu artystycznych wartości Fifciaka. nic tak obrazowo nie zredagowało wydarzeń, które ukształtowały mit o kuloodpornym raperze, gotowym nie tylko wygrzebać się z najgorszego dołka, ale i stać się nakreślonym komiksową kreską nadludzkim bytem spędzającym sen z powiek swych niedoszłych oprawców. popkulturowym pomnikiem hiphopowego twardziela, który tym razem zacementował się w świadomości słuchacza na amen i nawet lata po tym jak Kanye w różowej polówce - technicznie rzecz biorąc - zburzył ten posąg, to wciąż wielu nie przyjmowało tego do świadomości

poza swym ideowym wymiarem, "Many Men" idealnie podsumowuje też samą muzykę Fifty'ego. bo jego zwrotki były surowe, proste, obdarte z pozorów budowania jakkolwiek ekstrawaganckiego flow, skupiające się na krzepkiej narracji i okazyjnych wykwitach niespodziewanej ulicznej poetyki. ale kogo to obchodziło przy tak monumentalnym, tak pamiętnym, tak wielkim refrenie przyklepującym rapera w roli autonomicznej maszynki do tworzenia hitów? maszynki która oczywiście posiadała przysłowiowe "dobre ucho do bitów" połączone z gwarantującym wiele technicznym zapleczem Shady/Aftermath. btw przypadek tej konkretnie piosenki potwierdza również legendarne "złe ucho do bitów" pewnego innego znanego emcee z NY. no bo wiecie kto miał oryginalnie nawijać pod ten podkład i zrezygnował? nie odpowiem, bo głęboko w duszach już słyszycie rozwiązanie zagadki

na całe to muzyczne LEGACY Fifty'ego budowane kilka lat (a z perspektywy czasu wydające się mignąć nam przed oczami w niecałe 5 minut) dziś strasznie łatwo patrzeć jak na gimnazjalną zajawkę, jak na bardzo-przejściowy etap w muzycznej edukacji - zwłaszcza gdy dziś próbuje się takie "Get Rich or Die Tryin'" (a co dopiero jakikolwiek późniejszy album!) przesłuchać od deski do deski. ale "Many Men" z chęcią zostawiam na półce jako dumną pamiątkę czasów późnej bling-ery, podobnie jak ci wszyscy młodzi wykonawcy z pasją follow-upujący origin story Fiddy'ego. jeśli się nie zgadzacie to spoko - ale lepiej LORD HAVE MERCY ON YOUR SOULS
Zaktualizowano 10 paź 2020, 19:36
10 paź 2020, 19:36
spotkanie na szczycie - Rapsody, Chika, (już nie YBN) Cordae i Busta Rhymes gościnnie w pierwszym od kilkunastu lat (!) solowym singlu Steviego Wondera. nie brakuje nam w tym roku okolicznościowych utworów z silnym politycznym ładunkiem emocjonalnym, ale dopiero w towarzystwie Steviego protest potrafi nabrać takiego rumieńca, tyle serducha i udzielać się we wszystkie strony swoją szczerą do bólu, ultra-pozytywną werwą

no i dobrze jest usłyszeć takiego Bustę - w przeddzień wcale nie zachęcającego na razie comebacku...
Zaktualizowano 13 paź 2020, 22:03
13 paź 2020, 22:03
hmmm... kilogramy wczesnej roc-a-fellowskiej energii do dyspozycji, tytuł ściśle nawiązujący do amerykańskiego systemu sądownictwa, pojawiający się w jednym z przerywników słynny miłośnik gangsterskiego kina znany jako Pain "OKAY I'M RELOADED" In Da Ass. Benny the Butcher nie mógł chyba w jeszcze bardziej oczywisty sposób powiedzieć nam: to jest moja chwila, to jest moje "Reasonable Doubt". po przesłuchaniu "Burden of Proof" najbardziej zawzięci fanatycy poprzednich nagrań Benka mogą trochę pokręcić nosami, bo jest tu zdecydowanie za mało brudu, surówki i ciężaru daringerowskiej perki. na to Benek - jakby był jeszcze odrobinę większym fanem Jaya-Z - mógłby zripostować cytatem " N***** want my old S***, then buy my old albums". i tak, pamiętam na której płycie ten tekst się pojawił tymczasem tutaj praktycznie wszystko się zgadza i trzyma się narzuconego planu. planu wbicia w mainstreamową scenografię - ale taką która została rozstawiona dla eastcoastowego świeżaka-zbawiciela gdzieś w latach circa 2006-2009, lecz niestety nie doczekała się aktora godnego na niej wystąpić (elo Papoose). pełen dumy i ambicji budowania "nowej ulicy" Rzeźnik leci w stuprocentowej zgodności z dotychczas budowanym profilem PUNCHLINERA-HUSTLERA. no dobra, może nie w stuprocentowej, bo pomimo co najmniej kilku garści pełnych dobrych linijek odnoszę wrażenie, że wystrzelał się z najostrzejszych punchy podczas freestyle'owych objazdów po stacjach radiowych. z drugiej strony mamy tu coraz więcej - zupełnie jak w przypadku ostatniej płyty Conwaya - refleksji na temat żyćka i rosnącego znaczenia budowanej przez siebie i kuzynów marki oczywiście głównym elementem wybijającym "Burden of Proof" z dotychczasowego rytmu rapera jest Hit-Boy. Hit-Boy, który lata bycia tym "rozchwytywanym" producentem ma daleko za sobą, a jego tegoroczna współpraca z Nasem raczej nie zjednoczyła słuchaczy w bezgranicznej miłości do "King's Disease". również psioczyłem, bo chociaż nie było źle, to jakoś brakowało wizji i tego by podkłady jakoś sprawnie pracowały w służbie słowom legendarnego pana Jonesa. no a tutaj - pomimo braku jakiejś nie wiadomo jakiej rewolty ze strony samego bitmejkera - czuć przysłowiową chemię, czuć logiczną więź między wersami a oprawą, nie stwierdzono żadnego FAKAPU i nawet przerabiany w hip hopie setki razy breakbeat z "Impeach the President" odkrywam na nowo, bo brzmi jak miliony baniek. fanfaryczne sample na dzień dobry w intrze, bombastyczna bengerologia w "Over the Limit", czy wreszcie zamierzenie UNDERPERFORMED "Legend" służące jako idealne wyciszenie pod ostateczny wniosek. tak jak mówię - wszystko tu działa. mogę iść spać będąc spokojnym, że każdy z świętej trójcy Griselda Records dostarczył w 2020 przynajmniej jeden album na miarę swoje talentu i na miarę swojej aktualnej pozycji na scenie osobny akapit na rozpływanie się nad utworem z gościnnym udziałem Freddiego Gibbsa. pomimo tego, że już sam (znaczy się z Alchemistem) nagrał jeden z ważniejszych albumów roku, to dalej leci jakby miał TYYYLE do udowodnienia. nie dość, że refren w "One Way Flight" jest po prostu doskonały ("PHONE SO BURNT, I NEED MY PAGER BACK"), to jeszcze ten meta-wybryk z udawanym zakończeniem piosenki po drugim hooku, wtem nagle "I SAID FUGG IT, WASN'T GONE TO DO A VERSE". tego się po prostu nie da cytować bez włączonego caps locka
hmmm... kilogramy wczesnej roc-a-fellowskiej energii do dyspozycji, tytuł ściśle nawiązujący do amerykańskiego systemu sądownictwa, pojawiający się w jednym z przerywników słynny miłośnik gangsterskiego kina znany jako Pain "OKAY I'M RELOADED" In Da Ass. Benny the Butcher nie mógł chyba w jeszcze bardziej oczywisty sposób powiedzieć nam: to jest moja chwila, to jest moje "Reasonable Doubt". po przesłuchaniu "Burden of Proof" najbardziej zawzięci fanatycy poprzednich nagrań Benka mogą trochę pokręcić nosami, bo jest tu zdecydowanie za mało brudu, surówki i ciężaru daringerowskiej perki. na to Benek - jakby był jeszcze odrobinę większym fanem Jaya-Z - mógłby zripostować cytatem " N***** want my old S***, then buy my old albums". i tak, pamiętam na której płycie ten tekst się pojawił

tymczasem tutaj praktycznie wszystko się zgadza i trzyma się narzuconego planu. planu wbicia w mainstreamową scenografię - ale taką która została rozstawiona dla eastcoastowego świeżaka-zbawiciela gdzieś w latach circa 2006-2009, lecz niestety nie doczekała się aktora godnego na niej wystąpić (elo Papoose). pełen dumy i ambicji budowania "nowej ulicy" Rzeźnik leci w stuprocentowej zgodności z dotychczas budowanym profilem PUNCHLINERA-HUSTLERA. no dobra, może nie w stuprocentowej, bo pomimo co najmniej kilku garści pełnych dobrych linijek odnoszę wrażenie, że wystrzelał się z najostrzejszych punchy podczas freestyle'owych objazdów po stacjach radiowych. z drugiej strony mamy tu coraz więcej - zupełnie jak w przypadku ostatniej płyty Conwaya - refleksji na temat żyćka i rosnącego znaczenia budowanej przez siebie i kuzynów marki

oczywiście głównym elementem wybijającym "Burden of Proof" z dotychczasowego rytmu rapera jest Hit-Boy. Hit-Boy, który lata bycia tym "rozchwytywanym" producentem ma daleko za sobą, a jego tegoroczna współpraca z Nasem raczej nie zjednoczyła słuchaczy w bezgranicznej miłości do "King's Disease". również psioczyłem, bo chociaż nie było źle, to jakoś brakowało wizji i tego by podkłady jakoś sprawnie pracowały w służbie słowom legendarnego pana Jonesa. no a tutaj - pomimo braku jakiejś nie wiadomo jakiej rewolty ze strony samego bitmejkera - czuć przysłowiową chemię, czuć logiczną więź między wersami a oprawą, nie stwierdzono żadnego FAKAPU i nawet przerabiany w hip hopie setki razy breakbeat z "Impeach the President" odkrywam na nowo, bo brzmi jak miliony baniek. fanfaryczne sample na dzień dobry w intrze, bombastyczna bengerologia w "Over the Limit", czy wreszcie zamierzenie UNDERPERFORMED "Legend" służące jako idealne wyciszenie pod ostateczny wniosek. tak jak mówię - wszystko tu działa. mogę iść spać będąc spokojnym, że każdy z świętej trójcy Griselda Records dostarczył w 2020 przynajmniej jeden album na miarę swoje talentu i na miarę swojej aktualnej pozycji na scenie

osobny akapit na rozpływanie się nad utworem z gościnnym udziałem Freddiego Gibbsa. pomimo tego, że już sam (znaczy się z Alchemistem) nagrał jeden z ważniejszych albumów roku, to dalej leci jakby miał TYYYLE do udowodnienia. nie dość, że refren w "One Way Flight" jest po prostu doskonały ("PHONE SO BURNT, I NEED MY PAGER BACK"), to jeszcze ten meta-wybryk z udawanym zakończeniem piosenki po drugim hooku, wtem nagle "I SAID FUGG IT, WASN'T GONE TO DO A VERSE". tego się po prostu nie da cytować bez włączonego caps locka
16 paź 2020, 21:51
zacznę od oczywistości: Black Thought to absolutnie jeden z najlepszych emcees w historii. chyba tylko i wyłącznie to wieloletnie ukrywanie się pod banderą The Roots sprawiło, że nie wymienia się go z lekkością obok wszystkich Jayów, Biggich i Nasów tego świata. ponad ćwierć dekady od debiutu raper z Philly wciąż promieniuje swym warsztatem, erudycją i duszą potarganego przez życie poety. niosą go wielkie cytaty, niełatwe doświadczenia, a w kwestii umiejętnego CRAFTOWANIA większej albumowej narracji zjada na podwieczorek dwie poprzednie odsłony swego "Strumienia Myśli" ale mamy tu też Seana C na produkcji. były Bad Boy i Hitman w jednym umie dobrze wyselekcjonować składniki, zaaranżować żywe instrumentarium, taktownie komplementować swoimi mikrodecyzjami dojrzałego pana rapera przy mikrofonie. ale daję słowo, po dwóch odsłuchach nie zapamiętałem nic poza drapieżnie bomb-squadowym "Good Morning" (szampańska parada wesołych czterdziestoparolatków na rapie, polecam) i cudowną linią basu w "Fuel". słuchając cały czas stawiałem sobie pytanie czy te wszystkie utwory nie wyszłyby lepiej gdyby współtworzył je Questlove? na samym szczycie mojego niezrozumienia muzycznego pomysłu ma album umieszczam całkiem spory udział w projekcie indie grupy Portugal. The Man. aż mam wietniamskie flashbacki z czasów gdy mierzyłem się z epką Big Boia z Phantogramem. ok, nie jest to bynajmniej nic ofensywnie złego i pozbawionego gustu, ale brak tu jest jakiegoś logicznego zazębienia i uzasadnienia, że do takiej właśnie współpracy koniecznie musiało dojść kurczę, miało być tak super, a tymczasem nie jest to nawet najlepszy w tym roku album z biblijnym motywem Kaina i Abla : C
zacznę od oczywistości: Black Thought to absolutnie jeden z najlepszych emcees w historii. chyba tylko i wyłącznie to wieloletnie ukrywanie się pod banderą The Roots sprawiło, że nie wymienia się go z lekkością obok wszystkich Jayów, Biggich i Nasów tego świata. ponad ćwierć dekady od debiutu raper z Philly wciąż promieniuje swym warsztatem, erudycją i duszą potarganego przez życie poety. niosą go wielkie cytaty, niełatwe doświadczenia, a w kwestii umiejętnego CRAFTOWANIA większej albumowej narracji zjada na podwieczorek dwie poprzednie odsłony swego "Strumienia Myśli"

ale mamy tu też Seana C na produkcji. były Bad Boy i Hitman w jednym umie dobrze wyselekcjonować składniki, zaaranżować żywe instrumentarium, taktownie komplementować swoimi mikrodecyzjami dojrzałego pana rapera przy mikrofonie. ale daję słowo, po dwóch odsłuchach nie zapamiętałem nic poza drapieżnie bomb-squadowym "Good Morning" (szampańska parada wesołych czterdziestoparolatków na rapie, polecam) i cudowną linią basu w "Fuel". słuchając cały czas stawiałem sobie pytanie czy te wszystkie utwory nie wyszłyby lepiej gdyby współtworzył je Questlove?

na samym szczycie mojego niezrozumienia muzycznego pomysłu ma album umieszczam całkiem spory udział w projekcie indie grupy Portugal. The Man. aż mam wietniamskie flashbacki z czasów gdy mierzyłem się z epką Big Boia z Phantogramem. ok, nie jest to bynajmniej nic ofensywnie złego i pozbawionego gustu, ale brak tu jest jakiegoś logicznego zazębienia i uzasadnienia, że do takiej właśnie współpracy koniecznie musiało dojść

kurczę, miało być tak super, a tymczasem nie jest to nawet najlepszy w tym roku album z biblijnym motywem Kaina i Abla : C
17 paź 2020, 18:00
"Nah Nah Nah" to przełomowy moment w karierze Westa

jeszcze niedawno gdy Ye wypuszczał coś raczej nieudolnie próbującego sprostać wysokim oczekiwaniom (a wypuszczał) i człowiek postanowił wyrazić swoje szczere zdanie w internecie, to zaraz zlatywała się grupa obrońców tłumaczących, że to założona konwencja, wyrwany z kontekstu wielkiej sztuki koncept niezrozumiały dla przeciętnego zjadacza chleba, a w ogóle to LeWaCtWo mści się na muzyku wyklętym za jego popieranie Trumpa i głębokie oddanie wierze w Chrystusa. o prześladowaniach nieprzychylnych (ocena tylko 7.1/10, jak tak można!) recenzentów nie wspominam, choć właśnie to zrobiłem

a dzisiaj wszyscy razem stoimy w kółku nad tym pobojowiskiem i jesteśmy Yes Chadami
Zaktualizowano 18 paź 2020, 11:43
18 paź 2020, 11:43
jakie to miłe uczucie tak często ostatnio móc pisać o moim ulubionym formacie albumu hiphopowego, czyli jeden raper + jeden producent. ostatni piątek przyniósł nam przykład wdzięczny (Benek z Hit-Boyem), przykład mniej wdzięczny (Black Thought z Seanem C), a także taki co zupełnie niesprawiedliwie przeszedł obok większości naszych radarów nie wiem czy to moja ignorancja, czy to moja nieuwaga przy sięganiu do dotychczasowych produkcji księcia późnej ery Stones Throw Records, ale Homeboy Sandman na "Don’t Feed The Monster" absorbuje moją uwagę jak nigdy. nie wiem, może zawsze tak władał swą ciekawą barwą głosu, może zawsze tak pakował świat na kozetkę by wyłożyć mu swą oryginalną diagnozę, może zawsze tak PROMINENTNIE działał w podziemiu surrealistycznej poezji codziennego życia ("perestroika for your oyster bringing moisture to your p-funk") może to jego nagły GLOW UP, a może to produkujący album Quelle Chris. chluba i artystyczne epicentrum Mello Music Group nie schodzi z poziomu narzuconego przez coraz to kolejne indie-klasyki i ponownie serwuje nam nietuzinkową muzyczną podróż - kojarząc się przy tym z jakimś zaginionym bizarro-Trajbem, który dotarł do czarnej dziury i jakoś tam z niej powrócił polecam i niech magia projektów RAPPER X PRODUCER ma nas dalej w swojej łaskawej opiece
jakie to miłe uczucie tak często ostatnio móc pisać o moim ulubionym formacie albumu hiphopowego, czyli jeden raper + jeden producent. ostatni piątek przyniósł nam przykład wdzięczny (Benek z Hit-Boyem), przykład mniej wdzięczny (Black Thought z Seanem C), a także taki co zupełnie niesprawiedliwie przeszedł obok większości naszych radarów

nie wiem czy to moja ignorancja, czy to moja nieuwaga przy sięganiu do dotychczasowych produkcji księcia późnej ery Stones Throw Records, ale Homeboy Sandman na "Don’t Feed The Monster" absorbuje moją uwagę jak nigdy. nie wiem, może zawsze tak władał swą ciekawą barwą głosu, może zawsze tak pakował świat na kozetkę by wyłożyć mu swą oryginalną diagnozę, może zawsze tak PROMINENTNIE działał w podziemiu surrealistycznej poezji codziennego życia ("perestroika for your oyster bringing moisture to your p-funk")

może to jego nagły GLOW UP, a może to produkujący album Quelle Chris. chluba i artystyczne epicentrum Mello Music Group nie schodzi z poziomu narzuconego przez coraz to kolejne indie-klasyki i ponownie serwuje nam nietuzinkową muzyczną podróż - kojarząc się przy tym z jakimś zaginionym bizarro-Trajbem, który dotarł do czarnej dziury i jakoś tam z niej powrócił

polecam i niech magia projektów RAPPER X PRODUCER ma nas dalej w swojej łaskawej opiece
20 paź 2020, 19:43
mówią, że jednym z największych problemów filmowych horrorów jest bezczeszczenie klasyków plagami niepotrzebnych sequeli. panowie z clipping, jako pasjonaci i - nie ma co się oszukiwać - spełnieni współtwórcy nurtu świadomi są istnienia tej klątwy, więc wbrew klątwie wywiązują się ze swych ról bezbłędnie. "Visions of Bodies Being Burned" to sequel, który można postawić na równi z zeszłorocznym "There Existed an Addiction to Blood", ale i w zasadzie z każdym z wydanych przez nich w Sub Popie albumów jeśli na coś można wyjątkowo zwrócić uwagę w przypadku tego konkretnie krążka, to będzie to swoboda z jaką trio ponownie odkrywa nowe muzyczne rejony w celu odnalezienia idealnej ścieżki dźwiękowej do fabularnej narracji, by jednocześnie wracać też momentami to swojego wczesnego - industrialno-noise'owego brzmienia rodem z radykalnie surowego mixtape'u "Midcity". mówię tu na przykład o collabo z Ho99o9 (że też dopiero teraz do tego doszło...), czy o bodajże już gdzieś kiedyś teasowanym "Body for the Pile" największym słodkością są tutaj oczywiście te deep-concept tracki wjeżdżające w pełni w łaski muzyczno-popkulturowych nerdów jak ja albo Melon, który pewnie już prasuję swoją żółtą koszulę hurraoptymistycznego recenzenta (obstawiam STRONG 9). mówię tu o na przykład pierwszym singlu, czyli "Say the Name" będącym jednocześnie hołdem dla "Candymana", "Dziecka Rosemary", Geto Boysów i Nine Inch Nailsów (to zakończenie!). mówię o "Pain Everyday" opowiadanym z perspektywy kontaktującego się ze światem żywych ducha (muzycznie w tracku palce maczał Michael Esposito, czyli jeden z czołowych amerykańskich "speców" od nagrań EVP). mówię o esencji klimatów southern gothic w "Eaten Alive" - słuchając czuję się jakbym zagubił się w nocą gdzieś na bagnach Luizjany, skończyło mi się paliwo w baku, a z kaseciaku zacięła mi się taśma z "Ghetto D" Mastera P (to zakończenie! [2]). no i mówię też o fantastycznym finale w postaci "Enlacing" - zupełnie nieprzypominającym dotychczasowej twórczości clipping. cloud-rapowym muśnięciu lovecraftowskiego szaleństwa te i wszystkie inne atrakcje serwowane nam są przy jednoczesnym zapewnieniu, że Daveed Diggs wciąż jest niekończącym się potencjałem techniki i flow, a William Hutson z Jonathanem Snipesem wciąż szlifują ten swój CINEMATYCZNY warsztat. clipping. wciąż są w takiej formie, że aż strach się bać co dalej
mówią, że jednym z największych problemów filmowych horrorów jest bezczeszczenie klasyków plagami niepotrzebnych sequeli. panowie z clipping, jako pasjonaci i - nie ma co się oszukiwać - spełnieni współtwórcy nurtu świadomi są istnienia tej klątwy, więc wbrew klątwie wywiązują się ze swych ról bezbłędnie. "Visions of Bodies Being Burned" to sequel, który można postawić na równi z zeszłorocznym "There Existed an Addiction to Blood", ale i w zasadzie z każdym z wydanych przez nich w Sub Popie albumów

jeśli na coś można wyjątkowo zwrócić uwagę w przypadku tego konkretnie krążka, to będzie to swoboda z jaką trio ponownie odkrywa nowe muzyczne rejony w celu odnalezienia idealnej ścieżki dźwiękowej do fabularnej narracji, by jednocześnie wracać też momentami to swojego wczesnego - industrialno-noise'owego brzmienia rodem z radykalnie surowego mixtape'u "Midcity". mówię tu na przykład o collabo z Ho99o9 (że też dopiero teraz do tego doszło...), czy o bodajże już gdzieś kiedyś teasowanym "Body for the Pile"

największym słodkością są tutaj oczywiście te deep-concept tracki wjeżdżające w pełni w łaski muzyczno-popkulturowych nerdów jak ja albo Melon, który pewnie już prasuję swoją żółtą koszulę hurraoptymistycznego recenzenta (obstawiam STRONG 9). mówię tu o na przykład pierwszym singlu, czyli "Say the Name" będącym jednocześnie hołdem dla "Candymana", "Dziecka Rosemary", Geto Boysów i Nine Inch Nailsów (to zakończenie!). mówię o "Pain Everyday" opowiadanym z perspektywy kontaktującego się ze światem żywych ducha (muzycznie w tracku palce maczał Michael Esposito, czyli jeden z czołowych amerykańskich "speców" od nagrań EVP). mówię o esencji klimatów southern gothic w "Eaten Alive" - słuchając czuję się jakbym zagubił się w nocą gdzieś na bagnach Luizjany, skończyło mi się paliwo w baku, a z kaseciaku zacięła mi się taśma z "Ghetto D" Mastera P (to zakończenie! [2]). no i mówię też o fantastycznym finale w postaci "Enlacing" - zupełnie nieprzypominającym dotychczasowej twórczości clipping. cloud-rapowym muśnięciu lovecraftowskiego szaleństwa

te i wszystkie inne atrakcje serwowane nam są przy jednoczesnym zapewnieniu, że Daveed Diggs wciąż jest niekończącym się potencjałem techniki i flow, a William Hutson z Jonathanem Snipesem wciąż szlifują ten swój CINEMATYCZNY warsztat. clipping. wciąż są w takiej formie, że aż strach się bać co dalej
23 paź 2020, 17:52
Dej Loaf to postać zasługująca na odrobinkę więcej ciepłego słowa, niż przywykło się jej okazywać. pochodząca z Detroit pani kojarzyć się może głównie z pojawiającymi się tu i tam - bez większego kontekstu - refrenów. bardziej istotnym jest to jak praktycznie całą poprzednią dekadę budowała bardzo świeży - jeśli już patrzymy stricte w kategorii kobiecego rapu - styl, reagujący na to co się działo na post-thuggerowej scenie, łączyła elementy autotune'owego CROONINGU ze szczyptą neo-soulowej kruchości, budowała własny mikro podgatunek i własną artykulację, miażdżąc przy tym stereotypy dotyczące female hh. patrząc na to co dzisiaj robią 070 Shake czy Rico Nasty można odnieść wrażenie, że właśnie dzięki Dej miały one chociaż trochę lżej pod górkę trudno uwierzyć, że "Sell Sole II" to de facto pierwsze długogrające wydawnictwo artystki w dużej wytwórni. i tak, nie pomaga tutaj ta bezsensowna tendencja do chrzczenia debiutów jako sequeli wcześniejszych mixtape'ów. pomaga za to szczodry co-sign ze strony występujących gościnnie postaci (Big Sean, Rick Ross, Lil Uzi Vert, Gunna, a nawet Griselda team!), katalizujących chyba najpiękniejsze momenty na płycie album w sposób dość sprawiedliwy koronuje dotychczasowy dorobek Dej, aczkolwiek brakuje jakiejś siły przebicia i dowodu na to, że oficjalnie wydane LP to jakiś początek nowego etapu. "Sell Sole II" zginie na rapowej scenie a.d. 2020, i tak przecież pełnej fantastycznych raperek. ale jeśli nigdy nie słuchaliście reprezentantki Motor City (w sumie to największej od czasu zapomnianej Angel Haze) to chyba jest to całkiem odpowiedni moment na odrobienie lekcji
Dej Loaf to postać zasługująca na odrobinkę więcej ciepłego słowa, niż przywykło się jej okazywać. pochodząca z Detroit pani kojarzyć się może głównie z pojawiającymi się tu i tam - bez większego kontekstu - refrenów. bardziej istotnym jest to jak praktycznie całą poprzednią dekadę budowała bardzo świeży - jeśli już patrzymy stricte w kategorii kobiecego rapu - styl, reagujący na to co się działo na post-thuggerowej scenie, łączyła elementy autotune'owego CROONINGU ze szczyptą neo-soulowej kruchości, budowała własny mikro podgatunek i własną artykulację, miażdżąc przy tym stereotypy dotyczące female hh. patrząc na to co dzisiaj robią 070 Shake czy Rico Nasty można odnieść wrażenie, że właśnie dzięki Dej miały one chociaż trochę lżej pod górkę

trudno uwierzyć, że "Sell Sole II" to de facto pierwsze długogrające wydawnictwo artystki w dużej wytwórni. i tak, nie pomaga tutaj ta bezsensowna tendencja do chrzczenia debiutów jako sequeli wcześniejszych mixtape'ów. pomaga za to szczodry co-sign ze strony występujących gościnnie postaci (Big Sean, Rick Ross, Lil Uzi Vert, Gunna, a nawet Griselda team!), katalizujących chyba najpiękniejsze momenty na płycie

album w sposób dość sprawiedliwy koronuje dotychczasowy dorobek Dej, aczkolwiek brakuje jakiejś siły przebicia i dowodu na to, że oficjalnie wydane LP to jakiś początek nowego etapu. "Sell Sole II" zginie na rapowej scenie a.d. 2020, i tak przecież pełnej fantastycznych raperek. ale jeśli nigdy nie słuchaliście reprezentantki Motor City (w sumie to największej od czasu zapomnianej Angel Haze) to chyba jest to całkiem odpowiedni moment na odrobienie lekcji
24 paź 2020, 12:49
bardzo ważne wydarzenie z wielkiego świata hip hopu:
bardzo ważne wydarzenie z wielkiego świata hip hopu:
25 paź 2020, 11:22
bardzo przyjemnie napisana i satysfakcjonująco wyczerpująca temat biografia Alca dochodzącego przez prawie trzy dekady do swojej obecnej potęgi. w sam raz do niedzielnego załączenia sobie w tle "The Food Villain" - najnowszej instrumentalnej TAŚMY Alana Mamana
Zaktualizowano 25 paź 2020, 13:10
25 paź 2020, 13:10
do tej pory raczej z dystansem patrzyłem na Jacka Harlowa. pomimo przesłuchania na pewno więcej niż jeden raz "What's Poppin" nie wiedziałem, czy aby na pewno potrzebny mi kolejny Dicky, G-Eazy czy też inny Asher Roth. w "Tyler Herro" dzieciak z Kentucky daje mi jednak na przełamanie całkiem zgrabnie skrojone coming-of-age story z hołdem dla równolegle rozwijającej się koszykarskiej kariery bliskiego ziomeczka. raczej bez cepelii, raczej bez studenciarstwa i zdecydowanie bez tego takiego trudnego do zdefiniowania czynnika towarzyszącego wielu "white boyom" wbijającym w amerykański mainstream

albo po prostu próbuję dorobić jakąś kwiecistą ideologię do tego, że podkład jest TAK dobry i to on głównie robi tutaj najcudowniejszą robotę
Zaktualizowano 28 paź 2020, 22:34
28 paź 2020, 22:34
druga minuta, jedenasta sekunda. Ol' Dirty otwiera drugą zwrotkę wywrotną pod każdym względem sekwencją bełkotów, skomleń, głębokich wdechów - bez jakichkolwiek oporów i głębszego zastanowienia się nad tym, czy taka forma muzycznej ekspresji będzie choćby w najmniejszym stopniu zrozumiała dla szarego odbiorcy. ten moment - jak i w zasadzie cały remix "Woo-Hah!! Got You All In Check" - uznaję za jedną z najbardziej wartościowych lekcji w mojej wczesnej hiphopowej edukacji

słuchając tego w 2020 roku dalej potrafię poczuć się wybity z tropu, posmakować lekkiego szoku związanego z każdą niespodziewanie umiejscowioną zmianą tonu, zaniepokoić się schizofrenicznymi wizjami Busty zlatującego do nieskończonej studni w jakimś naciągniętym na stelaż kaftanie (kto i jak to w ogóle wszystko wymyślił). tak jak wtedy nie miałem zielonego pojęcia, tak i dziś nie wiem - czy duet ten lansował jakiś pionierski rapowy edgelordyzm dla edgelordyzmu, czy może obaj byli jednak istotami z nadludzką percepcją rzeczywistości? i nawet jeśli to ten pierwszy scenariusz jest tym w stu procentach prawdziwym, to i tak nie ma w tym w sumie nic umniejszającego. to działo się w 1996, do cholery

chyba mój ulubiony singiel Busty Rhymesa. bo nawet dysponujący pełnią sił Busta potrafił wejść na jeszcze wyższe obroty, gdy sprzężenie zwrotne dodatnie zapewniane mu było przez towarzystwo podobnego mu ODMIEŃCA. zbliżony efekt miał miejsce, gdy spotykał się w studiu z Mystikalem, ale zostańmy przy słowie "zbliżony"

a już jutro wielki powrót Smoka z Lochów, stąd takie a nie inne wspomnienie. nie żebym w coś naiwnie wierzył...
Zaktualizowano 29 paź 2020, 20:15
29 paź 2020, 20:15
gniew boży i gotowość do postawienia świata przed sądem ostatecznym są naprawdę silne na tym nowym albumie Busty. wolałbym nie wnikać w przyczyny i przedstawione przez autora diagnozy - będące czasem niezręcznym skrzyżowaniem boomerstwa i systemu wartości wyniesionego ze szkółek niedzielnych. bardziej od tego co nakręca pana rapera do działania interesuje mnie, że pan raper INDEED się nakręcił i na "Extinction Level Event 2: The Wrath of God" to natchnienie niemalże nigdy go nie opuszcza niemalże, bo słyszeliśmy już tragikomiczne "The Don & The Boss" oraz stricte tragiczny singiel z Paakiem. na szczęście cała reszta albumu już na taki niziny raczej się nie zapuszcza i oferuje nam epicką podróż w brzmienie samoświadomie nawiązujące do '00s, z masą nieprzypadkowo dobranych producentów (Nottz, Dilla, Rockwilder, Pete Rock, Hi-Tek itd., do kompletu zabrakło mi tylko The Neptunes) epicentrum tego całego apokaliptycznego wkurwu ma miejsce na początku płyty. mamy tu najbardziej agresywne formy flow, mamy to najbardziej kreatywne formy flow (to akcentowanie pod każdy niuans wczesno-najntisowego breakbeatu w "Outta My Mind", DAMN). "Czar" jest tak wysokooktanowe, że dla chłopaków z M.O.P. pozostało tylko miejsce na krzepkie ad-liby, intro z Rakimem to takie "Wiedziałem, że tak będzie" na amerykańskiej szachownicy na szczęście Busta Rhymes dość szybko uświadamia sobie, że cała ta większa-niż-życie misja, ten gniew, te przemowy Farrakhana to być za dużo do przetrawienia na raz, więc w drugim i trzecim akcie wchodzą utwory zwolnione z tego wszystkiego. jak ten cholernie przyjemny, ale i wzruszający bromance z Q-Tipem ("Don't Go"). albo jeden z najbardziej osobistych momentów w dyskografii rapera ("Deep Thought"). albo fantastyczna zabawa formą w "Best I Can", gdzie razem z Rapsody odgrywają hiphopową wersję "Historii Małżeńskiej". o aksamitnie wygodnym duecie z Kendrickiem też nawet nie ma co wspominać, bo Internet zdążył już o nim powiedzieć wszystko od czasu premiery - zarówno tej wczorajszej, jak i tej nieoficjalnej 3 lata temu wciąż daleko tu do doskonałości - mamy przecież te dwa straszne single, trochę niezrozumiałe w szerszym kontekście "Oh No" (z tymi dziwnym wbitkami Flockaveliego - to na pewno on?). robienie nam apetytu na jakąś niepublikowaną kolaborację z ODB, gdy ta okazuje się być tylko wycinkiem z "Brooklyn Zoo" jest NOT COOL. czemu utwór z Premierem jest taki krótki? tych finalnych tracków z wielkim kobiecym wokalem jest mimo wszystko o jeden za dużo. ogólnie jest za długo. ale mimo wszystko wychodzę z konfrontacji zadowolony, bo jeden z moich największych ulubieńców BACK IN THE DAY potrafił w błysku fleszy przypomnieć o sobie i o swoich największych zaletach. będę rozsiewał dobre słowo na temat "E.L.E. 2" - aczkolwiek na pewno nie z takim chorym zapałem jak Chris Rock
gniew boży i gotowość do postawienia świata przed sądem ostatecznym są naprawdę silne na tym nowym albumie Busty. wolałbym nie wnikać w przyczyny i przedstawione przez autora diagnozy - będące czasem niezręcznym skrzyżowaniem boomerstwa i systemu wartości wyniesionego ze szkółek niedzielnych. bardziej od tego co nakręca pana rapera do działania interesuje mnie, że pan raper INDEED się nakręcił i na "Extinction Level Event 2: The Wrath of God" to natchnienie niemalże nigdy go nie opuszcza

niemalże, bo słyszeliśmy już tragikomiczne "The Don & The Boss" oraz stricte tragiczny singiel z Paakiem. na szczęście cała reszta albumu już na taki niziny raczej się nie zapuszcza i oferuje nam epicką podróż w brzmienie samoświadomie nawiązujące do '00s, z masą nieprzypadkowo dobranych producentów (Nottz, Dilla, Rockwilder, Pete Rock, Hi-Tek itd., do kompletu zabrakło mi tylko The Neptunes)

epicentrum tego całego apokaliptycznego wkurwu ma miejsce na początku płyty. mamy tu najbardziej agresywne formy flow, mamy to najbardziej kreatywne formy flow (to akcentowanie pod każdy niuans wczesno-najntisowego breakbeatu w "Outta My Mind", DAMN). "Czar" jest tak wysokooktanowe, że dla chłopaków z M.O.P. pozostało tylko miejsce na krzepkie ad-liby, intro z Rakimem to takie "Wiedziałem, że tak będzie" na amerykańskiej szachownicy

na szczęście Busta Rhymes dość szybko uświadamia sobie, że cała ta większa-niż-życie misja, ten gniew, te przemowy Farrakhana to być za dużo do przetrawienia na raz, więc w drugim i trzecim akcie wchodzą utwory zwolnione z tego wszystkiego. jak ten cholernie przyjemny, ale i wzruszający bromance z Q-Tipem ("Don't Go"). albo jeden z najbardziej osobistych momentów w dyskografii rapera ("Deep Thought"). albo fantastyczna zabawa formą w "Best I Can", gdzie razem z Rapsody odgrywają hiphopową wersję "Historii Małżeńskiej". o aksamitnie wygodnym duecie z Kendrickiem też nawet nie ma co wspominać, bo Internet zdążył już o nim powiedzieć wszystko od czasu premiery - zarówno tej wczorajszej, jak i tej nieoficjalnej 3 lata temu

wciąż daleko tu do doskonałości - mamy przecież te dwa straszne single, trochę niezrozumiałe w szerszym kontekście "Oh No" (z tymi dziwnym wbitkami Flockaveliego - to na pewno on?). robienie nam apetytu na jakąś niepublikowaną kolaborację z ODB, gdy ta okazuje się być tylko wycinkiem z "Brooklyn Zoo" jest NOT COOL. czemu utwór z Premierem jest taki krótki? tych finalnych tracków z wielkim kobiecym wokalem jest mimo wszystko o jeden za dużo. ogólnie jest za długo. ale mimo wszystko wychodzę z konfrontacji zadowolony, bo jeden z moich największych ulubieńców BACK IN THE DAY potrafił w błysku fleszy przypomnieć o sobie i o swoich największych zaletach. będę rozsiewał dobre słowo na temat "E.L.E. 2" - aczkolwiek na pewno nie z takim chorym zapałem jak Chris Rock
30 paź 2020, 11:08
Outkast
Stankonia (Deluxe Version)
no i mamy to. na dwudziestą rocznicę najlepszego* albumu OutKastów otrzymaliśmy potężne Deluxe Edition. opublikowane na pięciu płytach (!) nowe oblicze "Stankonii" oferuje nam nie tylko solidny remaster core'owej zawartości. mamy tutaj liczne wcześniej niepublikowane wersje utworów - pozwalające nam rozszyfrować proces, w jakim zrodziły się finalne wersje uwielbianych przez nas bangerów. są tu także nigdy wcześniej niepublikowane tracki, dzięki którym jeszcze lepiej poznamy zasady jakimi rządziło się założone przez Dre i Big Boia fikcyjne państwo. do tego kilka współczesnych reinterpretacji z udziałem dzisiejszych ognisk funk-rapowej kreatywności (niektóre zaangażowane w to postaci mogą was zaskoczyć), no i ten cały ostatni cedek będący zapisem live, w którym duet wykonał oryginalną całość na żywo od deski do deski. naprawdę, cieszę się że doczekaliśmy czasów, w których legendarne rapowe albumy doczekują się epickich re-releasów przygotowywanych z totalnym rozmachem, tak jak to robi się z albumami Beach Boysów, Beatlesów, Prince'ów i innych wielkich. a mówimy w tym momencie tylko o cyfrowej dystrybucji, FIZYKI muszą w tej sytuacji wyglądać przecudownie!

...a nie sorry, pomyliły mi się rzeczywistości. w tej naszej dali tylko jakieś trzy remixy (dwa przeciętne, jeden dobrze znany) i a capelle. meh

*tak wiem, rankingowanie płyt OutKastów jest bardzo KWESTIO SPORNO i u mnie sporo się przez lata w głowie wydarzyło. niemniej "Stankonia" w pewnym momencie wysunęła się na pierwszą pozycje i już rekordowo długo to miejsce okupuje
Zaktualizowano 31 paź 2020, 18:37
31 paź 2020, 18:37
Common i jego marsz w kierunku rewolucji, marsz w domowych papuciach, znoszonym szlafroku i aksamitnych białych rękawiczkach. młodzieńczej iskry i gniewu tutaj nie oczekiwałem, ale na "A Beautiful Revolution [Part 1]" zabrakło nawet zwyczajnego poczucia obcowania z dojrzałym autorytetem i autentyczną ikoną conscious rapu trzeci projekt w nagrany w ścisłej współpracy z Karriemem Rigginsem potwierdza, że raper i producent między sobą dogadują się nad wyraz komfortowo, ale odbywa się to kosztem relacji na linii twórca - słuchacz. przy piosence z Lennym Krawczykiem NÓŻKA TROCHĘ POTUPAŁA, "Say Peace" przywołało ducha The Roots sprzed czasów kontraktu w Def Jamie. cała reszta - błądzenie w post-neosoulowej mgiełce wyjałowionych wspomnień ale okładka przyjemna, więc postuję. a Amerykanom życzę obudzenia się w pojutrze w odrobinę lepszych Stanach Zjednoczonych
Common i jego marsz w kierunku rewolucji, marsz w domowych papuciach, znoszonym szlafroku i aksamitnych białych rękawiczkach. młodzieńczej iskry i gniewu tutaj nie oczekiwałem, ale na "A Beautiful Revolution [Part 1]" zabrakło nawet zwyczajnego poczucia obcowania z dojrzałym autorytetem i autentyczną ikoną conscious rapu

trzeci projekt w nagrany w ścisłej współpracy z Karriemem Rigginsem potwierdza, że raper i producent między sobą dogadują się nad wyraz komfortowo, ale odbywa się to kosztem relacji na linii twórca - słuchacz. przy piosence z Lennym Krawczykiem NÓŻKA TROCHĘ POTUPAŁA, "Say Peace" przywołało ducha The Roots sprzed czasów kontraktu w Def Jamie. cała reszta - błądzenie w post-neosoulowej mgiełce wyjałowionych wspomnień

ale okładka przyjemna, więc postuję. a Amerykanom życzę obudzenia się w pojutrze w odrobinę lepszych Stanach Zjednoczonych
2 lis 2020, 18:28
Joe Biden - co o nim sądzicie?
Joe Biden - co o nim sądzicie?
4 lis 2020, 18:04
od jakiegoś czasu "Wheezy outta here!" to jeden z najserdeczniej rozbrzmiewających w moich uszach producer tagów - i rzecz jasna nie chodzi tutaj o sam tag, co o stojącą za nim wysoką jakość. różnorodność. wszechstronność, umiejętność przełamania trapowych imperatywów i postawienia na przewietrzającą nurt melodykę, na podlaną Timbalandem egzotyczność pomysłowo dobieranych syntów i sampli. do niewątpliwych atutów Wheezy'ego można doliczyć również, że dzięki niemu da się z godnością przetrwać ponad pół godziny w towarzystwie Nava a.k.a. najmniej potrzebnego kasztana na zachodniej scenie. "Emergency Tsunami" nie zmiecie was z powierzchni ziemi. ale no, dostarcza trochę paliwa dla miłośników rozszerzonego Thuggerowo-Gunna'owego uniwersum
od jakiegoś czasu "Wheezy outta here!" to jeden z najserdeczniej rozbrzmiewających w moich uszach producer tagów - i rzecz jasna nie chodzi tutaj o sam tag, co o stojącą za nim wysoką jakość. różnorodność. wszechstronność, umiejętność przełamania trapowych imperatywów i postawienia na przewietrzającą nurt melodykę, na podlaną Timbalandem egzotyczność pomysłowo dobieranych syntów i sampli. do niewątpliwych atutów Wheezy'ego można doliczyć również, że dzięki niemu da się z godnością przetrwać ponad pół godziny w towarzystwie Nava a.k.a. najmniej potrzebnego kasztana na zachodniej scenie. "Emergency Tsunami" nie zmiecie was z powierzchni ziemi. ale no, dostarcza trochę paliwa dla miłośników rozszerzonego Thuggerowo-Gunna'owego uniwersum
6 lis 2020, 17:20
w kategorii czysto trapowych wydawnictw w 2020 roku trudno tak konkurować z "Savage Mode II" - ale w sumie, czy trzeba? protegowany Future'a znany jako Doe Boy wyrasta na kompletnie samowystarczalną jednostkę i nie waha się użyć samego Southside'a jako producenta całości jego jeszcze cieplutkiego albumu (mixtape'u?). nie znajdziemy tutaj kinematograficznego kształtowania większego obrazu, nie znajdziemy kwiecistych monologów Morgana Freemana. dostajemy za to niezobowiązujący godzinny zbiór konkretnie łupiącego, nawet przebojowego, niecodziennie niedzisiejszego TRAPIKU "Demons R Us" - podobnie jak wspomniany wczoraj projekt Nava - stoi oczywiście bitami. dostarczone przez naturalnego lidera 808 Mafii podkłady trafiają w samo sedno i rozniecają magię, jaka towarzyszyła złotej erze przełomowych mixtape'ów Future'a. chropowate, metroboominowe "Fried", podniosła drillowa orkiestra pianinkowych akordów w tracku z Sosą, subtelna latin-gitarka w "Prayers", no i moje ulubione "Huntin" będące jednym z najlepszych zastosowań komicznie modnego od paru lat w rapie EMOTIONAL TITANIC FLUTE dodajmy jeszczecieszącą oko listę gości (wspomniany Keef, Young Nudy, Uzik, 42 Dugg...) i zadajmy pytanie: gdzie w tym wszystkim Doe Boy? ano jest, rapuje sobie i może faktycznie nie jest najbardziej wyrazistym głosem na trapowej scenie, to przynajmniej potrafi się bawić intonacją i rzucać się z jakimś tam pomysłem na te wszystkie zgrabne i różniące się między sobą kompozycje Southside'a. słuchać go i czuć, choć zdecydowanie daleko mu zarówno do spazmatycznych form Future'a, jak i do nihilistycznej surowizny 21 Savage'a a propos człowieka z nożem na czole - czy to właśnie singiel Doe Boya z Southside'em spowodował, że 21 planuje zastrzec sobie prawa do używania w piosenkach zwrotu "Yessirskii"?
w kategorii czysto trapowych wydawnictw w 2020 roku trudno tak konkurować z "Savage Mode II" - ale w sumie, czy trzeba? protegowany Future'a znany jako Doe Boy wyrasta na kompletnie samowystarczalną jednostkę i nie waha się użyć samego Southside'a jako producenta całości jego jeszcze cieplutkiego albumu (mixtape'u?). nie znajdziemy tutaj kinematograficznego kształtowania większego obrazu, nie znajdziemy kwiecistych monologów Morgana Freemana. dostajemy za to niezobowiązujący godzinny zbiór konkretnie łupiącego, nawet przebojowego, niecodziennie niedzisiejszego TRAPIKU

"Demons R Us" - podobnie jak wspomniany wczoraj projekt Nava - stoi oczywiście bitami. dostarczone przez naturalnego lidera 808 Mafii podkłady trafiają w samo sedno i rozniecają magię, jaka towarzyszyła złotej erze przełomowych mixtape'ów Future'a. chropowate, metroboominowe "Fried", podniosła drillowa orkiestra pianinkowych akordów w tracku z Sosą, subtelna latin-gitarka w "Prayers", no i moje ulubione "Huntin" będące jednym z najlepszych zastosowań komicznie modnego od paru lat w rapie EMOTIONAL TITANIC FLUTE

dodajmy jeszczecieszącą oko listę gości (wspomniany Keef, Young Nudy, Uzik, 42 Dugg...) i zadajmy pytanie: gdzie w tym wszystkim Doe Boy? ano jest, rapuje sobie i może faktycznie nie jest najbardziej wyrazistym głosem na trapowej scenie, to przynajmniej potrafi się bawić intonacją i rzucać się z jakimś tam pomysłem na te wszystkie zgrabne i różniące się między sobą kompozycje Southside'a. słuchać go i czuć, choć zdecydowanie daleko mu zarówno do spazmatycznych form Future'a, jak i do nihilistycznej surowizny 21 Savage'a

a propos człowieka z nożem na czole - czy to właśnie singiel Doe Boya z Southside'em spowodował, że 21 planuje zastrzec sobie prawa do używania w piosenkach zwrotu "Yessirskii"?
7 lis 2020, 15:21
Shrek Wes od czasu świetnego "MUDBOY" w zasadzie prawie nie istniał. rzadko pojawia się na featuringach - a jak już się pojawia, to zostawia za sobą pasmo niedosytu i rozminięcia się z oczekiwaniami. nie mam tutaj do niego pretensji - ot, po prostu zbyt skutecznie potrafi zakisić się w swoim błotnistym stylu we własnym repertuarze, by starczyło na dzielenie się tym festiwalem osobliwości gdzieś tam na boku

singiel "RICH ONE WAY" to zachęcający powrót na stare bagno, zabiera nas dokładnie tam, gdzie pozostawił "MUDBOY". no i tego oczekuję właśnie po nadchodzącym albumie ("Hell 2 Paradise") - choć jestem też oczywiście otwarty na jakieś propozycje rozwoju. oby tylko nieidące w zbyt radykalną sterylizację
Zaktualizowano 8 lis 2020, 12:17
8 lis 2020, 12:17
Jeezy zapowiedział premierę "The Recession 2" (20 listopada!), a ja właśnie przypominam sobie, że w trakcie względnie krótkiego czasu istnienia SZRP zdążyłem popełnić notkę o części pierwszej i tak trochę uzasadnić czemu jest ona jednym z moich prywatnych klasyków
Zaktualizowano 9 lis 2020, 20:50
9 lis 2020, 20:50
można sobie śmieszkować, że Griselda Records ze swoim szalonym procesem wydawniczym za bardzo idzie w ilość, co może wywoływać u nas fizjologiczny efekt przejedzenia. ja tymczasem - na przekór logice i rozepchanemu żołądkowi - jakoś się do tego tempa przyzwyczaiłem. i odczuwam lekki dyskomfort, że mija już prawie miesiąc od ich ostatniej albumowej premiery

z drugiej strony: nie ma tygodnia, żeby nie wyszedł jakiś singiel albo krążek z gościnnym udziałem reprezentantów Buffalo. nawet nie raz (i nie dwa) zdarzyło się sięgnąć po jakiś album tylko dlatego, że Conway albo Benny się na nim pojawili. na załączonym obrazku nowy singiel Frencha Montany z Benkiem na goścince. wprawdzie nie potrzebuję specjalnych zachęt do posłuchania Marokańczyka, ale może ktoś z Was potrzebuje. bardzo proszę

i tak, wiem - niedola miłośnika GxFR powinna wkrótce ustać, bo finałowa część "Akwarelista Wears Hermes" ma wyjść NAPRAWDĘ niedługo
Zaktualizowano 11 lis 2020, 19:28
11 lis 2020, 19:28
Nav: wydaje album Fantano:
Nav: wydaje album
Fantano:
12 lis 2020, 13:35
patrząc z perspektywy Future'a: "Pluto x Baby Pluto" to jego najlepszy COLLAB TAPE od czasu "What a Time to Be Alive". patrząc z perspektywy Lil Uzi Verta: mixtape ten jest takim kolejnym całkiem przyzwoitym deluxe'em "Eternal Atake" - ze zwrotem akcji w postaci intensywnego udziału starszego kolegi z Atlanty jak bardzo pozytywnym komplementem są moje powyższe stwierdzenia - już sami sobie ustalcie, tak w zgodzie z własnym sumieniem. co by się jednak nie działo, synergia między tymi typami istnieje, a różnica wieku (11 lat!) zdaje się być kompletnie urojonym faktoidem. Uzik i Astronauta z lekkością przerzucają między sobą piłeczkę, na której ktoś wygrawerował "SAME ENERGY". myślę, że jakby tak następnym razem przełączyli tryb mixtape'ówy na tryb albumowy, wyraźniej uwydatnili swoje astronomiczno-astrologiczne fascynacje i zainwestowali siły w jakiś chociaż jeden reprezentatywny i cholernie wyrazisty singiel, to tak - widzę jakąś potencjalną przyszłość (NO BO WIECIE) dla tego duetu ulubione traczury: "Stripes Like Burberry", "Sleeping on the Floor", "Drankin N Smokin", "Plastik" (co za bit!) i "Lullaby". ten ostatni jest co prawda solowym utworem LUV'a, ale sprawia wrażenie bycia takim niesłusznie dokonanym odrzutem z podstawki "Eternal Atake"
patrząc z perspektywy Future'a: "Pluto x Baby Pluto" to jego najlepszy COLLAB TAPE od czasu "What a Time to Be Alive". patrząc z perspektywy Lil Uzi Verta: mixtape ten jest takim kolejnym całkiem przyzwoitym deluxe'em "Eternal Atake" - ze zwrotem akcji w postaci intensywnego udziału starszego kolegi z Atlanty

jak bardzo pozytywnym komplementem są moje powyższe stwierdzenia - już sami sobie ustalcie, tak w zgodzie z własnym sumieniem. co by się jednak nie działo, synergia między tymi typami istnieje, a różnica wieku (11 lat!) zdaje się być kompletnie urojonym faktoidem. Uzik i Astronauta z lekkością przerzucają między sobą piłeczkę, na której ktoś wygrawerował "SAME ENERGY". myślę, że jakby tak następnym razem przełączyli tryb mixtape'ówy na tryb albumowy, wyraźniej uwydatnili swoje astronomiczno-astrologiczne fascynacje i zainwestowali siły w jakiś chociaż jeden reprezentatywny i cholernie wyrazisty singiel, to tak - widzę jakąś potencjalną przyszłość (NO BO WIECIE) dla tego duetu

ulubione traczury: "Stripes Like Burberry", "Sleeping on the Floor", "Drankin N Smokin", "Plastik" (co za bit!) i "Lullaby". ten ostatni jest co prawda solowym utworem LUV'a, ale sprawia wrażenie bycia takim niesłusznie dokonanym odrzutem z podstawki "Eternal Atake"
13 lis 2020, 16:22
no więc wczoraj DJ Kayslay wypuścił nowy mixtape, a na nim pojawił się utwór pod tytułem "Rolling 50 Deep" - PRZELOBRZYMI, trwający osiemnaście i pół minuty posse cut, na którym pojawia się dokładnie pięćdziesięciu mc. nie powiem, fajnie że trafiła się tam przynajmniej jedna osoba odpowiadająca za dzisiejszy stan rap sceny (Benny the Butcher), przynajmniej jeden z moich absolutnych dożywotnich GOATów (Ghostface Killah), przynajmniej jedna osoba za którą tęskniłem i byłem ciekaw co tam u niej (Cory Gunz). liczy się jednak ostateczny KSZTAŁT RZECZY, a ten zniechęca do słuchania już tak gdzieś w szóstej, góra dziewiątej minucie. wtedy masz już mniej więcej rozeznanie o tym kto zapuścił najbujniejszą siwą brodę, kto lata swojej muzycznej absencji spędził głównie na siłowni, czyj głos z grubsza pozostał taki sam, a kto w ogóle jeszcze istnieje. bo tak jakoś wyszło, że rap gra - nawet spoglądając głównie na klasyczną, NY-centryczną sekcję - radzi sobie doskonale bez nich. wszystko w formie ósemek pisanych pod bezlistosną klamrę wręcz komicznie nieciekawej pętli, w ramach których to ósemek po prostu nie da się zrobić nic

zamiast tej męczarni gorąco polecam nowy singiel Your Old Drooga. ukraińsko-amerykański sobowtór strun głosowych Nasa do tracku o swojsko brzmiącym tytule "Pravda" zaprasza JENO czwórkę raperów, ale każdemu daje tyle czasu ile potrzebują bo wgryźć się w powód do bycia zaproszonym, odetchnąć atmosferą bitu, nawiązać koleżeńską więź tworzenia wspólnego utworu rapowego. coś, czego nie znajdziecie w niskokalorycznym posse cucie Kayslaya, który nie imponuję absolutnie niczym poza logistyką
Zaktualizowano 14 lis 2020, 18:14
14 lis 2020, 18:14
ciekawy KEJS z 2 Chainzem i przebiegiem jego kariery. gdzieś tak w 2012 (w sumie to dokładnie w 2012) roku był w oczach opinii publicznej ucieleśnieniem wszystkiego co złe i trawi ten nieszczęsny, dogorywający w niekończącej się agonii hip hop. kozłem ofiarnym, którego można było obwinić za obniżenie wartości słowa w hip hopie (jako argument przywołując jeden, zawsze ten jeden wers: "She got a big booty so I call her Big Booty"), za sprowadzanie wszystkiego do wyliczania posiadanego bogactwa (pomimo tego, że wszystko było kamuflowanym ale zaplanowanym od początku do końca comedy rapem), a do tego jeszcze pojawiał się gościnnie dosłownie WSZĘDZIE. był nawet jakiś newcomer co zbudował cały singiel w oparciu o koncept: "jestem tak zajebisty, że potrzebuje w piosence Łańcucha". nie pamiętam jak ten typ się nazywał - zapewne głównie dlatego, że sam nic przez te 8 lat nie osiągnął a 2 Chainz? truskulowcy szybko znaleźli sobie nowych wrogów w Chief Keefie, Thuggerze i całym nowym pokoleniu mumblecore'u. sam raper ugrzał sobie wygodne miejsce gdzieś w drugim rzędzie amerykańskiego mainstreamu, podpisał kilka rozsądnych umów z producentami drogiej odzieży i stał się takim niedzisiejszym, ale przyzwoicie starzejącym się nestorem sceny - który może z powodzeniem pojawić się na albumach zarówno Lilliama Pumpernikla jak i Run the Jewels. niektórzy dawni hejterzy wyszyli ze swych pieczar i docenili, że choćby zeszłoroczne "Rap or Go to the League" to w sumie taki elegancki rap w dawnym duchu z brzmieniem starego dobrego południa, NIE TO CO TERAZ. jak to powiedział Michael Scott z "The Office": "Well well, how the turntables..." dobra, ale co mogę powiedzieć o kradnącym niewykorzystany tytuł płyty Kanyego "So Help Me God!"? ano, taki z tej płyty kolejny epizod powolnego odsuwania się w cień. do momentu, w którym jego premiery będą obchodzić ludzi tak bardzo jak ostatni album T.I.'a. jest parę momentów, jak chociażby ogniste collabo z Sosą i Uzikiem. są ociekające dziesiątkami tysięcy dolarów sample, jak np. ten z Hall & Oates. wciąć mamy trochę muzycznych skeczy komediowych, LITERALNIE jest tutaj track w całości traktujący o wartości biżuterii porównywalnej do wartości luksusowego auta. TM88 dostarcza ciekawy beat switch w "Toni", a pikanterii (i rozgłosu w social mediach) dodaje Kanye toczący swoimi pół-wersami kolejną potyczkę o prawo artystów do posiadania swym masterów dostojnie, rozważnie, z jeszcze niewyczerpaną żyłą dawnej charyzmy. ale - mimo wszystko - gdzieś tak po dwóch trzecich odsłuchu czekałem, aż będę miał tenże odsłuch za sobą
ciekawy KEJS z 2 Chainzem i przebiegiem jego kariery. gdzieś tak w 2012 (w sumie to dokładnie w 2012) roku był w oczach opinii publicznej ucieleśnieniem wszystkiego co złe i trawi ten nieszczęsny, dogorywający w niekończącej się agonii hip hop. kozłem ofiarnym, którego można było obwinić za obniżenie wartości słowa w hip hopie (jako argument przywołując jeden, zawsze ten jeden wers: "She got a big booty so I call her Big Booty"), za sprowadzanie wszystkiego do wyliczania posiadanego bogactwa (pomimo tego, że wszystko było kamuflowanym ale zaplanowanym od początku do końca comedy rapem), a do tego jeszcze pojawiał się gościnnie dosłownie WSZĘDZIE. był nawet jakiś newcomer co zbudował cały singiel w oparciu o koncept: "jestem tak zajebisty, że potrzebuje w piosence Łańcucha". nie pamiętam jak ten typ się nazywał - zapewne głównie dlatego, że sam nic przez te 8 lat nie osiągnął

a 2 Chainz? truskulowcy szybko znaleźli sobie nowych wrogów w Chief Keefie, Thuggerze i całym nowym pokoleniu mumblecore'u. sam raper ugrzał sobie wygodne miejsce gdzieś w drugim rzędzie amerykańskiego mainstreamu, podpisał kilka rozsądnych umów z producentami drogiej odzieży i stał się takim niedzisiejszym, ale przyzwoicie starzejącym się nestorem sceny - który może z powodzeniem pojawić się na albumach zarówno Lilliama Pumpernikla jak i Run the Jewels. niektórzy dawni hejterzy wyszyli ze swych pieczar i docenili, że choćby zeszłoroczne "Rap or Go to the League" to w sumie taki elegancki rap w dawnym duchu z brzmieniem starego dobrego południa, NIE TO CO TERAZ. jak to powiedział Michael Scott z "The Office": "Well well, how the turntables..."

dobra, ale co mogę powiedzieć o kradnącym niewykorzystany tytuł płyty Kanyego "So Help Me God!"? ano, taki z tej płyty kolejny epizod powolnego odsuwania się w cień. do momentu, w którym jego premiery będą obchodzić ludzi tak bardzo jak ostatni album T.I.'a. jest parę momentów, jak chociażby ogniste collabo z Sosą i Uzikiem. są ociekające dziesiątkami tysięcy dolarów sample, jak np. ten z Hall & Oates. wciąć mamy trochę muzycznych skeczy komediowych, LITERALNIE jest tutaj track w całości traktujący o wartości biżuterii porównywalnej do wartości luksusowego auta. TM88 dostarcza ciekawy beat switch w "Toni", a pikanterii (i rozgłosu w social mediach) dodaje Kanye toczący swoimi pół-wersami kolejną potyczkę o prawo artystów do posiadania swym masterów

dostojnie, rozważnie, z jeszcze niewyczerpaną żyłą dawnej charyzmy. ale - mimo wszystko - gdzieś tak po dwóch trzecich odsłuchu czekałem, aż będę miał tenże odsłuch za sobą
15 lis 2020, 14:57
rok powoli dobiega końca, trzeba się zatem przygotowywać do podsumowania, a przede wszystkim zorientować się co tam zostało niesłusznie przegapione. jeśli macie do polecenia jakieś projekty z 2020 którymi się jaracie, a czujecie się w swym jaraniu się odosobnieni, to zapraszam do dzielenia się przykładami. z mojej strony - po wstępnym diggingu w odświeżonym wizualnie (w końcu wygląda jak strona internetowa z tego millenium) RateYourMusic gorąco mogę wam polecić wydany w czerwcu album Killah Priesta po pierwsze - patrzcie na tę okładkę. no ku*wa po drugie, wszyscy przecież lubimy bardzo leciwych raperów uskuteczniających spektakularny GLOW UP na późnych etapach swych karier. to co tutaj robi jeden z najważniejszych szeregowych Wu Family znakomicie podsumowuje jego wieloletnią wędrówkę w poszukiwaniu. nie panczlajnerskie supergrupy. nie truskul w ciuszkach, z których się wyrosło. nie ciągłe przypominanie o konotacjach z ekipą spod znaku orzełka. "Rocket to Nebula" brzmi jak coś, o czego nagraniu Priest potajemnie marzył od czasów zapodawania swych licznych partii wokalnych na legendarnych "Liquid Swordsach" jako ulubiony prymus z klasy Geniusa po trzecie, album ten fantastycznie rezonuje z obecnymi trendami indie (i nie tylko indie) rapowej sceny. mamy tutaj korzenie zapuszczone w cloudowej estetyce, mamy inspirację ambientem, dubem, post-psychodelią (!). zrozumiesz ten album jeśli siedzisz w abstract rapach nagrywanych przez Earla i jego klonów. zrozumiesz jeśli nie uzależniasz swoich hiphopowych preferencji od szybkości i dynamiki czyjegoś flow. zrozumiesz go jeśli rzucasz się jak szalony na każdy kolejny projekt od Ka. pokochasz projekt jeśli szanujesz Jaya Electronicę, ale wolałbyś by "Act II: The Patents of Nobility" wyszło w takiej jednak lepiej dopracowanej postaci. no i żeby nie było tego całego antysemicko-Farrakhanowego byczego gunwa po czwarte - patrzcie na tę okładkę jeszcze raz. no ku*wa
rok powoli dobiega końca, trzeba się zatem przygotowywać do podsumowania, a przede wszystkim zorientować się co tam zostało niesłusznie przegapione. jeśli macie do polecenia jakieś projekty z 2020 którymi się jaracie, a czujecie się w swym jaraniu się odosobnieni, to zapraszam do dzielenia się przykładami. z mojej strony - po wstępnym diggingu w odświeżonym wizualnie (w końcu wygląda jak strona internetowa z tego millenium) RateYourMusic gorąco mogę wam polecić wydany w czerwcu album Killah Priesta

po pierwsze - patrzcie na tę okładkę. no ku*wa

po drugie, wszyscy przecież lubimy bardzo leciwych raperów uskuteczniających spektakularny GLOW UP na późnych etapach swych karier. to co tutaj robi jeden z najważniejszych szeregowych Wu Family znakomicie podsumowuje jego wieloletnią wędrówkę w poszukiwaniu. nie panczlajnerskie supergrupy. nie truskul w ciuszkach, z których się wyrosło. nie ciągłe przypominanie o konotacjach z ekipą spod znaku orzełka. "Rocket to Nebula" brzmi jak coś, o czego nagraniu Priest potajemnie marzył od czasów zapodawania swych licznych partii wokalnych na legendarnych "Liquid Swordsach" jako ulubiony prymus z klasy Geniusa

po trzecie, album ten fantastycznie rezonuje z obecnymi trendami indie (i nie tylko indie) rapowej sceny. mamy tutaj korzenie zapuszczone w cloudowej estetyce, mamy inspirację ambientem, dubem, post-psychodelią (!). zrozumiesz ten album jeśli siedzisz w abstract rapach nagrywanych przez Earla i jego klonów. zrozumiesz jeśli nie uzależniasz swoich hiphopowych preferencji od szybkości i dynamiki czyjegoś flow. zrozumiesz go jeśli rzucasz się jak szalony na każdy kolejny projekt od Ka. pokochasz projekt jeśli szanujesz Jaya Electronicę, ale wolałbyś by "Act II: The Patents of Nobility" wyszło w takiej jednak lepiej dopracowanej postaci. no i żeby nie było tego całego antysemicko-Farrakhanowego byczego gunwa

po czwarte - patrzcie na tę okładkę jeszcze raz. no ku*wa
16 lis 2020, 16:56
dziwna sprawa, ale (niektóre) utwory (dobra: głównie ten poniżej) pojawiające się na rozszerzonej edycji "Pluto x Baby Pluto" znacznie lepiej korespondują z moimi wewnętrznymi oczekiwaniami wobec projektu z okładką przedstawiającą dwójkę astronautów dryfujących w orgii wszystkich możliwych kolorów kosmosu. nie można tak było od razu i tak całościowo, na przysłowiowej pełnej intergalaktycznej?

listopad 2020. moje poszukiwania współczesnego konceptu / sensu / znaczenia wydawania deluxe wersji albumów wciąż polegają na bezowocnym błądzeniu od punktu A do punktu B i z powrotem do punktu A
Zaktualizowano 18 lis 2020, 19:29
18 lis 2020, 19:29
to był piękny rok dla pani Megan Thee Stallion. zbijanie ogromnego kapitału scenicznego na zeszłorocznym przełomowym mixtapie "Fever", masa towarzyszących tej okazji featuringów. dające w kość wydarzenia w życiu prywatnym i zawodowym - pokonane ze zrozumieniem i udziałem stojącym za artystką murem słuchaczy. pamiętny występ w SNL. udział w ikonicznym "WAP", za którego nagranie profity będą spijane ekologiczną słomką do końca życia. nie musi z nikim walczyć, bo nie ma o co. AT THIS POINT nie ma już praktycznie znaczenia czy debiutancki album się jej udał czy nie. "Good News" jak najbardziej się udało - chociaż można znaleźć parę powodów do kręcenia nosem a wszystko się zaczyna z kopyta (HEHE). w "Shots Fired" elegancko wyjaśnia Tory'ego Laneza - chociaż nie musiała, bo publiczność i tak już wydała zdecydowanie korzystny dla niej wyrok. swoją charyzmą, otwartością i niesubtelną grą słowem rozjeżdża bit za bitem - a mamy tu pięknie poszatkowane przez Cool & Dre partie wokalne od Jazmine Sullivan, totalną strip-club-bangerozę D.A. Domana czy "Sugar Baby" roznoszące po otoczeniu sentymentalną atmosferę oldkulowego bounce'u na syntezatorach z lombardu. odświeżenie najntisowego standardu Adiny Howard w duecie z SZą (tak odmieniać? nigdy nie wiem), nowe melodyczne flow w uwydatniającym jej wielkie pięć minut "Outside". natomiast takie "What's New" to nawet nie wiem dokładnie co powiedzieć, ale ma w sobie coś z bycia wizytówkowym ULTIMATE HOT GIRL MEGAN TRACKIEM z drugiej strony, jest tu też kilka kompletnie zbędnych rzeczy, o których nawet po dwóch odsłuchach już nie pamiętam. totalnie tym razem nie wyszło z tymi najbardziej zorientowanymi na wielki pop momentami, "Don’t Rock Me to Sleep" nie działa bo nie działa i jest po prostu okropne. "Intercourse" jest już kompletnie niezręczne - ale te wszystkie popcaanowo - dancehallowe bangery nigdy nie były moim światem, więc rozgrzebywać tematu nie będę. aha, no i ten refren w "Body", który mi osobiście nie przeszkadza, ale już widzę ile spadnie na to hejtu ze strony osób obojętniej spoglądających na twórczość Meg będę trochę ubolewał jeśli "Good News" zrobi większą furorę od wydanego wcześniej w 2020 "SUGA". rollout tamtej epki został niestety totalnie udupiony przez konflikt z wytwórnią, a był znacznie bardziej udanym, zwięzłym i koherentnym ukazaniem spektrum talentów Ogiera. ale to nie zmienia faktu, że najnowszy projekt TEŻ SPOKO CAŁKIEM
to był piękny rok dla pani Megan Thee Stallion. zbijanie ogromnego kapitału scenicznego na zeszłorocznym przełomowym mixtapie "Fever", masa towarzyszących tej okazji featuringów. dające w kość wydarzenia w życiu prywatnym i zawodowym - pokonane ze zrozumieniem i udziałem stojącym za artystką murem słuchaczy. pamiętny występ w SNL. udział w ikonicznym "WAP", za którego nagranie profity będą spijane ekologiczną słomką do końca życia. nie musi z nikim walczyć, bo nie ma o co. AT THIS POINT nie ma już praktycznie znaczenia czy debiutancki album się jej udał czy nie. "Good News" jak najbardziej się udało - chociaż można znaleźć parę powodów do kręcenia nosem

a wszystko się zaczyna z kopyta (HEHE). w "Shots Fired" elegancko wyjaśnia Tory'ego Laneza - chociaż nie musiała, bo publiczność i tak już wydała zdecydowanie korzystny dla niej wyrok. swoją charyzmą, otwartością i niesubtelną grą słowem rozjeżdża bit za bitem - a mamy tu pięknie poszatkowane przez Cool & Dre partie wokalne od Jazmine Sullivan, totalną strip-club-bangerozę D.A. Domana czy "Sugar Baby" roznoszące po otoczeniu sentymentalną atmosferę oldkulowego bounce'u na syntezatorach z lombardu. odświeżenie najntisowego standardu Adiny Howard w duecie z SZą (tak odmieniać? nigdy nie wiem), nowe melodyczne flow w uwydatniającym jej wielkie pięć minut "Outside". natomiast takie "What's New" to nawet nie wiem dokładnie co powiedzieć, ale ma w sobie coś z bycia wizytówkowym ULTIMATE HOT GIRL MEGAN TRACKIEM

z drugiej strony, jest tu też kilka kompletnie zbędnych rzeczy, o których nawet po dwóch odsłuchach już nie pamiętam. totalnie tym razem nie wyszło z tymi najbardziej zorientowanymi na wielki pop momentami, "Don’t Rock Me to Sleep" nie działa bo nie działa i jest po prostu okropne. "Intercourse" jest już kompletnie niezręczne - ale te wszystkie popcaanowo - dancehallowe bangery nigdy nie były moim światem, więc rozgrzebywać tematu nie będę. aha, no i ten refren w "Body", który mi osobiście nie przeszkadza, ale już widzę ile spadnie na to hejtu ze strony osób obojętniej spoglądających na twórczość Meg

będę trochę ubolewał jeśli "Good News" zrobi większą furorę od wydanego wcześniej w 2020 "SUGA". rollout tamtej epki został niestety totalnie udupiony przez konflikt z wytwórnią, a był znacznie bardziej udanym, zwięzłym i koherentnym ukazaniem spektrum talentów Ogiera. ale to nie zmienia faktu, że najnowszy projekt TEŻ SPOKO CAŁKIEM
20 lis 2020, 18:02
"The Recession 2" nie jest największą atrakcją sezonu, nie jest albumem tak dobrym jak wydana w 2008 roku część pierwsza. ale jest to godne dzieło godnie odsuwającej się na dalszy plan ikony brudnego południa

"Almighty Black Dollar" to być może najlepszy utwór Bałwana od wielu, wielu lat. nie dość że to obłędnie majestatyczny banger (J.U.S.T.I.C.E. League w trybie Just Blaze'a + bezbłędne DELIVERY refrenu), nie dość że gościnnie pojawiający się Rozay nawinął z energią jakiej nie słyszałem u niego chyba nigdy, to jeszcze mamy tu całkiem dojrzałą i wartościową refleksję

wprawdzie owszem, na samym teledysku obaj panowie nie wyglądają jakby mieli w jeden dzień wzniecić konsumencki bunt i spalić wszystkie posiadane trofea sygnowane nazwiskami starych białych rasistów. ale naprawdę - mamy tutaj moc i urzekającą solidarność dwóch panów, którzy przecież jeszcze tak niedawno regularnie skakali sobie do gardeł z powodu tak zwanej WOŁOWINY między nimi

czekam na remix z Hovą, ponieważ musi taki powstać
Zaktualizowano 20 lis 2020, 21:55
20 lis 2020, 21:55
22 listopada 2010 roku to była bardzo barwna data w historii hip hopu i nie mówię tutaj tylko o premierze tego słynnego prog-rapowego albumu Kanyego Westa, który wszyscy znają i kochają na pamięć (albo na odwrót). tego samego dnia - dokładnie dekadę temu - otworzyła się Puszka Pandory z debiutanckim albumem Nicki Minaj, zalewająca nas następne dziesięć lat potokami krzykliwej, przeszarżowanej pstrokacizny - którą albo się uwielbiało, albo uwielbiało nienawidzić. z tą całą różową aurą było mi nie zawsze po drodze - tak samo jak z decyzjami by uderzać w wysoko skoncentrowany popowy kierunek (a ten niewątpliwie dominował już na "Pink Friday"). jedno mnie bezwarunkowo przyciągało do pokładania nadziei w jej twórczości - a były to jej niezaprzeczalne, czysto rapowe skillsy, którymi bombardowała nas na featuringach cały dwa tysiące dziesiąty rok. i była wśród nich ta legendarna zwrotka do "Monster", o której jeszcze nawet nie wiedzieliśmy, że stanie się oficjalną częścią "Pięknej Mrocznej Zakręconej Fantazji". bardzo byłem zadowolony z premiery tego tracku, bo przedtem wielu znajomych dziwnie patrzyło na mnie kibicującego rapującej furiatce z szafą pełną peruk w każdym istniejącym kolorze świata. od tego momentu oni również zaczęli to łapać

jak to mówią: wszystko dalej to już historia. ale cholernie trudna w ocenie. nawet dzisiaj powroty do pewnych "ekscesów" w twórczości Nicki bywają zadziwiające. pamiętne "Stupid Hoe" - kiedyś będące dla mnie paździerzem wykraczającym poza wszelkie granice dobrego smaku - dzisiaj broni się jako zuchwały ekperyment, tak ryzykowny, że aż godny pogratulowania

miało być w sumie o pierwszym albumie, a nie o całej twórczości raperki. więc już taka teza na szybko: jakkolwiek nie oceniać jej osoby, jej prywatnych dziwactw, jej toksycznej fanbazy, bez wydanego w 2010 albumu hip hop być może nie byłby dziś tak przyjaznym miejscem dla rapujących kobiet. szczególnie dla tych które nie boją wyjść - w bardziej lub mniej drastyczny sposób - poza narzucone przez biznes albo słuchaczy oczekiwania. albo dla tych, które gotowe były ukroić sobie taki naprawdę gruby kawałek mainstreamowego tortu. tak, nie mniej ważne w tym procesie były takie postaci jak Queen Latifah, Lil Kim, Lauryn czy Missy. no ale to pani Mintaj (hehe) stała się tym punktem zwrotnym, po którym bomba FEMALE HH to już naprawdę eksplodowała

a ten POWERPOPOWY track pod tytułem "Blazin'" z featuringiem Kanyego to takie idealne podsumowanie wydarzeń sprzed dekady. premiera obu albumów tego dnia nie przebiegła w atmosferze jakiejś chorej rywalizacji, a jedynie przyjaznej protokooperacji. bo pamiętajmy czyj głos otworzył "MBDTF" oraz pamiętajmy jak pięknie Yeezy na "Pink Friday" ujął sytuację, w który to on razem z Nicki mieli absolutnie wszystko w swoich garściach

"It's obvi we the ish and I'm rolling with my Brits
So real, you so trill, baby, everything legit
How you feel? They say we crazed 'cause our styles so diff'
They'll be jeal' when we in the mag lookin' magnif' (...)
Add this, we blazin', Nicki, what you think?
I got two White Russians, but we also need some drinks"
Zaktualizowano 22 lis 2020, 17:33
22 lis 2020, 17:33
<3. No.NaJwyŻszA porA .
♥.
No.NaJwyŻszA porA .
24 lis 2020, 17:54
jedna nominacja za samą ksywkę (Nas) , dwie nominacje typu "co tu się stanęło" (D Smoke i Royce), no i dwie nominacje na kompletnym rigczu. bez kontekstu na podstawie tej listy w ogóle bym nie pomyślał, że są to propozycje do Grammy czy to wygląda tak a nie inaczej wyłącznie dlatego, że ŻODYN kombajn do zgarniania statuetek nie wydał proper albumu w danym okresie rozliczeniowym? no wydał chociażby Eminem, za którego pominięcie (w końcu) wysyłam propsy stąd do miejsca, w którym miałaby się znajdywać siedziba Akademii a jeśli ktoś z Akademii mnie czyta (ta jassn): #vote4alfredo. albo chociaż na dwóch Dżejow
jedna nominacja za samą ksywkę (Nas) , dwie nominacje typu "co tu się stanęło" (D Smoke i Royce), no i dwie nominacje na kompletnym rigczu. bez kontekstu na podstawie tej listy w ogóle bym nie pomyślał, że są to propozycje do Grammy

czy to wygląda tak a nie inaczej wyłącznie dlatego, że ŻODYN kombajn do zgarniania statuetek nie wydał proper albumu w danym okresie rozliczeniowym? no wydał chociażby Eminem, za którego pominięcie (w końcu) wysyłam propsy stąd do miejsca, w którym miałaby się znajdywać siedziba Akademii

a jeśli ktoś z Akademii mnie czyta (ta jassn): #vote4alfredo. albo chociaż na dwóch Dżejow
24 lis 2020, 20:21
jakoś tak wyszło, że nie pisałem o żadnym oficjalnych singlu pochodzącym ze zbliżającego się debiutu Rico, a jedynie o paru poza-albumowych luzakach i ficzuringach. chciałem zatem coś sprostować: to bynajmniej nie tak że zajawka zgasła, oj wręcz przeciwnie. każdy z czterech już znanych numerów z "Nightmare Vacation" to żeliwny gwarant, że raperka konsekwentnie dopina swego i że 4 grudnia zawarty zostanie ten wyczekiwany i piękny sakrament małżeństwa hip hopu z pc music. od hiper-popowych podkładów Dylana Brady'ego (100 gecs), po smaczki w stylu wywindowania w 645AR'owe rejestry wokalu Dona Tolivera, nic się tutaj nie dzieje przypadkiem i wierzę, że za półtora tygodnia ostatnia ważna premiera roku (z tych posiadających już faktyczną datę) dostarczy nam ESTETYKI - ale i również wszystkiego co będzie dumnie szło z tą estetyką w parze

bo w poniższym trailerze Rico Nasty sugeruje, że może być to krążek, którego potrzebują w grudniu 2020 wszyscy - nie tylko najbardziej nerdowaci poszukiwacze doznań związanych z mieszaniem w muzyczno-internetowym kotle
Zaktualizowano 25 lis 2020, 22:36
25 lis 2020, 22:36
kapitalna pętla i wprowadzające w miły dysonans partie z najważniejszym hiphopowym instrumentem ostatnich lat sprawiają, że bardzo trudno przefiltrować i odczytać tutaj przekaz Saby i zaproszonego gościa. ale to tak działa i pewnie tak ma być. twórczość niedocenianego LEKKO reprezentanta Chi-Town zawsze była taką tajną wojną między komfortem słowa a komfortem brzmienia. wojną w której nikt nie przegrywa, ku gwoli ścisłości

a w ogóle to Saba również prowadzi bardzo solidną kampanię singlową, na której końcu może czekać "damn good album numer trzy". no ale to już raczej takie luźne rozważania o tym, co będzie się działo w bliskim (a wciąż tak jakby odległym) 2021 roku
Zaktualizowano 26 lis 2020, 18:35
26 lis 2020, 18:35
najnowszy album Juicy J'a wyróżnia się bardzo in plus tym, że został w 95% (nie liczyłem dokładnie, także nie łapcie mnie za liczby) wyprodukowany przez samego Juicy J'a efekt tej artystycznej decyzji można poczuć już przy pierwszym tracku, a wrażenie utrzymuje się praktycznie przez całość przygody z "The Hustle Continues". zamiast najgorętszych trapowych producentów sezonu z najgorętszymi trapowymi rozwiązaniami sezonu dostajemy oszczędne klawiszowe melodie, bardziej vintage'owe niż zazwyczaj bębny i przebijające się powidoki oryginalnych SZLAGIERÓW Three 6 Mafii. autentyczny, crunkowy feel konsekwentnie realizowany przez całe 47 minut, pozbawiony wtórnego sentymentalizmu, pożyczanej nostalgii i postarzania czegoś na siłę toną posprodukcyjnego makijażu jeśli powyższy argument by sięgnąć po nowego SOCZKA nie jest dla was wystarczająco mocny, to cóż... niewiele więcej mam pomysłów by was zachęcić. może całkiem przyjemny zestaw gości? na przykład Jay Rock i A$AP Rocky wykorzystujący swe momenty na albumie by trochę zbić nas z toru przewidywalności. albo Conway - bo to rzeczywiście jest jakieś doświadczenie usłyszeć go na tak bezpośrednio trapowym, mafijkowym jak diabli podkładzie "The Hustle Continues" to dość przewidywalna i nie oferująca specjalnej różnorodności płyta rapera poprzedniej epoki. mimo to - działa, bawi i uczy. SZATAFAKAP!
najnowszy album Juicy J'a wyróżnia się bardzo in plus tym, że został w 95% (nie liczyłem dokładnie, także nie łapcie mnie za liczby) wyprodukowany przez samego Juicy J'a

efekt tej artystycznej decyzji można poczuć już przy pierwszym tracku, a wrażenie utrzymuje się praktycznie przez całość przygody z "The Hustle Continues". zamiast najgorętszych trapowych producentów sezonu z najgorętszymi trapowymi rozwiązaniami sezonu dostajemy oszczędne klawiszowe melodie, bardziej vintage'owe niż zazwyczaj bębny i przebijające się powidoki oryginalnych SZLAGIERÓW Three 6 Mafii. autentyczny, crunkowy feel konsekwentnie realizowany przez całe 47 minut, pozbawiony wtórnego sentymentalizmu, pożyczanej nostalgii i postarzania czegoś na siłę toną posprodukcyjnego makijażu

jeśli powyższy argument by sięgnąć po nowego SOCZKA nie jest dla was wystarczająco mocny, to cóż... niewiele więcej mam pomysłów by was zachęcić. może całkiem przyjemny zestaw gości? na przykład Jay Rock i A$AP Rocky wykorzystujący swe momenty na albumie by trochę zbić nas z toru przewidywalności. albo Conway - bo to rzeczywiście jest jakieś doświadczenie usłyszeć go na tak bezpośrednio trapowym, mafijkowym jak diabli podkładzie

"The Hustle Continues" to dość przewidywalna i nie oferująca specjalnej różnorodności płyta rapera poprzedniej epoki. mimo to - działa, bawi i uczy. SZATAFAKAP!
27 lis 2020, 10:12
DEDICATED TO: wszyscy rozczarowani i wystawieni przez Kartezjusza, gdyż jedyne co przyniósł nam czarny piątek to gościnka na deluxie Yachty'ego (zajebista, not gonna lie). Chavo nie jest tak polaryzującą i odkrywczą postacią jak wcześniej wspomniany osobnik, ale niewątpliwe potrafi rozłożyć osiadane umiejętności na solidne melo-trapy jak i zgrabne techniczne składaki jakby-od-niechcenia płynących wersów ale co ja tu w ogóle się produkuję, przecież każdy sięgnie po "Chavo's World" tylko dlatego, że Chavo ma Pi'erre'a Bourne'a. a dokładniej to Pi'erre jego ma - w swojej zaliczającej rozczarowująco niskie zasięgi wytwórni Sosshouse Records bardzo szkoda, że taka stagnacja z tymi zasięgami, bo pomiędzy dość zachowawczą "pierowizną" zdarzają się tutaj ultra-interesujące wykwity znajomo odświeżającego spojrzenia na trapy, z dobrze zaznaczoną nutą psychodelii - w porównaniu chociażby z bardziej przyziemnym stylem Jelly'ego, drugiego ziomeczka z narybku Sosshouse obowiązkowe pozycje: "Boolie", "Deal is", "I Hope You Remember", "Say So" i absolutnie obłędna rekontekstualizacja (nie ma takiego słowa, czy korekta po prostu uznaje mnie za zbyt pretensjonalnego buca?) g-funkowej piszczały w "Michigan" ale warto i tak posłuchać w całości - bo pewnie już wiecie jak Pi'erre pięknie umie w te swoje płynne przejścia między trackami
DEDICATED TO: wszyscy rozczarowani i wystawieni przez Kartezjusza, gdyż jedyne co przyniósł nam czarny piątek to gościnka na deluxie Yachty'ego (zajebista, not gonna lie). Chavo nie jest tak polaryzującą i odkrywczą postacią jak wcześniej wspomniany osobnik, ale niewątpliwe potrafi rozłożyć osiadane umiejętności na solidne melo-trapy jak i zgrabne techniczne składaki jakby-od-niechcenia płynących wersów

ale co ja tu w ogóle się produkuję, przecież każdy sięgnie po "Chavo's World" tylko dlatego, że Chavo ma Pi'erre'a Bourne'a. a dokładniej to Pi'erre jego ma - w swojej zaliczającej rozczarowująco niskie zasięgi wytwórni Sosshouse Records

bardzo szkoda, że taka stagnacja z tymi zasięgami, bo pomiędzy dość zachowawczą "pierowizną" zdarzają się tutaj ultra-interesujące wykwity znajomo odświeżającego spojrzenia na trapy, z dobrze zaznaczoną nutą psychodelii - w porównaniu chociażby z bardziej przyziemnym stylem Jelly'ego, drugiego ziomeczka z narybku Sosshouse

obowiązkowe pozycje: "Boolie", "Deal is", "I Hope You Remember", "Say So" i absolutnie obłędna rekontekstualizacja (nie ma takiego słowa, czy korekta po prostu uznaje mnie za zbyt pretensjonalnego buca?) g-funkowej piszczały w "Michigan"

ale warto i tak posłuchać w całości - bo pewnie już wiecie jak Pi'erre pięknie umie w te swoje płynne przejścia między trackami
28 lis 2020, 17:42
trochę STRACHA miałem wrócić po latach do "What the Game's Been Missing". bałem się, że moje miłe skojarzenia wykoleją się na pierwszym możliwym zakręcie i nie będzie czego zbierać z rozsypanych strzępków nostalgicznej bańki. tymczasem wcale nie, REALITY CHECK wspomnień o drugim albumie Juelza Santany okazał się dość pobłażliwy i w zasadzie po jednym odsłuchu od razu kusi mnie na kolejny. i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to może być mój prywatny faworyt z całej dyskografii Dipsetów, ceniony bardziej nawet od pełnych bizantyjskiego przepychu solówek Cam'Rona (2002-2004) oraz ikonicznego "Diplomatic Immunity" 2005 rok to był ten właśnie rok, w którym szeroko pojęty "dipset sound" dojrzał w pełni, ale jeszcze nie przejrzał. wciąż pewne dogmaty i oczywiste oczywistości jak podejście Heatmakerzów do sampli pozostawały w swym miejscu. rosło rozeznanie się w tym co się dzieje wokół, wczesne rozpoznanie centralizowania się serca hip hopu na południu Stanów. przeanalizowane zostało to i owo z procesu rozkręcającej się równolegle od Dyplomatów potęgi 50 Centa i G-Unit. wyciągnięto wnioski z jednostrzałowców hitowych pokroju Chingy'ego i J-Kwona. i właśnie "What the Game's Been Missing" uderzyło taką falą nieważkich rozmyśleń nad kondycją hip hopu w połowie '00s dwadzieścia dwa utwory zawierające wszystko i nic zarazem, siedemdziesiąt pięć minut pop-gangsterskiego kondensatu. i tak jak Fiddy z ekipą czasem wręcz cynicznie monetyzowali wizerunek groźnie wyglądających bandziorów w New Erach, tak Juelz (i ogólnie Diplomats) sam z siebie jeszcze się tym procederem bardzo ekspresywnie rozkoszował. jest tu parę utworów, którymi rządzi nie raper ale sam założony z góry GIMMICK (singlowe "Clockwork" i "Whistle Song"), ale hmm... w sumie wszystko tutaj składało się z pomysłów rzucanych lekką ręką na posiedzeniu Dyplomatów i od razu z miejsca akceptowanych. producenci (bo nie mieliśmy tutaj przecież samych Heatmakerz) skakali po gatunkowych inspiracjach od Jamajki przez crunk po rap-rock od dziadków z Run-DMC, utrzymując wszystko w ogólnych założeniach kolektywu. normalnie jak na "Stankonii" - gdyby "Stankonia" była produkcją utuczoną na palonym cracku i napojach owocowych z proszku uroczy w tym wszystkim był Juelz, a nie była to nawet jego najlepsza forma w życiu. tą osiągnął w trakcie paru kolejnych lat, teasując kolejny krążek, rzucając zabójczo dobre gościnki i prześcigając się Lil Wayne'em zabawnie suchymi wordpunami w ramach widmo-projektu I Can't Feel My Face". wszystko był super, tylko do oficjalnego wydawnictwa numer trzy - potencjalnie potwierdzającego niesamowity rozwój chłopaka - nigdy nie doszło. za to "What's the Game's..." zarejestrowało piękne stop-klatki z procesu tego jakże sympatycznego rozwoju. Santana nie był już tym niewątpliwe wadliwym krzykaczem i Robinem dla cam'ronowskiego Batmana. tutaj już jego kompletnie funkcjonalna osobowość napędzała rytm, treść i zawarte emocje, nawet ten Cam pojawiający się ze swoimi zbitkami "KILLA KILLA CHINCHILLA" nie był już tak potrzebny. Ju sam się już w tym zrobił sprawny, jego pistoletowe hymny trafiały równie celnie co wspomnieniowo-rodzinne elegie. rapując o własnym synku jest tak prostolinijnie szczery, naiwny, i uroczy, że chciałoby się (nad)interpretować "Daddy" jako coś idealnie oddające obłąkaną mentalność świeżo upieczonego tatusia. ale prawdziwą eksplozją JUELYZMÓW jest moje ulubione "I Am Crack" z tymi wszystkimi "Who want with I? You want it with I? I'll shoot one in your eye, You'll lose one of your eyes" albo już tak kompletnie bez ironizowania fajnymi: "My flow so in order I could turn soap and water to ocean water and float the border (...) I'm so mean and nice, with the things I write Jesus might say 'Jesus Christ!'" nie próbowałem nigdy cracku, ale jestem święcie przekonany że energia tego utworu w jakimś stopniu koreluje z wrażeniami przy paleniu tego ścierwa wszystko z taką zawadiacką pewnością siebie, nie chcesz mu nawet przeszkadzać i zauważać że na przykład pomylił imię bohatera z filmu "Carlito's Way". bo leci z tym super. i w ogóle cała płyta super, choć czasem właściwie nie wiemy czy teksty pisał tutaj sześciolatek czy niekoronowany król wszystkich "zdolnych-ale-leniwych" świata. i tak jak mówiłem, idę zarzucić ten upragniony kolejny odsłuch albumu słuchałem na Spotify - co jest bardzo ważne, gdyż katalog Dipsetów na tejże platformie ma dosyć spore i kłujące w oczy braki. ale następną sesję zorganizuje z darzonym sporym sentymentem fizycznym wydaniem wersji deluxe. to dość osobliwe wydanie, bo tutaj deluks to nie tylko dodatkowa płyta DVD i tekturowy digipak, ale i zawarty w digipaku pop up z wyskakującym poza ramy opakowania Juelzem Santaną. do ideału zabrakło tu mikro-pozytywki wydającej z siebie "AYE!" przy każdym otwarciu
trochę STRACHA miałem wrócić po latach do "What the Game's Been Missing". bałem się, że moje miłe skojarzenia wykoleją się na pierwszym możliwym zakręcie i nie będzie czego zbierać z rozsypanych strzępków nostalgicznej bańki. tymczasem wcale nie, REALITY CHECK wspomnień o drugim albumie Juelza Santany okazał się dość pobłażliwy i w zasadzie po jednym odsłuchu od razu kusi mnie na kolejny. i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że to może być mój prywatny faworyt z całej dyskografii Dipsetów, ceniony bardziej nawet od pełnych bizantyjskiego przepychu solówek Cam'Rona (2002-2004) oraz ikonicznego "Diplomatic Immunity"

2005 rok to był ten właśnie rok, w którym szeroko pojęty "dipset sound" dojrzał w pełni, ale jeszcze nie przejrzał. wciąż pewne dogmaty i oczywiste oczywistości jak podejście Heatmakerzów do sampli pozostawały w swym miejscu. rosło rozeznanie się w tym co się dzieje wokół, wczesne rozpoznanie centralizowania się serca hip hopu na południu Stanów. przeanalizowane zostało to i owo z procesu rozkręcającej się równolegle od Dyplomatów potęgi 50 Centa i G-Unit. wyciągnięto wnioski z jednostrzałowców hitowych pokroju Chingy'ego i J-Kwona. i właśnie "What the Game's Been Missing" uderzyło taką falą nieważkich rozmyśleń nad kondycją hip hopu w połowie '00s

dwadzieścia dwa utwory zawierające wszystko i nic zarazem, siedemdziesiąt pięć minut pop-gangsterskiego kondensatu. i tak jak Fiddy z ekipą czasem wręcz cynicznie monetyzowali wizerunek groźnie wyglądających bandziorów w New Erach, tak Juelz (i ogólnie Diplomats) sam z siebie jeszcze się tym procederem bardzo ekspresywnie rozkoszował. jest tu parę utworów, którymi rządzi nie raper ale sam założony z góry GIMMICK (singlowe "Clockwork" i "Whistle Song"), ale hmm... w sumie wszystko tutaj składało się z pomysłów rzucanych lekką ręką na posiedzeniu Dyplomatów i od razu z miejsca akceptowanych. producenci (bo nie mieliśmy tutaj przecież samych Heatmakerz) skakali po gatunkowych inspiracjach od Jamajki przez crunk po rap-rock od dziadków z Run-DMC, utrzymując wszystko w ogólnych założeniach kolektywu. normalnie jak na "Stankonii" - gdyby "Stankonia" była produkcją utuczoną na palonym cracku i napojach owocowych z proszku

uroczy w tym wszystkim był Juelz, a nie była to nawet jego najlepsza forma w życiu. tą osiągnął w trakcie paru kolejnych lat, teasując kolejny krążek, rzucając zabójczo dobre gościnki i prześcigając się Lil Wayne'em zabawnie suchymi wordpunami w ramach widmo-projektu I Can't Feel My Face". wszystko był super, tylko do oficjalnego wydawnictwa numer trzy - potencjalnie potwierdzającego niesamowity rozwój chłopaka - nigdy nie doszło. za to "What's the Game's..." zarejestrowało piękne stop-klatki z procesu tego jakże sympatycznego rozwoju. Santana nie był już tym niewątpliwe wadliwym krzykaczem i Robinem dla cam'ronowskiego Batmana. tutaj już jego kompletnie funkcjonalna osobowość napędzała rytm, treść i zawarte emocje, nawet ten Cam pojawiający się ze swoimi zbitkami "KILLA KILLA CHINCHILLA" nie był już tak potrzebny. Ju sam się już w tym zrobił sprawny, jego pistoletowe hymny trafiały równie celnie co wspomnieniowo-rodzinne elegie. rapując o własnym synku jest tak prostolinijnie szczery, naiwny, i uroczy, że chciałoby się (nad)interpretować "Daddy" jako coś idealnie oddające obłąkaną mentalność świeżo upieczonego tatusia. ale prawdziwą eksplozją JUELYZMÓW jest moje ulubione "I Am Crack" z tymi wszystkimi

"Who want with I? You want it with I?
I'll shoot one in your eye, You'll lose one of your eyes"

albo już tak kompletnie bez ironizowania fajnymi:

"My flow so in order
I could turn soap and water to ocean water and float the border
(...) I'm so mean and nice, with the things I write
Jesus might say 'Jesus Christ!'"

nie próbowałem nigdy cracku, ale jestem święcie przekonany że energia tego utworu w jakimś stopniu koreluje z wrażeniami przy paleniu tego ścierwa

wszystko z taką zawadiacką pewnością siebie, nie chcesz mu nawet przeszkadzać i zauważać że na przykład pomylił imię bohatera z filmu "Carlito's Way". bo leci z tym super. i w ogóle cała płyta super, choć czasem właściwie nie wiemy czy teksty pisał tutaj sześciolatek czy niekoronowany król wszystkich "zdolnych-ale-leniwych" świata. i tak jak mówiłem, idę zarzucić ten upragniony kolejny odsłuch

albumu słuchałem na Spotify - co jest bardzo ważne, gdyż katalog Dipsetów na tejże platformie ma dosyć spore i kłujące w oczy braki. ale następną sesję zorganizuje z darzonym sporym sentymentem fizycznym wydaniem wersji deluxe. to dość osobliwe wydanie, bo tutaj deluks to nie tylko dodatkowa płyta DVD i tekturowy digipak, ale i zawarty w digipaku pop up z wyskakującym poza ramy opakowania Juelzem Santaną. do ideału zabrakło tu mikro-pozytywki wydającej z siebie "AYE!" przy każdym otwarciu
30 lis 2020, 17:20
uwielbiam co roku o tej porze przeglądać ogólno-muzyczne podsumowania najlepszych płyt i patrzeć jak sobie na nich radzą rapowe pozycje. dzięki serwisowi AlbumOfTheYear jest to tak bardzo wygodne jak tylko mogłoby być. a co można już w tym momencie zauważyć?

🐬 "RTJ4" zarządziło, według agregacji na AOTY jest to drugi najwyżej stawiany album muzyczny, zaraz po Fionie Jabłko

🐬 oprócz Klejnotów dobrze sobie radzi Freddie Gibbs oraz.. Lil Uzi Vert ze swoim "Eternal Atake". ciągle obiecuje sobie, że przed własnym podsumowaniem wrócę więcej niż raz do tej płyty, bo być może THERE'S SOMETHING THAT I'M MISSING. a jak nie to na pewno docenię sam deluxowy dodatek, bo tam wszystko się zgadza akurat

🐬 odczuwalna nieobecność "Savage Mode II", ale to raczej do zrozumienia zważywszy na bardzo insidersko-południowy wydźwięk płyty. gratka dla tych, którzy bardzo dobrze wiedzieli czego szukają sięgając po album Savage'a i Metro

🐬 Griselda została zauważona poza bańką tych uważniejszych słuchaczy hip hopu - ale nie w taki sposób, jaki bym chciał. prawie nikt nie docenił świetnych albumów Conwaya i Benny'ego (!). co innego jeśli chodzi o Westside Gunna i zaskakująco szanowanego na listach Boldy'ego (z notabene pre-Griseldowymi wydawnictwami). nawet gdzieś dostrzegłem na jednej z niższych pozycji Armani Caesar

🐬 Clipping ostatni na propsie u niezalowych serwisów, które bardzo po macoszemu traktują hip hop. i kompletnie zero ZDZIWKA w tej kwestii

🐬 osobną historią jest tradycyjnie Complex, który zawsze jest takim połączeniem dosyć głębokiego zanurzenia w rapsach, faworyzowania stadionowego popu/rocka i zaglądania jednym okiem na Pitchforka. szanuję, że wyróżnili sporo albumów niewyróżnionych przez inne redakcje. no ale Lil Baby na drugim miejscu listy to xD
Zaktualizowano 2 gru 2020, 10:38
2 gru 2020, 10:38
a przed premierą albumu Rico Nasty można posłuchać na przykład tegorocznej propozycji Aarona Cartiera. raper ten buja się z producentem Dylanem Bradym (100 gecs) parę lat dłużej niż Rico, ale dopiero w 2020 jego twórczość tak dumnie wykwitła w tym hiperpopowo-pc-trapowym kierunku. "Aaron Cartier Best Dog" to przestery, metaliczność wyrazu w stylu SOPHIE i spitchowany w górę (ale jeszcze nie na poziomie 645AR'a, spokojnie) głosik. od kompletnie abstrakcyjnych doznań do tracków, które spokojnie mogłyby wyjść spod ręki Pharrella wchodzącego na kolejny level artystycznego odmłodzenia polecam, choć nie daję gwarancji, że każdemu uda się przebrnąć już przed drugi utwór - nie bez lichego powodu noszący tytuł "BANANAS"
a przed premierą albumu Rico Nasty można posłuchać na przykład tegorocznej propozycji Aarona Cartiera. raper ten buja się z producentem Dylanem Bradym (100 gecs) parę lat dłużej niż Rico, ale dopiero w 2020 jego twórczość tak dumnie wykwitła w tym hiperpopowo-pc-trapowym kierunku. "Aaron Cartier Best Dog" to przestery, metaliczność wyrazu w stylu SOPHIE i spitchowany w górę (ale jeszcze nie na poziomie 645AR'a, spokojnie) głosik. od kompletnie abstrakcyjnych doznań do tracków, które spokojnie mogłyby wyjść spod ręki Pharrella wchodzącego na kolejny level artystycznego odmłodzenia

polecam, choć nie daję gwarancji, że każdemu uda się przebrnąć już przed drugi utwór - nie bez lichego powodu noszący tytuł "BANANAS"
2 gru 2020, 20:20
SpotifySZRP: hh 2020, but girls only, a playlist by chojnychojnychojny on Spotifyhttps://open.spotify.com/playlist/6RcfEm5Mv2VKSpuSSfEKBY
czy da się podsumować hip hop z 2020 roku za pomocą playlisty złożonej wyłącznie z twórczości pań? JESZCZE JAK. ponad pięćdziesiąt piosenek, każda autorstwa innej dziewuchy (albo grupy). ewentualne gościnki - zgadnijcie kogo? również dziewuch. od UK drillu przez wyraźnie zaznaczony w tym roku neo-bounce po soulqarianowskie relaksatory. ulubionej piosenki Bena Shapiro oczywiście nie zabrakło, jak mogłoby zabraknąć?

polecam - a jeśli przegapiłem coś co mogłoby tutaj pasować - piszcie
Zaktualizowano 3 gru 2020, 10:13
3 gru 2020, 10:13
już na podstawie przedpremierowej kampanii singlowej domyślałem się, że Rico Nasty DOWIEZIE swoim debiutanckim albumem. nie jest to może to moje wymarzone perfecyjne małżeństwo rapu z bubblegum bass/pc music/czymkolwiek, ale jest w tym tak wiele indywidualnego uroku i pomysłu na siebie, że czuję się raczej zaspokojony esencją albumu jest track ósmy, czyli "Let It Out". podkład autorstwa 100 gecs brzmi jak ranne, ale wkurwione i gotowe do walki cyber-zwierzę (aż nie wierzę, że w taki sposób opisałem rapowy instrumental), a nabuzowana Maria-Cecilia Simone daje nam prosto do zrozumienia, że trzeba wyrzucić z siebie te zgromadzoną przez miesiące lockdownu niespożytkowana energię wszystko jest tutaj takim właśnie pastelowo-punkowym eskapizmem, niepopadającym w zbędne refleksje (ani nawet w specjalnie pomysłowe punchline'y) gejzerem. motywatorem zachęcającym do wiary w to, że 2021 będzie trochę lepszym rokiem niż tej mijający. nieważne czy słuchamy błyszczącego brokatem "IPHONE" czy bangerów choćby w minimalnym stopniu niuansujących wyrobioną na mixtape'ach markę WŚCIEKŁEJ TYPIARY - jesteśmy pewni, że Rico postawiła kolejny krok do przodu. i nie ma żadnego powodu by się wycofywać ze zdobytej pozycji jedynym dla nie LEKKIM ZGRZYTEM są duety z Amine i Trippie Redda. to znaczy obiektywnie są to zupełnie poprawne i napisane sprawną ręką pop-rapowe ballady - ale czuć, że są wyrwane z odrobinę innej bajki niż reszta "Nightmare Vacation" poza tym nie mam pytań. jest dobrze, bardzo dobrze, czołówka-tego-roku dobrze. i to nawet nie licząc tej absurdalnie dokoksowanej nowej wersji "Smack a Bitch", gdzie Rico zebrała ekipę nadających na podobnych falach psiaspi. chociaż nie wiem - bo to co na samym końcu wyprawia niejaka ppcocaine wykracza poza wszelkie dopuszczalne przez ludzką percepcje skale "riconastowości". cudo!
już na podstawie przedpremierowej kampanii singlowej domyślałem się, że Rico Nasty DOWIEZIE swoim debiutanckim albumem. nie jest to może to moje wymarzone perfecyjne małżeństwo rapu z bubblegum bass/pc music/czymkolwiek, ale jest w tym tak wiele indywidualnego uroku i pomysłu na siebie, że czuję się raczej zaspokojony

esencją albumu jest track ósmy, czyli "Let It Out". podkład autorstwa 100 gecs brzmi jak ranne, ale wkurwione i gotowe do walki cyber-zwierzę (aż nie wierzę, że w taki sposób opisałem rapowy instrumental), a nabuzowana Maria-Cecilia Simone daje nam prosto do zrozumienia, że trzeba wyrzucić z siebie te zgromadzoną przez miesiące lockdownu niespożytkowana energię

wszystko jest tutaj takim właśnie pastelowo-punkowym eskapizmem, niepopadającym w zbędne refleksje (ani nawet w specjalnie pomysłowe punchline'y) gejzerem. motywatorem zachęcającym do wiary w to, że 2021 będzie trochę lepszym rokiem niż tej mijający. nieważne czy słuchamy błyszczącego brokatem "IPHONE" czy bangerów choćby w minimalnym stopniu niuansujących wyrobioną na mixtape'ach markę WŚCIEKŁEJ TYPIARY - jesteśmy pewni, że Rico postawiła kolejny krok do przodu. i nie ma żadnego powodu by się wycofywać ze zdobytej pozycji

jedynym dla nie LEKKIM ZGRZYTEM są duety z Amine i Trippie Redda. to znaczy obiektywnie są to zupełnie poprawne i napisane sprawną ręką pop-rapowe ballady - ale czuć, że są wyrwane z odrobinę innej bajki niż reszta "Nightmare Vacation"

poza tym nie mam pytań. jest dobrze, bardzo dobrze, czołówka-tego-roku dobrze. i to nawet nie licząc tej absurdalnie dokoksowanej nowej wersji "Smack a Bitch", gdzie Rico zebrała ekipę nadających na podobnych falach psiaspi. chociaż nie wiem - bo to co na samym końcu wyprawia niejaka ppcocaine wykracza poza wszelkie dopuszczalne przez ludzką percepcje skale "riconastowości". cudo!
4 gru 2020, 17:42
"Real hip hop heads, i can't stand y'all f*** rap, I make songs for my grandma" o tym, że skutecznie da się romantyzować kulturę Związku Radzieckiego w ramach egzotycznej hiphopowej turystyki, wiemy co najmniej od czasów "Russian Roulette" Alchemista. Your Old Droog na wydanym wczoraj "Dump YOD: Krutoy Edition" uderza w te tony dalej, bardziej, mocniej, a może nawet jeszcze lepiej. album ten sprawi, że będziecie chcieli odpalić na pełną kiskę chór Aleksandrowa, tańczyć kazaczoka popijając Stolichnayą i zagryzając warenikami. zagrać w wilka zbierającego jajka i tak dalej i tak dalej, USSR stuff, wiecie to wszystko fajny chwyt na zwrócenie uwagi, ale i przy okazji koncept spajający dwanaście utworów w najbardziej chyba równy do tej pory album TWOJEGO STAREGO. dodatkowo uzbrojony po zęby w świetne featuringi: Black Thought, El-P, Phonte, billy woods, Tha God Fahim, Mach-Hommy. dwóch ostatnich jest tutaj sporo - co rzekomo służy jako przedmak nadchodzącego wspólnego albumu. так есть! jeśli chodzi o wczutkę Drooga w tej cały RADZIECKI SWAG - nic tak pięknie jej nie manifestuje jak zawartość ekskluzywnego wydania fizycznego. LP w kolorze flagi Ukrainy, okładki singlowych utworów wydrukowane w formie propagandowych plakatów, dodatkowa siódemka w formie ryobry - czyli nagrania wytłoczonego na zdjęciu rentgenowskim, co było niegdyś metodą na przemycanie za żelazną kurtynę muzyki rodem ze zgniłego zachodu. no i jeszcze do tego zestaw matrioszek, no bo przecież
"Real hip hop heads, i can't stand y'all
f*** rap, I make songs for my grandma"

o tym, że skutecznie da się romantyzować kulturę Związku Radzieckiego w ramach egzotycznej hiphopowej turystyki, wiemy co najmniej od czasów "Russian Roulette" Alchemista. Your Old Droog na wydanym wczoraj "Dump YOD: Krutoy Edition" uderza w te tony dalej, bardziej, mocniej, a może nawet jeszcze lepiej. album ten sprawi, że będziecie chcieli odpalić na pełną kiskę chór Aleksandrowa, tańczyć kazaczoka popijając Stolichnayą i zagryzając warenikami. zagrać w wilka zbierającego jajka i tak dalej i tak dalej, USSR stuff, wiecie

to wszystko fajny chwyt na zwrócenie uwagi, ale i przy okazji koncept spajający dwanaście utworów w najbardziej chyba równy do tej pory album TWOJEGO STAREGO. dodatkowo uzbrojony po zęby w świetne featuringi: Black Thought, El-P, Phonte, billy woods, Tha God Fahim, Mach-Hommy. dwóch ostatnich jest tutaj sporo - co rzekomo służy jako przedmak nadchodzącego wspólnego albumu. так есть!

jeśli chodzi o wczutkę Drooga w tej cały RADZIECKI SWAG - nic tak pięknie jej nie manifestuje jak zawartość ekskluzywnego wydania fizycznego. LP w kolorze flagi Ukrainy, okładki singlowych utworów wydrukowane w formie propagandowych plakatów, dodatkowa siódemka w formie ryobry - czyli nagrania wytłoczonego na zdjęciu rentgenowskim, co było niegdyś metodą na przemycanie za żelazną kurtynę muzyki rodem ze zgniłego zachodu. no i jeszcze do tego zestaw matrioszek, no bo przecież
5 gru 2020, 18:11
Kool Keith wjeżdża na ostatnim albumie Roca Marciano tak, że jakbym czysto hipotetycznie nie wiedział o jego istnieniu, to uznałbym go za kolejnego obiecującego UPCOMERA wschodnioamerykańskiej fali abstrakcyjnej nowej ulicy. ponad 35 lat na scenie (i to miażdżącą większość czasu w roli atrakcyjnie kontrkulturowego dziwaka) i nie słychać nawet najdelikatniejszego tonu dziaderstwa. no pokażcie mi drugiego takiego przedstawiciela jego własnej hiphopowej generacji

sam album Marciano oczywiście świetny i dobrze, że można go wreszcie słuchać na spotify. i wiem, że typ dosłownie umieścił "Mt. Marci" do ściągnięcia za friko na swojej stronie. tak już jednak odzwyczaiłem się już od włączania muzyki na jakimś winampie niczym jaskiniowiec, że nawet uruchamianie legalnie wydanych plików muzycznych jest dla mnie jakieś... nienaturalne
Zaktualizowano 6 gru 2020, 15:35
6 gru 2020, 15:34
oby do piątku. #motm3
Zaktualizowano 7 gru 2020, 23:01
7 gru 2020, 23:01
"Man on the Moon III: The Chosen" spotkało się z fantastycznym, niemal jednorodnie pozytywnym przyjęciem wśród fanów - w przeciwieństwie do pewnej gry, która również miała w tym tygodniu premierę, HEHE. a co do tego przyjęcia Cuddera to trochę rozumiem i trochę nie rozumiem jeśli da się możliwie zwięźle określić mój problem z trzecią odsłoną "Człowieka na Księżycu" - Kid Cudi zbyt często zamiast być sobą staje się jakąś eterycznym bytem skupiającym w sobie cechy wszystkich artystów, których sam na świat przyniósł. szczególnie dużo jest tutaj brązowego Batmana z reklam McDonald's, w zasadzie prawie cała pierwsza połowa płyty brzmi jak sesje Travisa z czasów przed i trochę po "Rodeo". subtelnie podawana koncepcja psychodelicznej baśni gotyckiej na trapowym bicie - oferta brzmi atrakcyjnie, ale tyle tego słyszeliśmy przez ostatnie dziesięć lat, w interpretacji dziesiątek smutnych raperzyn i auto-croonerów. chciałbym być zachwycony, nie umiem przez pierwsze dwa akty jedynym co trzyma mnie przy głośniku jest sam głos Cudiego, który swoją niepowtarzalną barwą (i umiejętnościa nadania jej blasku) kompletnie odstaje od wszystkich swych muzycznych bombelków, a i zawsze wie kiedy wyjąć z rękawa swojego mruczącego asa. może to po prostu tylko o to chodzi i bez sensu wymagam nie wiadomo czego? ale potem nastaje akt trzeci i od tego momentu kocham "MOTM3" bezwarunkowo. już trzecie "Solo Dolo" daje obiecującą podbudówkę pod to co zaraz się wydarzy. "Sad People" jest najskuteczniejszym przeniesieniem cudderowskiego ducha w 2020 rok. "Elsie's Baby Boy (Flashback)" bezwstydnie atakuje nas samplem z "House of the Rising Sun" - ale broni tego cholernego sampla z taką dumą i pewnością siebie, nawet jeśli refren i zwrotki są absolutnym gejzerem kruchości i niepewności artysty. "The Void" daje nam real-emo energię, na jaką nie zasługiwaliśmy. a na co jeszcze nie zasługiwalismy? duet z Phoebe Bridgers, której zaproszenie tutaj jest takim klimatycznym wygrywem jak MGMT na "MOTM1" i Annie Clark na "MOTM2" ogólnie nie wiem co myśleć i jak odczytać znaczenie zamknięcia księżycowej trylogii. jedynka i dwójka dla mnie idealnie funkcjonowały jako dwie strony tej samej monety i wzajemnie uzupełniały się wizją jasnej i ciemnej strony księżyca (wgl w szoku jestem, że wg grupki w ankiecie tak bardzo wolicie "The End of Day"...). nie jest do symboliczny powrót do formy, bo przecież "Passion, Pain & Demon Slayin'" złe nie było - o albumie z Ye nie wspominając. miał to być album podsumowujący ostatnie 10 lat życia i przechodzenia przez ciężkie gówno? samo "Reborn" w pojedynkę robiło dużo bardziej magiczną robotę jakikolwiek sens by nie był - "Man on the Moon III: The Chosen" to przyzwoity materiał, MOMENTAMI przywołujący takie-jak-trzeba skojarzenia i którego Kid Cudi raczej nie będzie musiał się nigdy wstydzić - tak jak paru niechlubnie zapisanych na kartach historii muzycznych decyzji
"Man on the Moon III: The Chosen" spotkało się z fantastycznym, niemal jednorodnie pozytywnym przyjęciem wśród fanów - w przeciwieństwie do pewnej gry, która również miała w tym tygodniu premierę, HEHE. a co do tego przyjęcia Cuddera to trochę rozumiem i trochę nie rozumiem

jeśli da się możliwie zwięźle określić mój problem z trzecią odsłoną "Człowieka na Księżycu" - Kid Cudi zbyt często zamiast być sobą staje się jakąś eterycznym bytem skupiającym w sobie cechy wszystkich artystów, których sam na świat przyniósł. szczególnie dużo jest tutaj brązowego Batmana z reklam McDonald's, w zasadzie prawie cała pierwsza połowa płyty brzmi jak sesje Travisa z czasów przed i trochę po "Rodeo". subtelnie podawana koncepcja psychodelicznej baśni gotyckiej na trapowym bicie - oferta brzmi atrakcyjnie, ale tyle tego słyszeliśmy przez ostatnie dziesięć lat, w interpretacji dziesiątek smutnych raperzyn i auto-croonerów. chciałbym być zachwycony, nie umiem

przez pierwsze dwa akty jedynym co trzyma mnie przy głośniku jest sam głos Cudiego, który swoją niepowtarzalną barwą (i umiejętnościa nadania jej blasku) kompletnie odstaje od wszystkich swych muzycznych bombelków, a i zawsze wie kiedy wyjąć z rękawa swojego mruczącego asa. może to po prostu tylko o to chodzi i bez sensu wymagam nie wiadomo czego?

ale potem nastaje akt trzeci i od tego momentu kocham "MOTM3" bezwarunkowo. już trzecie "Solo Dolo" daje obiecującą podbudówkę pod to co zaraz się wydarzy. "Sad People" jest najskuteczniejszym przeniesieniem cudderowskiego ducha w 2020 rok. "Elsie's Baby Boy (Flashback)" bezwstydnie atakuje nas samplem z "House of the Rising Sun" - ale broni tego cholernego sampla z taką dumą i pewnością siebie, nawet jeśli refren i zwrotki są absolutnym gejzerem kruchości i niepewności artysty. "The Void" daje nam real-emo energię, na jaką nie zasługiwaliśmy. a na co jeszcze nie zasługiwalismy? duet z Phoebe Bridgers, której zaproszenie tutaj jest takim klimatycznym wygrywem jak MGMT na "MOTM1" i Annie Clark na "MOTM2"

ogólnie nie wiem co myśleć i jak odczytać znaczenie zamknięcia księżycowej trylogii. jedynka i dwójka dla mnie idealnie funkcjonowały jako dwie strony tej samej monety i wzajemnie uzupełniały się wizją jasnej i ciemnej strony księżyca (wgl w szoku jestem, że wg grupki w ankiecie tak bardzo wolicie "The End of Day"...). nie jest do symboliczny powrót do formy, bo przecież "Passion, Pain & Demon Slayin'" złe nie było - o albumie z Ye nie wspominając. miał to być album podsumowujący ostatnie 10 lat życia i przechodzenia przez ciężkie gówno? samo "Reborn" w pojedynkę robiło dużo bardziej magiczną robotę

jakikolwiek sens by nie był - "Man on the Moon III: The Chosen" to przyzwoity materiał, MOMENTAMI przywołujący takie-jak-trzeba skojarzenia i którego Kid Cudi raczej nie będzie musiał się nigdy wstydzić - tak jak paru niechlubnie zapisanych na kartach historii muzycznych decyzji
12 gru 2020, 17:17
debiut Jacka Harlowa jest tak bardzo hiphopowym albumem z Atlantic, że bez zagłębiania się w szczegóły wiedziałem kto jest jego wydawcą. Drake w wersji ultra-soft (serio) odhacza wszystkie podpunkty z listy wymogów do nagrania ślicznego popiko-rapikowego krążka, a przedstawiciel labelu stoi na Jackiem z biczem i pilnuje aby przypadkiem coś nikomu nie zakłóciło tego idyllicznego EASY LISTENINGU żeby nie było - kompletnie nic nie mam przeciwko takim nagraniom, a sam pan Harlow bardzo się dobrze w takim porządku odnajduje. nie jest jakoś szczególnie wyrazisty, nie ma nic nowego do powiedzenia, umie wprowadzić czystą melodię w swój wokal. ale z drugiej strony ma cechę niezwykle pożądaną przeze mnie u białych raperów w amerykańskim mainstreamie - nie wkurwia. bez żenującego humorku, bez przaśności, bez obcesowego wpychania się w buty kolejnego RAPPITY-RAP Eminema - Jack nie daje żadnych powodów by kręcić na niego bat, a to naprawdę już coś nie mam też nic przeciwko przyjemnej warstwie muzycznej, którą zapewnili po trochu Scott Storch, Hit-Boy, Sonny Digital, Harry Fraud (!), ale przede wszystkim jetsonmade robiący wiele by nie być kojarzonym wyłącznie z DA BABY TYPE BEATAMI. proszę o zwrócenie uwagę na cudowną linię basu w "Same Guy". słuchałbym tego w kółko, ale nie chcę nabijać nadmiernie odsłuchów występującemu w piosence gościnnie Adamowi Levine'owi. tak, to są moje życiowe problemy także co? posłuchać i prawdopodobnie szybko zapomnieć? myślę, że tak, warto. a jak potrzebujecie wersji skróconej to: "21C/Delta", "Route 66", "Keep it Light", no i oczywiście singlowe "Tyler Herro" i "Whats Poppin'"
debiut Jacka Harlowa jest tak bardzo hiphopowym albumem z Atlantic, że bez zagłębiania się w szczegóły wiedziałem kto jest jego wydawcą. Drake w wersji ultra-soft (serio) odhacza wszystkie podpunkty z listy wymogów do nagrania ślicznego popiko-rapikowego krążka, a przedstawiciel labelu stoi na Jackiem z biczem i pilnuje aby przypadkiem coś nikomu nie zakłóciło tego idyllicznego EASY LISTENINGU

żeby nie było - kompletnie nic nie mam przeciwko takim nagraniom, a sam pan Harlow bardzo się dobrze w takim porządku odnajduje. nie jest jakoś szczególnie wyrazisty, nie ma nic nowego do powiedzenia, umie wprowadzić czystą melodię w swój wokal. ale z drugiej strony ma cechę niezwykle pożądaną przeze mnie u białych raperów w amerykańskim mainstreamie - nie wkurwia. bez żenującego humorku, bez przaśności, bez obcesowego wpychania się w buty kolejnego RAPPITY-RAP Eminema - Jack nie daje żadnych powodów by kręcić na niego bat, a to naprawdę już coś

nie mam też nic przeciwko przyjemnej warstwie muzycznej, którą zapewnili po trochu Scott Storch, Hit-Boy, Sonny Digital, Harry Fraud (!), ale przede wszystkim jetsonmade robiący wiele by nie być kojarzonym wyłącznie z DA BABY TYPE BEATAMI. proszę o zwrócenie uwagę na cudowną linię basu w "Same Guy". słuchałbym tego w kółko, ale nie chcę nabijać nadmiernie odsłuchów występującemu w piosence gościnnie Adamowi Levine'owi. tak, to są moje życiowe problemy

także co? posłuchać i prawdopodobnie szybko zapomnieć? myślę, że tak, warto. a jak potrzebujecie wersji skróconej to: "21C/Delta", "Route 66", "Keep it Light", no i oczywiście singlowe "Tyler Herro" i "Whats Poppin'"
12 gru 2020, 20:47
a tak w ogóle to gracie w Grę?
a tak w ogóle to gracie w Grę?
12 gru 2020, 21:18
mhm, tak, chętnie
mhm, tak, chętnie
14 gru 2020, 15:46
jeśli jest na sali ktoś kto szczerze może przyznać, że kibicował Boldy'emu Jamesowi jeszcze od czasów "My 1st Chemistry Set" - ten dziś może z dumą gładzić swój wąs i obnosić się swym ponadczasowym wyczuciem. Boldy ma za sobą najpiękniejszy rok swojej kariery, z czterema projektami, z których połowa nawet nie raz i nie dwa pojawiła się w rocznych podsumowaniach "Real Bad Boldy" wydane zostało za późno by brać udział w podbijaniu publikowanych na przełomie listopada i grudnia list muzycznych debeściaków. ale sądzę, że i tak nie byłyby to sukcesy porównywalne z chociażby "The Price of Tea in China". bo ten najnowszy album oderwany jest raczej od zgodnej z zeitgeistem alchemisto-psychodelo-oniryczno-ulicznej konwencji ustanowionej na trzech poprzednich. tu mamy coś bardziej zbliżonego do poczciwego i bezpiecznego TRUSKULU. ale dzięki zaangażowanemu w produkcję niejakiemu Real Bad Manowi jest to trueschool w ostrej jak żyleta rozdzielczości, z nawet takim jakby spektakularnie widowiskowym twistem. nie mam pojęcia kim jest Prawdziwy Zły Człek oraz skąd James go wziął. ale widać, że ktoś tu umie w podejmowanie słusznych decyzji w doborze producenckiego otoczenia. no i jak tak dalej Boldy będzie swą karierą zarządzał, to liczę na niemniej efektowny 2021
jeśli jest na sali ktoś kto szczerze może przyznać, że kibicował Boldy'emu Jamesowi jeszcze od czasów "My 1st Chemistry Set" - ten dziś może z dumą gładzić swój wąs i obnosić się swym ponadczasowym wyczuciem. Boldy ma za sobą najpiękniejszy rok swojej kariery, z czterema projektami, z których połowa nawet nie raz i nie dwa pojawiła się w rocznych podsumowaniach

"Real Bad Boldy" wydane zostało za późno by brać udział w podbijaniu publikowanych na przełomie listopada i grudnia list muzycznych debeściaków. ale sądzę, że i tak nie byłyby to sukcesy porównywalne z chociażby "The Price of Tea in China". bo ten najnowszy album oderwany jest raczej od zgodnej z zeitgeistem alchemisto-psychodelo-oniryczno-ulicznej konwencji ustanowionej na trzech poprzednich. tu mamy coś bardziej zbliżonego do poczciwego i bezpiecznego TRUSKULU. ale dzięki zaangażowanemu w produkcję niejakiemu Real Bad Manowi jest to trueschool w ostrej jak żyleta rozdzielczości, z nawet takim jakby spektakularnie widowiskowym twistem. nie mam pojęcia kim jest Prawdziwy Zły Człek oraz skąd James go wziął. ale widać, że ktoś tu umie w podejmowanie słusznych decyzji w doborze producenckiego otoczenia. no i jak tak dalej Boldy będzie swą karierą zarządzał, to liczę na niemniej efektowny 2021
15 gru 2020, 21:07
yikes, niech ten rok już się skończy
yikes, niech ten rok już się skończy
18 gru 2020, 07:17
"R. Kelly sex tape, I see pee (Woah) My shit is intense, like tipis You gettin' wiped, like TP You don't like me? You can bite my little white wee-wee And I repeat, you can bite my little white wee-wee long as I like it-it" 48 lat.
"R. Kelly sex tape, I see pee (Woah)
My shit is intense, like tipis
You gettin' wiped, like TP
You don't like me? You can bite my little white wee-wee
And I repeat, you can bite my little white wee-wee long as I like it-it"

48 lat.
18 gru 2020, 19:07
ok więc dowiedziałem się, że istnieje taki typ z San Bernardino, CA. ma ksywę Doggystyleeee (przypuszczam, że Doggystyle, Doggystylee i Doggystyleee były już zajęte) i brzmi jak połączenie Kurupta z kimkolwiek innym o kim można pomyśleć w kontekście złotej ery g-funku. poznałem go przez singlowe "Get Paid", w który gościnnie pojawia się NHale, czyli syn... no sami będziecie wiedzieć kogo - jeśli nie wiecie już po samym pseudonimie Doggystyleeee nie boi się wyłamać z symulacji w której wszyscy kolektywnie uczestniczymy, tak naprawdę mamy okolice 2000 i wciąż oddychamy gęstwiną oparów Death Row Records, które nigdy absolutnie nie pójdzie pod młotek by trafić w ręce jakiegoś Hasbro czy coś w tym stylu, skąd mi w ogóle taki pomysł do głowy przyszedł xD nie no, fajny THROWBACZEK, polecam
ok więc dowiedziałem się, że istnieje taki typ z San Bernardino, CA. ma ksywę Doggystyleeee (przypuszczam, że Doggystyle, Doggystylee i Doggystyleee były już zajęte) i brzmi jak połączenie Kurupta z kimkolwiek innym o kim można pomyśleć w kontekście złotej ery g-funku. poznałem go przez singlowe "Get Paid", w który gościnnie pojawia się NHale, czyli syn... no sami będziecie wiedzieć kogo - jeśli nie wiecie już po samym pseudonimie

Doggystyleeee nie boi się wyłamać z symulacji w której wszyscy kolektywnie uczestniczymy, tak naprawdę mamy okolice 2000 i wciąż oddychamy gęstwiną oparów Death Row Records, które nigdy absolutnie nie pójdzie pod młotek by trafić w ręce jakiegoś Hasbro czy coś w tym stylu, skąd mi w ogóle taki pomysł do głowy przyszedł xD

nie no, fajny THROWBACZEK, polecam
20 gru 2020, 13:49
oh my god!! okay it’s happening. everyone stay calm!
oh my god!! okay it’s happening. everyone stay calm!
22 gru 2020, 09:03
albo jak zrobiłeś ileś tam dni temu fajną plejlistę podsumowującą rok 2020 z perspektywy rapujących pań i czujesz, że odwaliłeś kawał rzetelnej roboty ukazującej kompletny obraz konkretnego zjawiska - a tu ZOZO mówi, że no jednak nie byczq, to nie do końca tak. no więc na deluxie "From King to a GOD" Conwaya pojawia się niejaka 7xvethegenius, którą zapewne już kiedyś słyszałem i po prostu się mi zapomniało. no ale teraz nie zapomnę, bo to co tutaj dała i jak zagospodarowała powierzone jej hojnie dwie i pół minuty czasu antenowego - to jest jej "Cappadonna-w-Winter-Warz" moment i co mogła wygrać to wygrała

SPEAKING OF podsumowanie 2020 - z moim ruszam jakoś tak od 26 albo 27 grudnia, mam nadzieję że zdążę się oswoić do tej pory z przemyśleniami na temat tej jednej nośnej premiery, na którą jeszcze czekamy
Zaktualizowano 23 gru 2020, 20:56
23 gru 2020, 20:56
wesołych świąt moi mili! 🎄🎄🎄 z innych bożonarodzeniowych cudów: ostatni album Mach-Hommy'ego wreszcie zawitał tam gdzie powinien, czyli na Spotify. poza tym pan Św. Mikołaj powiedział, że i Westside Gunn dzisiaj coś dropnie, nie tylko re-release ”FLYGOD"
wesołych świąt moi mili! 🎄🎄🎄

z innych bożonarodzeniowych cudów: ostatni album Mach-Hommy'ego wreszcie zawitał tam gdzie powinien, czyli na Spotify. poza tym pan Św. Mikołaj powiedział, że i Westside Gunn dzisiaj coś dropnie, nie tylko re-release ”FLYGOD"
25 gru 2020, 09:21
nie wiem jak Wy, ja się trochę czuję zmęczony - i nie chodzi mi o wciąż trwającą sesję konsumowania świątecznych potraw i ciast. "Whole Lotta Red" wjechało 25 grudnia na nasze głośniki, zabujało naszymi głowami, rozsadziło sprzęty przesterowaną, post-trapową furią - jeśli to był ten jeden scenariusz, jaki mieliście w głowie z związku z tą nadchodzącą premierą, to być może jesteście zadowoleni. w przeciwnym razie możecie poczuć taki sam dyskomfort jaki czują bombelki gdy dowiadują się, że Mikołaj, Gwiazdor, Gwiazdka czy inne Dzieciątko wcale nie robią tego co do nich należy. Carti odczarowany? ok, esencją muzyki KARTEZJUSZA zawsze było frywolne podejście do skostniałych rapowych norm, dekonstrukcja gatunku na poziomie totalnym, pogrzebanie szczęść stóp pod ziemią mitu hiphopowej liryczności jako najwyższej z cnót, rozsiewanie teorii o tym jak to "trap is the new punk". wszystko to tutaj jest w pewnym stopniu obecne, dalej się dzieje. nawet gdzieniegdzie pojawiają się coraz to nowsze formy wyrazu próbujące strącić kultowy już "baby voice" z pozycji najbardziej ekstremalnego elementu playboiowej ekspresji. problem w tym, że widać różnice między tym, jak wcześniej wprowadzał te swoje reformy w sposób naturalny i samowolny a tym jak dzisiaj robi to pod pełną presją bycia hiphopową szarą eminencją i pupilkiem niezalowych mediów czemu cały album to praktycznie prawie same turn-up-soudcloudowe bangery na sterydach? gdzie podziała się ta post-cloudowa melancholia, równowaga między agresywną ścieżką do brawurowej jazdy autem, a wyciszającą hipnozą takich MOOD SETTERÓW jak "Location" czy "No Time"? czemu jest tutaj tyle tracków trwających mniej niż dwie minuty i czy naprawdę były one tutaj wszystkie potrzebne? ocb z tą dziwną pauzą na początku "Place"? i co to w ogóle za posrany pomysł by "Over" (będące de facto sequelem "Long Time" z "Die Lit") nie trafiło na intro płyty? no i czemu tak mało Pi'erre'a Bourne'a? wiem, Carti ma prawo współpracować z kim chce i ile chce. ale czuć tutaj, że Piotrek mogący potencjalnie spoić "WLR" jako bardziej różnorodne i zaskakujące pomysłami doświadczenie został poświęcony by w jego miejsce dać... armię copycatów próbujących wypchnąć znane nam patenty w kierunku jakiegoś kosmicznego ekstremum. oczywiście podkłady te są bardzo dopracowane i obiektywnie totalnie nadające się do słuchania - ale nie w takim stężeniu, nie w takiej kompozycji no i - co najgorsze - gdzieś pogubił się ten cały obiecany duch punk rocka, zarówno na płaszczyźnie muzykologicznej jak i ideologicznej. okazało się, że inteligentna gra ze słuchaczem na poziomie okładkowego follow-upu była maksimum możliwości, a sama treść muzyczna nie wnosi do debaty więcej niż - nie wiem - mixtape Lil Pumpa z 2017. zbyt ustatkowane w świadomości słuchacza by być artystycznym buntem, zbyt wymuskane by być DIY ALE ZJECHAŁEM ALBUM JAK BURĄ... nie no, tak naprawdę nie mogę powiedzieć, że jest to zły projekt. nawet się dobrze bawiłem, uśmiechnąłem nieraz, Carti jako raper wykazuje jak najbardziej symptomy rozwoju, kilka utworów naprawdę zapadło na amen w mojej pamięci (monumentalne duo z Cudderem, "ILoveUIHateU", albo "Control" które mogłoby być najlepszym utworem na "Eternal Atake"). ale kurczę, była to jednak ta najważniejsza sensacja sezonu, "Detox" nowej ery - który okazał się bardziej niewart niż wart nagromadzonego wokół HAJPU. zwyczajnie, o
nie wiem jak Wy, ja się trochę czuję zmęczony - i nie chodzi mi o wciąż trwającą sesję konsumowania świątecznych potraw i ciast. "Whole Lotta Red" wjechało 25 grudnia na nasze głośniki, zabujało naszymi głowami, rozsadziło sprzęty przesterowaną, post-trapową furią - jeśli to był ten jeden scenariusz, jaki mieliście w głowie z związku z tą nadchodzącą premierą, to być może jesteście zadowoleni. w przeciwnym razie możecie poczuć taki sam dyskomfort jaki czują bombelki gdy dowiadują się, że Mikołaj, Gwiazdor, Gwiazdka czy inne Dzieciątko wcale nie robią tego co do nich należy. Carti odczarowany?

ok, esencją muzyki KARTEZJUSZA zawsze było frywolne podejście do skostniałych rapowych norm, dekonstrukcja gatunku na poziomie totalnym, pogrzebanie szczęść stóp pod ziemią mitu hiphopowej liryczności jako najwyższej z cnót, rozsiewanie teorii o tym jak to "trap is the new punk". wszystko to tutaj jest w pewnym stopniu obecne, dalej się dzieje. nawet gdzieniegdzie pojawiają się coraz to nowsze formy wyrazu próbujące strącić kultowy już "baby voice" z pozycji najbardziej ekstremalnego elementu playboiowej ekspresji. problem w tym, że widać różnice między tym, jak wcześniej wprowadzał te swoje reformy w sposób naturalny i samowolny a tym jak dzisiaj robi to pod pełną presją bycia hiphopową szarą eminencją i pupilkiem niezalowych mediów

czemu cały album to praktycznie prawie same turn-up-soudcloudowe bangery na sterydach? gdzie podziała się ta post-cloudowa melancholia, równowaga między agresywną ścieżką do brawurowej jazdy autem, a wyciszającą hipnozą takich MOOD SETTERÓW jak "Location" czy "No Time"? czemu jest tutaj tyle tracków trwających mniej niż dwie minuty i czy naprawdę były one tutaj wszystkie potrzebne? ocb z tą dziwną pauzą na początku "Place"? i co to w ogóle za posrany pomysł by "Over" (będące de facto sequelem "Long Time" z "Die Lit") nie trafiło na intro płyty?

no i czemu tak mało Pi'erre'a Bourne'a? wiem, Carti ma prawo współpracować z kim chce i ile chce. ale czuć tutaj, że Piotrek mogący potencjalnie spoić "WLR" jako bardziej różnorodne i zaskakujące pomysłami doświadczenie został poświęcony by w jego miejsce dać... armię copycatów próbujących wypchnąć znane nam patenty w kierunku jakiegoś kosmicznego ekstremum. oczywiście podkłady te są bardzo dopracowane i obiektywnie totalnie nadające się do słuchania - ale nie w takim stężeniu, nie w takiej kompozycji

no i - co najgorsze - gdzieś pogubił się ten cały obiecany duch punk rocka, zarówno na płaszczyźnie muzykologicznej jak i ideologicznej. okazało się, że inteligentna gra ze słuchaczem na poziomie okładkowego follow-upu była maksimum możliwości, a sama treść muzyczna nie wnosi do debaty więcej niż - nie wiem - mixtape Lil Pumpa z 2017. zbyt ustatkowane w świadomości słuchacza by być artystycznym buntem, zbyt wymuskane by być DIY

ALE ZJECHAŁEM ALBUM JAK BURĄ... nie no, tak naprawdę nie mogę powiedzieć, że jest to zły projekt. nawet się dobrze bawiłem, uśmiechnąłem nieraz, Carti jako raper wykazuje jak najbardziej symptomy rozwoju, kilka utworów naprawdę zapadło na amen w mojej pamięci (monumentalne duo z Cudderem, "ILoveUIHateU", albo "Control" które mogłoby być najlepszym utworem na "Eternal Atake"). ale kurczę, była to jednak ta najważniejsza sensacja sezonu, "Detox" nowej ery - który okazał się bardziej niewart niż wart nagromadzonego wokół HAJPU. zwyczajnie, o
26 gru 2020, 12:02
no dobra, lecimy. tym razem zdecydowałem się na nie na top 15 (jak w zeszłym roku), ale top 30 albumów. jakoś szkoda było mi tych artystów, którzy by się nie zmieścili. w 2019 czegoś takiego nie odczuwałem - co może oznaczać, że 2020 nie był taki najgorszy after all. albo ja obniżyłem prywatne standardy/więcej przesłuchałem. no dobra, może to nic nie znaczy pierwszą część (miejsca 30-21) przedstawię dziś wieczorem, kolejną część dnia następnego, a finalną dziesiątkę pewnie pojutrze. albo nie, poczekam dłużej, żebyście dłużej mogli żyć w niepewności i nie przespali jeszcze więcej nocy maltretowani niewiedzą co tam admin SZRP najbardziej docenił w tym roku na początek albumy, które nie zmieściły się w trzydziestce, ale na tyle je szanuję, że zasługują na HONORABLE MENTIONS (z gunwo próbami sub-gatunkowego zaszufladkowania w nawiasach). oto one: Chavo - Chavo's World (trap, pi'erre-core) Princess Nokia - Everything is Beautiful / Everything Sucks (pop-trap, soulful, abstract hh) Duke Deuce - Memphis Massacre II (trap, crunk, southern, neo-memphis) Aaron Cartier - Aaron Cartier Best Dog (hyperpop, post-trap, abstract) Larry June & Harry Fraud - Keep Going (westcoast hh, weed-core) Homeboy Sandman - Don't Feed the Monster (indie rap, abstract, native-tongue-like) Conway the Machine & Big Ghost - No One Mourns the Wicked (neo-'90s hh, wu tang-type, drug rap) Medhane - Cold Water (abstract, earl sweatshirt clone) Doe Boy & Southside - Demons R us (po prostu trap) MIKE - Weight of the World (abstract, earl sweatshirt clone) Theophilus London - Bebey (soul, funk, indie, pop-rap) Hook - Crashed my Car (post-trap) Juicy J - The Hustle Continues (vintage memphis trap) Problem - Coffee & Kush vol. 1&2 (g-funk, westcoast rap)
no dobra, lecimy. tym razem zdecydowałem się na nie na top 15 (jak w zeszłym roku), ale top 30 albumów. jakoś szkoda było mi tych artystów, którzy by się nie zmieścili. w 2019 czegoś takiego nie odczuwałem - co może oznaczać, że 2020 nie był taki najgorszy after all. albo ja obniżyłem prywatne standardy/więcej przesłuchałem. no dobra, może to nic nie znaczy

pierwszą część (miejsca 30-21) przedstawię dziś wieczorem, kolejną część dnia następnego, a finalną dziesiątkę pewnie pojutrze. albo nie, poczekam dłużej, żebyście dłużej mogli żyć w niepewności i nie przespali jeszcze więcej nocy maltretowani niewiedzą co tam admin SZRP najbardziej docenił w tym roku

na początek albumy, które nie zmieściły się w trzydziestce, ale na tyle je szanuję, że zasługują na HONORABLE MENTIONS (z gunwo próbami sub-gatunkowego zaszufladkowania w nawiasach). oto one:

Chavo - Chavo's World
(trap, pi'erre-core)

Princess Nokia - Everything is Beautiful / Everything Sucks
(pop-trap, soulful, abstract hh)

Duke Deuce - Memphis Massacre II
(trap, crunk, southern, neo-memphis)

Aaron Cartier - Aaron Cartier Best Dog
(hyperpop, post-trap, abstract)

Larry June & Harry Fraud - Keep Going
(westcoast hh, weed-core)

Homeboy Sandman - Don't Feed the Monster
(indie rap, abstract, native-tongue-like)

Conway the Machine & Big Ghost - No One Mourns the Wicked
(neo-'90s hh, wu tang-type, drug rap)

Medhane - Cold Water
(abstract, earl sweatshirt clone)

Doe Boy & Southside - Demons R us
(po prostu trap)

MIKE - Weight of the World
(abstract, earl sweatshirt clone)

Theophilus London - Bebey
(soul, funk, indie, pop-rap)

Hook - Crashed my Car
(post-trap)

Juicy J - The Hustle Continues
(vintage memphis trap)

Problem - Coffee & Kush vol. 1&2
(g-funk, westcoast rap)
27 gru 2020, 15:45
MIEJSCE 30 KA - DESCENDANTS OF CAIN TAGI: abstract, high-concept rap ESSENTIAL TRACK: "Every Now and Then" KRÓTKO ZA CO: za posłużenie się treścią Starego Testamentu do stworzenia czegoś tak bardzo rigczowego i tak mocno w XXI-wiecznym duchu MIEJSCE 29 ACTION BRONSON - ONLY FOR DOLPHINS TAGI: psychodelic oldschool rap, jazzrap, (semi)comedy rap ESSENTIAL TRACK: "Mongolia" KRÓTKO ZA CO: za kolejny krok w kierunku definiowania swojego bałkańsko - strongmeńsko - improv-jazzowego ja MIEJSCE 28 JAY WORTHY & HARRY FRAUD - EAT WHEN YOU'RE HUNGRY, SLEEP WHEN YOU'RE TIRED TAGI: westcoast rap, weed core, '80s-vibe rap ESSENTIAL TRACK: "Ice Cold P Mix" KRÓTKO ZA CO: za potężny relaksogenny ładunek, i think that's it MIEJSCE 27 PLAYBOI CARTI - WHOLE LOTTA RED TAGI: post-trap, pi'erre-core (bez Pi'erre'a) ESSENTIAL TRACK: "M3tamorphosis" KRÓTKO ZA CO: za to, że - pomimo bycia dosyć konkretnym rozczarowaniem - album wciąż przemyca mi do głowy wyraźne sugestie by dalej pana Kartezjusza podziwiać i uważać za ONE OF A KIND MIEJSCE 26 MACH-HOMMY - MACH'S HARD LEMONADE TAGI: boom bap, psychedelic hip hop, abstract ESSENTIAL TRACK: "Squeaky Hinge" KRÓTKO ZA CO: za bycie tym Mos Defem na jakiego (nie)zasłużyliśmy przez ostatnie 15 lat. no i za puszczenie w końcu albumu nie tylko na Tidalu HEHE MIEJSCE 25 ROC MARCIANO - MT. MARCI TAGI: drug rap, minimalist-avantgarde-oldschool-dark-hiphop ESSENTIAL TRACK: "Downtown '81" KRÓTKO ZA CO: za bycie coraz lepszym i coraz bardziej Rociem Marciano w czasach, w których - nie oszukujmy się - wielu chce być jak pan Marciano MIEJSCE 24 JELLY - THE WOLF OF PEACHTREE TAGI: trap, pi'erre-core ESSENTIAL TRACK: "London Cake" KRÓTKO ZA CO: za dostarczenie mi szczerej, niezmąconej PI'ERROZY, której zabrakło tam, gdzie była naprawdę potrzebna. i to z sympatycznym, komfortowo-prostolinijnym MC w pakiecie MIEJSCE 23 ESTEE NACK X SUPERIOR - BALADAS TAGI: psychedelic boom bap, olschool, wutang-type, RAEKWON-type) ESSENTIAL TRACK: "TELLTHETRUTHANDSHAMETHEDEVIL" KRÓTKO ZA CO: za to, że połączenie Massachusetts + mikrofon nie będzie mi się już tylko kojarzyć z Benzino i Mariuszem Maxem Kolonką xD MIEJSCE 22 FLO MILLI - HO, WHY IS YOU HERE? TAGI: pop rap, neo-bounce, tik-tok music xD ESSENTIAL TRACK: "May I" KRÓTKO ZA CO: za bezpardonowe kładzenie jednego obrzydliwie-uroczego bangera za drugim i ogólne nie-dawanie-pieprzenia o nic. IT'S ALL FUN MIEJSCE 21 BOLDY JAMES & THE ALCHEMIST- THE PRICE OF TEA IN CHINA TAGI: psychedelic drug rap ESSENTIAL TRACK: "Surf & Turf" KRÓTKO ZA CO: za perfekcyjne przełożenie na bity Alcmana posępnego klimatu życia w doszczętnie zniszczonej tkance miasta Detroit (nie byłem, ale czuję się jakbym tam był) cdn (DUH...)
MIEJSCE 30

KA - DESCENDANTS OF CAIN
TAGI: abstract, high-concept rap
ESSENTIAL TRACK: "Every Now and Then"
KRÓTKO ZA CO: za posłużenie się treścią Starego Testamentu do stworzenia czegoś tak bardzo rigczowego i tak mocno w XXI-wiecznym duchu

MIEJSCE 29

ACTION BRONSON - ONLY FOR DOLPHINS
TAGI: psychodelic oldschool rap, jazzrap, (semi)comedy rap
ESSENTIAL TRACK: "Mongolia"
KRÓTKO ZA CO: za kolejny krok w kierunku definiowania swojego bałkańsko - strongmeńsko - improv-jazzowego ja

MIEJSCE 28

JAY WORTHY & HARRY FRAUD - EAT WHEN YOU'RE HUNGRY, SLEEP WHEN YOU'RE TIRED
TAGI: westcoast rap, weed core, '80s-vibe rap
ESSENTIAL TRACK: "Ice Cold P Mix"
KRÓTKO ZA CO: za potężny relaksogenny ładunek, i think that's it

MIEJSCE 27

PLAYBOI CARTI - WHOLE LOTTA RED
TAGI: post-trap, pi'erre-core (bez Pi'erre'a)
ESSENTIAL TRACK: "M3tamorphosis"
KRÓTKO ZA CO: za to, że - pomimo bycia dosyć konkretnym rozczarowaniem - album wciąż przemyca mi do głowy wyraźne sugestie by dalej pana Kartezjusza podziwiać i uważać za ONE OF A KIND

MIEJSCE 26

MACH-HOMMY - MACH'S HARD LEMONADE
TAGI: boom bap, psychedelic hip hop, abstract
ESSENTIAL TRACK: "Squeaky Hinge"
KRÓTKO ZA CO: za bycie tym Mos Defem na jakiego (nie)zasłużyliśmy przez ostatnie 15 lat. no i za puszczenie w końcu albumu nie tylko na Tidalu HEHE

MIEJSCE 25

ROC MARCIANO - MT. MARCI
TAGI: drug rap, minimalist-avantgarde-oldschool-dark-hiphop
ESSENTIAL TRACK: "Downtown '81"
KRÓTKO ZA CO: za bycie coraz lepszym i coraz bardziej Rociem Marciano w czasach, w których - nie oszukujmy się - wielu chce być jak pan Marciano

MIEJSCE 24

JELLY - THE WOLF OF PEACHTREE
TAGI: trap, pi'erre-core
ESSENTIAL TRACK: "London Cake"
KRÓTKO ZA CO: za dostarczenie mi szczerej, niezmąconej PI'ERROZY, której zabrakło tam, gdzie była naprawdę potrzebna. i to z sympatycznym, komfortowo-prostolinijnym MC w pakiecie

MIEJSCE 23

ESTEE NACK X SUPERIOR - BALADAS
TAGI: psychedelic boom bap, olschool, wutang-type, RAEKWON-type)
ESSENTIAL TRACK: "TELLTHETRUTHANDSHAMETHEDEVIL"
KRÓTKO ZA CO: za to, że połączenie Massachusetts + mikrofon nie będzie mi się już tylko kojarzyć z Benzino i Mariuszem Maxem Kolonką xD

MIEJSCE 22

FLO MILLI - HO, WHY IS YOU HERE?
TAGI: pop rap, neo-bounce, tik-tok music xD
ESSENTIAL TRACK: "May I"
KRÓTKO ZA CO: za bezpardonowe kładzenie jednego obrzydliwie-uroczego bangera za drugim i ogólne nie-dawanie-pieprzenia o nic. IT'S ALL FUN

MIEJSCE 21

BOLDY JAMES & THE ALCHEMIST- THE PRICE OF TEA IN CHINA
TAGI: psychedelic drug rap
ESSENTIAL TRACK: "Surf & Turf"
KRÓTKO ZA CO: za perfekcyjne przełożenie na bity Alcmana posępnego klimatu życia w doszczętnie zniszczonej tkance miasta Detroit (nie byłem, ale czuję się jakbym tam był)

cdn (DUH...)
27 gru 2020, 18:44
MIEJSCE 20 LIL UZI VERT - UZI VS. THE WORLD 2 TAGI: post-trap, pop rap, emo rap ESSENTIAL TRACK "Yessirskiii" KRÓTKO ZA CO: za przywrócenie smaku życia po niedomagającym "Eternal Atake" i za ustanowienie precedensu związanego z tym jak wielkim dealem są obecnie wersje deluxe albumów MIEJSCE 19 MEGAN THEE STALLION - SUGA TAGI: pop rap, trap ESSENTIAL TRACK - "All i Need" KRÓTKO ZA CO: za zwięzłe wyjaśnienie jak to jest być wschodzącą gwiazdą hip hopu - dobrze czy nie dobrze. trochę też w ramach oddania sprawiedliwości epce, która okazała się dużo ciekawsza od głównego dania pod tytułem "Good News" MIEJSCE 18 POP SMOKE - MEET THE WOO 2 TAGI: ny drill ESSENTIAL TRACK: "Shake The Room" KRÓTKO ZA CO: za nauczenie mnie wszystkiego, czego potrzebowałem wiedzieć o potędze NY drillu i jego znaczeniu w danym czasie, w danej przestrzeni i o danych temu sub-gatunkowi pięciu minutach by zabłyszczeć na samym szczycie hiphopowej piramidy wartości. R.I.P. mordo MIEJSCE 17 YOUR OLD DROOG - DUMP YOD: KRUTOY EDITION TAGI: oldschool hip hop, sovietcore xD ESSENTIAL TRACK: "Kyrgyzstan" KRÓTKO ZA CO: za inteligentnie sprofilowaną podróż w dzieciństwo YOD'a i za osobliwie egzotyczny wymiar romantyzacji ZSRR-owskich sentymentów za pomocą muzyki RAP MIEJSCE 16 WESTSIDE GUNN - PRAY FOR PARIS TAGI: oldschool rap, soulful, drug rap ESSENTIAL TRACK: "Allah Sent Me" KRÓTKO ZA CO: za narobienie największego ever (a zasłużonego jak diabli) hajpu wokół obozu Griseldy. i przy okazji za bycie chyba najlepszym projektem Flygoda - a nie mówię tylko o projektach z 2020 MIEJSCE 15 GUNNA - WUNNA TAGI: post-trap, melodic trap, thugger-wave ESSENTIAL TRACK: "ROCKSTAR BIKERS & CHAINS" KRÓTKO ZA CO: za wciąż nieosiągalną przez zastępy kolejnych klonów Young Thuga lekkość, melodyjność, bezpretensjonalność MIEJSCE 14 QUELLE CHRIS & CHRIS KEYS - INNOCENT COUNTRY II TAGI: jazz rap, neo-soulquarian rap ESSENTIAL TRACK: "Sacred Safe" KRÓTKO ZA CO: za cholernie precyzyjne uderzenie w moje rootsowo-trajbowe sentymenty : 3 MIEJSCE 13 BLU & EXILE - MILES TAGI: oldschool, boom bap, TRUSKUL NA PEŁNEJ) ESSENTIAL TRACK: "Blue As I Can Be" KRÓTKO ZA CO: za stworzenie w 2020 roku czegoś będącego takim "White Albumem" truskulowego hip hopu. no i za to że - pomimo 1,5-godzinnej długości - materiał w ogóle nie przynudza MIEJSCE 12 KILLAH PRIEST - ROCKET TO NEBULA TAGI: abstract, spoken word, new-age or some sh** ESSENTIAL TRACK: "Starring Directly into the Sun" KRÓTKO ZA CO: za ucztę pełną muzycznego outsideryzmu i abstrakcjonizmu, piękny duchowy rozwój od czasów gościnnego występu na "Liquid Swords", za bycie momentami lepszym Jayem Electronicą od samego Jaya Electroniki MIEJSCE 11 YOUNG NUDY - ANYWAYS TAGI: trap, pi'erre-core bez Pi'erre'a ESSENTIAL TRACK: "Cap Dem" KRÓTKO ZA CO: za cudowną naturalność, za aksamitną w dotyku uliczną narrację. za udowodnienie, że Nudziarz ma do zaoferowania znacznie więcej niż znajomości z pewnymi raperami i z pewnym producentem
MIEJSCE 20

LIL UZI VERT - UZI VS. THE WORLD 2
TAGI: post-trap, pop rap, emo rap
ESSENTIAL TRACK "Yessirskiii"
KRÓTKO ZA CO: za przywrócenie smaku życia po niedomagającym "Eternal Atake" i za ustanowienie precedensu związanego z tym jak wielkim dealem są obecnie wersje deluxe albumów

MIEJSCE 19

MEGAN THEE STALLION - SUGA
TAGI: pop rap, trap
ESSENTIAL TRACK - "All i Need"
KRÓTKO ZA CO: za zwięzłe wyjaśnienie jak to jest być wschodzącą gwiazdą hip hopu - dobrze czy nie dobrze. trochę też w ramach oddania sprawiedliwości epce, która okazała się dużo ciekawsza od głównego dania pod tytułem "Good News"

MIEJSCE 18

POP SMOKE - MEET THE WOO 2
TAGI: ny drill
ESSENTIAL TRACK: "Shake The Room"
KRÓTKO ZA CO: za nauczenie mnie wszystkiego, czego potrzebowałem wiedzieć o potędze NY drillu i jego znaczeniu w danym czasie, w danej przestrzeni i o danych temu sub-gatunkowi pięciu minutach by zabłyszczeć na samym szczycie hiphopowej piramidy wartości. R.I.P. mordo

MIEJSCE 17

YOUR OLD DROOG - DUMP YOD: KRUTOY EDITION
TAGI: oldschool hip hop, sovietcore xD
ESSENTIAL TRACK: "Kyrgyzstan"
KRÓTKO ZA CO: za inteligentnie sprofilowaną podróż w dzieciństwo YOD'a i za osobliwie egzotyczny wymiar romantyzacji ZSRR-owskich sentymentów za pomocą muzyki RAP

MIEJSCE 16

WESTSIDE GUNN - PRAY FOR PARIS
TAGI: oldschool rap, soulful, drug rap
ESSENTIAL TRACK: "Allah Sent Me"
KRÓTKO ZA CO: za narobienie największego ever (a zasłużonego jak diabli) hajpu wokół obozu Griseldy. i przy okazji za bycie chyba najlepszym projektem Flygoda - a nie mówię tylko o projektach z 2020

MIEJSCE 15

GUNNA - WUNNA
TAGI: post-trap, melodic trap, thugger-wave
ESSENTIAL TRACK: "ROCKSTAR BIKERS & CHAINS"
KRÓTKO ZA CO: za wciąż nieosiągalną przez zastępy kolejnych klonów Young Thuga lekkość, melodyjność, bezpretensjonalność

MIEJSCE 14

QUELLE CHRIS & CHRIS KEYS - INNOCENT COUNTRY II
TAGI: jazz rap, neo-soulquarian rap
ESSENTIAL TRACK: "Sacred Safe"
KRÓTKO ZA CO: za cholernie precyzyjne uderzenie w moje rootsowo-trajbowe sentymenty : 3

MIEJSCE 13

BLU & EXILE - MILES
TAGI: oldschool, boom bap, TRUSKUL NA PEŁNEJ)
ESSENTIAL TRACK: "Blue As I Can Be"
KRÓTKO ZA CO: za stworzenie w 2020 roku czegoś będącego takim "White Albumem" truskulowego hip hopu. no i za to że - pomimo 1,5-godzinnej długości - materiał w ogóle nie przynudza

MIEJSCE 12

KILLAH PRIEST - ROCKET TO NEBULA
TAGI: abstract, spoken word, new-age or some sh**
ESSENTIAL TRACK: "Starring Directly into the Sun"
KRÓTKO ZA CO: za ucztę pełną muzycznego outsideryzmu i abstrakcjonizmu, piękny duchowy rozwój od czasów gościnnego występu na "Liquid Swords", za bycie momentami lepszym Jayem Electronicą od samego Jaya Electroniki

MIEJSCE 11

YOUNG NUDY - ANYWAYS
TAGI: trap, pi'erre-core bez Pi'erre'a
ESSENTIAL TRACK: "Cap Dem"
KRÓTKO ZA CO: za cudowną naturalność, za aksamitną w dotyku uliczną narrację. za udowodnienie, że Nudziarz ma do zaoferowania znacznie więcej niż znajomości z pewnymi raperami i z pewnym producentem
28 gru 2020, 17:40
MIEJSCE 10 STOVE GOD COOKS & ROC MARCIANO - REASONABLE DROUGHT TAGI: oldschool rap, drug rap, '90/'00s NY rap ESSENTIAL TRACK: "Rolls Royce Break Lights" KRÓTKO ZA CO: za humor, charyzmę, za bycie tym gościem którego tak bardzo potrzebowałem odkryć w mijającym roku MIEJSCE 9 CLIPPING - VISIONS OF BODIES BEING BURNED TAGI: industrial hh, high-conceptual, horrorcore ESSENTIAL TRACK "Say The Name" KRÓTKO ZA CO: za kompletnie udany i wciąż pełen olśniewających pomysłów sequel zeszłorocznej płyty. tym razem znacznie niżej w rankingu 2019, ale to nie z powodu Diggsa i spółki, raczej z powodu mocnej konkurencji MIEJSCE 8 RICO NASTY - NIGHTMARE VACATION TAGI: pop rap, post-trap, hyperpop ESSENTAIL TRACK "IPHONE" KRÓTKO ZA CO: za to, że za sprawą tej płyty po raz pierwszy w tym roku SZCZERZE zatęskniłem za koncepcją koncertu. wiecie, takie coś co pojawia się tłum ludzi, jest hałas, jest artysta na żywo, niesamowita sprawa MIEJSCE 7 BENNY THE BUTCHER - BURDEN OF PROOF TAGI: drug rap, oldschool/soulful, '90s-roc-badboy vibe ESSENTIAL TRACK: "One Way Flight" KRÓTKO ZA CO: za wystrzelenie Griselda-soundu na nową, bardzo przebojową trajektorię, za ten świetnie zakonserwowany i wyremontowany klimat z pierwszych albumów Jaya Z MIEJSCE 6 21 SAVAGE & METRO BOOMIN - SAVAGE MODE II TAGI: neo-classic southern rap, trap ESSENTIAL TRACK: "Many Men" KRÓTKO ZA CO: za zgrabne wyjście naprzeciw tęsknocie słuchaczy za ascetyzmem pierwszego "Savage Mode" i stworzenie albumu wdzięczącego się zarówno do współczesnego odbiorcy, jak i do pasjonatów historii WIELKIEGO POŁUDNIOWEGO HIP HOPU MIEJSCE 5 RUN THE JEWELS - RTJ4 TAGI: hardcore rap, industrial, political ESSENTIAL TRACK: "Walking in the Snow" KRÓTKO ZA CO: za bardzo dobry tajming z premierą, a tak serio to za jakieś takie nowe otwarcie dla tego fantastycznego duetu. tak jak po "RTJ3" trochę zapał mi opadał, tak teraz z wypiekami wypatruję "Piątki", "Szóstki" i tak dalej MIEJSCE 4 JAY ELECTRONICA - A WRITTEN TESTIMONY TAGI: oldschool/soulful rap, spoken word-like ESSENTIAL TRACK: "The Blinding" KRÓTKO ZA CO: za sprostanie skali wydarzenia jakim to zwyczajnie miał być debiut Jay Eleca (za pomocą innego albumu, ale cóż). za majestatyczność, maksymalizm i za liczne zwrotki błyszczącego jaśniej niż przez ostatnie kilka lat Hovy MIEJSCE 3 DENZEL CURRY & KENNY BEATS - UNLOCKED TAGI: hardcore hh, punchline rap, stones throw vibe ESSENTIAL TRACK: "'Cosmic'.m4a" KRÓTKO ZA CO: "Bars harder than the morning wood, tryna pee up" MIEJSCE 2 FREDDIE GIBBS & THE ALCHEMIST - ALFREDO TAGI: drug rap, mafioso rap, classic hh ESSENTIAL TRACK: "Scottie Beam" KRÓTKO ZA CO: za zbudowanie pięknego symbolu, dzięki któremu zapamiętamy mijający rok w atmosferze uniwersalnego fascynacji hustlersko-dilerską przewózką na mistrzowsko craftowanych, upłynniających klasyczne postawy podkładach MIEJSCE 1 CONWAY THE MACHINE - FROM KING TO A GOD TAGI: classic hh, street hh, drug rap ESSENTIAL TRACK: "Forever Dropin' Tears" KRÓTKO ZA CO: za to że był to rok Griselda Records, a Conway tak bardzo czytelnie wypunktował każdy możliwy powód, by z zapałem patrzeć w kierunku ekipy z Buffalo
MIEJSCE 10

STOVE GOD COOKS & ROC MARCIANO - REASONABLE DROUGHT
TAGI: oldschool rap, drug rap, '90/'00s NY rap
ESSENTIAL TRACK: "Rolls Royce Break Lights"
KRÓTKO ZA CO: za humor, charyzmę, za bycie tym gościem którego tak bardzo potrzebowałem odkryć w mijającym roku

MIEJSCE 9

CLIPPING - VISIONS OF BODIES BEING BURNED
TAGI: industrial hh, high-conceptual, horrorcore
ESSENTIAL TRACK "Say The Name"
KRÓTKO ZA CO: za kompletnie udany i wciąż pełen olśniewających pomysłów sequel zeszłorocznej płyty. tym razem znacznie niżej w rankingu 2019, ale to nie z powodu Diggsa i spółki, raczej z powodu mocnej konkurencji

MIEJSCE 8

RICO NASTY - NIGHTMARE VACATION
TAGI: pop rap, post-trap, hyperpop
ESSENTAIL TRACK "IPHONE"
KRÓTKO ZA CO: za to, że za sprawą tej płyty po raz pierwszy w tym roku SZCZERZE zatęskniłem za koncepcją koncertu. wiecie, takie coś co pojawia się tłum ludzi, jest hałas, jest artysta na żywo, niesamowita sprawa

MIEJSCE 7

BENNY THE BUTCHER - BURDEN OF PROOF
TAGI: drug rap, oldschool/soulful, '90s-roc-badboy vibe
ESSENTIAL TRACK: "One Way Flight"
KRÓTKO ZA CO: za wystrzelenie Griselda-soundu na nową, bardzo przebojową trajektorię, za ten świetnie zakonserwowany i wyremontowany klimat z pierwszych albumów Jaya Z

MIEJSCE 6

21 SAVAGE & METRO BOOMIN - SAVAGE MODE II
TAGI: neo-classic southern rap, trap
ESSENTIAL TRACK: "Many Men"
KRÓTKO ZA CO: za zgrabne wyjście naprzeciw tęsknocie słuchaczy za ascetyzmem pierwszego "Savage Mode" i stworzenie albumu wdzięczącego się zarówno do współczesnego odbiorcy, jak i do pasjonatów historii WIELKIEGO POŁUDNIOWEGO HIP HOPU

MIEJSCE 5

RUN THE JEWELS - RTJ4
TAGI: hardcore rap, industrial, political
ESSENTIAL TRACK: "Walking in the Snow"
KRÓTKO ZA CO: za bardzo dobry tajming z premierą, a tak serio to za jakieś takie nowe otwarcie dla tego fantastycznego duetu. tak jak po "RTJ3" trochę zapał mi opadał, tak teraz z wypiekami wypatruję "Piątki", "Szóstki" i tak dalej

MIEJSCE 4

JAY ELECTRONICA - A WRITTEN TESTIMONY
TAGI: oldschool/soulful rap, spoken word-like
ESSENTIAL TRACK: "The Blinding"
KRÓTKO ZA CO: za sprostanie skali wydarzenia jakim to zwyczajnie miał być debiut Jay Eleca (za pomocą innego albumu, ale cóż). za majestatyczność, maksymalizm i za liczne zwrotki błyszczącego jaśniej niż przez ostatnie kilka lat Hovy

MIEJSCE 3

DENZEL CURRY & KENNY BEATS - UNLOCKED
TAGI: hardcore hh, punchline rap, stones throw vibe
ESSENTIAL TRACK: "'Cosmic'.m4a"
KRÓTKO ZA CO: "Bars harder than the morning wood, tryna pee up"

MIEJSCE 2

FREDDIE GIBBS & THE ALCHEMIST - ALFREDO
TAGI: drug rap, mafioso rap, classic hh
ESSENTIAL TRACK: "Scottie Beam"
KRÓTKO ZA CO: za zbudowanie pięknego symbolu, dzięki któremu zapamiętamy mijający rok w atmosferze uniwersalnego fascynacji hustlersko-dilerską przewózką na mistrzowsko craftowanych, upłynniających klasyczne postawy podkładach

MIEJSCE 1

CONWAY THE MACHINE - FROM KING TO A GOD
TAGI: classic hh, street hh, drug rap
ESSENTIAL TRACK: "Forever Dropin' Tears"
KRÓTKO ZA CO: za to że był to rok Griselda Records, a Conway tak bardzo czytelnie wypunktował każdy możliwy powód, by z zapałem patrzeć w kierunku ekipy z Buffalo
30 gru 2020, 17:47
o, nawet nie wiedziałem, że wyszedł teledysk do jednego z moich ulubionych KONTEMPLACYJNYCH i bogatych pod względem pakowności emocjonalnego bagażu momentów muzycznych 2020 roku

"Sacred Safe is the physical, mental or spiritual place you go when you don’t want to be reached by others. Be it depression, stress/exhaustion or the many other reasons. Be it in your best interest or your worst. You just want to be away. Protected from help or/and hurt. Sort of a fortress of solitude that can be both external and internal."
- Quelle Chris

"These are the breaks, just shake it off or suck it up
Or sabotage through self-destruct
We camouflage with healthy blunts
I'm findin' comfort in my personal space of pain
I'm just a sculpture getting shaped by mistakes I've made
Got performative friends, weasels need to weed out my life
I'm prayin' to the voice of Morgan Freeman at night
Just when I thought I'm peakin', seeing the light
Off the strength of few Kegels, she gon' squeeze out a tyke
And that's my baby boy, I'm makin' bricks out the clay and soil
To pave the way to my greatest joy "
- typo w pierwszej zwrotce
Zaktualizowano 30 gru 2020, 22:04
30 gru 2020, 22:04
w starciu dwóch przepotężnych supervillainów tylko jeden mógł wygrać. 2020 okazał się dużo silniejszy i postanowił sprawić nam sporą przykrość - jeszcze w samej końcówce 31 grudnia. trochę dopatruję się szczęścia w nieszczęściu, że facebookowe powiadomienia uświadomiły mnie przez północą o śmierci MF DOOMa - dzięki czemu nie stało się to czymś do przyjęcia na klatę na samym cholernym starcie 2021. nie zmienia to faktu, że i tak zostałem wprawiony w średnio przyjemny MOOD do dojadania sylwestrowych chipsów o noworocznym poranku ostatnie moje wspomnienie z Danielem Dumile'em jest dosyć osobliwe. algorytm YouTube postanowił mi podrzucić link z fragmentem jakiegoś nie-tak-starego wywiadu, w którym zamaskowany opowiadał o swojej sympatii do Kanyego Westa i o tym jak bardzo chciałby z nim wreszcie coś nagrać. mówił o tym rozkokoszony na wygodnej sofie, a połowę kadru zdominowała jego niezdrowo jak diabli wyglądająca otyłość brzuszna. zacząłem myśleć: "co u niego?", "czy wszystko w porządku?", "mam nadzieję, że wszystko w porządku z jego zdrowiem?", "czy zagra jeszcze kiedyś w Polsce?". a on od 1,5 miesiąca już nie żył w różnych etapach mojej przygody z hip hopem MF DOOM był tym i owym. bardzo dawno tym był dla mnie symbolem jakiegoś snobizmu rapowych słuchaczy ściągających niepopularne rapowe krążki z eMule'a i błyszczących elokwencją na "Forum z Kreską". był zagadką, szarą eminencją, w która miała to skryte pod maską gladiatora coś, co fascynowało i nie pozwalało zatrzymywać się na wstępnym, z pewnością pochopnych wrażeniach. pamiętam jak dziś dzień w którym po którymś przesłuchaniu albumu z Madlibem powiedziałem (no nie na głos, tak w głowie tylko): cholera, rozumiem "Madvillainy"! było to jakimś eureka momentem, wyszedłem-właśnie-z-Matrixa momentem, być może najbardziej kształtującym mój hiphopowy gust momentem kiedy odchodzi jakaś ważna muzyczna postać, w zwyczaju jest bombardować internet (i ogólnie media) listami miłosnym, nieraz hiperbolizującymi zasługi danego człowieka. w przypadku DOOMa nie ma szans na żaden przesadyzm - jego znaczenie dla historii gatunku jest jak niepodważalna i udowodniona setkami badań i metaanaliz teoria naukowa. mogę powiedzieć, że jest on najlepszym przykładem "ulubionego rapera twoich ulubionych raperów" i nikt się na mnie z tego powodu krzywo nie spojrzy. jak wspomnę o tym jak bardzo ukształtował na przełomie milleniów dyskurs między podziemiem a mainstreamem, przyznacie rację. jak powiem o wielkim otarciu sceny na artystyczny introwertyzm, pełne dumy i werwy mieszanie chochlą w popkulturowym tyglu, publicznym przyzwoleniu na narzucaniu wysokiego tempa wydawania kolejnych projektów, też zbijecie ze mną piątkę. a jak powiem, że w ostatnich latach scena brzmiała tak jakby Dumile był jednym z głównych patronów - zapytacie czy mam na myśli popularność Earla i jego naśladowców, rozkręcające się imperium Griseldy, przesiąknięte madvillainowo-komiksową estetyką EP Denzela Curry'ego i Kenny Beatsa, czy może coś jeszcze innego. a ja odpowiem: TAK cholera, przecież dopiero co słuchaliśmy nowego albumu Playboia Cartiego, a ten - na swoim tak bardzo odległym o zamaskowanej estetyki albumie - poświęca jeden z wersów by złożyć hołd tejże postaci a prawdziwe, pośmiertne muzyczne hołdy dopiero przyjdą. bo typo z maską naprawdę na nie zasłużył. R.I.P. mordo życzę wszystkim szczęśliwego nowego roku. bez takich "niespodzianek"
w starciu dwóch przepotężnych supervillainów tylko jeden mógł wygrać. 2020 okazał się dużo silniejszy i postanowił sprawić nam sporą przykrość - jeszcze w samej końcówce 31 grudnia. trochę dopatruję się szczęścia w nieszczęściu, że facebookowe powiadomienia uświadomiły mnie przez północą o śmierci MF DOOMa - dzięki czemu nie stało się to czymś do przyjęcia na klatę na samym cholernym starcie 2021. nie zmienia to faktu, że i tak zostałem wprawiony w średnio przyjemny MOOD do dojadania sylwestrowych chipsów o noworocznym poranku

ostatnie moje wspomnienie z Danielem Dumile'em jest dosyć osobliwe. algorytm YouTube postanowił mi podrzucić link z fragmentem jakiegoś nie-tak-starego wywiadu, w którym zamaskowany opowiadał o swojej sympatii do Kanyego Westa i o tym jak bardzo chciałby z nim wreszcie coś nagrać. mówił o tym rozkokoszony na wygodnej sofie, a połowę kadru zdominowała jego niezdrowo jak diabli wyglądająca otyłość brzuszna. zacząłem myśleć: "co u niego?", "czy wszystko w porządku?", "mam nadzieję, że wszystko w porządku z jego zdrowiem?", "czy zagra jeszcze kiedyś w Polsce?". a on od 1,5 miesiąca już nie żył

w różnych etapach mojej przygody z hip hopem MF DOOM był tym i owym. bardzo dawno tym był dla mnie symbolem jakiegoś snobizmu rapowych słuchaczy ściągających niepopularne rapowe krążki z eMule'a i błyszczących elokwencją na "Forum z Kreską". był zagadką, szarą eminencją, w która miała to skryte pod maską gladiatora coś, co fascynowało i nie pozwalało zatrzymywać się na wstępnym, z pewnością pochopnych wrażeniach. pamiętam jak dziś dzień w którym po którymś przesłuchaniu albumu z Madlibem powiedziałem (no nie na głos, tak w głowie tylko): cholera, rozumiem "Madvillainy"! było to jakimś eureka momentem, wyszedłem-właśnie-z-Matrixa momentem, być może najbardziej kształtującym mój hiphopowy gust momentem

kiedy odchodzi jakaś ważna muzyczna postać, w zwyczaju jest bombardować internet (i ogólnie media) listami miłosnym, nieraz hiperbolizującymi zasługi danego człowieka. w przypadku DOOMa nie ma szans na żaden przesadyzm - jego znaczenie dla historii gatunku jest jak niepodważalna i udowodniona setkami badań i metaanaliz teoria naukowa. mogę powiedzieć, że jest on najlepszym przykładem "ulubionego rapera twoich ulubionych raperów" i nikt się na mnie z tego powodu krzywo nie spojrzy. jak wspomnę o tym jak bardzo ukształtował na przełomie milleniów dyskurs między podziemiem a mainstreamem, przyznacie rację. jak powiem o wielkim otarciu sceny na artystyczny introwertyzm, pełne dumy i werwy mieszanie chochlą w popkulturowym tyglu, publicznym przyzwoleniu na narzucaniu wysokiego tempa wydawania kolejnych projektów, też zbijecie ze mną piątkę. a jak powiem, że w ostatnich latach scena brzmiała tak jakby Dumile był jednym z głównych patronów - zapytacie czy mam na myśli popularność Earla i jego naśladowców, rozkręcające się imperium Griseldy, przesiąknięte madvillainowo-komiksową estetyką EP Denzela Curry'ego i Kenny Beatsa, czy może coś jeszcze innego. a ja odpowiem: TAK

cholera, przecież dopiero co słuchaliśmy nowego albumu Playboia Cartiego, a ten - na swoim tak bardzo odległym o zamaskowanej estetyki albumie - poświęca jeden z wersów by złożyć hołd tejże postaci

a prawdziwe, pośmiertne muzyczne hołdy dopiero przyjdą. bo typo z maską naprawdę na nie zasłużył. R.I.P. mordo

życzę wszystkim szczęśliwego nowego roku. bez takich "niespodzianek"
1 sty 2021, 14:45
tyle lat sprężyście kwitnącej i bujnie rozgałęziającej się historii hip hopu, tyle rewolucji, tyle precedensów. a jednak, wciąż jakąś obłędnie i do bólu poważnie kultywowaną tradycją jest to, żeby wschodzące labele-cesarstwa rapowe miały na koncie nakręcony własny MOTION PIC. B klasa, pościgi strzelaniny i wiecie co dalej, trochę autobiograficznie ale jednak nie xD, uśmiech na twarzy rapera, który spełnił swoje marzenie o pojawieniu się w filmie - najszczerszym i najpiękniejszym uśmiechem świata. dla samego jednak odbiorcy-szaraka film taki nie jest niczym więcej niż pretekstem do sprawdzenia towarzyszącej przedsięwzięciu ścieżki dźwiękowej - ponieważ oczywiście, że taka musiała powstać "Conflicted (Original Motion Picture Soundtrack)" nie jest żadną pozycją obowiązkową - i to nawet mówiąc o katalogu Griseldy/BSF. piszę głównie o tym, bo sami wiecie jaki ruch w biznesie jest na początku roku. ale piszę też o tym, bo Westside Gunn błyszczy z każdą swoją zapodaną zwrotką. bo Smoke DZA albo Lloyd Banks coraz lepiej wypadają w bliskości z tym właśnie otoczeniem i nie ukrywam, że liczę na coś więcej w niedalekiej przyszłości. bo podkład Daringera w "Ain't Hit Nobody" jest ultra klimatycznym hiphopowym analogiem westernowych standardów Ennio Morricone. bo Flee Lord, bo Boldy, bo Ransom, bo coś tam jeszcze. no dobra, jest parę powodów by sięgnąć i tak, dobrze widzicie/słyszycie, nie ma tutaj w ogóle Conwaya. WEEEEEIRD
tyle lat sprężyście kwitnącej i bujnie rozgałęziającej się historii hip hopu, tyle rewolucji, tyle precedensów. a jednak, wciąż jakąś obłędnie i do bólu poważnie kultywowaną tradycją jest to, żeby wschodzące labele-cesarstwa rapowe miały na koncie nakręcony własny MOTION PIC. B klasa, pościgi strzelaniny i wiecie co dalej, trochę autobiograficznie ale jednak nie xD, uśmiech na twarzy rapera, który spełnił swoje marzenie o pojawieniu się w filmie - najszczerszym i najpiękniejszym uśmiechem świata. dla samego jednak odbiorcy-szaraka film taki nie jest niczym więcej niż pretekstem do sprawdzenia towarzyszącej przedsięwzięciu ścieżki dźwiękowej - ponieważ oczywiście, że taka musiała powstać

"Conflicted (Original Motion Picture Soundtrack)" nie jest żadną pozycją obowiązkową - i to nawet mówiąc o katalogu Griseldy/BSF. piszę głównie o tym, bo sami wiecie jaki ruch w biznesie jest na początku roku. ale piszę też o tym, bo Westside Gunn błyszczy z każdą swoją zapodaną zwrotką. bo Smoke DZA albo Lloyd Banks coraz lepiej wypadają w bliskości z tym właśnie otoczeniem i nie ukrywam, że liczę na coś więcej w niedalekiej przyszłości. bo podkład Daringera w "Ain't Hit Nobody" jest ultra klimatycznym hiphopowym analogiem westernowych standardów Ennio Morricone. bo Flee Lord, bo Boldy, bo Ransom, bo coś tam jeszcze. no dobra, jest parę powodów by sięgnąć

i tak, dobrze widzicie/słyszycie, nie ma tutaj w ogóle Conwaya. WEEEEEIRD
8 sty 2021, 21:28
nie żebym potrzebował dodatkowych bodźców do stymulowania wyobrażeń o tym jak ciekawsze mogłoby być "Whole Lotta Red" przy większym udziale Piotrka Bourne'a, ale c'mon, co tu się odpi'errniczyło
Zaktualizowano 15 sty 2021, 20:59
15 sty 2021, 20:59
SpotifySZRP: selekcja 2021https://open.spotify.com/playlist/6XhfZR6DQz3HhqPMLFzZ40
plejka SZRP w śledztwie dotyczącym ciekawych traczków wydanych w 2021 istnieje. pewnie jeszcze potrwa zanim zapełni się treścią na tyle by dałoby się to z godnością nazywać playlistą, no ale dodać do obserwowanych można. no wiem, że chcecie to zrobić

i sorry za zastój w ostatnim czasie, no ale muszą w końcu powychodzić jakieś nowe zagraniczne rap płyty do streamowania GODDAMNIT
Zaktualizowano 16 sty 2021, 18:13
16 sty 2021, 18:13
najciekawszy póki co owoc 2021 roku? nie wypatruję raczej z jakimkolwiek szczególnym zainteresowaniem albumów, z pomocą których znane mi rapowe persony (nawet te najbardziej respektowane) próbują sił w rockowych crossoverach. jak już takie coś ma miejsce, to preferuję by ten rockowy akcent polegał nie na bezpośrednim przeniesieniu gitarowego instrumentarium, a na sprytnym obejściu tematu wokół, na triumfie strukturalizmu nad esencjonalizmem Pharoahe Monch ze swoją grupą Th1rt3eN preferują esencję i to, żeby HEHE GITARA ROBIŁA ŁIUŁUŁI. "A Magnificent Day For An Exorcism" to dosyć bezpośrednia laurką dla blues-rockowych sentymenów, którymi raper nasiąkł za dzieciaka - jak i trochę później, prawdopodobnie bezlitośnie katując White Stripesów i Black Keysów. sentymentalizm bierze trochę górę nad materią i coś co na papierze można by uznać za najbardziej eksperymentalny moment w karierze Moncha, jest momentami takie trochę konserwatywne parę refrenów jest trochę siermiężnych, parę aranżacji zbyt pompatycznych, ale wiecie co? naprawdę da się na to przymknąć oko. bo Pharoahe Monch to taki twój stary, który właśnie kupił na Allegro EKSKLUZYWNĄ reedycję debiutu Led Zeppelinów, przepłacił wraz z wysyłką o wiele za wiele - ale wy mu tego nie powiecie, bo go kochacie i bardzo chcecie, żeby miał ten swój moment infantylnej radości. tym bardziej, że wraz z tą dad-rockową zajawką idzie w parze dobre mojo przyczyniające się do naprawdę fantastycznych stricte-rapowych wyczynów . Faraon zawsze był jednym z moich faworytów jeśli chodzi o flow, technikę i zabawę językiem angielskim. dalej nim pozostaje, gdyż wciąż potrafi zachować umiar i nie przekształcić swojego rapu w nieznośną popisówę dla popisówy. co prawda trochę liczyłem, że "A Magnificent Day..." będzie nowym poziomem jeśli chodzi o liryczne zapędy rapera w kierunku polityczności, ostrzejszym-niż-zazwyczaj komentarzem na ostrzejsze-niż-zazwyczaj czasy, tymczasem środowisko socjologicznych wywodów okazało się być rozczarowująco kontrolowane. a może to dobrze? HAJLAJTY: "Cult 45" - otwarcie kojarzące się z rawkusowymi początkami rapera, przewinięte z bezbłędną charyzmą. "Triskaideikophobia" z bardzo subtelną próbą wejścia w noise'y. szczerze blues-rockujące sobie "Goats Head". najlepsze od czasów Ying Yangów whisper flow w "Racist", alchemistowe "Oxygen". albo zamykające album "Kill Kill Kill" - totalnie dziwne, ale z odwagą budujące porozumienie między hip hopem a katalogiem Talking Heads
najciekawszy póki co owoc 2021 roku?

nie wypatruję raczej z jakimkolwiek szczególnym zainteresowaniem albumów, z pomocą których znane mi rapowe persony (nawet te najbardziej respektowane) próbują sił w rockowych crossoverach. jak już takie coś ma miejsce, to preferuję by ten rockowy akcent polegał nie na bezpośrednim przeniesieniu gitarowego instrumentarium, a na sprytnym obejściu tematu wokół, na triumfie strukturalizmu nad esencjonalizmem

Pharoahe Monch ze swoją grupą Th1rt3eN preferują esencję i to, żeby HEHE GITARA ROBIŁA ŁIUŁUŁI. "A Magnificent Day For An Exorcism" to dosyć bezpośrednia laurką dla blues-rockowych sentymenów, którymi raper nasiąkł za dzieciaka - jak i trochę później, prawdopodobnie bezlitośnie katując White Stripesów i Black Keysów. sentymentalizm bierze trochę górę nad materią i coś co na papierze można by uznać za najbardziej eksperymentalny moment w karierze Moncha, jest momentami takie trochę konserwatywne

parę refrenów jest trochę siermiężnych, parę aranżacji zbyt pompatycznych, ale wiecie co? naprawdę da się na to przymknąć oko. bo Pharoahe Monch to taki twój stary, który właśnie kupił na Allegro EKSKLUZYWNĄ reedycję debiutu Led Zeppelinów, przepłacił wraz z wysyłką o wiele za wiele - ale wy mu tego nie powiecie, bo go kochacie i bardzo chcecie, żeby miał ten swój moment infantylnej radości. tym bardziej, że wraz z tą dad-rockową zajawką idzie w parze dobre mojo przyczyniające się do naprawdę fantastycznych stricte-rapowych wyczynów . Faraon zawsze był jednym z moich faworytów jeśli chodzi o flow, technikę i zabawę językiem angielskim. dalej nim pozostaje, gdyż wciąż potrafi zachować umiar i nie przekształcić swojego rapu w nieznośną popisówę dla popisówy. co prawda trochę liczyłem, że "A Magnificent Day..." będzie nowym poziomem jeśli chodzi o liryczne zapędy rapera w kierunku polityczności, ostrzejszym-niż-zazwyczaj komentarzem na ostrzejsze-niż-zazwyczaj czasy, tymczasem środowisko socjologicznych wywodów okazało się być rozczarowująco kontrolowane. a może to dobrze?

HAJLAJTY: "Cult 45" - otwarcie kojarzące się z rawkusowymi początkami rapera, przewinięte z bezbłędną charyzmą. "Triskaideikophobia" z bardzo subtelną próbą wejścia w noise'y. szczerze blues-rockujące sobie "Goats Head". najlepsze od czasów Ying Yangów whisper flow w "Racist", alchemistowe "Oxygen". albo zamykające album "Kill Kill Kill" - totalnie dziwne, ale z odwagą budujące porozumienie między hip hopem a katalogiem Talking Heads
22 sty 2021, 17:33
dziękuje mojemu człowiekowi Tymkowi za polecenie na grupce. "Sunshine (The LIght)" mogłoby być po prostu tym mashupem Luthera Vandrossa z Rihanną i już byłoby ostrym HAJLAJTEM mojego prywatnego stycznia 2021. ale ma jeszcze dwie zwrotki już nie tak bardzo Grubego Józka w swoim szczytowym biggie mode ("Crack man and I'm out of the game / Silk shirts and a couple of chains / I go deeper and deeper /Sign the prenup, you know it's cheaper to keep her"). ma teledysk, a na nim beztroska impreza, Miami, motorówki, Puffy robiący to co potrafi najlepiej (błyszczy), Khaled robiący to co potrafi najlepiej ("ANOTHER ONE"). każda milisekunda piosenki, każdy piksel na ekranie krzyczy, że jest Bad Boyem i ps to prawda

miłego weekendu!
Zaktualizowano 22 sty 2021, 20:40
22 sty 2021, 20:35
coraz lepiej singlowo w tym roku i tak - wiem, że to track z grudnia ZOZO. ale trzeba na wszelki przypadek przypominać i uświadamiać jak to pan 21 Savage potrafi uczynić wszystko jeszcze lepszym

"Opp Stoppa" to kolejny przesympatyczny wycinek z mumblecore'owej układanki, potok zgrabnie pozszywanych głupotek, a podkład ma w sobie coś ze wczesnych The Neptunes podsmażonych na blue rare. chociaż dalej nie czekam specjalnie na żaden album od raperów z YBN w ksywie, to chętnie sprawdzę czy na nadchodzącym Nahmirze nie ma więcej takich appetizerów

wgl wiedzieliście, że cała ta YBN hałastra poznała się i uformowała na serwerach GTA Online? NAME ONE LEPSZY RAP-COLLECTIVE-ORIGIN STORY
Zaktualizowano 23 sty 2021, 19:51
23 sty 2021, 19:51
Westside Gunn wypuścił klip do swojego debiutu w Shady. jedyny do tej pory, po niemal czterech miesiącach od premiery albumu. do piosenki, w której praktycznie rzecz biorąc nie on jest gospodarzem. do piosenki, która jest jednym z najbardziej krindżowych występów Flygoda ever. do piosenki, która chyba w najgorszy możliwy sposób miałaby przedstawić szerszemu odbiorcy muzyczny półświatek Griselda Records

cholibka, ciekawe dlaczego WWG tak nagle, tak szybko opuścił Shady Records? 🤔

ale ten bit Alchemista THO
Zaktualizowano 25 sty 2021, 20:40
25 sty 2021, 20:40
no hej, zgadnijcie czyjego autorstwa artykuł o grupie @[208945919161267:274:Clipping.] pojawi się w pierwszym numerze powracającej Gazety Magnetofonowej
Zaktualizowano 27 sty 2021, 18:37
27 sty 2021, 18:37
pełnoprawny projekt w składzie Tha God Fahim + Your Old Droog + Mach-Hommy musi się wreszcie wydarzyć i nie jest to opinia, JENO fakt. "Tha Wolf On Wall St." to kolejny stanowczy krok w tym kierunku. krok na tyle pewny, że zdążyłem już dzisiaj z pięć razy przesłuchać całość Fahim i Droog nie mają jakiejś niesamowitej chemii ani ambicji by wynosić na jakiś nowy level koncept synergii między dwójką raperów. LITERALNIE każdy utwór podzielony jest na pierwszą sekcję należącą do tego pierwszego i drugą do tego drugiego (czasem zdarza się, że wild Mach-Hommy appears jako ostatni), wszystko idzie jak po nitce. na dodatek TGF - jako największy normik w tej potencjalnej ekipie - odpowiada w pełni za podkłady, więc bądźcie gotowi na najbardziej klasycystyczny z nowojorskich klasycyzmów no i jakoś to działa. Fahim otwiera tracki z precyzją ślusarza i wiedzą jak nadać odpowiedni ton na swoich prostych-ale-kunsztownych bitach. Y.O.D. celebruje coś jakby powrót na stare śmieci po konceptualnych dygresjach z materiałów solowych. i tak to leci, miło jest - nawet kiedy chłopacy kruszą się nad niesprawiedliwością świata w moim ulubionym tutaj "The Poverty Bothers Me" także zróbcie panowie wreszcie album całą trójką. napiszcie do mnie, pomogę jakoś. obejmę patronatem, tytuł wymyślę, okładkę w GIMPie zrobię, cokolwiek
pełnoprawny projekt w składzie Tha God Fahim + Your Old Droog + Mach-Hommy musi się wreszcie wydarzyć i nie jest to opinia, JENO fakt. "Tha Wolf On Wall St." to kolejny stanowczy krok w tym kierunku. krok na tyle pewny, że zdążyłem już dzisiaj z pięć razy przesłuchać całość

Fahim i Droog nie mają jakiejś niesamowitej chemii ani ambicji by wynosić na jakiś nowy level koncept synergii między dwójką raperów. LITERALNIE każdy utwór podzielony jest na pierwszą sekcję należącą do tego pierwszego i drugą do tego drugiego (czasem zdarza się, że wild Mach-Hommy appears jako ostatni), wszystko idzie jak po nitce. na dodatek TGF - jako największy normik w tej potencjalnej ekipie - odpowiada w pełni za podkłady, więc bądźcie gotowi na najbardziej klasycystyczny z nowojorskich klasycyzmów

no i jakoś to działa. Fahim otwiera tracki z precyzją ślusarza i wiedzą jak nadać odpowiedni ton na swoich prostych-ale-kunsztownych bitach. Y.O.D. celebruje coś jakby powrót na stare śmieci po konceptualnych dygresjach z materiałów solowych. i tak to leci, miło jest - nawet kiedy chłopacy kruszą się nad niesprawiedliwością świata w moim ulubionym tutaj "The Poverty Bothers Me"

także zróbcie panowie wreszcie album całą trójką. napiszcie do mnie, pomogę jakoś. obejmę patronatem, tytuł wymyślę, okładkę w GIMPie zrobię, cokolwiek
29 sty 2021, 17:52
trochę nie w profilu mojego peja (choć bit w piosence Vince'a z Kalmarem mówi, że jednak trochę tak, a macki pc music soundu z roku na rok coraz silniej zapuszczają się w hiphopowe rejony), ale zabolało mocno

dnia dzisiejszego odeszła od nas SOPHIE
Zaktualizowano 30 sty 2021, 12:25
30 sty 2021, 12:25
apeluję o jakiś nakaz dla Method Mana by spędzał tygodniowo odpowiednią ilość czasu w towarzystwie Conwaya. nic od niego - w ciągu ostatnich dziesięciu lat - nie dało mi takiej zdrowej satysfakcji jak zwroty w "Lemon" oraz ta tutaj. warto, chociaż bit nie najwyższej świeżości, a w trakcie pierwszej minuty trzeba przeprawić się przez wersy najbardziej irytującego hiphopowego podcastera
Zaktualizowano 31 sty 2021, 19:51
31 sty 2021, 19:44
znowu bez dużych albumowych premier dzisiaj (na Conwaya i Big Ghosta poczekam aż uwolnią materiał z Bandcampa), ale no problemo. "Gang Signs" słuchane jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz to póki co najfajniejszy i najbardziej EVENTFUL album 2021 roku Gibbs zabiera nas przez króliczą norę do krainy gangsta-rapowych czarów. krainy w której refren pełni rolę elastycznej jak diabli, głównej osi narracyjnej, a zwrotka przechowuje w swej pojemnej naturze kilka potencjalnych hooków i w sumie to nie wiemy na którą z sekcji czekamy mocniej. bit autorstwa nołnejmowego duetu ze swoją melodyjnością i zblazowaniem nie musi się niczego wstydzić przy podkładach Madlibów, Alchemistów i Kennych Beatsów. a mile zawsze widziany gościnnie ScHoolboy Q jest... jak zawsze mile widziany no i ten teledysk, który jest nieodłącznym elementem testamentu, jaki po sobie Freddie pozostawi. nieważne jak bardzo skurwysyński i napompowany testosteronem będzie jego rap, ozdabianie go obrazkami wyglądającymi jak zderzenie z Animal Crossing zawsze będzie w jakiś swój chory sposób triumfalnie logiczne
znowu bez dużych albumowych premier dzisiaj (na Conwaya i Big Ghosta poczekam aż uwolnią materiał z Bandcampa), ale no problemo. "Gang Signs" słuchane jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz to póki co najfajniejszy i najbardziej EVENTFUL album 2021 roku

Gibbs zabiera nas przez króliczą norę do krainy gangsta-rapowych czarów. krainy w której refren pełni rolę elastycznej jak diabli, głównej osi narracyjnej, a zwrotka przechowuje w swej pojemnej naturze kilka potencjalnych hooków i w sumie to nie wiemy na którą z sekcji czekamy mocniej. bit autorstwa nołnejmowego duetu ze swoją melodyjnością i zblazowaniem nie musi się niczego wstydzić przy podkładach Madlibów, Alchemistów i Kennych Beatsów. a mile zawsze widziany gościnnie ScHoolboy Q jest... jak zawsze mile widziany

no i ten teledysk, który jest nieodłącznym elementem testamentu, jaki po sobie Freddie pozostawi. nieważne jak bardzo skurwysyński i napompowany testosteronem będzie jego rap, ozdabianie go obrazkami wyglądającymi jak zderzenie z Animal Crossing zawsze będzie w jakiś swój chory sposób triumfalnie logiczne
5 lut 2021, 21:01
po świetnym "From King to a God" (album roku 2020 wg SZRP, że tak prawilnie przypomnę) całe swoje nadzieje na kolejny BIG CONWAY MOMENT wtopiłem w zapowiadane już od paru miesięcy "God Don’t Make Mistakes". perspektywę kolejnego collabo z Big Ghostem traktowałem jako miłą ciekawostkę i opcję na osłodzenie goryczy związanej z oczekiwaniem na ten właściwy, flagowy produkt od rapera. aaaale "If It Bleeds It Can Be Killed" nie daje nam wcale powodów, by traktować projekt jako coś gorszego. Conway the Machine ponownie fantastycznie rozumie się legendarnym bloggerem od Zeusowskich Plaskaczy, bo legendarny blogger od Zeusowskich Plaskaczy potrafi jak nikt sprawić by Maszyna chodziła, a nawet wręcz zapierdalała na pełnym trybie rdzennego WU SOUNDU i nawet w ramach takiego "side projectu" Con potrafi wyciągnąć jakieś tam asy ze swego pojemnego rękawa. na przykład w takim "Highly Praised" serwuje jedno ze swoich bardziej nieoczywistych flow (początkowo wybijało mnie, ale pod koniec piosenki byłem oficjalnie kupiony). w "Forever Ago" zainwestował kilka wstydliwych wspomnień w emocjonalny gwóźdź programu. w "Red Beams" bije brawo jego bezczelności, choć zazwyczaj odpycha nie wożenie się "prawdziwych" raperów w roli pogromców "autotune'owych chłopaczków". jemu wolno to robić i nie ma dyskusji, OKEJ?! aha, nie będę ukrywał, pięknie mi wjechało do głowy "J Batters" z samplem aż za dobrze znanym z (być może) najważniejszej dla mnie polskiej płyty rapowej. aż zabrakło mi wściekłego TDFa na końcu to co, rok 2021 kolejnym rokiem dominacji coke rapu?
po świetnym "From King to a God" (album roku 2020 wg SZRP, że tak prawilnie przypomnę) całe swoje nadzieje na kolejny BIG CONWAY MOMENT wtopiłem w zapowiadane już od paru miesięcy "God Don’t Make Mistakes". perspektywę kolejnego collabo z Big Ghostem traktowałem jako miłą ciekawostkę i opcję na osłodzenie goryczy związanej z oczekiwaniem na ten właściwy, flagowy produkt od rapera. aaaale "If It Bleeds It Can Be Killed" nie daje nam wcale powodów, by traktować projekt jako coś gorszego. Conway the Machine ponownie fantastycznie rozumie się legendarnym bloggerem od Zeusowskich Plaskaczy, bo legendarny blogger od Zeusowskich Plaskaczy potrafi jak nikt sprawić by Maszyna chodziła, a nawet wręcz zapierdalała na pełnym trybie rdzennego WU SOUNDU

i nawet w ramach takiego "side projectu" Con potrafi wyciągnąć jakieś tam asy ze swego pojemnego rękawa. na przykład w takim
"Highly Praised" serwuje jedno ze swoich bardziej nieoczywistych flow (początkowo wybijało mnie, ale pod koniec piosenki byłem oficjalnie kupiony). w "Forever Ago" zainwestował kilka wstydliwych wspomnień w emocjonalny gwóźdź programu. w "Red Beams" bije brawo jego bezczelności, choć zazwyczaj odpycha nie wożenie się "prawdziwych" raperów w roli pogromców "autotune'owych chłopaczków". jemu wolno to robić i nie ma dyskusji, OKEJ?!

aha, nie będę ukrywał, pięknie mi wjechało do głowy "J Batters" z samplem aż za dobrze znanym z (być może) najważniejszej dla mnie polskiej płyty rapowej. aż zabrakło mi wściekłego TDFa na końcu

to co, rok 2021 kolejnym rokiem dominacji coke rapu?
8 lut 2021, 19:42
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
pytanie do słuchaczy POLSKIEGO RAPU

czy dzieje się na naszej scenie coś, co możnaby uznać za mniej lub bardziej bezpośrednią odpowiedź na nabierające sił w Stanach nie-trapowe trendy? mam na myśli głównie ten griseldowo-alchemistowy revival brudnego klasycznego hh, albo post-DOOMowy abstract hip-hop w spektrum od Mach-Hommy'ego po Earla i jego followersów. wiecie, te rzeczy, którym ostatnio poświęcam jakieś 80% uwagi na tym peju
11 lut 2021, 21:15
AND THIS IS WHAT IT FEELS LIKE. król Hov wciąż nie abdykuje, bo po co miałby to w zasadzie robić. nic nie robi sobie z pięćdziesięciu jeden wiosen na karku, być może funkcjonuje już jakoś poza osią czasu. jego dilerskie flashbacki są pełne żywotności, wydają się być tak młode i niemal tak aktualne jak wspominana w tekście inba w Kapitolu. taktowne wordplaye są, erudycja jest. podkład zalatuje trochę rozgotowanymi kluchami ze składanek Khaleda, ale mimo wszystko jest tam gdzieś ten silny roc-a-fellowy tembr no i ta (świetna) zwrotka Nipsa. ja bardzo dobrze wiem, że wśród publiczności znajdzie się zaraz ktoś, kto wyda opinię jaka ta scena jest już przesycona pośmiertną eksploatacją Kalifornijczyka. tutaj jednak trzeba przypomnieć sobie, że był pewien człowiek z nosem, który back in 2013 - ku jakiemuś tam jednak zdziwieniu społeczeństwa interesującego się muzyką rap - kupił sto fizycznych kopii mikstejpu "Crenshaw", bo NAPRAWDĘ coś w tym Nipseyu zobaczył. tym człowiekiem był Albert Einstein. no dobra, nie był to Einstein, ale przecież wiecie lub się domyślacie kto. oraz że to bardzo ważne i fajne, że w końcu do tego collabo doszło "What It Feels Like" znajdziecie na ścieżce dźwiękowej do filmu "Judas And The Black Messiah" trafił tam również kawałek od Nasa. mogę o nim powiedzieć tyle, że istnieje
AND THIS IS WHAT IT FEELS LIKE. król Hov wciąż nie abdykuje, bo po co miałby to w zasadzie robić. nic nie robi sobie z pięćdziesięciu jeden wiosen na karku, być może funkcjonuje już jakoś poza osią czasu. jego dilerskie flashbacki są pełne żywotności, wydają się być tak młode i niemal tak aktualne jak wspominana w tekście inba w Kapitolu. taktowne wordplaye są, erudycja jest. podkład zalatuje trochę rozgotowanymi kluchami ze składanek Khaleda, ale mimo wszystko jest tam gdzieś ten silny roc-a-fellowy tembr

no i ta (świetna) zwrotka Nipsa. ja bardzo dobrze wiem, że wśród publiczności znajdzie się zaraz ktoś, kto wyda opinię jaka ta scena jest już przesycona pośmiertną eksploatacją Kalifornijczyka. tutaj jednak trzeba przypomnieć sobie, że był pewien człowiek z nosem, który back in 2013 - ku jakiemuś tam jednak zdziwieniu społeczeństwa interesującego się muzyką rap - kupił sto fizycznych kopii mikstejpu "Crenshaw", bo NAPRAWDĘ coś w tym Nipseyu zobaczył. tym człowiekiem był Albert Einstein. no dobra, nie był to Einstein, ale przecież wiecie lub się domyślacie kto. oraz że to bardzo ważne i fajne, że w końcu do tego collabo doszło

"What It Feels Like" znajdziecie na ścieżce dźwiękowej do filmu "Judas And The Black Messiah"

trafił tam również kawałek od Nasa. mogę o nim powiedzieć tyle, że istnieje
12 lut 2021, 18:54
wiele zamieszania w rapowym social mediowym światku wzbudziła zapowiedź netflixowskiego dokumentu o Notoriousie. tak jakby trailer zarzucił nam jakiś gwarant, że film ten wniesie nam jakaś nową wiedzę do wykutego w marmurze kanonu jego kilkuletniej kariery. na nic takiego się nie zanosi, no ale nie zanosi się też na wydmuszkę jaką była ta nieszczęsna 1,5-godzinna reklama osoby Travisa Scotta

wgl to każda okazja jest dobra by przypomnieć kawał dobrego hiphopowego ŻURNALIZMU. w 2003 XXL opublikował pełen niejednoznacznych ciekawostek materiał wspominający track po tracku kulisy powstania najlepszej dwupłytówki w historii hip hopu. usiadłem do tekstu nie wiem który raz i wsiąkłem - też nie wiem który raz
Zaktualizowano 16 lut 2021, 19:45
16 lut 2021, 19:45
KONSERWATYŚCI JEJ NIENAWIDZĄ. raperka z Nowego Jorku połączyła ze sobą trzy słowa i doprowadziła tym do autozdissowania się zarówno Bena Shapiro jak i redakcji TVP Info
KONSERWATYŚCI JEJ NIENAWIDZĄ. raperka z Nowego Jorku połączyła ze sobą trzy słowa i doprowadziła tym do autozdissowania się zarówno Bena Shapiro jak i redakcji TVP Info
19 lut 2021, 17:47
rozmawiając o raperach, którzy przeszli przez lata imponującą drogę w kierunku odnalezienia lepszego "ja", powinniśmy zdecydowanie częściej wspominać Jima Jonesa. ziomek jeszcze jako core'owy członek Dipsetów bardziej przypominał hypemana z zaskakującą ilością własnych zwrotek, niźli FULL TIME rapera. szczytem liryki i artyzmu było u niego bycie chodzącym, lirycznym ekwiwalentem sztachnięcia się crackem ze szklanej rurki albo cholera wie czego. kilkanaście lat później dostajemy piękny album OLD MAN JIMA, który niejedno widział, niejedno słyszał, paru rzeczy w życiu żałuje, a poza tym to z grubsza niczego nie żałuje. "The Fraud Department" to poczytny tomik ulicznego obycia, do tego podany w miękkich aksamitach produkcji Harry'ego Frauda oczywko przemiana Dyplomaty nie nastąpiła z dnia na dzień, a po trochu z każdym kolejnym albumem. na pewno już na wydanym dwa lata temu (i "zdeluksowanym" rok temu) "El Capo" był tym fajnym gościem, o którym mówię. no ale "El Capo" nie było najłatwiejszą przeprawą dla słuchacza, cierpiało trochę na dipsetocentryczność i rozmijało się ze zbyt-pięknymi-by-były-prawdziwe oczekiwaniami wobec albumu od deski do deski komponowanego przez Heatmakerzów. żadnej presji i żadnych ciśnień nie ma za to, kiedy robi się album z Fraudzillą. innymi słowy: to się nie mogło nie udać trudno przy tak sprawnie wyważonym i równym materiale wskazywać jakieś highlighty, ale spróbuję. singlowe "Lose Lose" idealnie trafia w rolę motywu przewodniego całego glow upu ("Felt like Suge in '96 with the red rag on me / The way I've been tacklin' sh**, they should put pads on me"). "Three Cuts" z Maino to skazane na sukces combo sampla z Isaaca Hayesa, cutów z Hovy i zwrotek dwóch głodnych szacunku raperów spod krechy. "The People" zasłużyło by trafić na jakiś album, bo była to jedna z mocniejszych wczesnych reakcji na zeszłoroczne zamieszki ("I seen a Somalian girl with a handful of tear gas / 2020, not even half of the year passed"), no a teraz jeszcze mamy w bonusie kazanie od Conwaya. i jak naturalnie w otoczeniu tego wszystkiego wypada banger z Frenchem Montaną - co zresztą nie powinno dziwić absolutnie nikogo także no, posłuchajta "Barry White'a". tak samo jak i każdego innego utworu na tej zacnej płycie
rozmawiając o raperach, którzy przeszli przez lata imponującą drogę w kierunku odnalezienia lepszego "ja", powinniśmy zdecydowanie częściej wspominać Jima Jonesa. ziomek jeszcze jako core'owy członek Dipsetów bardziej przypominał hypemana z zaskakującą ilością własnych zwrotek, niźli FULL TIME rapera. szczytem liryki i artyzmu było u niego bycie chodzącym, lirycznym ekwiwalentem sztachnięcia się crackem ze szklanej rurki albo cholera wie czego. kilkanaście lat później dostajemy piękny album OLD MAN JIMA, który niejedno widział, niejedno słyszał, paru rzeczy w życiu żałuje, a poza tym to z grubsza niczego nie żałuje. "The Fraud Department" to poczytny tomik ulicznego obycia, do tego podany w miękkich aksamitach produkcji Harry'ego Frauda

oczywko przemiana Dyplomaty nie nastąpiła z dnia na dzień, a po trochu z każdym kolejnym albumem. na pewno już na wydanym dwa lata temu (i "zdeluksowanym" rok temu) "El Capo" był tym fajnym gościem, o którym mówię. no ale "El Capo" nie było najłatwiejszą przeprawą dla słuchacza, cierpiało trochę na dipsetocentryczność i rozmijało się ze zbyt-pięknymi-by-były-prawdziwe oczekiwaniami wobec albumu od deski do deski komponowanego przez Heatmakerzów. żadnej presji i żadnych ciśnień nie ma za to, kiedy robi się album z Fraudzillą. innymi słowy: to się nie mogło nie udać

trudno przy tak sprawnie wyważonym i równym materiale wskazywać jakieś highlighty, ale spróbuję. singlowe "Lose Lose" idealnie trafia w rolę motywu przewodniego całego glow upu ("Felt like Suge in '96 with the red rag on me / The way I've been tacklin' sh**, they should put pads on me"). "Three Cuts" z Maino to skazane na sukces combo sampla z Isaaca Hayesa, cutów z Hovy i zwrotek dwóch głodnych szacunku raperów spod krechy. "The People" zasłużyło by trafić na jakiś album, bo była to jedna z mocniejszych wczesnych reakcji na zeszłoroczne zamieszki ("I seen a Somalian girl with a handful of tear gas / 2020, not even half of the year passed"), no a teraz jeszcze mamy w bonusie kazanie od Conwaya. i jak naturalnie w otoczeniu tego wszystkiego wypada banger z Frenchem Montaną - co zresztą nie powinno dziwić absolutnie nikogo

także no, posłuchajta "Barry White'a". tak samo jak i każdego innego utworu na tej zacnej płycie
20 lut 2021, 16:58
trudno tak napisać coś o wspólnym albumie Your Old Drooga i Tha God Fahima - kiedy dopiero co trzy tygodnie temu słuchaliśmy świeżego albumu Your Old Drooga i Tha God Fahima. i tak to robię, bo "Tha YOD Fahim" warto połknąć i to nawet na jednym posiedzeniu z poprzednim "Tha Wolf on Wall St" - jeśli przypadkiem przegapiliście lub nie mieliście przyjemności ten najnowszy projekt stara się nam przedstawić duet w odrobinę szerszym obiektywie - w bardziej przypominającym longplay formacie, bez tej dziwnej restrykcji w związku z którą Fahim rapował ZAWSZE przed YODem, no i z garstką producentów dopuszczonych spoza piaskownicy (Preservation, Nottz, Quelle Chris) chemię między tę dwójką dalej biorę bardziej na słowo honoru niż miałbym wyczuwać z osobistego doświadczenia, no ale wciąż części składowe zwyczajnie biorą się same. precyzyjnie techniczny i plastyczny jak zawsze Droog, kwadratowy lecz nadrabiający naturalnością Tha God Fahim, a podkłady to w zasadzie same strzały za trzy punkty. elegancja i elementarne rozumienie procesów twórczych w hip hopie - no bo coś sprawia, że takie numery jak "Stretch", "Reign Man" czy "Lost Smile" wybrzmiewają jak coś co wydaje ci się, że znałeś/znałaś od samego początku przygody z gatunkiem
trudno tak napisać coś o wspólnym albumie Your Old Drooga i Tha God Fahima - kiedy dopiero co trzy tygodnie temu słuchaliśmy świeżego albumu Your Old Drooga i Tha God Fahima. i tak to robię, bo "Tha YOD Fahim" warto połknąć i to nawet na jednym posiedzeniu z poprzednim "Tha Wolf on Wall St" - jeśli przypadkiem przegapiliście lub nie mieliście przyjemności

ten najnowszy projekt stara się nam przedstawić duet w odrobinę szerszym obiektywie - w bardziej przypominającym longplay formacie, bez tej dziwnej restrykcji w związku z którą Fahim rapował ZAWSZE przed YODem, no i z garstką producentów dopuszczonych spoza piaskownicy (Preservation, Nottz, Quelle Chris)

chemię między tę dwójką dalej biorę bardziej na słowo honoru niż miałbym wyczuwać z osobistego doświadczenia, no ale wciąż części składowe zwyczajnie biorą się same. precyzyjnie techniczny i plastyczny jak zawsze Droog, kwadratowy lecz nadrabiający naturalnością Tha God Fahim, a podkłady to w zasadzie same strzały za trzy punkty. elegancja i elementarne rozumienie procesów twórczych w hip hopie - no bo coś sprawia, że takie numery jak "Stretch", "Reign Man" czy "Lost Smile" wybrzmiewają jak coś co wydaje ci się, że znałeś/znałaś od samego początku przygody z gatunkiem
21 lut 2021, 12:44
taktyczny reminder że jestem w pierwszym numerze @[808919392554326:274:GAMA. Nowa Gazeta Magnetofonowa]. już w sprzedaży jakby co
taktyczny reminder że jestem w pierwszym numerze GAMA. Nowa Gazeta Magnetofonowa. już w sprzedaży jakby co
22 lut 2021, 08:24
potrzeba niewątpliwie jakiegoś typu odwagi (albo obłąkanej pewności siebie) żeby w rapie wydać materiał okładką i tytułem mimikujący tomik poezji. ale mówimy tutaj o MAVIm, który po świetnym "Let the Sun Talk" zagrzał stanowisko naczelnego POST-EARLOWCA i postanowił je obronić krótką, ale jakże obszerną w zdarzenia epką. "End of the Earth" to kwadrans pełen emocjonujących pojedynków autora z własnymi INSECURITIES, naznaczony epistemologicznymi dylematami i pokorą godnie korelującą z jego interesującym naukowym CV MAVI to niemalże niespotykany gatunek rapera, który niemal całość drzemiącej w nim energii przekierowuje na jeden cel - poznanie samego siebie. a to, że słucha się tego świetnie - to już taki tam bonusik dla nas
potrzeba niewątpliwie jakiegoś typu odwagi (albo obłąkanej pewności siebie) żeby w rapie wydać materiał okładką i tytułem mimikujący tomik poezji. ale mówimy tutaj o MAVIm, który po świetnym "Let the Sun Talk" zagrzał stanowisko naczelnego POST-EARLOWCA i postanowił je obronić krótką, ale jakże obszerną w zdarzenia epką. "End of the Earth" to kwadrans pełen emocjonujących pojedynków autora z własnymi INSECURITIES, naznaczony epistemologicznymi dylematami i pokorą godnie korelującą z jego interesującym naukowym CV

MAVI to niemalże niespotykany gatunek rapera, który niemal całość drzemiącej w nim energii przekierowuje na jeden cel - poznanie samego siebie. a to, że słucha się tego świetnie - to już taki tam bonusik dla nas
22 lut 2021, 19:50
tańczyliście trochę dzisiaj?
Zaktualizowano 23 lut 2021, 21:12
23 lut 2021, 21:12
nie wiem czy to singiel z nadchodzącej płyty J.I.D.a czy okazyjny track w ramach Black History Month, ale najlepiej jakby BOTH. raper z Atlanty ma niewątpliwie warsztat, pomysłowość, sensowne wyczucie smaku i lekkość rozumienia sytuacji by wydać jakiś POTĘŻNY POLITICALLY CHARGED album godny zmierzenia się z rokiem 2021. i to w czasach kiedy od premiery "DAMN" Kendricka Lamara dostaliśmy aż cztery niepotrzebne albumy Eminema

"Skegee" zawiera w sobie wiele wątków, ale centralnym jest przypomnienie słuchaczom o nieszczęsnym eksperymencie w Tuskegee. i bardzo dobrze, gdyż ten odrażający proceder - szczególnie patrząc z perspektywy Europejczyka - zdawał się nie być nigdy wystarczająco dobrze nagłośniony. a taka właśnie wiedza daje nam trochę szerszy kontekst, szczególnie przydatny w obecnych czasach. łatwo jest wskazać palcem na antyszczepionkowe i alt-medowe mądrości w tekstach amerykańskich raperów - co sam często robię z bólem (Freddie Gibbs, dlaczego ;___;). no ale nieufność nie zawsze bierze się z powietrza albo facebookowej grupki dla szurów
Zaktualizowano 25 lut 2021, 11:12
25 lut 2021, 11:12
w końcu w tym roku jakaś poważna podaż albumowych premier: Duke Deuce, Curren$y, Page Kennedy, Casey Veggies, DJ Muggs & Rome Streetz, Payroll Giovanni & Cardo, Shordie Shordie & Murda Beatz... a ja siedzę sobie i słucham Freddiego Gibbsa coverujacego Gila Scotta-Herona
Zaktualizowano 26 lut 2021, 18:36
26 lut 2021, 18:36
WHAT THE FUUUUUUUUUUUUUG - tak właśnie pewnie bym zareagował gdyby było to moje pierwsze spotkanie z Księciem Dwójeczką. tak nie jest, na obu odsłonach "Memphis Massacre" Duke Deuce wyłożył karty i jednoznacznie opowiedział się za obraną przez siebie misją. ale jako że ta misja polega na wtłaczaniu solidnego ładunku młodzieńczej energii w estetykę rozpiętą od najntisowej klasyki Memphis po późniejsze crunkowe wariacje Lil Jona - jest to dalej na tyle osobliwa nisza, że nie ma potrzeby by Diuk na siłę próbował wplątywać w to wszystko jeszcze więcej pomysłów a początek jest niemal bezbłędny: "Soldiers Steppin" ze swoim pulsującym perkusyjnym nalotem bombowym to mój póki co ulubiony zastrzyk adrenaliny A.D. 2021. "Fell Up In The Club" wychodzi z założeń typowych dla stereotypowych mafijkowych bangerów, ale ostatecznie wnosi masę niuansów (i gościnnego Fergensteina). "Army" uderza w kierunku nowożytnej trap-ballady, jednak wciąż w ramach trzymającego się jakoś kupy konceptu potem trochę intensywność doznań ulega LEKKIEMU rozrzedzeniu i płyty nabiera charakteru typowego wydawnictwa Quality Control (tzn. kiepsko się robi z nomen omen kontrolą jakości), ale wciąż zdarzają się jakże udane strzały. finezyjnie rozstrojony synth w "Duke Skywalker", crunkowy call & response w "Move", no i gościnny Offset - jakoś dawno go nie słyszałem i prawie zapomniałem jak bardzo kocham jego maszynowe flow czy polecam "Duke Nukem"? ano polecam. ale szczególnie polecam tym ludziom, którzy jeszcze nie słyszeli Duke'a, a generalnie lubią połudiowy hip hop - niezależnie czy ten starszy, czy ten nowszy. miła niespodzianka zdecydowanie gwarantowana no i proszę panie Diuku, a nawet błagam - nie zmieniaj ludzi przygotowujących okładki do twoich nagrań. niech zawsze będą tak uroczo wstrętne <3
WHAT THE FUUUUUUUUUUUUUG - tak właśnie pewnie bym zareagował gdyby było to moje pierwsze spotkanie z Księciem Dwójeczką. tak nie jest, na obu odsłonach "Memphis Massacre" Duke Deuce wyłożył karty i jednoznacznie opowiedział się za obraną przez siebie misją. ale jako że ta misja polega na wtłaczaniu solidnego ładunku młodzieńczej energii w estetykę rozpiętą od najntisowej klasyki Memphis po późniejsze crunkowe wariacje Lil Jona - jest to dalej na tyle osobliwa nisza, że nie ma potrzeby by Diuk na siłę próbował wplątywać w to wszystko jeszcze więcej pomysłów

a początek jest niemal bezbłędny: "Soldiers Steppin" ze swoim pulsującym perkusyjnym nalotem bombowym to mój póki co ulubiony zastrzyk adrenaliny A.D. 2021. "Fell Up In The Club" wychodzi z założeń typowych dla stereotypowych mafijkowych bangerów, ale ostatecznie wnosi masę niuansów (i gościnnego Fergensteina). "Army" uderza w kierunku nowożytnej trap-ballady, jednak wciąż w ramach trzymającego się jakoś kupy konceptu

potem trochę intensywność doznań ulega LEKKIEMU rozrzedzeniu i płyty nabiera charakteru typowego wydawnictwa Quality Control (tzn. kiepsko się robi z nomen omen kontrolą jakości), ale wciąż zdarzają się jakże udane strzały. finezyjnie rozstrojony synth w "Duke Skywalker", crunkowy call & response w "Move", no i gościnny Offset - jakoś dawno go nie słyszałem i prawie zapomniałem jak bardzo kocham jego maszynowe flow

czy polecam "Duke Nukem"? ano polecam. ale szczególnie polecam tym ludziom, którzy jeszcze nie słyszeli Duke'a, a generalnie lubią połudiowy hip hop - niezależnie czy ten starszy, czy ten nowszy. miła niespodzianka zdecydowanie gwarantowana

no i proszę panie Diuku, a nawet błagam - nie zmieniaj ludzi przygotowujących okładki do twoich nagrań. niech zawsze będą tak uroczo wstrętne ♥
27 lut 2021, 13:37
TO CO TY SŁYSZYSZ OGLĄDAJĄC TELEDYSK PAYROLLA GIOVANNIEGO, KTÓRY TAK NAPRAWDĘ W STANACH ZJEDNOCZONYCH W BRANŻY NIE JEST SZANOWANY W OGÓLE, A KUPUJĄ GO BIAŁE DZIECIAKI. DLATEGO NIE JEST SZANOWANY, DLATEGO ŻE JEST KIMŚ, KTO PO PROSTU SPRZEDAŁ SIĘ DLA ZARABIANIA PIENIĘDZY. BO ON NIE JEST PRAWDZIWY. BO ZNACZENIEM PRAWDZIWEGO HIP HOPU JEST TO CO PRZEŻYWAM, NIE TO CO SOBIE WYMYŚLĘ. TAK, JESTEM PEWIEN, ŻE PAYROLL TEGO NIE PRZEŻYŁ, DLATEGO ŻE WIELU MYŚLI LUDZI ŻE ON JEST Z ZACHODNIEGO WYBRZEŻA, TAK NIE JEST, TO JEST NIEPRAWDA, ON JEST Z DETROIT! A ON Z SIEBIE ROBI NIESAMOWITEGO WESTCOASTOWCA I ZGINA PALCE W TAKIE COŚ \/\/ uff, na szczęście w czasach post-prawilniactwa, post-regionalizacji i post-eldokowatości nikt już nie miewa tego typu problemów i z czystym sumieniem można sobie posłuchać Payrolla Giovanniego i Cardo robiących dolary. "Another Day, Another Dollar" cieszy nas zwrotkami niezmiennego w swych priorytetach rapera, dzięki któremu to faktycznie wszystko wydaje się takie łatwe. Cardo dalej brnie w swój westcoastowy comfort-passion-project, między jednym a drugim przelewem za produkcję jakiegoś hitu dla Migosów, Travisa czy Drake'a. no i jeszcze ten zacny follow up na okładce, krystalicznie czysty w swej wymowie dla takich 30+ pierdów jak ja oj, przyjemna rzecz
TO CO TY SŁYSZYSZ OGLĄDAJĄC TELEDYSK PAYROLLA GIOVANNIEGO, KTÓRY TAK NAPRAWDĘ W STANACH ZJEDNOCZONYCH W BRANŻY NIE JEST SZANOWANY W OGÓLE, A KUPUJĄ GO BIAŁE DZIECIAKI. DLATEGO NIE JEST SZANOWANY, DLATEGO ŻE JEST KIMŚ, KTO PO PROSTU SPRZEDAŁ SIĘ DLA ZARABIANIA PIENIĘDZY. BO ON NIE JEST PRAWDZIWY. BO ZNACZENIEM PRAWDZIWEGO HIP HOPU JEST TO CO PRZEŻYWAM, NIE TO CO SOBIE WYMYŚLĘ. TAK, JESTEM PEWIEN, ŻE PAYROLL TEGO NIE PRZEŻYŁ, DLATEGO ŻE WIELU MYŚLI LUDZI ŻE ON JEST Z ZACHODNIEGO WYBRZEŻA, TAK NIE JEST, TO JEST NIEPRAWDA, ON JEST Z DETROIT! A ON Z SIEBIE ROBI NIESAMOWITEGO WESTCOASTOWCA I ZGINA PALCE W TAKIE COŚ \/\/

uff, na szczęście w czasach post-prawilniactwa, post-regionalizacji i post-eldokowatości nikt już nie miewa tego typu problemów i z czystym sumieniem można sobie posłuchać Payrolla Giovanniego i Cardo robiących dolary. "Another Day, Another Dollar" cieszy nas zwrotkami niezmiennego w swych priorytetach rapera, dzięki któremu to faktycznie wszystko wydaje się takie łatwe. Cardo dalej brnie w swój westcoastowy comfort-passion-project, między jednym a drugim przelewem za produkcję jakiegoś hitu dla Migosów, Travisa czy Drake'a. no i jeszcze ten zacny follow up na okładce, krystalicznie czysty w swej wymowie dla takich 30+ pierdów jak ja

oj, przyjemna rzecz
1 mar 2021, 17:36
albo jak czekasz aż na Geniusie wjadą po iluś tygodniach lyricsy jakiegoś undergroundowca żeby móc trochę wygodniej przeanalizować treść jego tekstów, a taki pan Drake dzień po premierze nowego materiału ma już piosenki przetłumaczone na niemiecki, portugalski, rosyjski, hiszpański i turecki "Scary Hours 2" to przyjemne czekadełko przed premierą "Certified Lover Boy", esencja Drake'owego b-side'u - wolna od ekstrawagancji, ale i od miałkości. od pierwszej części odróżnia się brakiem czegoś tak skazanego na viralowy sukces jak "God's Plan". "What's Next" za bardzo skupia się na meta-narracji oczekiwania na następny ruch niż na byciu ruchem samym w sobie, aczkolwiek broni się dynamiką podkładu - trochę jakby pochodzącego ze świata (światów?) Uziego Verta. "Wants and Needs" również raczej przepadnie w zbiorowej świadomości słuchaczy, pomimo rozgrzewającej do czerwoności internetowe dyskusje depeszy do Kanyego i pędzącego na łeb na szyję swoim flow Lil Baby'ego no ale są to mimo wszystko FAJNE numery. a NAJFAJNIEJSZYM z nich jest "Lemon Pepper Freestyle" - to taki klasyczny utwór Drizzy'ego z pierwszej połowy '10s, który podlinkowywało się opornym na nowości kolegom by zrozumieli w końcu, że spokojnie, Kanadyjczyk nie zabije im hip-hopu w przeciągu najbliższych kilku lat. czarujący setting płynący od sampla z Quadron (doprawdy propsy dla producenckiego teamu za znajomość grupy), wprowadzenie od pana Rozaya puszczającego sobie winyl Teddy'ego Pendergrassa, no i długi potok myśli gospodarza - od nakreślenia nam szczegółów relacji z Adonisem do rzucania na lewo i prawo uroczymi drejkizmami przydatny bonusik dla fanów, ale pewnie nawet najwięksi z tychże fanów szybko o tych trzech trackach zapomną - o ile nie trafią one na tracklistę nadchodzącego wielkimi (ale POWOLNYMI) krokami "CLB". z drugiej strony - kompletnie nie przewidziałem zawrotnego sukcesu zeszłorocznego singla z Durkiem, no więc co ja się będę bawił w jakiekolwiek liche jasnowidztwo
albo jak czekasz aż na Geniusie wjadą po iluś tygodniach lyricsy jakiegoś undergroundowca żeby móc trochę wygodniej przeanalizować treść jego tekstów, a taki pan Drake dzień po premierze nowego materiału ma już piosenki przetłumaczone na niemiecki, portugalski, rosyjski, hiszpański i turecki

"Scary Hours 2" to przyjemne czekadełko przed premierą "Certified Lover Boy", esencja Drake'owego b-side'u - wolna od ekstrawagancji, ale i od miałkości. od pierwszej części odróżnia się brakiem czegoś tak skazanego na viralowy sukces jak "God's Plan". "What's Next" za bardzo skupia się na meta-narracji oczekiwania na następny ruch niż na byciu ruchem samym w sobie, aczkolwiek broni się dynamiką podkładu - trochę jakby pochodzącego ze świata (światów?) Uziego Verta. "Wants and Needs" również raczej przepadnie w zbiorowej świadomości słuchaczy, pomimo rozgrzewającej do czerwoności internetowe dyskusje depeszy do Kanyego i pędzącego na łeb na szyję swoim flow Lil Baby'ego

no ale są to mimo wszystko FAJNE numery. a NAJFAJNIEJSZYM z nich jest "Lemon Pepper Freestyle" - to taki klasyczny utwór Drizzy'ego z pierwszej połowy '10s, który podlinkowywało się opornym na nowości kolegom by zrozumieli w końcu, że spokojnie, Kanadyjczyk nie zabije im hip-hopu w przeciągu najbliższych kilku lat. czarujący setting płynący od sampla z Quadron (doprawdy propsy dla producenckiego teamu za znajomość grupy), wprowadzenie od pana Rozaya puszczającego sobie winyl Teddy'ego Pendergrassa, no i długi potok myśli gospodarza - od nakreślenia nam szczegółów relacji z Adonisem do rzucania na lewo i prawo uroczymi drejkizmami

przydatny bonusik dla fanów, ale pewnie nawet najwięksi z tychże fanów szybko o tych trzech trackach zapomną - o ile nie trafią one na tracklistę nadchodzącego wielkimi (ale POWOLNYMI) krokami "CLB". z drugiej strony - kompletnie nie przewidziałem zawrotnego sukcesu zeszłorocznego singla z Durkiem, no więc co ja się będę bawił w jakiekolwiek liche jasnowidztwo
6 mar 2021, 19:55
when Harry met Benny:

At the table, rackin' my brain like, "How I'm back in the game?"
Went and did that lil' bid, now my hoes ain't actin' the same
Stressin', I did them sentences without stackin' no change
Gettin' high inside, knowin' my pride ain't matchin' my wage
Let me take you back to that blue building, back in the day
Where I trapped them two for fifteens, plus that was my age
From that lil' stage, two or three years, I mastered my ways
We'd be the Jacksons of yay if they gave out plaques for the game

"Wtyczki Które Poznałem II" za tydzień. also, tracklista:

1. Tommy Met Sosa
2. Overall ft. Chinx
3. Plug Talk ft. 2 Chainz
4. Live by It
5. Talkin Back ft. Fat Joe
6. No Instructions
7. Longevity ft. French Montana and Jim Jones
8. Survivor's Remorse ft. Rick Hyde
9. Thanksgiving
Zaktualizowano 12 mar 2021, 08:26
12 mar 2021, 08:24
no i stało się światło, Killah Priest uratował kolejny nieciekawy premierowo piątek. potwierdził też, że dalej ma ten swój najlepszy albumowy run, a ja znów chciałbym chociaż przez chwilę dowiedzieć się jak to jest mieć w bani taką kombinację alpejską jak on. "Lord Sun Heavy Mental 1.1" tytułem nawiązuję do kultowego w kręgach Wu-fanatyków debiutu, a formą i pomysłami do zeszłorocznego "Rocket to Nebula". nawet jeśli nie macie z raperem zbyt złożonej relacji, to namawiam - weźcie skoczcie w tą głęboką wodę Ksiądz Mordulec serwuje nam kolejną tygodniową wycieczkę do Szurlandu, gdzie wszystkie dziedziny nabytej przez cywilizacje ludzką wiedzy łączą się zaskakująco kreatywny ciąg logiczny, którego i tak w całości nie ogarniecie umysłem, choć dostrzeżecie pewne klucze i wzorce (piramidy! zawsze chodzi o piramidy!). tak zupełnie serio - kiedy nie będziecie rapsów (czy raczej spoken-wordsów) Priesta brać zbyt dosłownie, to docenicie fascynująco spójny popkulturowy blend teoretycznie sprzecznych ze sobą koncepcji - a już to samo w sobie jest jakimś tam korzennym elementem hip hopu oczywiście bądźcie gotowi na to, że KP jest od jakiegoś czasu zbyt dumny i odsunięty w swój własny świat, by nawijać pod coś tak ordynarnego jak KLASYCZNY HIPHOPOWY BIT. jego muzyczny świat to score od nieistniejącego w naturze arthouse'owego filmu z otwierającą mózgi atmosferą, a okazyjne kotły nie biją od taktu do taktu, a od puenty do puenty. a jak taka forma wam nie odpowiada to posłuchajcie sobie Killah Piresta dla normików (a.k.a. Jaya Electronicę) ESSENTIAL MOMENT? chyba to monumentalne, siedmiominutowe "Pagan", które jest trochę jak hiphopowy eksperyment Toma Waitsa, któremu ktoś do drinka wsypał wszystkie psychoaktywne substancje znane w naszym układzie słonecznym. mniej definiującym, ale za to zadziwiającym w cholerę trackiem jest "Arkcade" gdzie Priest rapuję pod odgłosy z rodem z Atari - i nie mówię tutaj o jakimś zgrabnym low-bitowym podkładzie, a o dosłowne poszukiwanie muzycznego sensu w odgłosach kogoś nakurwiającego rekordy w Asteroidsach. SICK ISH słuchanie Killah Priesta w trzeciej dekadzie XXI wieku - zdecydowanie polecam. tylko nie pomyślcie o tym, by pytać gościa np o to co sądzi o szczepionkach. prawdopodobnie skończyło by się to półgodzinną wypowiedzią, z której nic jednoznacznego by nie wynikło. ale za to okazałoby się, że jego ulubiony król Mezopotamii miał dokładnie tyle lat ile wynosi liczba atomowa jakiegoś pierwiastka. PRZYPADEK?
no i stało się światło, Killah Priest uratował kolejny nieciekawy premierowo piątek. potwierdził też, że dalej ma ten swój najlepszy albumowy run, a ja znów chciałbym chociaż przez chwilę dowiedzieć się jak to jest mieć w bani taką kombinację alpejską jak on. "Lord Sun Heavy Mental 1.1" tytułem nawiązuję do kultowego w kręgach Wu-fanatyków debiutu, a formą i pomysłami do zeszłorocznego "Rocket to Nebula". nawet jeśli nie macie z raperem zbyt złożonej relacji, to namawiam - weźcie skoczcie w tą głęboką wodę

Ksiądz Mordulec serwuje nam kolejną tygodniową wycieczkę do Szurlandu, gdzie wszystkie dziedziny nabytej przez cywilizacje ludzką wiedzy łączą się zaskakująco kreatywny ciąg logiczny, którego i tak w całości nie ogarniecie umysłem, choć dostrzeżecie pewne klucze i wzorce (piramidy! zawsze chodzi o piramidy!). tak zupełnie serio - kiedy nie będziecie rapsów (czy raczej spoken-wordsów) Priesta brać zbyt dosłownie, to docenicie fascynująco spójny popkulturowy blend teoretycznie sprzecznych ze sobą koncepcji - a już to samo w sobie jest jakimś tam korzennym elementem hip hopu

oczywiście bądźcie gotowi na to, że KP jest od jakiegoś czasu zbyt dumny i odsunięty w swój własny świat, by nawijać pod coś tak ordynarnego jak KLASYCZNY HIPHOPOWY BIT. jego muzyczny świat to score od nieistniejącego w naturze arthouse'owego filmu z otwierającą mózgi atmosferą, a okazyjne kotły nie biją od taktu do taktu, a od puenty do puenty. a jak taka forma wam nie odpowiada to posłuchajcie sobie Killah Piresta dla normików (a.k.a. Jaya Electronicę)

ESSENTIAL MOMENT? chyba to monumentalne, siedmiominutowe "Pagan", które jest trochę jak hiphopowy eksperyment Toma Waitsa, któremu ktoś do drinka wsypał wszystkie psychoaktywne substancje znane w naszym układzie słonecznym. mniej definiującym, ale za to zadziwiającym w cholerę trackiem jest "Arkcade" gdzie Priest rapuję pod odgłosy z rodem z Atari - i nie mówię tutaj o jakimś zgrabnym low-bitowym podkładzie, a o dosłowne poszukiwanie muzycznego sensu w odgłosach kogoś nakurwiającego rekordy w Asteroidsach. SICK ISH

słuchanie Killah Priesta w trzeciej dekadzie XXI wieku - zdecydowanie polecam. tylko nie pomyślcie o tym, by pytać gościa np o to co sądzi o szczepionkach. prawdopodobnie skończyło by się to półgodzinną wypowiedzią, z której nic jednoznacznego by nie wynikło. ale za to okazałoby się, że jego ulubiony król Mezopotamii miał dokładnie tyle lat ile wynosi liczba atomowa jakiegoś pierwiastka. PRZYPADEK?
12 mar 2021, 19:50
słowo na weekend, a właściwie słowo na niedzielę, a właściwie to słowo na noc z niedzieli na poniedziałek:

GIVE THOSE GUYS A GAHDAMN GRAMMY. złota statuetka należy im się tak samo jak Rafałowi Brzozowskiemu ostatnie miejsce na najbliższej Eurowizji
Zaktualizowano 13 mar 2021, 22:07
13 mar 2021, 21:49
Best Rap Album dla Nasa :( ok, dobra. jest to jakiś pozytywny scenariusz - jakieś POETIC JUSTICE - że Nasir Jones, ten wciąż chodzący po Ziemi pomnik lirycznego hip hopu w oczach co najmniej dwóch generacji słuchaczy, po 25 latach w końcu doczeka postawienia sobie złotego gramofoniska na kominku w salonie. tylko no szkoda, że za akurat tak bezbarwne, kluczące gdzieś na rubieżach dawnego splendoru "King's Disease" a teraz panie Nas bardzo proszę o napisanie miłego SMSa do pana Gibbsa. poniżej zamieszczam stosowny template
Best Rap Album dla Nasa :(

ok, dobra. jest to jakiś pozytywny scenariusz - jakieś POETIC JUSTICE - że Nasir Jones, ten wciąż chodzący po Ziemi pomnik lirycznego hip hopu w oczach co najmniej dwóch generacji słuchaczy, po 25 latach w końcu doczeka postawienia sobie złotego gramofoniska na kominku w salonie. tylko no szkoda, że za akurat tak bezbarwne, kluczące gdzieś na rubieżach dawnego splendoru "King's Disease"

a teraz panie Nas bardzo proszę o napisanie miłego SMSa do pana Gibbsa. poniżej zamieszczam stosowny template
14 mar 2021, 22:30
miałem już dzisiaj nie gunwopostować, ale wieczór ten rodzi wiele więcej ważnych pytań
miałem już dzisiaj nie gunwopostować, ale wieczór ten rodzi wiele więcej ważnych pytań
14 mar 2021, 23:34
żeby nie było, że piszę tutaj głównie o groźnych kokainowych artystach-kombinatorach rapujących pod samplodeliki Alca i Harry'ego. uwielbiam Sabę i jego muzykę niosącą się w powietrzu jak lotne marzenia o kalifornijskim zachodzie słońca, wypatrywanym z nadzieją gdzieś ze szczytu chicagowskiego Willis Tower. "Ziplock / Rich Don't Stop" to już trzeci podwójny singiel zapowiadający... no właśnie, co dokładnie? panie Sabo - idź tą drogą, która prowadzi do oficjalnego zapowiedzenia i wydania wreszcie tej upragnionej przez zdołowany świat kontynuacji "CARE FOR ME"

najnowszy pakiet singlowy oczywiście bardzo OKEJ, szczególnie "Ziplock" ze swoją soczystą linią basu i przypowieściami o życiowej wiedzy, o doświadczeniu nabieranym w trakcie podróży od wybrzeża do wybrzeża Stanów. nic nowatorskiego, nawet w samym kontekście dotychczasowej dyskografii rapera z Chi-Town, BUT WHO CARES. patrzcie i słuchajcie jakie ładne, no dawajcie
Zaktualizowano 18 mar 2021, 18:00
18 mar 2021, 17:02
"I kept my foot on they necks, right where it's 'posed to be Over this Harry Fraud s*** like the ghost of Chinx" trudno jest tak jednoznacznie opowiedzieć się za jakąkolwiek sprecyzowaną opinią na temat "The Plugs i Met 2". porównania z jakąkolwiek poprzednią płytą Benka pachną i smakują jak niekorzyść. "Tana Talk 3" nie da się już odkroić od tytułu bycia tym epickim breakthrough-momentem rapera namaszczonym na przyszły klasyk, "Burden of Proof" dużo bardziej i czaruje czaruje swoim roc-a-fellowym rozmachem. pierwsza część "The Plugs i Met"? miała tracki z BT i Pushą które same w sobie są the chibchobowymi instytucjami. podobnie sprawa ma się z niedawnymi produkcjami Harry'ego Fraudziny. ostatnie albumy Jimmy'ego Jonesa albo Jaya Worthy'ego wygrywały różnorodnością, poza tym nikt mi nie wmówi, że post-nowojorski melancholiny styl producenta nie współgra korzystniej właśnie z takimi mniej liryczno-panczlajnowymi MOOD SETTERAMI jak Waluta, French Montana czy Larry June (wracam coraz częściej do zeszłorocznego "Keep Going" i nie wierzę, że nie trafiło do mojego top30) to co, "The Plugs i Met 2" do wora, a wór wiadomo gdzie? absolutnie nie, to kolejna zgrabna jak diabli dawka griseldowego coke-rapu, choć wyraźnie okraszona mniejszą dawką dezynwoltury i popisówy. i to chyba jest właśnie jej specyficzny urok (uroczek?) - w obliczu onirycznej, przepełnionej sentymentalną melodyką i japońskimi samplami wokalnymi warstwie muzycznej Rzeźnik trzyma swój tasak do kości, ale jest jakby mniej z siebie dumny, mniej nafukany swą zajebistością. po serii albumów, na których braggował o wkraczaniu w panteon znaczących coke-raperów na scenie, włącza mu się dużo sprawniejszy tryb autorefleksji, więcej przemyśleń na temat tego czemu wszystko się udało, albo jak mało brakowało by wielokrotnie spaść podczas swej kariery z rowerka. wierzę, że jest to wpływ niedawnego incydentu z postrzeleniem, ale wierzę też w magiczny wpływ Harry'ego Frauda wyciągającego z raperów trochę inną perspektywę niż na co dzień. nie nie jest to chemia na miarę tej stworzonej z (wstaw sobie kogo tam chcesz), ale najwyraźniej coś tam w materii tworzenia WSPÓLNEJ muzyczki trybi jedno z drugim, a efekt można zauważyć polecam EPkę, choć nie jest to żaden ZMIENIACZ GRY, albo projekt dzięki któremu ktoś obojętny wobec zuchwałych manewrów Griseldy nagle stanie się największym fanem Griseldy. to taki bezpieczny, aczkolwiek dostojny spin-offik dla słuchaczy żądnych poszerzenia już dobrze im znanych wątków, do przebrania i wrzucenia sobie paru ulubionych utworów na playlisty. u mnie na pewno będą to odurzające samplem z Yoshiko Sai "Plug Talk", idealnie eksploatujące ludzką kruchość i chandrę "No Instructions", oraz dosadne "Longevity", w którym to French Montana i Jim Jones dali z siebie absolutny full. no i trochę przypomnieli, że są jednak bardziej zaradnymi beneficjentami brzmienia Harry'ego. taka tam dygresja, nie patrzcie na nią, fajna EPka
"I kept my foot on they necks, right where it's 'posed to be
Over this Harry Fraud s*** like the ghost of Chinx"

trudno jest tak jednoznacznie opowiedzieć się za jakąkolwiek sprecyzowaną opinią na temat "The Plugs i Met 2". porównania z jakąkolwiek poprzednią płytą Benka pachną i smakują jak niekorzyść. "Tana Talk 3" nie da się już odkroić od tytułu bycia tym epickim breakthrough-momentem rapera namaszczonym na przyszły klasyk, "Burden of Proof" dużo bardziej i czaruje czaruje swoim roc-a-fellowym rozmachem. pierwsza część "The Plugs i Met"? miała tracki z BT i Pushą które same w sobie są the chibchobowymi instytucjami. podobnie sprawa ma się z niedawnymi produkcjami Harry'ego Fraudziny. ostatnie albumy Jimmy'ego Jonesa albo Jaya Worthy'ego wygrywały różnorodnością, poza tym nikt mi nie wmówi, że post-nowojorski melancholiny styl producenta nie współgra korzystniej właśnie z takimi mniej liryczno-panczlajnowymi MOOD SETTERAMI jak Waluta, French Montana czy Larry June (wracam coraz częściej do zeszłorocznego "Keep Going" i nie wierzę, że nie trafiło do mojego top30)

to co, "The Plugs i Met 2" do wora, a wór wiadomo gdzie? absolutnie nie, to kolejna zgrabna jak diabli dawka griseldowego coke-rapu, choć wyraźnie okraszona mniejszą dawką dezynwoltury i popisówy. i to chyba jest właśnie jej specyficzny urok (uroczek?) - w obliczu onirycznej, przepełnionej sentymentalną melodyką i japońskimi samplami wokalnymi warstwie muzycznej Rzeźnik trzyma swój tasak do kości, ale jest jakby mniej z siebie dumny, mniej nafukany swą zajebistością. po serii albumów, na których braggował o wkraczaniu w panteon znaczących coke-raperów na scenie, włącza mu się dużo sprawniejszy tryb autorefleksji, więcej przemyśleń na temat tego czemu wszystko się udało, albo jak mało brakowało by wielokrotnie spaść podczas swej kariery z rowerka. wierzę, że jest to wpływ niedawnego incydentu z postrzeleniem, ale wierzę też w magiczny wpływ Harry'ego Frauda wyciągającego z raperów trochę inną perspektywę niż na co dzień. nie nie jest to chemia na miarę tej stworzonej z (wstaw sobie kogo tam chcesz), ale najwyraźniej coś tam w materii tworzenia WSPÓLNEJ muzyczki trybi jedno z drugim, a efekt można zauważyć

polecam EPkę, choć nie jest to żaden ZMIENIACZ GRY, albo projekt dzięki któremu ktoś obojętny wobec zuchwałych manewrów Griseldy nagle stanie się największym fanem Griseldy. to taki bezpieczny, aczkolwiek dostojny spin-offik dla słuchaczy żądnych poszerzenia już dobrze im znanych wątków, do przebrania i wrzucenia sobie paru ulubionych utworów na playlisty. u mnie na pewno będą to odurzające samplem z Yoshiko Sai "Plug Talk", idealnie eksploatujące ludzką kruchość i chandrę "No Instructions", oraz dosadne "Longevity", w którym to French Montana i Jim Jones dali z siebie absolutny full. no i trochę przypomnieli, że są jednak bardziej zaradnymi beneficjentami brzmienia Harry'ego. taka tam dygresja, nie patrzcie na nią, fajna EPka
19 mar 2021, 18:56
mały KĄCIK R&B, którego nigdy nie robiłem, no ale Joyce Wrice ze swoim debiutem kupiła moją ATENCJĘ. bo "Overgrown" przypomina skutecznie o tym jak ciepłe dziewczęce r&b (takie trochę z '90s i trochę z '00s) inteligentnie budowało przeciwwagę do ówczesnego hip hopu - szorstkiego i cekinowego od swych form wyrazu. no i idealnie przeciwstawia się do post-weekndowego krajobrazu tego gatunku, który to trochę w ostatniej dekadzie mnie zmęczył. i tak, wiem że są panie Jorja Smith, Kali Uchis i inne również walczące o BRINGIN' BACK GOOD OLD THINGS, ale im reklamy robić nie trzeba. zatem sięgajcie po album Joyce, jeśli znakomity singiel z Freddiem Gibbsem jeszcze was do niego nie sprowadził aha i Westside Gunn też jest na pokładzie. a my tutaj lubimy Westside Gunna przecie
mały KĄCIK R&B, którego nigdy nie robiłem, no ale Joyce Wrice ze swoim debiutem kupiła moją ATENCJĘ. bo "Overgrown" przypomina skutecznie o tym jak ciepłe dziewczęce r&b (takie trochę z '90s i trochę z '00s) inteligentnie budowało przeciwwagę do ówczesnego hip hopu - szorstkiego i cekinowego od swych form wyrazu. no i idealnie przeciwstawia się do post-weekndowego krajobrazu tego gatunku, który to trochę w ostatniej dekadzie mnie zmęczył. i tak, wiem że są panie Jorja Smith, Kali Uchis i inne również walczące o BRINGIN' BACK GOOD OLD THINGS, ale im reklamy robić nie trzeba. zatem sięgajcie po album Joyce, jeśli znakomity singiel z Freddiem Gibbsem jeszcze was do niego nie sprowadził

aha i Westside Gunn też jest na pokładzie. a my tutaj lubimy Westside Gunna przecie
21 mar 2021, 19:07
WHAT'S BEEF? beef jest kiedy jesteś Killa Camem, nagrywasz dissa na bardziej uwielbianego kolegę/nie-bardzo-kolegę pod najgorętszy podkład jaki miałeś w 2006 roku pod ręką i w trakcie wstępu każesz ten bit na chwilę wyłączyć by wygłosić angry rant o tym, że twój przeciwnik zakłada sandały do dżinsów - co nie przystoi przy jego wieku i pozycji

w poszukiwaniu jakiegoś innego tematu na stronkę niż bieżące albumowe nowości (których wciąż mało, a już prawie kwiecień) wpadłem do króliczej nory słuchania na zmianę późnych nagrywek Dipsetu & satelitów, mikstejpów Maxa B i wczesnego Frencha Montany - najlepiej w pakiecie z Chinxem i Harrym. niegdyś trochę wybiórczo traktowane przeze mnie festiwale perfekcyjnych nieperfekcyjności, dzisiaj dumnie zapieprzająca na jednej szynie obskurna nowojorska kolejka rozpalająca ledwo co tlące się wspomnienia. nie mam ani serca ani rozumu, żeby popełnić jakiś sensowny krytyczny komentarz, poddaję się, HELP ME. te rzeczy po prostu płyną przez nas i nasze otoczenie jak Moc - ta z klasycznej trylogii SW, a nie ta przeliczalna na midichloriany czy jak to się tam nazywało
Zaktualizowano 24 mar 2021, 21:36
24 mar 2021, 21:32
najnowszy singiel Brockhampton - wraz z Dannym oraz teledyskiem - to jak najbardziej owocna i kompetentna próba przeniesienia pharcyde'owej jazdy w realia logicznie irracjonalnego świata rysowanego w oczach Pokolenia Z. love it, ESSSSSAAAAAAA
Zaktualizowano 25 mar 2021, 10:36
25 mar 2021, 10:36
Alchemist, ty chory człowieku, jak ty mi zaimponowałeś! nie ukrywam przed nikim, że Alc imponuje mi od paru lat regularnie w zasadzie wszystkim, bo czego się nie dotknie to z automatu zasługuje na wszystkie atesty "cholernie solidnej jakości" w kategorii hiphopowej produkcji. ale na "Haram" duetu Armand Hammer to naprawdę skutecznie zamyka buźki słuchaczom martwiącym się, że bycie tak zapracowanym bitmejkerem może mieć bardzo negatywny wpływ na kreatywność, wyznaczać kurs na ocean rzemieślnictwa. to nie tak, oj zupełnie nie wgl to super, że to właśnie na ten hiphopowy duet spłynęła aż tak niebiańska laska Pana Potężnego Alchemika. lubię chłopaków, doceniam ich inteligencję, obeznanie w szeroko pojętej kulturze, metaforykę, Billy'e Woodsa z polecenia Melona katował mocno gdzieś w czasach "History Will Absolve Me". jednak parę czynników - nadprodukcja, nierówna selekcja podkładów, dość hermetyczna relacja z własną twórczością, zamknięcie we własnej bańce - sprawiały, że po nagrania tych godnych spadkobierców Cannibal Ox/Company Flow sięgałem raczej w drugiej, trzeciej, czy tam czwartej kolejności na "Haram" większość wyżej wspomnianych problemów okazuje się nieodczuwalna. to dobre miejsce i dobry moment, żeby odbudować zajawkę na katalog Backwoodz Studioz. ponownie docenić Billy'ego patrzącego na świat przez przyciemnione szkła magicznego realizmu ulicznego. albo znów być zdziwionym jak to Elucid potrafi nawijać kompletnie randomowe rzeczy przyniesione mu na język przez ślinę (udowodnijcie mi, że tak nie jest) i jednocześnie swoim delivery przekuć je w kompletnie przekonujący pomnik ku czci logiki. u Armand Hammer nie wiadomo gdzie kończy się przyziemność, a gdzie zaczyna oniryczna abstrakcja, albo jak szybko można przejść z wikipedystycznych punchline'ów do prostolinijnej bezczelności. tylko tutaj w jednym bragga wersie twoja ekipa zostanie nazwana nietrwałą jak sytuacja polityczna na Bałkanach, by zaraz w następnym padło "TWOI LUDZIE KIEŁBASY". i tylko tutaj usłyszysz tak satysfakcjonująco okropną poezję śpiewaną jak w zamykającym projekt "Stonefruit" liryczne mięsko lirycznym mięskiem, świńskie ryje świńskimi ryjami, ale to bity Alchemista są - NOT GONNA LIE - najbardziej soczystą porcją. producent czuje się bardzo komfortowo w towarzystwie Billy'ego i Elucida - do tego stopnia, że osiąga tutaj bardzo autorską swobodę, spotykaną raczej na osobistych instrumentalnych projektach niż w collabo-projektach z raperami. dla Benny'ego the Butchera bity te mogłyby być zbyt zniuansowane, dla Freddiego Gibbsa zbyt zanurzone w odmętach psychodelii, dla Boldy'ego Jamesa zbyt... bogate? ważne, że dla typków z AH są w pytkę, a takie rzeczy jak "Peppertree", "Wishing Bad" albo "Squeegee" zapamiętam jako peakowe artystyczne odloty Alca no i chyba na tyle, polecam mocno to - być może - szczytowe póki co hiphopowe osiągniecie 2021 roku. zresztą, czego innego mogliśmy się spodziewać po takiej okładce? od razu było widać, że chłopaki chcą dostarczyć nam najbardziej chore rapowe ścierwo, a potem ugotować najbardziej zajebistą kwaśnicę na zachód od Podhala edit: zmieniłem okładkę, bo się panu Facebookowi nie podoba, a nie chcę tracić resztek moich śmiesznych zasięgów
Alchemist, ty chory człowieku, jak ty mi zaimponowałeś! nie ukrywam przed nikim, że Alc imponuje mi od paru lat regularnie w zasadzie wszystkim, bo czego się nie dotknie to z automatu zasługuje na wszystkie atesty "cholernie solidnej jakości" w kategorii hiphopowej produkcji. ale na "Haram" duetu Armand Hammer to naprawdę skutecznie zamyka buźki słuchaczom martwiącym się, że bycie tak zapracowanym bitmejkerem może mieć bardzo negatywny wpływ na kreatywność, wyznaczać kurs na ocean rzemieślnictwa. to nie tak, oj zupełnie nie

wgl to super, że to właśnie na ten hiphopowy duet spłynęła aż tak niebiańska laska Pana Potężnego Alchemika. lubię chłopaków, doceniam ich inteligencję, obeznanie w szeroko pojętej kulturze, metaforykę, Billy'e Woodsa z polecenia Melona katował mocno gdzieś w czasach "History Will Absolve Me". jednak parę czynników - nadprodukcja, nierówna selekcja podkładów, dość hermetyczna relacja z własną twórczością, zamknięcie we własnej bańce - sprawiały, że po nagrania tych godnych spadkobierców Cannibal Ox/Company Flow sięgałem raczej w drugiej, trzeciej, czy tam czwartej kolejności

na "Haram" większość wyżej wspomnianych problemów okazuje się nieodczuwalna. to dobre miejsce i dobry moment, żeby odbudować zajawkę na katalog Backwoodz Studioz. ponownie docenić Billy'ego patrzącego na świat przez przyciemnione szkła magicznego realizmu ulicznego. albo znów być zdziwionym jak to Elucid potrafi nawijać kompletnie randomowe rzeczy przyniesione mu na język przez ślinę (udowodnijcie mi, że tak nie jest) i jednocześnie swoim delivery przekuć je w kompletnie przekonujący pomnik ku czci logiki. u Armand Hammer nie wiadomo gdzie kończy się przyziemność, a gdzie zaczyna oniryczna abstrakcja, albo jak szybko można przejść z wikipedystycznych punchline'ów do prostolinijnej bezczelności. tylko tutaj w jednym bragga wersie twoja ekipa zostanie nazwana nietrwałą jak sytuacja polityczna na Bałkanach, by zaraz w następnym padło "TWOI LUDZIE KIEŁBASY". i tylko tutaj usłyszysz tak satysfakcjonująco okropną poezję śpiewaną jak w zamykającym projekt "Stonefruit"

liryczne mięsko lirycznym mięskiem, świńskie ryje świńskimi ryjami, ale to bity Alchemista są - NOT GONNA LIE - najbardziej soczystą porcją. producent czuje się bardzo komfortowo w towarzystwie Billy'ego i Elucida - do tego stopnia, że osiąga tutaj bardzo autorską swobodę, spotykaną raczej na osobistych instrumentalnych projektach niż w collabo-projektach z raperami. dla Benny'ego the Butchera bity te mogłyby być zbyt zniuansowane, dla Freddiego Gibbsa zbyt zanurzone w odmętach psychodelii, dla Boldy'ego Jamesa zbyt... bogate? ważne, że dla typków z AH są w pytkę, a takie rzeczy jak "Peppertree", "Wishing Bad" albo "Squeegee" zapamiętam jako peakowe artystyczne odloty Alca

no i chyba na tyle, polecam mocno to - być może - szczytowe póki co hiphopowe osiągniecie 2021 roku. zresztą, czego innego mogliśmy się spodziewać po takiej okładce? od razu było widać, że chłopaki chcą dostarczyć nam najbardziej chore rapowe ścierwo, a potem ugotować najbardziej zajebistą kwaśnicę na zachód od Podhala

edit: zmieniłem okładkę, bo się panu Facebookowi nie podoba, a nie chcę tracić resztek moich śmiesznych zasięgów
26 mar 2021, 18:16
Flee Lord ma dosyć pokaźną talię asów w rękawie. nowojorski sznyt, metafizyczny co-sign nieodżałowanego Prodigy'ego, zdarty onyxowy głos, parę świetnie osadzonych featuringów na koncie, no i POTĘŻNE parcie na mikrofon - tak potężne, że cały 2020 rok serwował nam kolejne albumy w częstotliwości jeden miesięcznie jest tylko jeden "mały" problem - gość naprawdę w zeszłym roku wydał dwanaście cholernych albumów. i spoko, generalnie propsuję taką postawę i uważam że z perspektywy wiernego fana nie ma większego świadectwa szacunku od twórcy niż bycie zalewanym olbrzymią ilością treści - miłośnik to zniesie, wybierze sobie co mu leży najbardziej, zostanie świadkiem regularnego, systematycznego procesu ewolucji artysty. problem tylko, jeśli takim fanem jeszcze nie jesteś - wizja ogarnięcia sobie "a zobaczę czy spoko ten Flee Lord jest" i zastania tej dyskograficznej ściany informacyjnego szoku bardziej przeraża niż zachęca. nawet zasięgnięcie porady wśród osłuchanych e-kolegów nie pomaga - bo ilu ich jest, to tyle jest opinii na temat tego co najlepiej sprawdzić jeśli interesuje Was moje zdanie - "Rammellzee", czyli najnowszy album Flee Lorda to naprawdę zacny punkt wejścia. nie za długi, pełen interesujących featuringów (Ghostface!), pozbawiony jakichkolwiek niepotrzebnych momentów, no i naprawę umiejętnie spięty w logiczną całość przez klepiącego wszystkie podkłady DJ'a Muggsa. to najmocniejszy projekt z cyklu "FL vs jakiś producent" - a pamiętajmy że Nowojorczyk ma również koncie płyty z takimi tytanami jak Pete Rock albo Havoc a propos Muggsa - materiał z Yelawolfem w drodze! w życiu nie pomyślałbym, że będę jeszcze czekał na jakiś album Yeli
Flee Lord ma dosyć pokaźną talię asów w rękawie. nowojorski sznyt, metafizyczny co-sign nieodżałowanego Prodigy'ego, zdarty onyxowy głos, parę świetnie osadzonych featuringów na koncie, no i POTĘŻNE parcie na mikrofon - tak potężne, że cały 2020 rok serwował nam kolejne albumy w częstotliwości jeden miesięcznie

jest tylko jeden "mały" problem - gość naprawdę w zeszłym roku wydał dwanaście cholernych albumów. i spoko, generalnie propsuję taką postawę i uważam że z perspektywy wiernego fana nie ma większego świadectwa szacunku od twórcy niż bycie zalewanym olbrzymią ilością treści - miłośnik to zniesie, wybierze sobie co mu leży najbardziej, zostanie świadkiem regularnego, systematycznego procesu ewolucji artysty. problem tylko, jeśli takim fanem jeszcze nie jesteś - wizja ogarnięcia sobie "a zobaczę czy spoko ten Flee Lord jest" i zastania tej dyskograficznej ściany informacyjnego szoku bardziej przeraża niż zachęca. nawet zasięgnięcie porady wśród osłuchanych e-kolegów nie pomaga - bo ilu ich jest, to tyle jest opinii na temat tego co najlepiej sprawdzić

jeśli interesuje Was moje zdanie - "Rammellzee", czyli najnowszy album Flee Lorda to naprawdę zacny punkt wejścia. nie za długi, pełen interesujących featuringów (Ghostface!), pozbawiony jakichkolwiek niepotrzebnych momentów, no i naprawę umiejętnie spięty w logiczną całość przez klepiącego wszystkie podkłady DJ'a Muggsa. to najmocniejszy projekt z cyklu "FL vs jakiś producent" - a pamiętajmy że Nowojorczyk ma również koncie płyty z takimi tytanami jak Pete Rock albo Havoc

a propos Muggsa - materiał z Yelawolfem w drodze! w życiu nie pomyślałbym, że będę jeszcze czekał na jakiś album Yeli
28 mar 2021, 21:23
ja z kolegami z grupki @[679807056137835:69:SZRP (Deluxe Edition)] gdy widzę, że minęła już jedna czwarta roku, a takich naprawdę ciekawych premier płytowych to wciąż spokojnie można się naliczyć na palcach jednej ręki (singielki WSG oba całkiem całkiem. ale nie przyjmuję do wiadomości, że "Julia Lang" miałoby trwać 59 sekund oraz tego, że za zamykającym go fade outem nie miałby się kryć jakiś featuring z potencjałem wyrzucenia mnie z domowych kapci)
ja z kolegami z grupki SZRP (Deluxe Edition) gdy widzę, że minęła już jedna czwarta roku, a takich naprawdę ciekawych premier płytowych to wciąż spokojnie można się naliczyć na palcach jednej ręki

(singielki WSG oba całkiem całkiem. ale nie przyjmuję do wiadomości, że "Julia Lang" miałoby trwać 59 sekund oraz tego, że za zamykającym go fade outem nie miałby się kryć jakiś featuring z potencjałem wyrzucenia mnie z domowych kapci)
1 kwi 2021, 17:04
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
panie Zajączku Wielkanocny, uratuj piątek. piątek, którego chyba jedyną w miarę interesującą do tej pory zapowiedzianą premierą jest składanka Mello Music Group...

ale skąd ja ten sampel?
1 kwi 2021, 21:08
dzień dobry
Zaktualizowano 2 kwi 2021, 08:28
2 kwi 2021, 08:28
singielek Dugga i Roddy'ego to taki pracujący sobie grzecznie w tle generator dobrego humorku. bo obok wykręconych form ekspresji próbujących przeskoczyć thuggerowy standard szaleństwa, obok cierpkich łez hustlerów opowiadających o spuszczaniu kokainy w toalecie jest jeszcze sporo miejsca na bezpieczne podgrzewanie tematu bezpiecznych, ale miło plumkających mainstreamowych schematów. w taki sposób, że widzisz jak twórcom się chce i się przy tym SZAMPAŃSKO bawią ale co tam, najbardziej urokliwym elementem "4 Da Gang" jest sampel z utworu najbardziej ciarkogennego (w negatywnym znaczeniu) zespołu w winylowej kolekcji twojego starego. perfekcyjny wyraz afirmacji pół-trzeźwego trybu życia w surrealistycznej epoce post-krindżu
singielek Dugga i Roddy'ego to taki pracujący sobie grzecznie w tle generator dobrego humorku. bo obok wykręconych form ekspresji próbujących przeskoczyć thuggerowy standard szaleństwa, obok cierpkich łez hustlerów opowiadających o spuszczaniu kokainy w toalecie jest jeszcze sporo miejsca na bezpieczne podgrzewanie tematu bezpiecznych, ale miło plumkających mainstreamowych schematów. w taki sposób, że widzisz jak twórcom się chce i się przy tym SZAMPAŃSKO bawią

ale co tam, najbardziej urokliwym elementem "4 Da Gang" jest sampel z utworu najbardziej ciarkogennego (w negatywnym znaczeniu) zespołu w winylowej kolekcji twojego starego. perfekcyjny wyraz afirmacji pół-trzeźwego trybu życia w surrealistycznej epoce post-krindżu
3 kwi 2021, 17:31
gościa o ksywie Hus Kingpin możecie znać, albo nawet nie wiedzieć, że skądś go znacie. coś tam nagrał kiedyś z Westside Gunnem, coś tam kiedyś nagrał z Mach-Homym, dyskografię buduje z zapałem Flee Lorda. przy okazji ostatniego albumu zrobiło się o nim ODROBINĘ głośniej - głównie za sprawą zachwyconego nim Justina Hunte'a aka Company Mana. no i w sumie też za sprawą sprawdzonego od lat sposobu na słuchacza. lużny (ale jednak) tribute album dla czegoś co znamy i kochamy, co może pójść nie tak? wiele może nie pójść, mówiąc zupełnie szczerze. jednak "Portishus" to naprawdę zwycięska próba przefiltrowania nowojorskiego stanu umysłu przez szczerą miłość do twórczości legendarnego trip-hopowego zespołu. nie ma tu bezpośrednich sampli z jakichkolwiek utworów Portisheadów (albo są, ale ja tak dawno nie słuchałem że nie wyłapawszy), ale całkiem skutecznie samplowana jest metodyka, dusza, niepowtarzalny pogłos Brytyjczyków. jeśli nie jestem zbyt wiarygodną osobą by ocenić wiarygodność Kingpina w bujaniu się po tym soundzie, to wiecie kto jest odpowiedni? sam Geoff Barrow, który osobiście spropsował album i zareklamował go na swoich społecznościówkach. WHOLESOME moment i kurde jakby najpiękniejsza rzecz, jaka mogła się przydarzyć człowiekowi nagrywającemu taki a nie inny projekt aha, jest to pozycja nie tylko dla PORTISMANIAKÓW, ogólnie Hus to takie dosyć kompetentne dziecko najntisowych autorytetów. usłyszycie w nim trochę Nasa, trochę Prodigy'ego, ale poza tym dość sporo Roca Marciano. a oprócz typowo zanurzonych w trip-hopowym sosie wybryków jest tu parę full-rapowych strzałów jak tracki reinterpretujące "I Shot Ya" LL Cool J'a (z odrobiną "Made You Look" Nasira), albo "D'evils" Jaya (uwierzycie, ze dokładnie ten sam loop brzmi równie fajnie bez bębnów pana Preemo?)
gościa o ksywie Hus Kingpin możecie znać, albo nawet nie wiedzieć, że skądś go znacie. coś tam nagrał kiedyś z Westside Gunnem, coś tam kiedyś nagrał z Mach-Homym, dyskografię buduje z zapałem Flee Lorda. przy okazji ostatniego albumu zrobiło się o nim ODROBINĘ głośniej - głównie za sprawą zachwyconego nim Justina Hunte'a aka Company Mana. no i w sumie też za sprawą sprawdzonego od lat sposobu na słuchacza. lużny (ale jednak) tribute album dla czegoś co znamy i kochamy, co może pójść nie tak?

wiele może nie pójść, mówiąc zupełnie szczerze. jednak "Portishus" to naprawdę zwycięska próba przefiltrowania nowojorskiego stanu umysłu przez szczerą miłość do twórczości legendarnego trip-hopowego zespołu. nie ma tu bezpośrednich sampli z jakichkolwiek utworów Portisheadów (albo są, ale ja tak dawno nie słuchałem że nie wyłapawszy), ale całkiem skutecznie samplowana jest metodyka, dusza, niepowtarzalny pogłos Brytyjczyków. jeśli nie jestem zbyt wiarygodną osobą by ocenić wiarygodność Kingpina w bujaniu się po tym soundzie, to wiecie kto jest odpowiedni? sam Geoff Barrow, który osobiście spropsował album i zareklamował go na swoich społecznościówkach. WHOLESOME moment i kurde jakby najpiękniejsza rzecz, jaka mogła się przydarzyć człowiekowi nagrywającemu taki a nie inny projekt

aha, jest to pozycja nie tylko dla PORTISMANIAKÓW, ogólnie Hus to takie dosyć kompetentne dziecko najntisowych autorytetów. usłyszycie w nim trochę Nasa, trochę Prodigy'ego, ale poza tym dość sporo Roca Marciano. a oprócz typowo zanurzonych w trip-hopowym sosie wybryków jest tu parę full-rapowych strzałów jak tracki reinterpretujące "I Shot Ya" LL Cool J'a (z odrobiną "Made You Look" Nasira), albo "D'evils" Jaya (uwierzycie, ze dokładnie ten sam loop brzmi równie fajnie bez bębnów pana Preemo?)
4 kwi 2021, 21:55
: (
Zaktualizowano 5 kwi 2021, 17:54
5 kwi 2021, 17:54
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 1 no i czemu nikt mi nie powiedział, że Danny Brown od początku roku pręży swój własny labelik i praktycznie co miesiąc wydaje album jakiegoś ze swoich mniej rozpoznawalnych kolegów, wspierając ich duchem, gościnnymi zwrotkami, no i krzesełkiem producenta wykonawczego? musiałem się o tym dowiedzieć z recenzji na Pitchforku jak jakiś <westchnięcie> normalny słuchacz muzyki? ok, nic się nie stało, że dowiedziałem się dzisiaj - choć tak to przynajmniej miałbym już wcześniej TROSZKĘ lepszą opinię o hiphopowym roku 2021. bo te trzy niedawno wydane krążki bandcampowej oficyny Bruiser Brigades Records to kąski idealnie mimochodem wpasowujące się w profil rapsów wielbionych na @[2210517145929651:274:Streamujcie zagraniczne rap płyty] weźmy chronologicznie na pierwszy strzał "GOD GOKU JAY-Z" niejakiego J.U.S.'a. połamane, klasyczne (aczkolwiek bezpardonowo wchodzące na rejony abstractów) bity pożarte przez charakterystyczną dla Detroit korozję. bardzo charyzmatyczny raper brzmiący jak Guilty Simpson/Maxo Kream z dodatkowymi sześćdziesięcioma kilogramami doświadczenia życiowego na plecach. jego żwawo kładzione wersy czasem są surrealistyczne, a czasem silnie rezonują z odbiorcą swoją przyziemną aurą ("2020 crazy as f*** / Don't got the answers, weather killed Kobe, cancer killed the Black Panther / I looked up and asked for greatness / Used to ball, now I make movies, I'm Baron Davis"). Danny Brown od czasu do czasu wpada z rapowaną dygresją rodem z "XXX", bo wersy z jakichkolwiek innych jego albumów aż tak by tutaj nie pasowały. bardzo dobrze o tym wie, skubany naprawdę polecam, sprawdzajcie koniecznie, to tylko jakieś dwadzieścia minut waszego życia - a i tak wrócicie. z innych ciekawych rzeczy: lista producentów jest nawet imponująca (Raphy, Black Noi$e, SKYWLKR, Squadda B z Main Attrakionz). co najbardziej zapadło w pamięć? chyba tytułowy track ze swoim lodowatym, jakby wyrwanym z kilkudziesięcioletniej hibernacji soundtrackiem do filmu blaxploitation. no i "Noveling" z oficjalnie najlepszym beat switchem roku 2021 ciąg dalszy przeglądu Bruiser Brigade Records nastąpi...
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 1

no i czemu nikt mi nie powiedział, że Danny Brown od początku roku pręży swój własny labelik i praktycznie co miesiąc wydaje album jakiegoś ze swoich mniej rozpoznawalnych kolegów, wspierając ich duchem, gościnnymi zwrotkami, no i krzesełkiem producenta wykonawczego? musiałem się o tym dowiedzieć z recenzji na Pitchforku jak jakiś <westchnięcie> normalny słuchacz muzyki?

ok, nic się nie stało, że dowiedziałem się dzisiaj - choć tak to przynajmniej miałbym już wcześniej TROSZKĘ lepszą opinię o hiphopowym roku 2021. bo te trzy niedawno wydane krążki bandcampowej oficyny Bruiser Brigades Records to kąski idealnie mimochodem wpasowujące się w profil rapsów wielbionych na Streamujcie zagraniczne rap płyty

weźmy chronologicznie na pierwszy strzał "GOD GOKU JAY-Z" niejakiego J.U.S.'a. połamane, klasyczne (aczkolwiek bezpardonowo wchodzące na rejony abstractów) bity pożarte przez charakterystyczną dla Detroit korozję. bardzo charyzmatyczny raper brzmiący jak Guilty Simpson/Maxo Kream z dodatkowymi sześćdziesięcioma kilogramami doświadczenia życiowego na plecach. jego żwawo kładzione wersy czasem są surrealistyczne, a czasem silnie rezonują z odbiorcą swoją przyziemną aurą ("2020 crazy as f*** / Don't got the answers, weather killed Kobe, cancer killed the Black Panther / I looked up and asked for greatness / Used to ball, now I make movies, I'm Baron Davis"). Danny Brown od czasu do czasu wpada z rapowaną dygresją rodem z "XXX", bo wersy z jakichkolwiek innych jego albumów aż tak by tutaj nie pasowały. bardzo dobrze o tym wie, skubany

naprawdę polecam, sprawdzajcie koniecznie, to tylko jakieś dwadzieścia minut waszego życia - a i tak wrócicie. z innych ciekawych rzeczy: lista producentów jest nawet imponująca (Raphy, Black Noi$e, SKYWLKR, Squadda B z Main Attrakionz). co najbardziej zapadło w pamięć? chyba tytułowy track ze swoim lodowatym, jakby wyrwanym z kilkudziesięcioletniej hibernacji soundtrackiem do filmu blaxploitation. no i "Noveling" z oficjalnie najlepszym beat switchem roku 2021

ciąg dalszy przeglądu Bruiser Brigade Records nastąpi...
8 kwi 2021, 21:20
no i stało się coś, w co do samego końca nie wierzyłem - choć wszelkie prognozy wskazywały, że godziny życia Earla Simmonsa zostały już policzone. nie wierzyłem, bo DMX przez te wszystkie lata swojej działalności - muzycznej i pozamuzycznej - budował wizerunek niezatapialnego twardziela nie do zdarcia, któremu udało się oszukać śmierć co najmniej z dziesięć razy, więc czemu i ten jedenasty raz miałoby nie pójść przyznam uczciwie, że nie należę do największych fanów X'a w tym kraju. żadna z płyt - nawet uważane za magnum opus debiutanckie "It's Dark and Hell Is Hot" - nie stała się dla mnie w jakikolwiek specjalny sposób ultra-ważna. nie zamierzam uzasadniać czemu jego dyskografia całościowo ze mną nie rezonowała, bo być może jest to wyłącznie kwestia powrotu i dostrzeżenia w nich "czegoś nowego" (a znając moje możliwości w doświadczaniu reminsecencyjnych doznań przy archeologicznych wykopaliskach w katalogu No Limit/Cash Money - wyniki mogłyby być bardzo pozytywne) DMX stał zawsze dla mnie swoją marmurową pozycją na rynku singlowym. przy okazji każdego albumu (no dobra... mam na myśli te pięć pierwszych) wypluwał co najmniej dwa tracki które permanentnie wszyły się klubowe setlisty hiphopowych imprez. czasem ze Swizz Beatzem, czasem bez - królował w tym formacie sprzedając drogo swój rozszczekany pato-styl, a podążająca za nim energia odważnych w swej agresji bitów była najbardziej CUTTING EDGE rzeczą, jaką Nowy Jork miał w tamtym czasie do zaproponowania. to była świeżość, której słuchacze byli tak spragnieni - że aż nie bez powodu gość stał się pierwszym w historii raperem, który w jednym roku wylansował dwa numer-jeden-na-Billboardzie albumy i tak - wiem, że miał MUCH MORE TO OFFER i czuję się jakby troszkę winny odświeżyć w wolnym czasie tą niewątpliwie oryginalną dyskografię. ale dzisiaj będę do ciszy nocnej nakurwiał składanką "The Best of DMX" z 2010. to jest de facto mój ulubiony jego album - i być może w ogóle moja ulubiona hiphopowa składanka typu greatest hits. w czasach, gdy jeszcze posiadałem samochód z odtwarzaczem cedeczków, album ten był najczęściej goszczącym w czytniku kawałkiem plastiku - i mówię to kompletnie szczerze, bez żadnego hiperbolizowania. jeśli nie jest to najlepszy rap do jazdy autem, to jest to przynajmniej MÓJ ulubiony rap do jazdy autem R.I.P. PANIE X. tymczasem zabieram się za słuchanie wspomnianej kompilacji. "Where The Hood At" już leci i łupie cudownie. z wyjątkiem dość napakowanej niestosowną dziś (i w sumie w 2003 też) treścią pierwszej zwrotki nie zestarzało się ABSOLUTNIE. a za cztery tracki trafi się sekwencja "Ruff Ryders' Anthem” & "What's My Name?” & "Party Up (Up In Here)” & "X Gon' Give It to Ya". BĘDZIE GRUBO
no i stało się coś, w co do samego końca nie wierzyłem - choć wszelkie prognozy wskazywały, że godziny życia Earla Simmonsa zostały już policzone. nie wierzyłem, bo DMX przez te wszystkie lata swojej działalności - muzycznej i pozamuzycznej - budował wizerunek niezatapialnego twardziela nie do zdarcia, któremu udało się oszukać śmierć co najmniej z dziesięć razy, więc czemu i ten jedenasty raz miałoby nie pójść

przyznam uczciwie, że nie należę do największych fanów X'a w tym kraju. żadna z płyt - nawet uważane za magnum opus debiutanckie "It's Dark and Hell Is Hot" - nie stała się dla mnie w jakikolwiek specjalny sposób ultra-ważna. nie zamierzam uzasadniać czemu jego dyskografia całościowo ze mną nie rezonowała, bo być może jest to wyłącznie kwestia powrotu i dostrzeżenia w nich "czegoś nowego" (a znając moje możliwości w doświadczaniu reminsecencyjnych doznań przy archeologicznych wykopaliskach w katalogu No Limit/Cash Money - wyniki mogłyby być bardzo pozytywne)

DMX stał zawsze dla mnie swoją marmurową pozycją na rynku singlowym. przy okazji każdego albumu (no dobra... mam na myśli te pięć pierwszych) wypluwał co najmniej dwa tracki które permanentnie wszyły się klubowe setlisty hiphopowych imprez. czasem ze Swizz Beatzem, czasem bez - królował w tym formacie sprzedając drogo swój rozszczekany pato-styl, a podążająca za nim energia odważnych w swej agresji bitów była najbardziej CUTTING EDGE rzeczą, jaką Nowy Jork miał w tamtym czasie do zaproponowania. to była świeżość, której słuchacze byli tak spragnieni - że aż nie bez powodu gość stał się pierwszym w historii raperem, który w jednym roku wylansował dwa numer-jeden-na-Billboardzie albumy

i tak - wiem, że miał MUCH MORE TO OFFER i czuję się jakby troszkę winny odświeżyć w wolnym czasie tą niewątpliwie oryginalną dyskografię. ale dzisiaj będę do ciszy nocnej nakurwiał składanką "The Best of DMX" z 2010. to jest de facto mój ulubiony jego album - i być może w ogóle moja ulubiona hiphopowa składanka typu greatest hits. w czasach, gdy jeszcze posiadałem samochód z odtwarzaczem cedeczków, album ten był najczęściej goszczącym w czytniku kawałkiem plastiku - i mówię to kompletnie szczerze, bez żadnego hiperbolizowania. jeśli nie jest to najlepszy rap do jazdy autem, to jest to przynajmniej MÓJ ulubiony rap do jazdy autem

R.I.P. PANIE X. tymczasem zabieram się za słuchanie wspomnianej kompilacji. "Where The Hood At" już leci i łupie cudownie. z wyjątkiem dość napakowanej niestosowną dziś (i w sumie w 2003 też) treścią pierwszej zwrotki nie zestarzało się ABSOLUTNIE. a za cztery tracki trafi się sekwencja "Ruff Ryders' Anthem” & "What's My Name?” & "Party Up (Up In Here)” & "X Gon' Give It to Ya". BĘDZIE GRUBO
9 kwi 2021, 19:12
katalog BROCKHAMPTON to taka hiphopowa teoria o końcu historii w praktyce. wszystko co miało się wydarzyć i w pełni sił zdefiniować gatunek - już się wydarzyło, ewentualnie właśnie się wydarza. umiejętność przejścia FROM 1 TO 100 z czystej rapowej formy do bogactwa zainspirowanych przez nią kierunków - wychodzi równie szybko co sprawnie i przyjemnie. aranżowanie wielkiego popowego show na równi idzie z radykalnym ekshibicjonizmem emocjonalnym niektórych członków - tak bardzo zgodnym z archetypicznym dla hip hopu założycielskim mitem autentyczności wobec siebie. ile w tym OutKastu, ile w tym Kanyego, ile w tym Tylera? sami sobie tam procentowo wyliczcie na grupkach, czatach, subredditach, komentarzach - czy gdzie się tam teraz o sztuce najgorliwiej debatuje "Roadrunner: New Light, New Machine" jest być może najsprawniej wyważonym dziełem Kevina Abstracta i jego drużyny. trylogia "Saturation" za sprawą swojej wielowarstwowej ironicznej otoczki i silnej nomen omen saturacji osobowości intrygowała, ale nie zachęcała do nadmiernych replayów. późniejsze albumy jako priorytet nad materią stawiały wyuzdany eklektyzm i też nie bywało zbyt lekko. tegoroczny projekt poszukuje w tym wszystkim złotego środka i tak właśnie - nie próbując niczego zbyt bardzo - naprawdę działa o magii pharcyde'owego "BUZZCUT" już kiedyś wspominałem. prostolinijnie bujająca głową współpraca z Peggym w "CHAIN ON" sprawuje się dość podobnie. "WINDOWS" udowadnia znacznie większą wprawę chłopaków w tworzeniu posse-cutów. "DON'T SHOOT UP THE PARTY" atakuje politycznym gniewem równie mocno co g-funkową piszczałą. "WHEN I BALL" to rozczulające kwiatki dla matki na przesłodkim bicie współprodukowanym przez Chada Hugo (który nawet bez Pharrella potrafi osiągnąć 100% neptunesowości). "WHAT'S THE OCCASION?" to rap-rockowy crossover, którego nie wstyd włączyć - tak, to już jest coś. nic jednak nie jest w stanie równać się z obiema częściami "THE LIGHT" na którym Joba rapowo kładzie na łopatki wszystkich swoich kolegów i jest tekstowym zwycięzcą całego "Roadrunnera". pojedynek z własnymi emocjami po samobójstwie ojca połączony z walką przed popełnieniem tego samego błędu. szczery, dobitny, bez zbędnych słownych ornamentów, coś pięknego najnowszy materiał BROCKHAMTPTON to taki "IGOR" Tylera the Creatora w wersji trochę mniej inscenizowanej, mniej jednolitej, mniej skonceptualizowanej. ale jeśli szukacie czegoś w podobnym duchu, to zapewne do czasu premiery nowego Tylerka nic lepszego nie dostaniecie. no a poza tym do po prostu dobry longplay. sięgajcie nawet jeśli nie było wam do tej strony po drodze z Pierwszym Rapowym Boysbandem. a że nie ma w tym nic odkrywczego - to naprawdę nie ma jakiegokolwiek znaczenia
katalog BROCKHAMPTON to taka hiphopowa teoria o końcu historii w praktyce. wszystko co miało się wydarzyć i w pełni sił zdefiniować gatunek - już się wydarzyło, ewentualnie właśnie się wydarza. umiejętność przejścia FROM 1 TO 100 z czystej rapowej formy do bogactwa zainspirowanych przez nią kierunków - wychodzi równie szybko co sprawnie i przyjemnie. aranżowanie wielkiego popowego show na równi idzie z radykalnym ekshibicjonizmem emocjonalnym niektórych członków - tak bardzo zgodnym z archetypicznym dla hip hopu założycielskim mitem autentyczności wobec siebie. ile w tym OutKastu, ile w tym Kanyego, ile w tym Tylera? sami sobie tam procentowo wyliczcie na grupkach, czatach, subredditach, komentarzach - czy gdzie się tam teraz o sztuce najgorliwiej debatuje

"Roadrunner: New Light, New Machine" jest być może najsprawniej wyważonym dziełem Kevina Abstracta i jego drużyny. trylogia "Saturation" za sprawą swojej wielowarstwowej ironicznej otoczki i silnej nomen omen saturacji osobowości intrygowała, ale nie zachęcała do nadmiernych replayów. późniejsze albumy jako priorytet nad materią stawiały wyuzdany eklektyzm i też nie bywało zbyt lekko. tegoroczny projekt poszukuje w tym wszystkim złotego środka i tak właśnie - nie próbując niczego zbyt bardzo - naprawdę działa

o magii pharcyde'owego "BUZZCUT" już kiedyś wspominałem. prostolinijnie bujająca głową współpraca z Peggym w "CHAIN ON" sprawuje się dość podobnie. "WINDOWS" udowadnia znacznie większą wprawę chłopaków w tworzeniu posse-cutów. "DON'T SHOOT UP THE PARTY" atakuje politycznym gniewem równie mocno co g-funkową piszczałą. "WHEN I BALL" to rozczulające kwiatki dla matki na przesłodkim bicie współprodukowanym przez Chada Hugo (który nawet bez Pharrella potrafi osiągnąć 100% neptunesowości). "WHAT'S THE OCCASION?" to rap-rockowy crossover, którego nie wstyd włączyć - tak, to już jest coś. nic jednak nie jest w stanie równać się z obiema częściami "THE LIGHT" na którym Joba rapowo kładzie na łopatki wszystkich swoich kolegów i jest tekstowym zwycięzcą całego "Roadrunnera". pojedynek z własnymi emocjami po samobójstwie ojca połączony z walką przed popełnieniem tego samego błędu. szczery, dobitny, bez zbędnych słownych ornamentów, coś pięknego

najnowszy materiał BROCKHAMTPTON to taki "IGOR" Tylera the Creatora w wersji trochę mniej inscenizowanej, mniej jednolitej, mniej skonceptualizowanej. ale jeśli szukacie czegoś w podobnym duchu, to zapewne do czasu premiery nowego Tylerka nic lepszego nie dostaniecie. no a poza tym do po prostu dobry longplay. sięgajcie nawet jeśli nie było wam do tej strony po drodze z Pierwszym Rapowym Boysbandem. a że nie ma w tym nic odkrywczego - to naprawdę nie ma jakiegokolwiek znaczenia
11 kwi 2021, 13:59
WTEM nowy iLoveMakonnen i jego akt uwłasnowolnienia po latach spędzonych w Warner Music. trudno jest uwierzyć, ale "My Parade" to jego pierwszy debiutancki album długogrający - po tylu latach epkowania, mikstejpowania i dożywania do hype'u nakręconego po obrzydliwie kiedyś popularnym "Tuesday" w co jeszcze można było ledwo co uwierzyć? w to że raper jest dalej w stanie zagrzać własne luksusowe lokum w czasach, gdy ekosystem post-trapowych croonerów rozrasta się bez jakichkolwiek zdroworozsądkowych ograniczeń. Makonnen wciąż ma ten swój makonnenowy głos - tak pełen specyficznego kaznodziejskiego zaśpiewu, tak charakterystyczny i to niezależnie od skali w jaką w danym momencie zabrnie. wciąż przebłyskuje ta jego słabość to trapowego maksymalizmu. niezależnie o czym jest utwór, jakie ma tempo, jakie sprzedaje nam emocje - zawsze musi być dobrze naoliwionym CLUB BANGEREM oczywiście wszystko miło & przyjemnie - ale przy założeniu że kultowa self-titled epka z 2014 jest czymś, z czym nawet nie ma co się próbować siłować. właśnie włączyłem "Exclusive" i moja chwilowa ocena najnowszego dzieła iLoveJanneAhonen drastycznie poleciała w dół. polecam, ale bierzcie to na siebie z pewną dozą dystansu, bez poważniejszych oczekiwań, a będziecie się jakoś bawić. w najgorszym przypadku szczerze śmiechniecie z singlowego "Whoopsy", które jest tak uroczo głupkowate, że aż człowiek słuchając cieszy się do samego siebie jak jakiś dzban a tak swoją drogą - @[400138830072457:274:Spotify] weźcie ogarnijcie na platformie oryginalną wersję "ILOVEMAKONNEN EP" zamiast tej biednej imitacji co ją tam macie i udajecie, że wszystko jest OK
WTEM nowy iLoveMakonnen i jego akt uwłasnowolnienia po latach spędzonych w Warner Music. trudno jest uwierzyć, ale "My Parade" to jego pierwszy debiutancki album długogrający - po tylu latach epkowania, mikstejpowania i dożywania do hype'u nakręconego po obrzydliwie kiedyś popularnym "Tuesday"

w co jeszcze można było ledwo co uwierzyć? w to że raper jest dalej w stanie zagrzać własne luksusowe lokum w czasach, gdy ekosystem post-trapowych croonerów rozrasta się bez jakichkolwiek zdroworozsądkowych ograniczeń. Makonnen wciąż ma ten swój makonnenowy głos - tak pełen specyficznego kaznodziejskiego zaśpiewu, tak charakterystyczny i to niezależnie od skali w jaką w danym momencie zabrnie. wciąż przebłyskuje ta jego słabość to trapowego maksymalizmu. niezależnie o czym jest utwór, jakie ma tempo, jakie sprzedaje nam emocje - zawsze musi być dobrze naoliwionym CLUB BANGEREM

oczywiście wszystko miło & przyjemnie - ale przy założeniu że kultowa self-titled epka z 2014 jest czymś, z czym nawet nie ma co się próbować siłować. właśnie włączyłem "Exclusive" i moja chwilowa ocena najnowszego dzieła iLoveJanneAhonen drastycznie poleciała w dół. polecam, ale bierzcie to na siebie z pewną dozą dystansu, bez poważniejszych oczekiwań, a będziecie się jakoś bawić. w najgorszym przypadku szczerze śmiechniecie z singlowego "Whoopsy", które jest tak uroczo głupkowate, że aż człowiek słuchając cieszy się do samego siebie jak jakiś dzban

a tak swoją drogą - Spotify weźcie ogarnijcie na platformie oryginalną wersję "ILOVEMAKONNEN EP" zamiast tej biednej imitacji co ją tam macie i udajecie, że wszystko jest OK
13 kwi 2021, 17:40
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 2 tegoroczne wydawnictwo Bruiser Brigade Records numer dwa. w porównaniu do bohatera poprzedniego odcinka Fat Ray jest w zasadzie WETERANEM hip hopu made in Motor City, aktywnym na scenie mnie więcej tyle samo czasu co sam Danny Brown. półtorej dekady udzielania się raczej w podziemiu, zawierania odpowiednich znajomości w końcu się opłaciło. Ray ma wreszcie okazje ogrzać się w cieniu i blasku bardziej docenionego kolegi! "Santa Barbara" pozwoliła mu odnieść oczekiwany przez wieczność sukces, wystarczy popatrzeć na.. zaraz zaraz, czterocyfrowe wyniki odtworzeń na Spotify i YouTube? ludzie, zróbcie coś z tym! naprawdę warto, bo Fat Ray to zdolna i charyzmatyczna bestia. jeśli go do tej pory nie poznaliście, do może wam się dość szybko skojarzyć z Black Thoughtem. podobny głos, całkiem podobne flow patterny, no i dość podobna tendencja do pisania tekstów skupiającym się w dziewięćdziesięciu pięciu procentach na pisanym pod linijkę braggadoccio (o czym to przypomnieli ostatnio z odpowiednią dozą sardonizmu ziomeczki z Brak Kultury Podcast w odcinku o "Things Fall Apart" Rootsów, pozdrawiam @[348303705344058:274:Stop niuskulizacji Polski]). słucha się tego bardzo bardzo. jeśli ktoś jest skrytym miłośnikiem filmików, w których namiętnie podkreślane są różnymi kolorkami sylaby - to tutaj będzie miał najprawdziwsze El Dorado wielokrotnych rymów. rymów lawirujących przez odniesienia do filmów, przez follow upy do "Slim Shady LP" i przez rzucane jakby od niechcenia przechwałki ŻE ZNAŁO SIĘ DILLĘ, CO NIE, A CO?. potoki randomowej treści płyną i płyną. jednak gdzie nie gdzie słyszymy, że człowiek faktycznie wychował się na ulicach Detroit, widział rzeczy i te rzeczy były w stanie go ładnie zahartować. tu warto wspomnieć o kojarzącym się pierwszą połową "Old" brudnym A.F. kawałku z Dannym. i z Black Milkiem na bicie i chociaż Black Milk wyprodukował jedynie "Dopeman Heaven", to ogarniający niemal całą resztę płyty Raphy zdaje się być jego bardzo zdolnym adeptem. jak gąbka chłonie ten utytłany styl swojego obskurnego miasta, a w paru miejscach przebija się odrobina Madliba - ale raczej tego bardziej trzeźwego zestawiając ze sobą wszystkie te nowe albumy z BBR, "Santa Barbara" jest najbardziej normickim z nich - ale ta normickość nie przeszkadza zupełnie, a jest wręcz jego pierwszorzędną zaletą. w następnym odcinku o płycie Bruiser Wolfa, tam to się dopiero będzie działo...
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 2

tegoroczne wydawnictwo Bruiser Brigade Records numer dwa. w porównaniu do bohatera poprzedniego odcinka Fat Ray jest w zasadzie WETERANEM hip hopu made in Motor City, aktywnym na scenie mnie więcej tyle samo czasu co sam Danny Brown. półtorej dekady udzielania się raczej w podziemiu, zawierania odpowiednich znajomości w końcu się opłaciło. Ray ma wreszcie okazje ogrzać się w cieniu i blasku bardziej docenionego kolegi! "Santa Barbara" pozwoliła mu odnieść oczekiwany przez wieczność sukces, wystarczy popatrzeć na.. zaraz zaraz, czterocyfrowe wyniki odtworzeń na Spotify i YouTube? ludzie, zróbcie coś z tym!

naprawdę warto, bo Fat Ray to zdolna i charyzmatyczna bestia. jeśli go do tej pory nie poznaliście, do może wam się dość szybko skojarzyć z Black Thoughtem. podobny głos, całkiem podobne flow patterny, no i dość podobna tendencja do pisania tekstów skupiającym się w dziewięćdziesięciu pięciu procentach na pisanym pod linijkę braggadoccio (o czym to przypomnieli ostatnio z odpowiednią dozą sardonizmu ziomeczki z Brak Kultury Podcast w odcinku o "Things Fall Apart" Rootsów, pozdrawiam Stop niuskulizacji Polski). słucha się tego bardzo bardzo. jeśli ktoś jest skrytym miłośnikiem filmików, w których namiętnie podkreślane są różnymi kolorkami sylaby - to tutaj będzie miał najprawdziwsze El Dorado wielokrotnych rymów. rymów lawirujących przez odniesienia do filmów, przez follow upy do "Slim Shady LP" i przez rzucane jakby od niechcenia przechwałki ŻE ZNAŁO SIĘ DILLĘ, CO NIE, A CO?. potoki randomowej treści płyną i płyną. jednak gdzie nie gdzie słyszymy, że człowiek faktycznie wychował się na ulicach Detroit, widział rzeczy i te rzeczy były w stanie go ładnie zahartować. tu warto wspomnieć o kojarzącym się pierwszą połową "Old" brudnym A.F. kawałku z Dannym. i z Black Milkiem na bicie

i chociaż Black Milk wyprodukował jedynie "Dopeman Heaven", to ogarniający niemal całą resztę płyty Raphy zdaje się być jego bardzo zdolnym adeptem. jak gąbka chłonie ten utytłany styl swojego obskurnego miasta, a w paru miejscach przebija się odrobina Madliba - ale raczej tego bardziej trzeźwego

zestawiając ze sobą wszystkie te nowe albumy z BBR, "Santa Barbara" jest najbardziej normickim z nich - ale ta normickość nie przeszkadza zupełnie, a jest wręcz jego pierwszorzędną zaletą. w następnym odcinku o płycie Bruiser Wolfa, tam to się dopiero będzie działo...
14 kwi 2021, 17:41
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
o czym chcecie przeczytać u mnie w pierwszej kolejności?
a) nowy Conway the Machine
b) Slime Language 2
c) Kaczy Proceder
16 kwi 2021, 19:56
albumy typu "znany i szanowany raper prezentuje skład swojej wytwórni" to forma, która od lat ewoluuje, zalicza to progres a to regres, no poszukuje tego metaforycznego złotego środka. częściej wychodzi z tego niekorzyść dla słuchacza, albo przyzwoity albumik na raz. niektóre rzeczy potrafią odpychać samą swoją skalą (te niesławne składaki Migosowego Quality Control), a inne tym bardziej upadają im mocniej są hajpowane (sorry - "Cruel Summer" miało parę genialnych utworów, ale w roli całości było raczej MEH). za "Slime Language 2" ciągnęło się wiele - wspomnienia (a może raczej ich brak) na temat nieśmiałej jedynki, długo ciągnąca się już kampania z serią niedoszłych dat premiery, oraz perspektywa showcase'u naprawę rozrośniętej w tej chwili ekipy wykonawców no i cholera wyszło naprawdę dobrze! odważyłbym się nawet stwierdzić, że "SL2" może godnie służyć jako studium prawidłowo poprowadzonego posse-albumu. posse-albumu, który pewnie w ramach jeszcze lepszej optymalizacji można było skrócić o parę tracków. tylko których? no właśnie od samego początku materiał dobitnie zaznacza kto jest kapitanem na tym statku. oczywiście - trzeba było się za mocno zasiedzieć w facebookowych grupkach dla najntisowych diggerów by nie wiedzieć, że tą osobą w YSL jest Young Thug. no ale chodzi o rozpościeraną przez niego aurę przewodnika, gospodarza. autora stylu, którym pozarażał tylu późniejszych koleżków i koleżanek. autora stylu, który nie osiąga już takich ekstremizmów jak za czasów "Jeffery", ale wciąż potrafi wystawić słuchacza na wrażenie typu: "o, tego flow jeszcze u niego nie było!". na początku płyty Thugger prowadzi nas za rękę pojawiając się w każdym tracku. podobnie robi okazyjny hypeman, a przede wszystkim w praktyce pierwszy oficer YSL - Gunna. jako najbardziej rezonujący ze słuchaczami raperzy zapewniają względną stabilizację i uczucie ciągłej solidnej formy, ale z czasem coraz częściej odsuwają się na drugi plan i dają więcej przestrzeni mniej znanym reprezentantom Slatt teamu Yak Gotti maluje się przed nami jako obiecująca nowa gwiazda, która potrafi połączyć mumblizmy z bardziej przed-thuggerową szkołą pisania wersów. wieloletni współpracownik Lil Duke wciąż spotyka się z zasłużonym wsparciem. w sumie to miałby prześwietny solowy track, gdyby nie zwrotka pewnego ulubieńca Anthony'ego Fantano. Lil Keed znany ze swoich stylistycznych skrajności wchodzi na mikrofon odpowiednio późno, by nie wystraszyć zbyt wcześnie odbiorcy - ale jak już jest to jest na sto procent (swoją drogą, bardzo zgrany duet z Gunną w "Came Out!). Strick umiejętnie obsługuje towarzystwo interesujących gości z zewnątrz (o nich będzie później). T-Shyne? spoczko, zwłaszcza w tym jakby wyrwanym sprzed dekady trap-bangerze ("That Go!"). Unfoonk? dodaje do "obserwowanych", zachrypięty mumble rap może być tym, czego właśnie potrzebowałem. najdrobniejszy narybek wytwórni zostaje wrzucony do jednego akwarium w "Really Be Slime", ale dostarcza całkiem przyzwoitej rozrywki w połowie albumu - bez presji wystarczająco efektownego otwierania lub zamykania albumu osobny akapit dla pań - bo wiecie, że lubię pisać o paniach w rapie. Karlae bez żadnych oporów wchodzi w buty pierwszej damy, łącząc w jeden monolit swoje talenty raperskie i wokalne, "I Like" to niespodziewany zastrzyk post-trapowej zmysłowości. interesująco wypadła też sekcja należąca do obu rapujących siorek Young Thuga. HiDoraah bierze nas z zaskoczenia najbardziej penetrującym mózg hookiem, a Dolly White zagospodarowuje coś jakby uk drillowy kącik płyty (naturalnie, nie tak dobry i autentyczny jak Kaczy Proceder jbc) podobnie jak było z przewodnictwem Thuga i Gunny, tak samo dzieje się z rolą Wheezy'ego jako najważniejszego na płycie producenta. pan Tsunami jest już na ten moment skarbem narodowym Stanów Zjednoczonych i ten album tylko to potwierdza, przykładów jest tutaj mnóstwo i nie ma co ich wymieniać. chociaż nie, wspomnę o cudownie serwującym kolejne instrumentalne dygresje "Solid", triumfalnym "Came and Saw" i propsowanym już przeze mnie wcześniej "Came Out" a co jak nie ma Wheezy'ego na konsolecie? też jest pięknie, mniej znani producerzy (w tym sporo Europejczyków) również przestrzegają ustalonej odgórnie etyki pracy, poszukują tej organiki skrytej między zimnymi 808'owymi drumami, eksperymentują z różnymi nurtami, unikają po prostu nudy. szkoda tylko, że związani przecież blisko z wytwórnią Turbo i Taurus mają tylko po jednym podkładzie. na szczęście obaj wykorzystują swoje momenty tak, że nie mogę czuć się rozczarowany. ten pierwszy osiągnął pełnie swojego znanego stylu, ten drugi natomiast zrobił myk o 180 stopni i z narkotycznie pięknych bangerów z zeszłorocznego "WUNNA" przeskoczył w brudny neo-memphis sound z ogarniętym szajbą Sheck Wesem na hooku no i właśnie, goście. z tymi to trzeba ostrożnie na tego typu albumach, bo może się wydarzyć tak zwane PODJUMANIE PIOSENKI - zwłaszcza jak się zaprasza aż tylu tak fejmowych gości jak tutaj. no i faktycznie tak się dzieje - utwór z Uzim! ten refren chodzi za mną od piątku i jest jedną z najpiękniejszych rzeczy jakie słyszałem w 2021, i wish it was solowy kawałek LUVa. poza tym przypadkiem goście zostali użyci bardzo rozważnie i zawsze z kompletną wiedzą na temat tego gdzie, jak i w czym dany gość czuje się najlepiej. chociaż nie powiem, kawałek z Future'em, HMMMMM... waham się między szczerą niechęcią do tej piosenki a podziwem wobec tego jak to Astronauta potrafi wspólnie z Thugiem spotkać się w jednym kawałku, bo zwyczajnie się powydurniać. aha, powiedzcie mi, bo za często Skepty w zyciu nie słuchałem - czy to normalne u niego, że zaczyna swoją zwrotę wersem o tym, że spuścił się na siedzenie w samolocie? uff, zdecydowanie dłuższy niż zwykle wpis wyszedł. no ale chciałem bardzo wyrazić - nawet w sposób wizualny skalą akapitów - że naprawę sporo da się wyciągnąć z takiej składanki. przy odpowiedniej wiedzy jak taki album miałby działać - wyjaśnić wszystko co tylko można. pomimo charakteru płyty trzymać się aksjomatów sensownego pacingu. przedstawić kto jest kto, rozwiązanie zagadki. zachęcić do śledzenia poczynań kilku do tej pory nieśledzonych pionów, może nawet do sięgnięcia po któreś z przegapionych mixtape'ów. do roziskrzenia mojej sympatii do Young Thuga, która to w 2020 trochę tak miała spanko tak więc, jeśli "Slime Language 2" miało spełnić jakieś zadania, to chyba JOB WELL DONE
albumy typu "znany i szanowany raper prezentuje skład swojej wytwórni" to forma, która od lat ewoluuje, zalicza to progres a to regres, no poszukuje tego metaforycznego złotego środka. częściej wychodzi z tego niekorzyść dla słuchacza, albo przyzwoity albumik na raz. niektóre rzeczy potrafią odpychać samą swoją skalą (te niesławne składaki Migosowego Quality Control), a inne tym bardziej upadają im mocniej są hajpowane (sorry - "Cruel Summer" miało parę genialnych utworów, ale w roli całości było raczej MEH). za "Slime Language 2" ciągnęło się wiele - wspomnienia (a może raczej ich brak) na temat nieśmiałej jedynki, długo ciągnąca się już kampania z serią niedoszłych dat premiery, oraz perspektywa showcase'u naprawę rozrośniętej w tej chwili ekipy wykonawców

no i cholera wyszło naprawdę dobrze! odważyłbym się nawet stwierdzić, że "SL2" może godnie służyć jako studium prawidłowo poprowadzonego posse-albumu. posse-albumu, który pewnie w ramach jeszcze lepszej optymalizacji można było skrócić o parę tracków. tylko których? no właśnie

od samego początku materiał dobitnie zaznacza kto jest kapitanem na tym statku. oczywiście - trzeba było się za mocno zasiedzieć w facebookowych grupkach dla najntisowych diggerów by nie wiedzieć, że tą osobą w YSL jest Young Thug. no ale chodzi o rozpościeraną przez niego aurę przewodnika, gospodarza. autora stylu, którym pozarażał tylu późniejszych koleżków i koleżanek. autora stylu, który nie osiąga już takich ekstremizmów jak za czasów "Jeffery", ale wciąż potrafi wystawić słuchacza na wrażenie typu: "o, tego flow jeszcze u niego nie było!". na początku płyty Thugger prowadzi nas za rękę pojawiając się w każdym tracku. podobnie robi okazyjny hypeman, a przede wszystkim w praktyce pierwszy oficer YSL - Gunna. jako najbardziej rezonujący ze słuchaczami raperzy zapewniają względną stabilizację i uczucie ciągłej solidnej formy, ale z czasem coraz częściej odsuwają się na drugi plan i dają więcej przestrzeni mniej znanym reprezentantom Slatt teamu

Yak Gotti maluje się przed nami jako obiecująca nowa gwiazda, która potrafi połączyć mumblizmy z bardziej przed-thuggerową szkołą pisania wersów. wieloletni współpracownik Lil Duke wciąż spotyka się z zasłużonym wsparciem. w sumie to miałby prześwietny solowy track, gdyby nie zwrotka pewnego ulubieńca Anthony'ego Fantano. Lil Keed znany ze swoich stylistycznych skrajności wchodzi na mikrofon odpowiednio późno, by nie wystraszyć zbyt wcześnie odbiorcy - ale jak już jest to jest na sto procent (swoją drogą, bardzo zgrany duet z Gunną w "Came Out!). Strick umiejętnie obsługuje towarzystwo interesujących gości z zewnątrz (o nich będzie później). T-Shyne? spoczko, zwłaszcza w tym jakby wyrwanym sprzed dekady trap-bangerze ("That Go!"). Unfoonk? dodaje do "obserwowanych", zachrypięty mumble rap może być tym, czego właśnie potrzebowałem. najdrobniejszy narybek wytwórni zostaje wrzucony do jednego akwarium w "Really Be Slime", ale dostarcza całkiem przyzwoitej rozrywki w połowie albumu - bez presji wystarczająco efektownego otwierania lub zamykania albumu

osobny akapit dla pań - bo wiecie, że lubię pisać o paniach w rapie. Karlae bez żadnych oporów wchodzi w buty pierwszej damy, łącząc w jeden monolit swoje talenty raperskie i wokalne, "I Like" to niespodziewany zastrzyk post-trapowej zmysłowości. interesująco wypadła też sekcja należąca do obu rapujących siorek Young Thuga. HiDoraah bierze nas z zaskoczenia najbardziej penetrującym mózg hookiem, a Dolly White zagospodarowuje coś jakby uk drillowy kącik płyty (naturalnie, nie tak dobry i autentyczny jak Kaczy Proceder jbc)

podobnie jak było z przewodnictwem Thuga i Gunny, tak samo dzieje się z rolą Wheezy'ego jako najważniejszego na płycie producenta. pan Tsunami jest już na ten moment skarbem narodowym Stanów Zjednoczonych i ten album tylko to potwierdza, przykładów jest tutaj mnóstwo i nie ma co ich wymieniać. chociaż nie, wspomnę o cudownie serwującym kolejne instrumentalne dygresje "Solid", triumfalnym "Came and Saw" i propsowanym już przeze mnie wcześniej "Came Out"

a co jak nie ma Wheezy'ego na konsolecie? też jest pięknie, mniej znani producerzy (w tym sporo Europejczyków) również przestrzegają ustalonej odgórnie etyki pracy, poszukują tej organiki skrytej między zimnymi 808'owymi drumami, eksperymentują z różnymi nurtami, unikają po prostu nudy. szkoda tylko, że związani przecież blisko z wytwórnią Turbo i Taurus mają tylko po jednym podkładzie. na szczęście obaj wykorzystują swoje momenty tak, że nie mogę czuć się rozczarowany. ten pierwszy osiągnął pełnie swojego znanego stylu, ten drugi natomiast zrobił myk o 180 stopni i z narkotycznie pięknych bangerów z zeszłorocznego "WUNNA" przeskoczył w brudny neo-memphis sound z ogarniętym szajbą Sheck Wesem na hooku

no i właśnie, goście. z tymi to trzeba ostrożnie na tego typu albumach, bo może się wydarzyć tak zwane PODJUMANIE PIOSENKI - zwłaszcza jak się zaprasza aż tylu tak fejmowych gości jak tutaj. no i faktycznie tak się dzieje - utwór z Uzim! ten refren chodzi za mną od piątku i jest jedną z najpiękniejszych rzeczy jakie słyszałem w 2021, i wish it was solowy kawałek LUVa. poza tym przypadkiem goście zostali użyci bardzo rozważnie i zawsze z kompletną wiedzą na temat tego gdzie, jak i w czym dany gość czuje się najlepiej. chociaż nie powiem, kawałek z Future'em, HMMMMM... waham się między szczerą niechęcią do tej piosenki a podziwem wobec tego jak to Astronauta potrafi wspólnie z Thugiem spotkać się w jednym kawałku, bo zwyczajnie się powydurniać. aha, powiedzcie mi, bo za często Skepty w zyciu nie słuchałem - czy to normalne u niego, że zaczyna swoją zwrotę wersem o tym, że spuścił się na siedzenie w samolocie?

uff, zdecydowanie dłuższy niż zwykle wpis wyszedł. no ale chciałem bardzo wyrazić - nawet w sposób wizualny skalą akapitów - że naprawę sporo da się wyciągnąć z takiej składanki. przy odpowiedniej wiedzy jak taki album miałby działać - wyjaśnić wszystko co tylko można. pomimo charakteru płyty trzymać się aksjomatów sensownego pacingu. przedstawić kto jest kto, rozwiązanie zagadki. zachęcić do śledzenia poczynań kilku do tej pory nieśledzonych pionów, może nawet do sięgnięcia po któreś z przegapionych mixtape'ów. do roziskrzenia mojej sympatii do Young Thuga, która to w 2020 trochę tak miała spanko

tak więc, jeśli "Slime Language 2" miało spełnić jakieś zadania, to chyba JOB WELL DONE
18 kwi 2021, 15:04
ach, ma ten nasz Conway parcie na wykraczanie poza boom bapową strefę komfortu. populacja bitów uzbrojonych w trapowe cykacze wzrasta o kilkaset procent. na jednym z nich Machine jak nigdy nic wjeżdża z refrenem, którego szkieletem było "Bodak Yellow" Cardi B i mam na to dowody. tylko pompatyczna, gęsto usiana hi-hatami ściecha mogła stanowić tak odpowiednie miejsce do porównywania sobie długości pistoletów z J.I.D. i Ludacrisem. ba! już w drugiej piosence na płycie pojawia się na konsoli Bangladesh - uchodzący gdzieś pod koniec lat '00s za ostatecznego anioła śmierci, wroga publicznego numer jeden każdego miłośnika pRaWdZiWeGo HiP hOpU jak sobie pan Maszyna radzi z tym wszystkim? no całkiem nieźle. "La Maquina" to kolejna afirmacja życia rapera wchodzącego w ten symboliczny mainstream, w który to już tak wchodzi, jeszcze raz wchodzi, cofa się krok by wypuścić side project z Big Ghostem, a potem jeszcze raz się zbliża. album nagrany dla Shady Records leżakuje gdzieś w dębowej beczce i dojrzewa. CHYBA dojrzewa - nie wiem czy nie okaże się, że "God Don't Make Mistakes" nie będzie było w stanie nam zaoferować niczego nowego poza tym featem Drake'a podkłady trochę się zmieniły, a sam raper nic a nic. prawdę mówiąc to lekko się zapętlił ze swoimi braggami o byciu top którymś na twojej liście ulubionych emcees, oraz że zaczął tu a teraz jest tam, że wpada mu czasem kwit od wytwórni Eminema. oczywiście wszystko robi to z tą samą, wciąż somehow atrakcyjną manierą postrzelonego zawadiaki z bezbłędnym flow i tak naprawdę gitara gra. ale gdzie tu coś na donośne przełamanie ulicznego maczyzmu w stylu "Forever Droppin' Tears" albo w stylu awangardowego flow z "Highly Praised"? nowym akcentem w tym wszystkim jest "hej właśnie założyłem wytwórnię, jest jak Death Row połączony z Def Jamem". i mean, doceniam ambicję, no ale hej, trzymam kciuki. tym bardziej że oboje podopieczni Conwaya pokazali się tutaj tak w dobrze, jak chyba tylko mogli. Jay Skeese to taka trochę krew z krwi, dzielący podobny styl i pasję hypeman łamany na autor całkiem zdrowych linijek. bardziej Juelz Santana dla Cam'rona niż Memphis Bleek dla Jaya - i piszę to mając w ambicjach dostarczenie tzw komplementu. 7xvethegenius - znam, słyszałem jej epki, przyjemny soulfulowy kobiecy rap idący echem za nagrywkami Noname czy Rapsody. ale jak tylko ktoś da jej oldskulowy - griseldowy de facto - podkład to zamienia się w bestię bardziej przypominającą Rah Diggę połączoną z Jean Grae. tak się dzieje również i tutaj, na "Sister Abgail". polecam szanować i obserwować fajny album? no fajny album. nawet jak komuś nie podchodzi reprezentant Griseldy na południowych drumrollach to zawsze ma tutaj kilka bardziej oczywistych i skazanych na powodzenie strzałów. jak na przykład spowity mistycyzmem Alchemista duet z 2 Chainzem (!), albo wieńczące całość spotkanie z Bennym the Butcherem i Westside Gunnem. na rozmarzonej, gitarowej pętli od Daringera. pamiętaj Konłej the Maszyna - nawet jak nie wypali z tym twoim Drumwork Records, to masz swoją piękną i niezawodną rodzinę
ach, ma ten nasz Conway parcie na wykraczanie poza boom bapową strefę komfortu. populacja bitów uzbrojonych w trapowe cykacze wzrasta o kilkaset procent. na jednym z nich Machine jak nigdy nic wjeżdża z refrenem, którego szkieletem było "Bodak Yellow" Cardi B i mam na to dowody. tylko pompatyczna, gęsto usiana hi-hatami ściecha mogła stanowić tak odpowiednie miejsce do porównywania sobie długości pistoletów z J.I.D. i Ludacrisem. ba! już w drugiej piosence na płycie pojawia się na konsoli Bangladesh - uchodzący gdzieś pod koniec lat '00s za ostatecznego anioła śmierci, wroga publicznego numer jeden każdego miłośnika pRaWdZiWeGo HiP hOpU

jak sobie pan Maszyna radzi z tym wszystkim? no całkiem nieźle. "La Maquina" to kolejna afirmacja życia rapera wchodzącego w ten symboliczny mainstream, w który to już tak wchodzi, jeszcze raz wchodzi, cofa się krok by wypuścić side project z Big Ghostem, a potem jeszcze raz się zbliża. album nagrany dla Shady Records leżakuje gdzieś w dębowej beczce i dojrzewa. CHYBA dojrzewa - nie wiem czy nie okaże się, że "God Don't Make Mistakes" nie będzie było w stanie nam zaoferować niczego nowego poza tym featem Drake'a

podkłady trochę się zmieniły, a sam raper nic a nic. prawdę mówiąc to lekko się zapętlił ze swoimi braggami o byciu top którymś na twojej liście ulubionych emcees, oraz że zaczął tu a teraz jest tam, że wpada mu czasem kwit od wytwórni Eminema. oczywiście wszystko robi to z tą samą, wciąż somehow atrakcyjną manierą postrzelonego zawadiaki z bezbłędnym flow i tak naprawdę gitara gra. ale gdzie tu coś na donośne przełamanie ulicznego maczyzmu w stylu "Forever Droppin' Tears" albo w stylu awangardowego flow z "Highly Praised"?

nowym akcentem w tym wszystkim jest "hej właśnie założyłem wytwórnię, jest jak Death Row połączony z Def Jamem". i mean, doceniam ambicję, no ale hej, trzymam kciuki. tym bardziej że oboje podopieczni Conwaya pokazali się tutaj tak w dobrze, jak chyba tylko mogli. Jay Skeese to taka trochę krew z krwi, dzielący podobny styl i pasję hypeman łamany na autor całkiem zdrowych linijek. bardziej Juelz Santana dla Cam'rona niż Memphis Bleek dla Jaya - i piszę to mając w ambicjach dostarczenie tzw komplementu. 7xvethegenius - znam, słyszałem jej epki, przyjemny soulfulowy kobiecy rap idący echem za nagrywkami Noname czy Rapsody. ale jak tylko ktoś da jej oldskulowy - griseldowy de facto - podkład to zamienia się w bestię bardziej przypominającą Rah Diggę połączoną z Jean Grae. tak się dzieje również i tutaj, na "Sister Abgail". polecam szanować i obserwować

fajny album? no fajny album. nawet jak komuś nie podchodzi reprezentant Griseldy na południowych drumrollach to zawsze ma tutaj kilka bardziej oczywistych i skazanych na powodzenie strzałów. jak na przykład spowity mistycyzmem Alchemista duet z 2 Chainzem (!), albo wieńczące całość spotkanie z Bennym the Butcherem i Westside Gunnem. na rozmarzonej, gitarowej pętli od Daringera. pamiętaj Konłej the Maszyna - nawet jak nie wypali z tym twoim Drumwork Records, to masz swoją piękną i niezawodną rodzinę
19 kwi 2021, 17:50
wczoraj mieliśmy 20 kwietnia, więc wczoraj oczywiście wyszedł nowy album wujaszka Snoopa. NO BO WIECIE, 420, <ganja> marihuanka, marysieńka hihi "From tha Streets 2 tha Suites" - oraz ogólnie rzecz biorąc cała ostatnia działalność rapera - uświadamia mnie o tym, co uświadamia o sobie sam Snoop. na jego twórczości wychowała się w mniejszym lub większym stopniu więcej niż jedna generacja fanów hip hopu. na kanwie niepowtarzalnie laidbackowego flow i jeszcze bardziej laidbackowego stylu życia wybudował pomnik, który swoim majestatem wykroczył poza rapowy panteon. w ramach gatunku osiągnął tyle, że już niczego nie musiał. tak bardzo niczego nie musiał, że zaczął tę wyjebkę pielęgnować niczym najbardziej dorodny krzew cannabis indica w swojej prywatnej uprawie. chciał być artystą reggae to stawał się artystą reggae, chciał być artystą country to stawał się artystą country. tu sprzedał wszystkie możliwe gadżety ze swoją podobizną, tam upichcił obiad z Marthą Stewart, a w międzyczasie zagrał w kilku filmach (nawet w takich teges śmeges). wszyscy to kupiliśmy, zaakceptowaliśmy, pokochaliśmy ten bezprecedensowy model omnipotentnego rap-celebryty to czego zatem Snoop Doggy Dogg dowiedział się o sobie? że bycie tym zblazowanym sowizdrzałem w epicentrum aktualnego stanu popkultury nie może być wieczne. w po-kanyewestowym świecie już nic nie jest na stówę na serio, albo na stówę nie na serio, WHY NOT BOTH. eskapady w gatunki ni cholery nie kojarzące się z rapem nikogo nie triggerują, a i sam Calvin Broadus ma już te coraz szersze zakola i lekką zadyszkę. dla mojej generacji był człowiekiem orkiestrą, dla tej następnej może powoli stać się grumpy typem, co kłóci się z innym grumpy typem (pozdro Eminem) i memicznie rage quituje po partyjce w NFL'a do czego ja z tym wszystkim zmierzam? do tego, że prawdopodobnie każdy kolejny album Snoop Dogga będzie jak "From tha Streets 2 tha Suites". bez bycia na świeczniku, bez presji by być i błyszczeć legenda z Long Beach skupi się na polu, w którym zawsze tkwił jedną mogą. na dostarczaniu bezkompromisowych WESTCOAST BANGIN' WESTSIDE BANGERÓW, zaspokajając przy tym pragnienia najbardziej wiernych, core'owych fanów. no i to chyba bardzo dobrze, nie? nowy krążek jest ok, ale gdybym miał taką zajawkę na kalifornijski sound jaką miałem tak z kilkanaście lat temu, to nie mógłbym się od tego oderwać. chociaż nie powiem, momenty w których na podkładach słyszymy Battlecata, Amplifieda (oraz bardzo zręcznie mimikującego ich Nottza) sprawiły, że coś tam pradawnego zaiskrzyło także pan dziadek Snoop, rób co robisz. ciekaw jestem co tam wykręcisz wraz z kolegami jako Mt Westmore - chociaż jednocześnie czuję, że tak naprawdę jestem w stanie jakby wszytko dokładnie przewidzieć
wczoraj mieliśmy 20 kwietnia, więc wczoraj oczywiście wyszedł nowy album wujaszka Snoopa. NO BO WIECIE, 420, <ganja> marihuanka, marysieńka hihi

"From tha Streets 2 tha Suites" - oraz ogólnie rzecz biorąc cała ostatnia działalność rapera - uświadamia mnie o tym, co uświadamia o sobie sam Snoop. na jego twórczości wychowała się w mniejszym lub większym stopniu więcej niż jedna generacja fanów hip hopu. na kanwie niepowtarzalnie laidbackowego flow i jeszcze bardziej laidbackowego stylu życia wybudował pomnik, który swoim majestatem wykroczył poza rapowy panteon. w ramach gatunku osiągnął tyle, że już niczego nie musiał. tak bardzo niczego nie musiał, że zaczął tę wyjebkę pielęgnować niczym najbardziej dorodny krzew cannabis indica w swojej prywatnej uprawie. chciał być artystą reggae to stawał się artystą reggae, chciał być artystą country to stawał się artystą country. tu sprzedał wszystkie możliwe gadżety ze swoją podobizną, tam upichcił obiad z Marthą Stewart, a w międzyczasie zagrał w kilku filmach (nawet w takich teges śmeges). wszyscy to kupiliśmy, zaakceptowaliśmy, pokochaliśmy ten bezprecedensowy model omnipotentnego rap-celebryty

to czego zatem Snoop Doggy Dogg dowiedział się o sobie? że bycie tym zblazowanym sowizdrzałem w epicentrum aktualnego stanu popkultury nie może być wieczne. w po-kanyewestowym świecie już nic nie jest na stówę na serio, albo na stówę nie na serio, WHY NOT BOTH. eskapady w gatunki ni cholery nie kojarzące się z rapem nikogo nie triggerują, a i sam Calvin Broadus ma już te coraz szersze zakola i lekką zadyszkę. dla mojej generacji był człowiekiem orkiestrą, dla tej następnej może powoli stać się grumpy typem, co kłóci się z innym grumpy typem (pozdro Eminem) i memicznie rage quituje po partyjce w NFL'a

do czego ja z tym wszystkim zmierzam? do tego, że prawdopodobnie każdy kolejny album Snoop Dogga będzie jak "From tha Streets 2 tha Suites". bez bycia na świeczniku, bez presji by być i błyszczeć legenda z Long Beach skupi się na polu, w którym zawsze tkwił jedną mogą. na dostarczaniu bezkompromisowych WESTCOAST BANGIN' WESTSIDE BANGERÓW, zaspokajając przy tym pragnienia najbardziej wiernych, core'owych fanów. no i to chyba bardzo dobrze, nie?

nowy krążek jest ok, ale gdybym miał taką zajawkę na kalifornijski sound jaką miałem tak z kilkanaście lat temu, to nie mógłbym się od tego oderwać. chociaż nie powiem, momenty w których na podkładach słyszymy Battlecata, Amplifieda (oraz bardzo zręcznie mimikującego ich Nottza) sprawiły, że coś tam pradawnego zaiskrzyło

także pan dziadek Snoop, rób co robisz. ciekaw jestem co tam wykręcisz wraz z kolegami jako Mt Westmore - chociaż jednocześnie czuję, że tak naprawdę jestem w stanie jakby wszytko dokładnie przewidzieć
21 kwi 2021, 19:38
duet Yelawolf i DJ Muggs tworzący wspólny album? uwielbiam takie współprace już na etapie zapowiedzi - by potem w dzień premiery uwielbić takie połączenie jeszcze bardziej. znając (jako tako) dorobek muzyczny Yeli i znając (raczej dobrze) bardzo konsekwentną etykę produkcji didżeja z Cypress Hill można się domyślić, że "Mile Zero" wymagało uformowania jakiegoś nie do końca oczywistego wspólnego mianownika. wymagało decyzji, wymagało zbudowania porozumienia praktycznie od zera, a przede wszystkim wymagało poświęceń Wilk wyrzekł się dwóch istotnych selling pointów swojej muzycznego persony: mariażu z pop country oraz filozofii dudniącego post-mafinjnego trunk muzik. postawił na chyba najbardziej tradycjonalistyczną w swojej karierze formę wyrazu, bez melodycznych ozdobników, bez kaszaniastych czasem fast-rapów, za to ze zwrotkami, które wyczerpują każdą z poruszonych spraw, pielęgnują technikę i ogładę nad widowiskowość, nie przejmują się długością i tym czy w ogóle w piosence znajdzie się miejsce na istotny dla całej konstrukcji refren. wszystko przepełnione samoświadomymi swej przemijalności braggami i wciąż na swój sposób świeżą na scenie percepcją white trasha. ogromny ładunek słów na "Mile Zero" potęgują goście: od takich fejmów jak B Real i Del the Funkee Homosapien (!) po czysto undergroundowe otoczenie - włącznie z typem, który swoim zachrypniętym delivery próbuje przeskoczyć Vinniego Paza, Ill Billa i Nine'a razem wziętych Muggs też podszedł do projektu inaczej niż do hmmm... jakiegokolwiek innego w przeciągu swoich absurdalnie płodnych ostatnich kilku lat. tym razem trochę dystansuje się od tego posępnego, hardkorowego klimatu z odrobiną soulassassionego okultyzmu.. nie no, w sumie mamy tu naprawę pokaźny przekrój boom bapowych sentymentów - z nastawieniem na to takie znacznie bardziej słoneczne oblicze. od orbitowania wokół masywnej linii organicznego basu w "Hand over Fist". po jazzującą intymność zamykającego projekt "Dust Broom". przy tych efektownych dęciakowych przejściach, przy tym kulcie prostych (ale skutecznych) klawiszowych melodii, przy tym mocno kładzionym na bębny akcencie - z płyty powinni być chyba zadowoleni nawet najbardziej zgrzybiali pro-najntisowi tetrycy a "Geeyat Dammit" nie mogło zostać lepiej zatytułowane - absolutnie magiczny i kompletny sam w sobie loop plus Yelawolf dający potężnego nura w ocean mojej nostalgii za Eminemem z beztroskich czasów "Slim Shady LP". GEEYAT DAMMIT!
duet Yelawolf i DJ Muggs tworzący wspólny album? uwielbiam takie współprace już na etapie zapowiedzi - by potem w dzień premiery uwielbić takie połączenie jeszcze bardziej. znając (jako tako) dorobek muzyczny Yeli i znając (raczej dobrze) bardzo konsekwentną etykę produkcji didżeja z Cypress Hill można się domyślić, że "Mile Zero" wymagało uformowania jakiegoś nie do końca oczywistego wspólnego mianownika. wymagało decyzji, wymagało zbudowania porozumienia praktycznie od zera, a przede wszystkim wymagało poświęceń

Wilk wyrzekł się dwóch istotnych selling pointów swojej muzycznego persony: mariażu z pop country oraz filozofii dudniącego post-mafinjnego trunk muzik. postawił na chyba najbardziej tradycjonalistyczną w swojej karierze formę wyrazu, bez melodycznych ozdobników, bez kaszaniastych czasem fast-rapów, za to ze zwrotkami, które wyczerpują każdą z poruszonych spraw, pielęgnują technikę i ogładę nad widowiskowość, nie przejmują się długością i tym czy w ogóle w piosence znajdzie się miejsce na istotny dla całej konstrukcji refren. wszystko przepełnione samoświadomymi swej przemijalności braggami i wciąż na swój sposób świeżą na scenie percepcją white trasha. ogromny ładunek słów na "Mile Zero" potęgują goście: od takich fejmów jak B Real i Del the Funkee Homosapien (!) po czysto undergroundowe otoczenie - włącznie z typem, który swoim zachrypniętym delivery próbuje przeskoczyć Vinniego Paza, Ill Billa i Nine'a razem wziętych

Muggs też podszedł do projektu inaczej niż do hmmm... jakiegokolwiek innego w przeciągu swoich absurdalnie płodnych ostatnich kilku lat. tym razem trochę dystansuje się od tego posępnego, hardkorowego klimatu z odrobiną soulassassionego okultyzmu.. nie no, w sumie mamy tu naprawę pokaźny przekrój boom bapowych sentymentów - z nastawieniem na to takie znacznie bardziej słoneczne oblicze. od orbitowania wokół masywnej linii organicznego basu w "Hand over Fist". po jazzującą intymność zamykającego projekt "Dust Broom". przy tych efektownych dęciakowych przejściach, przy tym kulcie prostych (ale skutecznych) klawiszowych melodii, przy tym mocno kładzionym na bębny akcencie - z płyty powinni być chyba zadowoleni nawet najbardziej zgrzybiali pro-najntisowi tetrycy

a "Geeyat Dammit" nie mogło zostać lepiej zatytułowane - absolutnie magiczny i kompletny sam w sobie loop plus Yelawolf dający potężnego nura w ocean mojej nostalgii za Eminemem z beztroskich czasów "Slim Shady LP". GEEYAT DAMMIT!
24 kwi 2021, 14:59
“Moneybagg is my favorite, favorite, favorite, right now. Moneybagg Yo, to me, is like the pocket finder. Whenever he decides that he doesn’t want to rap anymore, he should go into denim — that muthaf*cka has so many pockets. His pockets, f*ck! His nickname should be f*ckin’ Denim! He has so many f*ckin’ pockets. Moneybagg Yo is something else.” byłoby naprawdę niesamowitym i przydatnym w życiu doświadczeniem znaleźć się chociaż na chwilę w głowie Pharrella Williamsa. zaznać tego synestezyjnego szoku zanurzenia się w niedostrzegalnym dla większości śmiertelników kolorycie świata. rozumieć i samemu tworzyć dziwne metafory o kieszeniach. a na ten moment priorytetowo: dowiedzieć się, czemu akurat Moneybagg Yo jest jego ulubionym raperem chociaż to pharrellowskie hiper-uwielbienie młodziaka z Memphis jest dla mnie zjawiskiem pomiędzy surrealizmem a "spoko, każdy ma prawo do swojego zdania", to jednak muszę przyznać - Moneybagg jest czymś trochę więcej niż kolejnym egzemplarzem z taśmy produkcyjnej słownego ambientu na trapowych bitach. "Gangsta's Pain" - najnowszy album rapera - przemyca między wierszami jakąś fabułę, spójną wersję opisanej rzeczywistości, a wszystko konsekwentnie wyświetla się nam w zgodnych ze sobą kadrach filmowych. ścierają się żal i duma, nadludzka pewność siebie ściera się z momentami okrutnie ludzkiej wątpliwości. surowe IMOŁSZYNS kojone są wysoko przetworzonym (a wciąż milusim) wokalem Luthera Ingrama, a dwa podkłady od patrzących przyszłościowo The Neptunes eksponowane są jak najbardziej wartościowe trofea na kominku w salonie Torbiepiniendzy Yo daleko do mojego TOP1, TOP3, TOP10 czy nawet TOP50 raperów, daleko mu też pewnie do nagrania czegokolwiek na miarę klasyka swojej epoki. ale czasem warto też zamknąć mordę, nie pieprzyć o topkach i współczesnych kanonach, a z lekkością i serwowaną tu-i-teraz satysfakcją popłynąć na morze solidnego, niegłupiego mainstreamku jeśli się mylę i Pharrell weźmie w najbliższej przyszłości swojego ulubieńca w potężne obroty - NO SPOKO, tym fajniej dla nas
“Moneybagg is my favorite, favorite, favorite, right now. Moneybagg Yo, to me, is like the pocket finder. Whenever he decides that he doesn’t want to rap anymore, he should go into denim — that muthaf*cka has so many pockets. His pockets, f*ck! His nickname should be f*ckin’ Denim! He has so many f*ckin’ pockets. Moneybagg Yo is something else.”

byłoby naprawdę niesamowitym i przydatnym w życiu doświadczeniem znaleźć się chociaż na chwilę w głowie Pharrella Williamsa. zaznać tego synestezyjnego szoku zanurzenia się w niedostrzegalnym dla większości śmiertelników kolorycie świata. rozumieć i samemu tworzyć dziwne metafory o kieszeniach. a na ten moment priorytetowo: dowiedzieć się, czemu akurat Moneybagg Yo jest jego ulubionym raperem

chociaż to pharrellowskie hiper-uwielbienie młodziaka z Memphis jest dla mnie zjawiskiem pomiędzy surrealizmem a "spoko, każdy ma prawo do swojego zdania", to jednak muszę przyznać - Moneybagg jest czymś trochę więcej niż kolejnym egzemplarzem z taśmy produkcyjnej słownego ambientu na trapowych bitach. "Gangsta's Pain" - najnowszy album rapera - przemyca między wierszami jakąś fabułę, spójną wersję opisanej rzeczywistości, a wszystko konsekwentnie wyświetla się nam w zgodnych ze sobą kadrach filmowych. ścierają się żal i duma, nadludzka pewność siebie ściera się z momentami okrutnie ludzkiej wątpliwości. surowe IMOŁSZYNS kojone są wysoko przetworzonym (a wciąż milusim) wokalem Luthera Ingrama, a dwa podkłady od patrzących przyszłościowo The Neptunes eksponowane są jak najbardziej wartościowe trofea na kominku w salonie

Torbiepiniendzy Yo daleko do mojego TOP1, TOP3, TOP10 czy nawet TOP50 raperów, daleko mu też pewnie do nagrania czegokolwiek na miarę klasyka swojej epoki. ale czasem warto też zamknąć mordę, nie pieprzyć o topkach i współczesnych kanonach, a z lekkością i serwowaną tu-i-teraz satysfakcją popłynąć na morze solidnego, niegłupiego mainstreamku

jeśli się mylę i Pharrell weźmie w najbliższej przyszłości swojego ulubieńca w potężne obroty - NO SPOKO, tym fajniej dla nas
27 kwi 2021, 17:47
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 3 POV: jesteś trochę spoko typem. trochę szurniętym jak Ol' Dirty Bastard, no ale tak odrobinkę. masz funkowy zmysł jak Mystikal. masz funkowy zmysł jak Cee Lo Green, ale również tak jakby jego głos oraz flow. trochę też duszę g-funkowca z sentymentem do życiorysu Iceberg Slima. no ale dzień w dzień wstajesz rano z łóżka i za oknem zamiast Long Beach widzisz opustoszałe ulice smutnego Detroit. mówiąc pod nosem "NO CUSZ" smażysz sobie na śniadanie jajka, a w tle puszczasz winyl Curtisa Mayfielda - bo to odsyła ciebie myślami tam gdzie czujesz się najlepiej. siadasz na obdrapanej kanapie, patrzysz na wkurzające wiadomości w telewizji i twoja ręka mimochodem sięga po stary zeszyt z dowcipami niedoszłego stand-upera. przeszywa cię lekki zastrzyk satysfakcji - pamiętasz że gdzieś między tymi bardziej kloacznymi żarcikami znalazło się parę niedorzecznie pomysłowych zabaw skojarzeniami i ostrych jak brzytwa szpil wbitych w rzeczywistość. myślisz: "dobra juhc, nagram ten rapowy album" taki obraz Bruiser Wolfa i jego albumu zatytułowanego "Dope Game Stupid". pozycja tak bardzo ciekawa jak bardzo została przegapiona - a przegapiona jest dość mocno. oficyna Danny'ego Browna miesiąc po premierze wciąż nie dopilnowała by materiał trafił tu i tam, a nie był dostępny tylko i wyłącznie na bandcampie. AALE jeśli ten bandcamp pozostanie jedynym dostępnym źródłem, to i tak koniecznie skorzystajcie z tej niecodziennej porcji humorku i cudaczności na funkujących bitach zawieszonych idealnie w połowie drogi między vibe'em ATCQ a kinem klasy B lat siedemdziesiątych FUN FACT: wszystkie okładki trzech tegorocznych wydawnictw Buiser Brigade Records namalował inny artysta i reprezentant tego teamu: prawdopodobnie dobrze znany fanom Danny'ego ZelooperZ
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 3

POV: jesteś trochę spoko typem. trochę szurniętym jak Ol' Dirty Bastard, no ale tak odrobinkę. masz funkowy zmysł jak Mystikal. masz funkowy zmysł jak Cee Lo Green, ale również tak jakby jego głos oraz flow. trochę też duszę g-funkowca z sentymentem do życiorysu Iceberg Slima. no ale dzień w dzień wstajesz rano z łóżka i za oknem zamiast Long Beach widzisz opustoszałe ulice smutnego Detroit. mówiąc pod nosem "NO CUSZ" smażysz sobie na śniadanie jajka, a w tle puszczasz winyl Curtisa Mayfielda - bo to odsyła ciebie myślami tam gdzie czujesz się najlepiej. siadasz na obdrapanej kanapie, patrzysz na wkurzające wiadomości w telewizji i twoja ręka mimochodem sięga po stary zeszyt z dowcipami niedoszłego stand-upera. przeszywa cię lekki zastrzyk satysfakcji - pamiętasz że gdzieś między tymi bardziej kloacznymi żarcikami znalazło się parę niedorzecznie pomysłowych zabaw skojarzeniami i ostrych jak brzytwa szpil wbitych w rzeczywistość. myślisz: "dobra juhc, nagram ten rapowy album"

taki obraz Bruiser Wolfa i jego albumu zatytułowanego "Dope Game Stupid". pozycja tak bardzo ciekawa jak bardzo została przegapiona - a przegapiona jest dość mocno. oficyna Danny'ego Browna miesiąc po premierze wciąż nie dopilnowała by materiał trafił tu i tam, a nie był dostępny tylko i wyłącznie na bandcampie. AALE jeśli ten bandcamp pozostanie jedynym dostępnym źródłem, to i tak koniecznie skorzystajcie z tej niecodziennej porcji humorku i cudaczności na funkujących bitach zawieszonych idealnie w połowie drogi między vibe'em ATCQ a kinem klasy B lat siedemdziesiątych

FUN FACT: wszystkie okładki trzech tegorocznych wydawnictw Buiser Brigade Records namalował inny artysta i reprezentant tego teamu: prawdopodobnie dobrze znany fanom Danny'ego ZelooperZ
29 kwi 2021, 12:05
ach, składaki DJ'a Khaleda. cudowny festiwal próżności, szczera i samoświadoma parodia filozofii sukcesu. wiecznie na tropie dobrego smaku - zazwyczaj poszukujc go w zakamarkach błyszczącego od tombaku lobby maks. trójgwiazdkowego tureckiego hotelu. jak bardzo bym sobie z tego nie kpił, to i tak zawsze sięgnę po kolejny album i sprawdzę kto dołączył do INCLUSIVE klubu zapraszanych w kółko tych samych gości, albo jaki klasyczny rapowy utwór idzie tym razem pod bezlitosną przeróbkę. przy okazji nasłucham się tych wszystkich "ANOTHER ONE" i "YOU'RE SPECIAL", które to - niespodzianka - akurat kompletnie nieironicznie uwielbiam. koniec końców, za tydzień o "KHALED KHALED" zapomnę. no i tak do następnego albumu Khaleda. Khaleda Khaleda YAY: oba single z Drejkiem - może nie wybitne, ale chociaż trochę podlały oliwą ledwo co tlący się hype przed premierą "Certified Lover Boy". "Every Chance I Get" wyciąga niespodziewanie atrakcyjne optimum z raczej standardowych występów Lil Baby'ego, Lil Durka i Taya Keitha. Cardi B torpedująca charyzmą kompletnie nieciekawy bit. Migosi z eskapadą na Jamajkę i nadzieją, że "Culture 3" będzie choć odrobinę ciekawsze niż dwójka. "I Did It" jako beztroski banger przypominający mi o '00s i singlach, które de facto przyczyniły się do popularności wylewnego didżeja z Miami NAY: pozbawiony jakichkolwiek stawek i pomysłu duet Biebsa z Savage'em. ten absolutnie stroniący od przyzwoitości follow up do Biggiego. nie znoszę wchodzić w rolę gatekeepera niepozwalającego na reinterpretację klasyki, ale wykorzystanie melodii mojego ulubionego tracku z "Life After Death" pod szkolne szarady Big Seana to dla mnie profanacja połączona ze zniewagą na poziomie mocno osobistym. co do utworu z Jayem i Nasem - trafiłem na bardzo trafne porównanie do "Irlandczyka" Martina Scorsese. tu i tu mamy nieposiadające pokrycia w rzeczywistości przeświadczenie o tworzeniu tekstu kultury dla najbardziej koneserskich koneserów only, a i odtwórców głównych ról było zapewne trzeba co chwilę budzić podczas nagrania WERDYKT: sami se, a nie rączki po gotowe. to jest album Khaleda, każdy wie co go tutaj czeka, na dobre i na złe
ach, składaki DJ'a Khaleda. cudowny festiwal próżności, szczera i samoświadoma parodia filozofii sukcesu. wiecznie na tropie dobrego smaku - zazwyczaj poszukujc go w zakamarkach błyszczącego od tombaku lobby maks. trójgwiazdkowego tureckiego hotelu. jak bardzo bym sobie z tego nie kpił, to i tak zawsze sięgnę po kolejny album i sprawdzę kto dołączył do INCLUSIVE klubu zapraszanych w kółko tych samych gości, albo jaki klasyczny rapowy utwór idzie tym razem pod bezlitosną przeróbkę. przy okazji nasłucham się tych wszystkich "ANOTHER ONE" i "YOU'RE SPECIAL", które to - niespodzianka - akurat kompletnie nieironicznie uwielbiam. koniec końców, za tydzień o "KHALED KHALED" zapomnę. no i tak do następnego albumu Khaleda. Khaleda Khaleda

YAY: oba single z Drejkiem - może nie wybitne, ale chociaż trochę podlały oliwą ledwo co tlący się hype przed premierą "Certified Lover Boy". "Every Chance I Get" wyciąga niespodziewanie atrakcyjne optimum z raczej standardowych występów Lil Baby'ego, Lil Durka i Taya Keitha. Cardi B torpedująca charyzmą kompletnie nieciekawy bit. Migosi z eskapadą na Jamajkę i nadzieją, że "Culture 3" będzie choć odrobinę ciekawsze niż dwójka. "I Did It" jako beztroski banger przypominający mi o '00s i singlach, które de facto przyczyniły się do popularności wylewnego didżeja z Miami

NAY: pozbawiony jakichkolwiek stawek i pomysłu duet Biebsa z Savage'em. ten absolutnie stroniący od przyzwoitości follow up do Biggiego. nie znoszę wchodzić w rolę gatekeepera niepozwalającego na reinterpretację klasyki, ale wykorzystanie melodii mojego ulubionego tracku z "Life After Death" pod szkolne szarady Big Seana to dla mnie profanacja połączona ze zniewagą na poziomie mocno osobistym. co do utworu z Jayem i Nasem - trafiłem na bardzo trafne porównanie do "Irlandczyka" Martina Scorsese. tu i tu mamy nieposiadające pokrycia w rzeczywistości przeświadczenie o tworzeniu tekstu kultury dla najbardziej koneserskich koneserów only, a i odtwórców głównych ról było zapewne trzeba co chwilę budzić podczas nagrania

WERDYKT: sami se, a nie rączki po gotowe. to jest album Khaleda, każdy wie co go tutaj czeka, na dobre i na złe
30 kwi 2021, 21:37
uwaga, uwaga. teraz będę wymachiwać wam przed nosami solidnym argumentem za oczywistą oczywistością, jaką jest sakramentalne: czasem "mniej" znaczy "więcej" Alchemistowi potrzeba niewiele przestrzeni (tutaj: 4 krótkie piosenki + instrumentale), by skonstruować kompletnie wiarygodny kafejkowy sound wiosennnej widokówki z wielkiego miasta. zaprosić garstkę bliskich mu rapowych underdogów i za pomocą durowych tonacji dobrego żyćka wkręcić ich w jakby bardziej niż zazwyczaj pozytywną wibrację. damn, Earl Sweatshirt w obu swoich zwrotkach wszedł w jakiś prawie niespotykany u niego tryb dostrzegania srebrnego obszycia deszczowych chmur. aż chciałoby się "This Thing Of Ours" kupić i postawić na półce w domu (okładka < 3) - a jeszcze chętniej postawić na półce w mojej totalnie wyimaginowanej kawiarni wybaczcie rozgrzebywanie jakiegoś zapomnianego zeszłorocznego (?) mema, ale GONNA TELL MY KIDS THIS WAS NEW DJ KHALED
uwaga, uwaga. teraz będę wymachiwać wam przed nosami solidnym argumentem za oczywistą oczywistością, jaką jest sakramentalne: czasem "mniej" znaczy "więcej"

Alchemistowi potrzeba niewiele przestrzeni (tutaj: 4 krótkie piosenki + instrumentale), by skonstruować kompletnie wiarygodny kafejkowy sound wiosennnej widokówki z wielkiego miasta. zaprosić garstkę bliskich mu rapowych underdogów i za pomocą durowych tonacji dobrego żyćka wkręcić ich w jakby bardziej niż zazwyczaj pozytywną wibrację. damn, Earl Sweatshirt w obu swoich zwrotkach wszedł w jakiś prawie niespotykany u niego tryb dostrzegania srebrnego obszycia deszczowych chmur. aż chciałoby się "This Thing Of Ours" kupić i postawić na półce w domu (okładka < 3) - a jeszcze chętniej postawić na półce w mojej totalnie wyimaginowanej kawiarni

wybaczcie rozgrzebywanie jakiegoś zapomnianego zeszłorocznego (?) mema, ale GONNA TELL MY KIDS THIS WAS NEW DJ KHALED
1 maj 2021, 19:27
@[102398781265446:274:VAN BUREN Records]. co ty admin SZRP, będziesz teraz o holenderskich gwiazdach pop-trance'u pisał? no jasne, a na serio to o niewielkim hiphopowym labelu z Brockton - równie niewielkiej mieściny położonej w sąsiedztwie Bostonu. VBR to także szyld kolektywu jaki powstał z zestawienia ze sobą wszystkich (chyba) związanych z oficyną raperów żadnego z nich wcześniej nie znałem, ale za sprawą ich wspólnego projektu ("Bad for Press") - dowiedziałem się tego i owego. że jako ekipa stoją na niezwykle równym i ponadprzeciętnym poziomie. że praktycznie każdy ma już jakiś wypracowany styl, pomysłowy flow-pattern i pomysł na siebie, a wyraziście różniące się od siebie głosy (literalnie cała możliwa skala) dają satysfakcjonujące uczucie komplementarności. że lubią bity nowoczesne, ale też że gibkim slalomem unikają post-trapowej przewidywalności POLECAM, dajcie trochę wyświetleń/odtworzeń chłopakom. bo to taki trochę wczesny Brockhampton, trochę taka świeża fala progresywnej Atlanty spod znaku J.I.D. (jeden ziomo nawet podobnie brzmi), a trochę też stare dobre TDE/Black Hippy. trochę, zaznaczam, TROCHĘ, żebyście nie mieli do mnie pretensji, że za mocno was nakręciłem
VAN BUREN Records. co ty admin SZRP, będziesz teraz o holenderskich gwiazdach pop-trance'u pisał? no jasne, a na serio to o niewielkim hiphopowym labelu z Brockton - równie niewielkiej mieściny położonej w sąsiedztwie Bostonu. VBR to także szyld kolektywu jaki powstał z zestawienia ze sobą wszystkich (chyba) związanych z oficyną raperów

żadnego z nich wcześniej nie znałem, ale za sprawą ich wspólnego projektu ("Bad for Press") - dowiedziałem się tego i owego. że jako ekipa stoją na niezwykle równym i ponadprzeciętnym poziomie. że praktycznie każdy ma już jakiś wypracowany styl, pomysłowy flow-pattern i pomysł na siebie, a wyraziście różniące się od siebie głosy (literalnie cała możliwa skala) dają satysfakcjonujące uczucie komplementarności. że lubią bity nowoczesne, ale też że gibkim slalomem unikają post-trapowej przewidywalności

POLECAM, dajcie trochę wyświetleń/odtworzeń chłopakom. bo to taki trochę wczesny Brockhampton, trochę taka świeża fala progresywnej Atlanty spod znaku J.I.D. (jeden ziomo nawet podobnie brzmi), a trochę też stare dobre TDE/Black Hippy. trochę, zaznaczam, TROCHĘ, żebyście nie mieli do mnie pretensji, że za mocno was nakręciłem
3 maj 2021, 16:47
czy mi się tylko wydaje, czy rzeczywiście jest to pierwszy duży releasowy news tego roku?
czy mi się tylko wydaje, czy rzeczywiście jest to pierwszy duży releasowy news tego roku?
4 maj 2021, 20:49
to co dzisiaj było u was jedzone? u mnie kanapka z pastrami i belgijskie fryteczki chociaż trudno mi w to uwierzyć, polubiłem właśnie Wikiego jeszcze bardziej niż do tej pory. sympatyczny nowojorski szczurek na "Telephone Booth" nie bawi się żadne piosenkowe struktury i leci jak tylko chce, z czymkolwiek co mu przyjdzie do łba. piękna, humorystyczna slamowa poezja Przegniłego Jabłka pachnąca jednocześnie świeżo upieczonym bajglem jak i zarzyganą kolejką miejską. czasem komediant ("Pimpin & Simpin"), czasem oświecony truskul ("Hip Hop"), a czasem prosty do rozgryzienia poczciwiec cieszący się z małych darów od żyćka ("No Work"). esencjonalny nowojorski REGULAR DUDE - jestem pewien, że po godzinach wdziewa czerwono-niebieski trykot i robi "swingin' through your town like your neighborhood Spiderman". nawet nazwisko by pasowało poprzednie solówki były spoko, ale brakowało im pochrzanionej (i spójnej w tym pochrzanieniu) producenckiej wizji, na przykład takiej jaką obficie zapewniał Sporting Life na "So it Goes" - albumie nagranym przez Wikiego jeszcze w szeregach grupy Ratking. pochodzący z Antwerpii NAH nadaje trochę inny, bardziej intymny kurs - ale fascynacja ekstremalnie intensywnym cięciem sampli w imię budowania nowego kanonu hiphopowej awangardy jest taka jakby znajoma. niby Belgia, ale jednak kosmos "Telephone Booth" jest póki co tylko dostępne do odsłuchu wyłącznie na bandcampie. a jeżeli piszę o czymś czego nie da się posłuchać normalnie, to uwierzcie - SĄ POWODY
to co dzisiaj było u was jedzone? u mnie kanapka z pastrami i belgijskie fryteczki

chociaż trudno mi w to uwierzyć, polubiłem właśnie Wikiego jeszcze bardziej niż do tej pory. sympatyczny nowojorski szczurek na "Telephone Booth" nie bawi się żadne piosenkowe struktury i leci jak tylko chce, z czymkolwiek co mu przyjdzie do łba. piękna, humorystyczna slamowa poezja Przegniłego Jabłka pachnąca jednocześnie świeżo upieczonym bajglem jak i zarzyganą kolejką miejską. czasem komediant ("Pimpin & Simpin"), czasem oświecony truskul ("Hip Hop"), a czasem prosty do rozgryzienia poczciwiec cieszący się z małych darów od żyćka ("No Work"). esencjonalny nowojorski REGULAR DUDE - jestem pewien, że po godzinach wdziewa czerwono-niebieski trykot i robi "swingin' through your town like your neighborhood Spiderman". nawet nazwisko by pasowało

poprzednie solówki były spoko, ale brakowało im pochrzanionej (i spójnej w tym pochrzanieniu) producenckiej wizji, na przykład takiej jaką obficie zapewniał Sporting Life na "So it Goes" - albumie nagranym przez Wikiego jeszcze w szeregach grupy Ratking. pochodzący z Antwerpii NAH nadaje trochę inny, bardziej intymny kurs - ale fascynacja ekstremalnie intensywnym cięciem sampli w imię budowania nowego kanonu hiphopowej awangardy jest taka jakby znajoma. niby Belgia, ale jednak kosmos

"Telephone Booth" jest póki co tylko dostępne do odsłuchu wyłącznie na bandcampie. a jeżeli piszę o czymś czego nie da się posłuchać normalnie, to uwierzcie - SĄ POWODY
7 maj 2021, 17:02
Irasiad jest dobry kiedy trzeba skleić kolejny materiał pełen nieskrępowanej CZILERKI w lekkim i lepkim sosie głębokiego południa. ale Irasiad jest świetny kiedy bierze się jakiś ostrożnie wyłuskany epizod z historii southu i remiksuje go w stuprocentowej harmonii z własnym duchem. do dzisiaj moim ulubionym trackiem Zaya jest "RIP Kevin Miller", a "Lay Wit Ya" ma predyspozycje by wbić do mojego prywatnego kanonu utworów prawie-tak-samo-udanych. bo jak po przesłuchaniu tysiąca hołdów dla Three 6 Mafii czujesz świeżość w tym tysiąc pierwszym, to coś faktycznie się tutaj udało widziałem w internecie kręcenie nosem (DUH) tuż po zapowiedzi singla z Duke'em Deuce'em, że nie będzie się to kleić. klei się, a ja się pytam: dlaczego dopiero teraz dostajemy takie sowite i logiczne geograficznie "od stanu Tennessee dla stanu Tennessee"? nowy album Isaiah Rashada ("The House Is Burning") w czerwcu
Irasiad jest dobry kiedy trzeba skleić kolejny materiał pełen nieskrępowanej CZILERKI w lekkim i lepkim sosie głębokiego południa. ale Irasiad jest świetny kiedy bierze się jakiś ostrożnie wyłuskany epizod z historii southu i remiksuje go w stuprocentowej harmonii z własnym duchem. do dzisiaj moim ulubionym trackiem Zaya jest "RIP Kevin Miller", a "Lay Wit Ya" ma predyspozycje by wbić do mojego prywatnego kanonu utworów prawie-tak-samo-udanych. bo jak po przesłuchaniu tysiąca hołdów dla Three 6 Mafii czujesz świeżość w tym tysiąc pierwszym, to coś faktycznie się tutaj udało

widziałem w internecie kręcenie nosem (DUH) tuż po zapowiedzi singla z Duke'em Deuce'em, że nie będzie się to kleić. klei się, a ja się pytam: dlaczego dopiero teraz dostajemy takie sowite i logiczne geograficznie "od stanu Tennessee dla stanu Tennessee"?

nowy album Isaiah Rashada ("The House Is Burning") w czerwcu
7 maj 2021, 19:45
śmiało można powiedzieć w 2021 roku, że supergrupa Czarface pozostawia po sobie całkiem imponujące LEGACY. dla 7L i Esoterica jest to chyba najbardziej stabilna muzycznie i wizerunkowo marka, jaką współtworzyli. Inspectah Deck zapewnił sobie godne "życie po Wu Tangu" i chociaż jego solowa kariera potoczyła się jak po przysłowiowej grudzie, to fani najbardziej niedocenianego członka Wu (nie dyskutujcie bo nie ma jak nawet) wiedzą dobrze gdzie kliknąć po kolejną dawkę wersów od tego chodzącego ucieleśnienia techniki. Czarface stało się przez ostatnie osiem lat niezawodną boom bapową stałą w naturze, hubem od komiksowo-rapowych nerdów dla komiksowo-rapowych nerdów. no i miejscem spotkań z innymi wielkimi rapowymi fanatykami historii o superherosach: Ghostface'em oraz DOOMem w przypadku tego drugiego Carfejsów mimochodem kopnął nie lada zaszczyt. stali się nie tylko gospodarzami ostatniego wydanego za życia Metalface'a, ale również gospodarzami jego "pośmiertnego debiutu". i chociaż ta ikoniczna ksywa zajmuje 1/3 okładki "Super What?", chłopaki nie robię z wersów DOOMa zbyt donośnego selling pointu. wszystko wybrzmiewa naturalnie, prawdopodobnie w stuprocentowej zgodzie z oryginalnym zamysłem tej napisanej i zarejestrowanej ponad rok temu płyty kto wie czego tutaj może oczekiwać, to i tak odsłuchał pewnie już w zeszły piątek. niezdecydowanych i nieznających też zachęcam - bo to krótki, przyjemny i całkiem lekki jak na tę ekipę albumik. bo czuć z jaką satysfakcją Ins wciąż się tutaj samorealizuje. bo Esoteric ma bardzo ważne przesłanie do Kevina Feige - gdybym był tak jak on wczuty w Marvel Cinematic Universe, to w pełni bym popierał jego postulat. bo mamy tutaj MF DOOMa. z dość standardowymi jak na niego linijkami, aczkolwiek daję się łapać na mistyczną świadomość obcowania z ostatnimi mikrofonowymi sesjami Brytyjczyka a w ogóle to zakochałem się w zamykającym album utworze. "Young World" to taki trochę sequel "Hey Young World" Slick Ricka. sequel pełen świadomości, że pokolenie nastolatków wchodzących w dorosłość w tych dziwnych czasach potrzebuję odrobinę mocniejszych niż do tej pory słów otuchy. jeśli jest jakiś konkurs na najbardziej uroczy hiphopowy track roku, to mam tutaj prawdopodobnego laureata
śmiało można powiedzieć w 2021 roku, że supergrupa Czarface pozostawia po sobie całkiem imponujące LEGACY. dla 7L i Esoterica jest to chyba najbardziej stabilna muzycznie i wizerunkowo marka, jaką współtworzyli. Inspectah Deck zapewnił sobie godne "życie po Wu Tangu" i chociaż jego solowa kariera potoczyła się jak po przysłowiowej grudzie, to fani najbardziej niedocenianego członka Wu (nie dyskutujcie bo nie ma jak nawet) wiedzą dobrze gdzie kliknąć po kolejną dawkę wersów od tego chodzącego ucieleśnienia techniki. Czarface stało się przez ostatnie osiem lat niezawodną boom bapową stałą w naturze, hubem od komiksowo-rapowych nerdów dla komiksowo-rapowych nerdów. no i miejscem spotkań z innymi wielkimi rapowymi fanatykami historii o superherosach: Ghostface'em oraz DOOMem

w przypadku tego drugiego Carfejsów mimochodem kopnął nie lada zaszczyt. stali się nie tylko gospodarzami ostatniego wydanego za życia Metalface'a, ale również gospodarzami jego "pośmiertnego debiutu". i chociaż ta ikoniczna ksywa zajmuje 1/3 okładki "Super What?", chłopaki nie robię z wersów DOOMa zbyt donośnego selling pointu. wszystko wybrzmiewa naturalnie, prawdopodobnie w stuprocentowej zgodzie z oryginalnym zamysłem tej napisanej i zarejestrowanej ponad rok temu płyty

kto wie czego tutaj może oczekiwać, to i tak odsłuchał pewnie już w zeszły piątek. niezdecydowanych i nieznających też zachęcam - bo to krótki, przyjemny i całkiem lekki jak na tę ekipę albumik. bo czuć z jaką satysfakcją Ins wciąż się tutaj samorealizuje. bo Esoteric ma bardzo ważne przesłanie do Kevina Feige - gdybym był tak jak on wczuty w Marvel Cinematic Universe, to w pełni bym popierał jego postulat. bo mamy tutaj MF DOOMa. z dość standardowymi jak na niego linijkami, aczkolwiek daję się łapać na mistyczną świadomość obcowania z ostatnimi mikrofonowymi sesjami Brytyjczyka

a w ogóle to zakochałem się w zamykającym album utworze. "Young World" to taki trochę sequel "Hey Young World" Slick Ricka. sequel pełen świadomości, że pokolenie nastolatków wchodzących w dorosłość w tych dziwnych czasach potrzebuję odrobinę mocniejszych niż do tej pory słów otuchy. jeśli jest jakiś konkurs na najbardziej uroczy hiphopowy track roku, to mam tutaj prawdopodobnego laureata
11 maj 2021, 18:37
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
STREAMUJCIE ZAGRANICZNE RAP PREMIERY #1
14.05 (i trochę też 18.05)

premiera tygodnia? no, zapewne J. Cole. nigdy nie byłem specjalnie fanem Jermaine'a z Frankfurtu (a dlaczego to pewnie wspomnę w komentarzu do albumu), ale trzyletnia przerwa od wydania ostatniej solówki jest czymś co mogłoby znacząco wpłynąć na zawartość płyty (jak i mój odbiór). platyna pewnie w kieszeni, a czy bez pomocy featuringów - przekonamy się jutro

bardziej czekam natomiast debiut pochodzącego z Compton duetu Paris Texas - ma duże szanse okazać się kreatywnym centrum tego weekendu. wychodzi też ścieżka dźwiękowa do najnowszej odsłony "Piły", executive produced by Sir Savage. z udziałem takich moich około-trapowych sympatii jak Gunna, Young Nudy, Thugger, Kid Hazel, Turbo, Taurus

abstract corner: AKAI SOLO x Navy Blue

poza tym: Berner, Kodak Black, BIGBABYGUCCI, Euro Gotit (z imponującym zestawem ficzuringów), wersje deluxe albumów Lil Skies i Babyface Ray. być może nowy YG z Mozzym

single: podobno Migos

w końcu doczekaliśmy obfitych w premiery piąteczków. ale to jeszcze nie wszystko: we wtorek 18.05 czeka nas SPECIAL MID-WEEK DOUBLE FEATURE w postaci longplayów Young Nudy'ego (gość. Lil Uzi Vert, 21 Savage, G Herbo; na bitach producenci z zeszłorocznego "Anyways") i Mach-Hommy'ego (w ramach triumfalnego powrotu pod skrzydła Westside Gunna i Griseldy)
13 maj 2021, 18:58
PROSTO Z COMPTON, umiarkowanie szalone piwniczaki nazywane Louie i Felix, z grupy z pewnością niebędącej gangiem zwanej Paris Texas., kiedy są... dobra, nie chcę mi się dalej ciągnąć tego czerstwego follow upu. chce mi się za to gorąco polecać debiutancki albumik tegoż to duetu. "BOY ANONYMOUS" zabierze nas w jedną z najbogatszych muzycznie rapowych wycieczek tego roku - ale pod warunkiem, że nie macie nic przeciwko odrobince rockowo-punkowej filozofii w waszym ukochanym hiphopq OKEJ, nie odrobince. projekt jest wskroś przesiąknięty wyjebką dobrze wyprażonego w słoneczku, gówniarskiego kalifornijskiego punku, ale też cierpką, post-punkową goryczką. jako dziecko Pitchforka i /mu/ (a Louie i Felix w sumie jakby z tej samej rodziny...) znające cały SŁUCHAM KAŻDEGO TYPU MUZYKI STARTER PACK odnajduje się w tym jak ryba w wodzie. jak jeszcze dochodzą do mieszanki silne pływy Playboia Cartiego i Bourne'a w introwertycznym "CASINO", swawolność Brockhamptonów, czy ironiczna zabawa humorystycznymi linijkami pod hard-rockowy riff w "HEAVY METAL" - jakoś tak nigdy nie da się zapomnieć o hip hopie jako o punkcie wyjście do tego wszystkiego. no, bardzo przyjemny debiut, dawać tego więcej, no już
PROSTO Z COMPTON, umiarkowanie szalone piwniczaki nazywane Louie i Felix, z grupy z pewnością niebędącej gangiem zwanej Paris Texas., kiedy są... dobra, nie chcę mi się dalej ciągnąć tego czerstwego follow upu. chce mi się za to gorąco polecać debiutancki albumik tegoż to duetu. "BOY ANONYMOUS" zabierze nas w jedną z najbogatszych muzycznie rapowych wycieczek tego roku - ale pod warunkiem, że nie macie nic przeciwko odrobince rockowo-punkowej filozofii w waszym ukochanym hiphopq

OKEJ, nie odrobince. projekt jest wskroś przesiąknięty wyjebką dobrze wyprażonego w słoneczku, gówniarskiego kalifornijskiego punku, ale też cierpką, post-punkową goryczką. jako dziecko Pitchforka i /mu/ (a Louie i Felix w sumie jakby z tej samej rodziny...) znające cały SŁUCHAM KAŻDEGO TYPU MUZYKI STARTER PACK odnajduje się w tym jak ryba w wodzie. jak jeszcze dochodzą do mieszanki silne pływy Playboia Cartiego i Bourne'a w introwertycznym "CASINO", swawolność Brockhamptonów, czy ironiczna zabawa humorystycznymi linijkami pod hard-rockowy riff w "HEAVY METAL" - jakoś tak nigdy nie da się zapomnieć o hip hopie jako o punkcie wyjście do tego wszystkiego. no, bardzo przyjemny debiut, dawać tego więcej, no już
14 maj 2021, 21:48
xD o Freddiego Gibbsa na reggaetonach nic nie robiłem
Zaktualizowano 15 maj 2021, 08:14
15 maj 2021, 08:14
miałem zacząć ten wpis od przedstawienia historii mojej pokojowo-chłodnej relacji z muzyką J. Cole'a. z drugiej strony myślę - po co? chyba wszyscy orientujemy się mniej więcej w dyskursie jaki rozrósł się wokół postaci rapera z Północnej Karoliny. dyskursie polaryzującym jak tylko można. bo nikt nigdy nie mógł być po prostu fanem - trzeba było posiadać w domu ołtarzyk poświęcony ostatniemu prawdziwemu (wliczając lub nie wliczając Kendricka), cieszyć się przed każdym albumem z powrotu zbawiciela pokazującego miejsce złemu Drake'owi i jeszcze gorszym mumble rapperom, spamować przestrzeń social mediów kaszaniastymi memami typu "mój tępy ryj gdy usłyszałem ten lub tamten punchline Cole'a". po drugiej stronie ringu wyrosła cała kontrkultura walki z tym kultem, sprzedająca wizerunek Jermaine'a jako najbardziej krindżowego rapera naszych czasów (co jest oczywiście bzdurą: takie osoby jak Logic czy Hopsin wciąż żyją i nagrywają), nudziarzem, AND SO ON potencjał do jakiejkolwiek dyskusji uległ totalnej kompromitacji, a wraz z tym wszystkim ja sam czasem bardziej wolałem strollować jakiegoś fana niż uczciwie dokonać sprawiedliwej oceny umiejętności rapera. ale nie czuję się z tym źle, skoro ta sytuacja zmęczyła nawet samego rapera. w momencie gdy szambo toksycznego fandomu pragnącego ostatecznego zaorania mumble rapu zaczęło zbyt mocno wybijać, J. Cole postanowił "poluzować" trochę swój sound na "K.O.D.", wyprodukować album dla Young Thuga, no i nagrać ten kultowy wywiad z Lil Pumpem - przypominający trochę zaginiony odcinek Eric Andre Show najnowszy album to ciąg dalszy wędrówki Cole'a w kierunku osiągniecia stadium rapowego EVERYMANA. staroszkolno-nowoszkolnego symetrysty, Szymona Hołowni rap gry szukającego dialogu między każdym typem słuchacza. takiego co przypomni nam o klasycznym podkładzie z "U Don't Know" Jaya-Z, call & response'ach Lil Jona, Clipse'ach, Mobb Deepach, teledysku Eminema. wtrąci coś o NBA, coś o Metal Gear Solid. trochę zwróci uwagę na problemy społeczne, a trochę się też odgryzie za kąsające go tu i ówdzie pc culture. zasugerują swą wyższość moralną, ale częściej usprawiedliwi wyższość materialną - ciągle żonglując piłeczkami mistrza pyskatych przechwałek i poczciwego nice guya. jest storytell, są niespodziankowe gościnki (HEHE, BO WIECIE), jest nawet też ulubiony kaprys rapowych gwiazd czyli skłonność do tych i r y t u j ą c y c h . t y p o g r a f i i . t y t u ł ó w . p i o s e n e k . j a k b y . n i e . m o ż n a . b y ł o. n o r m a l n i e . p i s a ć. no jest tutaj wszystko, w tych niecałych 40 minutach. wszystko aż za bardzo dobra, czuję że po tym całym wcześniejszym wstępie znowu zaczynam wpadać w pułapkę bycia marnym hejterem za dwa złote. ale to nie tak. powiem wręcz, że jest to może najlepszy album Jermaine'a od dawien dawna. skutecznie odbijający potencjalne zarzuty o nudę. na każdym kroku imponujący elastycznym delievery gospodarza, który nie boi się pożyczyć na chwilę flow od Lil Baby'ego (i być w tym dobrym!). z warstwą produkcyjną taką, na jaką można było liczyć widząc tą ociekającą złotem listę tych wszystkich Timbalandów, Dahih i T-Minusów tego świata "The Off-Season" kapitalizuje jak może cały dotychczasowy dorobek rapera w zgrabnie opakowaną dawkę ostatecznego hiphopowego fajnizmu. fajnizmu, któremu bliżej do ostatniego albumu Big Seana (a to nie był zły materiał jbc) niż do jakiegokolwiek artysty biorącego czynny udział w procesach kształtowania się gatunku na przestrzeni lat. i zdaję sobie sprawę, że dokładanie się do procesu ewolucji nie jest niczyim obowiązkiem, ani też ostatecznym kryterium do wydawania niezawisłych wyroków co jest dobre, a co złe. ale hej, przynamniej na tyle dojrzałem by przyznać, że Cole jest obiektywnie WPORZO. doceńcie, pliska
miałem zacząć ten wpis od przedstawienia historii mojej pokojowo-chłodnej relacji z muzyką J. Cole'a. z drugiej strony myślę - po co? chyba wszyscy orientujemy się mniej więcej w dyskursie jaki rozrósł się wokół postaci rapera z Północnej Karoliny. dyskursie polaryzującym jak tylko można. bo nikt nigdy nie mógł być po prostu fanem - trzeba było posiadać w domu ołtarzyk poświęcony ostatniemu prawdziwemu (wliczając lub nie wliczając Kendricka), cieszyć się przed każdym albumem z powrotu zbawiciela pokazującego miejsce złemu Drake'owi i jeszcze gorszym mumble rapperom, spamować przestrzeń social mediów kaszaniastymi memami typu "mój tępy ryj gdy usłyszałem ten lub tamten punchline Cole'a". po drugiej stronie ringu wyrosła cała kontrkultura walki z tym kultem, sprzedająca wizerunek Jermaine'a jako najbardziej krindżowego rapera naszych czasów (co jest oczywiście bzdurą: takie osoby jak Logic czy Hopsin wciąż żyją i nagrywają), nudziarzem, AND SO ON

potencjał do jakiejkolwiek dyskusji uległ totalnej kompromitacji, a wraz z tym wszystkim ja sam czasem bardziej wolałem strollować jakiegoś fana niż uczciwie dokonać sprawiedliwej oceny umiejętności rapera. ale nie czuję się z tym źle, skoro ta sytuacja zmęczyła nawet samego rapera. w momencie gdy szambo toksycznego fandomu pragnącego ostatecznego zaorania mumble rapu zaczęło zbyt mocno wybijać, J. Cole postanowił "poluzować" trochę swój sound na "K.O.D.", wyprodukować album dla Young Thuga, no i nagrać ten kultowy wywiad z Lil Pumpem - przypominający trochę zaginiony odcinek Eric Andre Show

najnowszy album to ciąg dalszy wędrówki Cole'a w kierunku osiągniecia stadium rapowego EVERYMANA. staroszkolno-nowoszkolnego symetrysty, Szymona Hołowni rap gry szukającego dialogu między każdym typem słuchacza. takiego co przypomni nam o klasycznym podkładzie z "U Don't Know" Jaya-Z, call & response'ach Lil Jona, Clipse'ach, Mobb Deepach, teledysku Eminema. wtrąci coś o NBA, coś o Metal Gear Solid. trochę zwróci uwagę na problemy społeczne, a trochę się też odgryzie za kąsające go tu i ówdzie pc culture. zasugerują swą wyższość moralną, ale częściej usprawiedliwi wyższość materialną - ciągle żonglując piłeczkami mistrza pyskatych przechwałek i poczciwego nice guya. jest storytell, są niespodziankowe gościnki (HEHE, BO WIECIE), jest nawet też ulubiony kaprys rapowych gwiazd czyli skłonność do tych i r y t u j ą c y c h . t y p o g r a f i i . t y t u ł ó w . p i o s e n e k . j a k b y . n i e . m o ż n a . b y ł o. n o r m a l n i e . p i s a ć. no jest tutaj wszystko, w tych niecałych 40 minutach. wszystko aż za bardzo

dobra, czuję że po tym całym wcześniejszym wstępie znowu zaczynam wpadać w pułapkę bycia marnym hejterem za dwa złote. ale to nie tak. powiem wręcz, że jest to może najlepszy album Jermaine'a od dawien dawna. skutecznie odbijający potencjalne zarzuty o nudę. na każdym kroku imponujący elastycznym delievery gospodarza, który nie boi się pożyczyć na chwilę flow od Lil Baby'ego (i być w tym dobrym!). z warstwą produkcyjną taką, na jaką można było liczyć widząc tą ociekającą złotem listę tych wszystkich Timbalandów, Dahih i T-Minusów tego świata

"The Off-Season" kapitalizuje jak może cały dotychczasowy dorobek rapera w zgrabnie opakowaną dawkę ostatecznego hiphopowego fajnizmu. fajnizmu, któremu bliżej do ostatniego albumu Big Seana (a to nie był zły materiał jbc) niż do jakiegokolwiek artysty biorącego czynny udział w procesach kształtowania się gatunku na przestrzeni lat. i zdaję sobie sprawę, że dokładanie się do procesu ewolucji nie jest niczyim obowiązkiem, ani też ostatecznym kryterium do wydawania niezawisłych wyroków co jest dobre, a co złe. ale hej, przynamniej na tyle dojrzałem by przyznać, że Cole jest obiektywnie WPORZO. doceńcie, pliska
15 maj 2021, 18:32
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 4 tak, znowu chodzi o Bruiser Brigade Records. label z zaskoczenia wydał w piątek czwarty w tym roku album. a że jest to tym razem kompilacja, którą można trochę sprzedać odbiorcom jako poboczny projekt Danny'ego Browna - sfera hiphopowego indie dziennikarstwa/blogerstwa zdaje się nareszcie zauważać dziejące się (ładne) rzeczy "TV62" - pomimo wyjątkowo paskudnej okładki (a poprzednie były takie śliczne) - całkiem skutecznie sprzedaje to, co taki showcase powinien sprzedawać. widzimy bardzo wyraźnie co jest lepiszczem kolektywu - a tym niewątpliwie jest producent Raphy, który swoimi magicznymi soulowymi loopami dominuje wśród pełnego i tak zdolnych bitmejkerów z Detroit rosteru. tak swoją drogą - co jest w tej pompowanej z jeziora Erie wodzie, co przyczynia się do tej ciągnącej się od lat obłędnej producenckiej passy Motor City? widać też jak na tacy wyraźnie różnice między raperami, między ich podejściem, oraz między tlącą się wokół każdego z nich aurą. widać jak Fat Ray stawia na swoją cholernie solidną lecz nie pomysłodawczą normę, jak "J.U.S." trochę kluczy z własnymi konceptami wokół kolektywnie budowanego generalnego soundu. natomiast Bruiser Wolf - bez niespodzianek - absolutnie dominuje za sprawą swej charyzmy, nieprzewidywalności i jak zwykle komedianckiego ujęcia dilerskiego żyćka ("I prefer a white girl like the royal family") dominuje, ale tylko do czasu aż na mikrofon wejdzie szef BBR. na "TV62" mamy praktycznie cztery premierowe piosenki Danny'ego (o ile się nie mylę, mogłem słyszeć ich snippety parę miesięcy temu) i są to cztery kompletnie odmienne wersje tego samego rapera. moją ulubioną jest ta z "Welfare" - gdzie Brown z niespotykanie maniakalną manierą składa wprost idealny hołd sami wiecie komu słuchać, share'ować, polecać znajomym lubiącym jakościowy i wolny od pogoni za trendami hip hopek. to teraz zagadka na przyszłość - o czym będzie "ładne rzeczy z Detroit, odcinek 4"? o jeszcze nie wydanym w tegorocznym runie (i lekko zaniedbanym na "TV62") ZelooperZie?. o kolejnej rundzie solówek J.U.S.'a, Raya i Wilka? a może w końcu będzie to wyczekiwane "XXXX" pana Daniela? najbardziej kibicuję ostatniej opcji - ale żeby miała ona możliwie jak najwięcej utkanego na wydawnictwach Bruiser Brigade Records ducha
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 4

tak, znowu chodzi o Bruiser Brigade Records. label z zaskoczenia wydał w piątek czwarty w tym roku album. a że jest to tym razem kompilacja, którą można trochę sprzedać odbiorcom jako poboczny projekt Danny'ego Browna - sfera hiphopowego indie dziennikarstwa/blogerstwa zdaje się nareszcie zauważać dziejące się (ładne) rzeczy

"TV62" - pomimo wyjątkowo paskudnej okładki (a poprzednie były takie śliczne) - całkiem skutecznie sprzedaje to, co taki showcase powinien sprzedawać. widzimy bardzo wyraźnie co jest lepiszczem kolektywu - a tym niewątpliwie jest producent Raphy, który swoimi magicznymi soulowymi loopami dominuje wśród pełnego i tak zdolnych bitmejkerów z Detroit rosteru. tak swoją drogą - co jest w tej pompowanej z jeziora Erie wodzie, co przyczynia się do tej ciągnącej się od lat obłędnej producenckiej passy Motor City?

widać też jak na tacy wyraźnie różnice między raperami, między ich podejściem, oraz między tlącą się wokół każdego z nich aurą. widać jak Fat Ray stawia na swoją cholernie solidną lecz nie pomysłodawczą normę, jak "J.U.S." trochę kluczy z własnymi konceptami wokół kolektywnie budowanego generalnego soundu. natomiast Bruiser Wolf - bez niespodzianek - absolutnie dominuje za sprawą swej charyzmy, nieprzewidywalności i jak zwykle komedianckiego ujęcia dilerskiego żyćka ("I prefer a white girl like the royal family")

dominuje, ale tylko do czasu aż na mikrofon wejdzie szef BBR. na "TV62" mamy praktycznie cztery premierowe piosenki Danny'ego (o ile się nie mylę, mogłem słyszeć ich snippety parę miesięcy temu) i są to cztery kompletnie odmienne wersje tego samego rapera. moją ulubioną jest ta z "Welfare" - gdzie Brown z niespotykanie maniakalną manierą składa wprost idealny hołd sami wiecie komu

słuchać, share'ować, polecać znajomym lubiącym jakościowy i wolny od pogoni za trendami hip hopek. to teraz zagadka na przyszłość - o czym będzie "ładne rzeczy z Detroit, odcinek 4"? o jeszcze nie wydanym w tegorocznym runie (i lekko zaniedbanym na "TV62") ZelooperZie?. o kolejnej rundzie solówek J.U.S.'a, Raya i Wilka? a może w końcu będzie to wyczekiwane "XXXX" pana Daniela? najbardziej kibicuję ostatniej opcji - ale żeby miała ona możliwie jak najwięcej utkanego na wydawnictwach Bruiser Brigade Records ducha
16 maj 2021, 15:15
Young Nudy ponownie dowiózł, SPOOKY EDTION. talent rapera do diabelsko autorskiej zabawy intonacją znalazł odbicie na projekcie uprawiającym lekki horrorcore. lekki, bo daleko mu do nerdowkiego zaangażowania clippingów., a tym bardziej do koniunkturalnej toporności telewizyjnego skeczu nagranego z okazji halloween. slasherowo-horrorowe motywy wybrzmiewają raczej subtelnie i służą jako sprytny upust dla traumatycznego ulicznego realizmu kłębiącego się w linijkach Nudy'ego. posępne melodie, sterty czarnych worków z wiadomo jaką zawartością. i mistrz ceremonii hoodoo, co WYPRUJE Z WAS FLAKI JAK LALECZKA CHUCKY "DR. EV4L" nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia jak zeszłoroczne "Anyways" - może dlatego, że tym razem zabrakło jakieś wysokiej stawki, czegoś poważnego do udowodnienia. ale to wciąż bardzo soczysty przykład kolorytu trapowej Atlanty. swoją drogą - posłuchajcie również jak raper odnalazł się na hostowanej przez 21 Savage'a mini-ścieżce dźwiękowej do nowej "Piły". CREEPY, ale tak w cholernie przyjemny sposób
Young Nudy ponownie dowiózł, SPOOKY EDTION. talent rapera do diabelsko autorskiej zabawy intonacją znalazł odbicie na projekcie uprawiającym lekki horrorcore. lekki, bo daleko mu do nerdowkiego zaangażowania clippingów., a tym bardziej do koniunkturalnej toporności telewizyjnego skeczu nagranego z okazji halloween. slasherowo-horrorowe motywy wybrzmiewają raczej subtelnie i służą jako sprytny upust dla traumatycznego ulicznego realizmu kłębiącego się w linijkach Nudy'ego. posępne melodie, sterty czarnych worków z wiadomo jaką zawartością. i mistrz ceremonii hoodoo, co WYPRUJE Z WAS FLAKI JAK LALECZKA CHUCKY

"DR. EV4L" nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia jak zeszłoroczne "Anyways" - może dlatego, że tym razem zabrakło jakieś wysokiej stawki, czegoś poważnego do udowodnienia. ale to wciąż bardzo soczysty przykład kolorytu trapowej Atlanty. swoją drogą - posłuchajcie również jak raper odnalazł się na hostowanej przez 21 Savage'a mini-ścieżce dźwiękowej do nowej "Piły". CREEPY, ale tak w cholernie przyjemny sposób
19 maj 2021, 18:15
SpotifySZRP: selekcja 2021https://open.spotify.com/playlist/6XhfZR6DQz3HhqPMLFzZ40
aha, wjechał dzisiaj spory update mojej mocno zaniedbywanej rocznej plejki. HAVE FUN
Zaktualizowano 19 maj 2021, 20:16
19 maj 2021, 20:16
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
STREAMUJCIE ZAGRANICZNE RAP PREMIERY #2
21.05

nie będę kłamał, czekam na Mach-Hommy'ego jak na objawienie, a jutro zapewne o tej porze będę strzelał salwami bezkrytycznego zachwytu na temat najbardziej upragnionego przeze mnie release'u Griseldy. a może nie. ale myślę raczej że tak

oprócz płytki od enigmatycznego typa w bandanie znajdzie się jutro kilka innych ciekawych premier. na przykład Benny the Butcher ze swoim Black Soprano Family - który to kolektyw tak naprawdę #NIKOGO, ale czy słusznie? powraca Young M.A. - prawdopodobnie w swoim najbardziej do tej pory drillowym obliczu. YG wydaje materiał w duecie z Mozzym - czyli pewnie to samo ratchetowe bujanko co zawsze, ale jednak trochę inaczej

mainstreamową głośną premierą tygodnia jest 42 Dugg, który przez ostatnie kilka miesięcy pokazywał, że najwyraźniej umie w single. z bardziej osobliwych rzeczy: SpotEmGottem. jedni widzą w nim dziwacznego wacka, drudzy widzą w nim dziwacznego wacka. ja też xD, ale coś mnie w nim fascynuje i chętnie posłucham debiutu

do tego: FCG Heem, Hoodrich Pablo Juan, Yung Baby Tate (deluxe)

edit: dorzucam abstract corner w postaci nowego Navy Blue
20 maj 2021, 18:12
[ALBUM ROKU] [TO NAWET JEST ON] [NIE CLICKBAIT] [NO DOBRA TROCHĘ CLICKBAIT] [ALE I TAK: AOTY] wydaję mi się, że dość ograną gadaniną w stosunku do dobrze rokujących podziemnych emcees jest "no fajnie, fajnie, ale jakaś światła postać z talentem do a&r'u i bycia wykonawczym sprawi, że będzie JESZCZE fajniej". Mach-Hommy - znany także jako niewyczerpujące się źródełko nieskazitelnej mikrofonowej charyzmy - nie musiał szukać daleko. wystarczyło zakopać ten hipotetyczny topór z Westside Gunnem, powrócić do Griselda Records. i wykorzystać najsilniejszą z supermocy Flygoda: jego samospełniającą się w ostatnich latach fantazję o byciu pierwszoligowym hiphopowych kuratorem "Pray for Haiti" profituje od magicznego dotyku Gunna na każdym możliwym kroku. z całym szacunkiem do dotychczasowej dyskografii Macha, ale ten najnowszy album w końcu naprawdę przypomina album - podlega ostrożnie przemyślanemu sekwencjonowaniu utworów, czerpie korzyści z zakrojonej selekcji współpracowników. mniejszymi i większymi segmentami nakreśla nam kadry rzeczywistości widzianej oczami rapera z New Jersey jeśli ktoś do tej pory nie poznał muzyki Macha (a przy różnych takich trochę antykonsumenckich zagraniach muzyka istnieje taki scenariusz), to "Pray for Haiti" może posłużyć za napisany w bardzo przemyślany sposób elaborat o wyjątkowości samego siebie. ja bym był kupiony już po pierwszym tracku. psychodeliczny sampelek wyrwany rodem z haitańskiego folkloru ulicznego, CHORY i obłędny technicznie strumień świadomości rapera ("Mach-Hommy is an icon, end qoute / This gon' be the year when i gat my python trenchcoat / had to dumb it down on my slow 50 Cent flow / my whip talk for me, Bentley's wheels be-spoke"), no i Westside Gunn w wbijający bez zapowiedzi w roli pompującego wystrzałową zajawkę hype-mana i co-pilota dalej złota passa się tylko utrzymuje. podkłady uśmiechają się zarówno do słuchaczy wciągniętych w griseldowe klimaty zaraz po "Pray for Paris", jak i do tych totalnych ABSTRAKTOWYCH ŚWIRÓW (pozdrawiam). flow Hommy'ego robi się coraz gęstsze, linijki coraz bardziej wisielczo-humorzaste i intensywne ("Put this 38 in ya mouth, go head and spit your magnum opus" albo ta o Capital Steezie). z czasem potężny techniczny monolit zostaje przełamany na korzyść coraz odważniejszych wokaliz celebrujących karaibskie origin story. zresztą duma z haitańskiego pochodzenia udziela się na każdym kroku i każdą dostępną w ramach uprawianej sztuki drogą: w samplach, w subtelnych wzmiankach, w akcentach, w wypowiedzianych po kreolsku wstawkach, w tytułach piosenek, a nawet w inspirowanej Basquiatem okładce szczytowym upustem wyzwolenia się z ram "twojego regularnego rapera" jest przepiękne "Au Revoir". swoją drogą wyprodukowane przez DJ'a Green Lanterna, po którym - delikatnie mówiąc - wiele nie oczekiwałem. ale pośrednio świadczy to o tym, że selekcja podkładów została przeprowadzona na szóstkę. i to wyłącznie wśród tych mniej afiszowanych griseldowych affiliate'ów. pozdro dla wszystkich, szczególnie do Camouflage Monka, Conductora Williamsa i tego szalonego samplodelika z albumów Ransoma - który odpowiada ze najbardziej earwormowe na płycie "Kriminel". nie znajdziemy to takich tuzów przyciągania uwagi jak Alchemist, Harry Fraud czy Madlib. naprawdę nie byli tutaj potrzebni świetny album! mam nadzieje, że wpadnie w tak wysokie obroty hajp-maszyny jak zeszłoroczne "PfP" Gunna. są do tego warunki, Mach-Hommy trochę się otwiera na zewnętrzny świat - w końcu wydał album w tym samym momencie na wszystkie platofmy, bez fizyków za 444$, wszystko po bożemu, wszystko po normickiemu. prawie wszystko, bo w centrum wciąż mamy tego chowającego się za bandaną Pana Zagadkę. sprowadzającego swój artystyczny byt do słów wypowiedzianych (i wyśpiewanych) na bit. niechcącego nam powiedzieć niczego więcej o swojej misternej relacji z Hovą. no i super, w dobie galopującej internetowej transparentności subtelna doza tajemnicy po prostu się nam należy
[ALBUM ROKU] [TO NAWET JEST ON] [NIE CLICKBAIT] [NO DOBRA TROCHĘ CLICKBAIT] [ALE I TAK: AOTY]

wydaję mi się, że dość ograną gadaniną w stosunku do dobrze rokujących podziemnych emcees jest "no fajnie, fajnie, ale jakaś światła postać z talentem do a&r'u i bycia wykonawczym sprawi, że będzie JESZCZE fajniej". Mach-Hommy - znany także jako niewyczerpujące się źródełko nieskazitelnej mikrofonowej charyzmy - nie musiał szukać daleko. wystarczyło zakopać ten hipotetyczny topór z Westside Gunnem, powrócić do Griselda Records. i wykorzystać najsilniejszą z supermocy Flygoda: jego samospełniającą się w ostatnich latach fantazję o byciu pierwszoligowym hiphopowych kuratorem

"Pray for Haiti" profituje od magicznego dotyku Gunna na każdym możliwym kroku. z całym szacunkiem do dotychczasowej dyskografii Macha, ale ten najnowszy album w końcu naprawdę przypomina album - podlega ostrożnie przemyślanemu sekwencjonowaniu utworów, czerpie korzyści z zakrojonej selekcji współpracowników. mniejszymi i większymi segmentami nakreśla nam kadry rzeczywistości widzianej oczami rapera z New Jersey

jeśli ktoś do tej pory nie poznał muzyki Macha (a przy różnych takich trochę antykonsumenckich zagraniach muzyka istnieje taki scenariusz), to "Pray for Haiti" może posłużyć za napisany w bardzo przemyślany sposób elaborat o wyjątkowości samego siebie. ja bym był kupiony już po pierwszym tracku. psychodeliczny sampelek wyrwany rodem z haitańskiego folkloru ulicznego, CHORY i obłędny technicznie strumień świadomości rapera ("Mach-Hommy is an icon, end qoute / This gon' be the year when i gat my python trenchcoat / had to dumb it down on my slow 50 Cent flow / my whip talk for me, Bentley's wheels be-spoke"), no i Westside Gunn w wbijający bez zapowiedzi w roli pompującego wystrzałową zajawkę hype-mana i co-pilota

dalej złota passa się tylko utrzymuje. podkłady uśmiechają się zarówno do słuchaczy wciągniętych w griseldowe klimaty zaraz po "Pray for Paris", jak i do tych totalnych ABSTRAKTOWYCH ŚWIRÓW (pozdrawiam). flow Hommy'ego robi się coraz gęstsze, linijki coraz bardziej wisielczo-humorzaste i intensywne ("Put this 38 in ya mouth, go head and spit your magnum opus" albo ta o Capital Steezie). z czasem potężny techniczny monolit zostaje przełamany na korzyść coraz odważniejszych wokaliz celebrujących karaibskie origin story. zresztą duma z haitańskiego pochodzenia udziela się na każdym kroku i każdą dostępną w ramach uprawianej sztuki drogą: w samplach, w subtelnych wzmiankach, w akcentach, w wypowiedzianych po kreolsku wstawkach, w tytułach piosenek, a nawet w inspirowanej Basquiatem okładce

szczytowym upustem wyzwolenia się z ram "twojego regularnego rapera" jest przepiękne "Au Revoir". swoją drogą wyprodukowane przez DJ'a Green Lanterna, po którym - delikatnie mówiąc - wiele nie oczekiwałem. ale pośrednio świadczy to o tym, że selekcja podkładów została przeprowadzona na szóstkę. i to wyłącznie wśród tych mniej afiszowanych griseldowych affiliate'ów. pozdro dla wszystkich, szczególnie do Camouflage Monka, Conductora Williamsa i tego szalonego samplodelika z albumów Ransoma - który odpowiada ze najbardziej earwormowe na płycie "Kriminel". nie znajdziemy to takich tuzów przyciągania uwagi jak Alchemist, Harry Fraud czy Madlib. naprawdę nie byli tutaj potrzebni

świetny album! mam nadzieje, że wpadnie w tak wysokie obroty hajp-maszyny jak zeszłoroczne "PfP" Gunna. są do tego warunki, Mach-Hommy trochę się otwiera na zewnętrzny świat - w końcu wydał album w tym samym momencie na wszystkie platofmy, bez fizyków za 444$, wszystko po bożemu, wszystko po normickiemu. prawie wszystko, bo w centrum wciąż mamy tego chowającego się za bandaną Pana Zagadkę. sprowadzającego swój artystyczny byt do słów wypowiedzianych (i wyśpiewanych) na bit. niechcącego nam powiedzieć niczego więcej o swojej misternej relacji z Hovą. no i super, w dobie galopującej internetowej transparentności subtelna doza tajemnicy po prostu się nam należy
21 maj 2021, 18:50
wpis dedykowany wszystkim słuchaczom, którzy wpadną w sieci na jakąś niekojarzoną zbyt dobrze ksywkę, pomyślą "o jakiś newcomer". a potem okazuje się, że ten "newcomer" jest już z dekadę na scenie, ma kilkanaście płyt na Spotify (poza pewnie jeszcze więcej), kilkadziesiąt featuringów. i ma nawet na koncie nagłośnioną parę lat temu medialną batalię z prawem - o której być może nawet kiedyś słyszałeś powodem dla którego piszę dzisiaj o raperze Dark Lo jest fakt, że w piątek wydał album z jednym z trzech tenorów bitmejkerskiego neoklasycyzmu - Harrym Fraudem. patrząc na uprawiany przez rapera styl - a czerpie on garściami z lokalnego filadelfijskiego nurtu boombapowych napinaczy z uniwersum JMT i Army of the Pharaohs - człowiek dziwi się, czemu jednak nie Muggs albo Alc? tak jak uwielbiam elastyczność produkcyjną pana La Musica, to tutaj raper z Philly jakby wykracza poza regularny obieg jego estetyki. podkłady czasem zdecydowanie dominują melancholijnymi loopami, czasem dużo silniejszy głos zabiera boom-bapowa retoryka - a słuchacz czeka aż na mikrofon wejście ktoś z mniej napiętą gumką w majtkach jest to jakaś tam wartościowa rzecz dla każdego fana bitów Harry'ego (których w Polsce nie brakuje i jak ja to szanuję), jednak po jego lepsze hardkorowo-uliczne oblicze odsyłam do collab-tape'ów z Meyhemem Laurenem
wpis dedykowany wszystkim słuchaczom, którzy wpadną w sieci na jakąś niekojarzoną zbyt dobrze ksywkę, pomyślą "o jakiś newcomer". a potem okazuje się, że ten "newcomer" jest już z dekadę na scenie, ma kilkanaście płyt na Spotify (poza pewnie jeszcze więcej), kilkadziesiąt featuringów. i ma nawet na koncie nagłośnioną parę lat temu medialną batalię z prawem - o której być może nawet kiedyś słyszałeś

powodem dla którego piszę dzisiaj o raperze Dark Lo jest fakt, że w piątek wydał album z jednym z trzech tenorów bitmejkerskiego neoklasycyzmu - Harrym Fraudem. patrząc na uprawiany przez rapera styl - a czerpie on garściami z lokalnego filadelfijskiego nurtu boombapowych napinaczy z uniwersum JMT i Army of the Pharaohs - człowiek dziwi się, czemu jednak nie Muggs albo Alc?

tak jak uwielbiam elastyczność produkcyjną pana La Musica, to tutaj raper z Philly jakby wykracza poza regularny obieg jego estetyki. podkłady czasem zdecydowanie dominują melancholijnymi loopami, czasem dużo silniejszy głos zabiera boom-bapowa retoryka - a słuchacz czeka aż na mikrofon wejście ktoś z mniej napiętą gumką w majtkach

jest to jakaś tam wartościowa rzecz dla każdego fana bitów Harry'ego (których w Polsce nie brakuje i jak ja to szanuję), jednak po jego lepsze hardkorowo-uliczne oblicze odsyłam do collab-tape'ów z Meyhemem Laurenem
23 maj 2021, 13:57
DMX: grrrrrrrr
DMX: C'MON!
GUNN: brrrrrrrrr
DMX: WHAT?! WHAT?!
GUNN: brrrrrrrr AYO brrrrrrr AYO

i lecimy
Zaktualizowano 25 maj 2021, 20:13
25 maj 2021, 20:07
dzień dobry
dzień dobry
27 maj 2021, 07:16
Swizz Beatz sporo ryzykował dumnie opowiadając jaki to olbrzymi procent nowego albumu DMX'a powstał jeszcze za życia rapera. im bardziej "Exodus" był w naszych oczach malowany jako dzieło ukończone - tym bardziej słuchacz zaczynał się mentalnie nastawiać na coś, co bardziej będzie przypomniało scenariusz "Life After Death" niż "Born Again". nie są to oczekiwania uczciwe, nie powinno się porównywać rapera zmarłego w prime time'ie swej kariery z ikonicznym rozszczekanym sowizdrzałem, który co najmniej kilkanaście ostatnich lat intensywnie starał się zebrać gunwo w jedną całość. jak wyszło - dobrze wiemy. ale przynajmniej przygrywający w końcowych napisach score jest całkiem niezły przyznam, byłem na początku przestraszony. track pierwszy - średnio pasjonujący na początek posse cut starej Ruff Rydersowej ekipy, ale jakoś tak bez ikry. track drugi - ciężko zwrócić w ogóle uwagę na gospodarza, gdy Jay Z z Nasem tworzą chyba swój najlepszy wspólny track w historii (i który już chyba kiedyś słyszałem). track trzeci - i znowu gość jakby bardziej na pierwszym planie. parafrazując słowa mistrza: WHERE MY DOG AT? z czasem jednak wszystko się klaruje, album nabiera sensu, odnajduje go tam, gdzie go nie szukałem. charyzma bangerowego Earla powraca w duecie z Moneybagg Yo (podobno podmienionego w ostatniej chwili za Pop Smoke'a) przy jednoczesnej zabawie ciekawie dobranym samplem. potem wchodzą niespodziewane hajlajty. "Hold Me Down" jest piękne: radiowe w możliwe pozytywnym słowa znaczeniu, dziwaczne ze swym pociętym synthem, ponadczasowe w formule. nawet duet z wokalistą Bono z mało znanego zespołu U Dwa pozbawiony jest patosu i niezręcznego nadęcia - jakich to bym się spodziewał w utworze z wokalistą Bono z mało znanego zespołu U Dwa w ogóle cały projekt zaskakuje tym jak bardzo jest utrzymany w swym względnie dobrym smaku. jak silnie trzyma z dala od blichtru, skali z jaką mogłaby się kojarzyć taka kondensacja featuringów na metr kwadratowy. wszystko to świetnie służy gospodarzowi, który w latach tworzenia tego projektu miał inne sprawy na głowie niż utrzymanie niedraśniętego imidżu agresywnego amstaffa mikrofonu. co z tego, że złapał zadyszkę i wykoleił się trochę w konfrontacji z Griseldą (choć wymiana ad-libowych salw między obozami jest co najmniej epicka), jak za to cudownie odnalazł się w roli skruszonego i naznaczonego przejściami pomnika w innych utworach? jako spełniony ojciec, jako zgłębiający siebie syn marnotrawny, jako zagubiony w swych zgubnych żądzach kochanek - stał się bardziej wiarygodny niż kiedykolwiek. a jego wciąż mało wysublimowana umiejętność władania słowem (szykujcie się na masę prostych zbitek jednosylabowych rymów i oklepanych metafor: rain - pain - gain, te sprawy) SOMEHOW gra tutaj na plus. bo tam gdzie zawodzi zasób leksykalny, tam triumfuje utajony między wersami weltschmerz a wszystko to rzetelnie wyciska z DMX'a Swizz Beatz - i jako executive, i jako autor większości podkładów (z małą pomocą między innymi AraabMuzika czy Mr. Portera), z zachowaniem wspomnianego dobrego smaku, którego ze świecą szukać na składankach Khaleda. good job, choć przyjmując rolę domagającego się zawzięcie poetyckiej sprawiedliwości arbitra - upatrywałbym tutaj chętnie udziału Dame'a Grease'a, który to przecież miał równie sporo do opowiedzenia w tej historii. pomimo tego i pomimo czasem słabego miksu na wokalach utrudniającego zrozumienie szczekaniny - wszystko ma tutaj jakiś sens. a dygresje na temat tego co powstało w którym roku i kto gdzie oryginalnie pojawiał się w jakim utworze - nikogo, proszę się rozejść wracając do tego totalnie zbędnego porównania postawionego w pierwszym akapicie: "Life After Death", czy "Born Again". odpowiedź to - UWAGA - żodyn. "Exodus" domyka dyskografię na własnych warunkach. nawet jeśli nie zadziała jako album nadający się wielu odsłuchów - to działa jako ważny event, jako koncert pożegnalny w tych dziwnych, niekoncertowych czasach. także ten, smartfony w górę i wszyscy razem <angry barking noises>. za legendę
Swizz Beatz sporo ryzykował dumnie opowiadając jaki to olbrzymi procent nowego albumu DMX'a powstał jeszcze za życia rapera. im bardziej "Exodus" był w naszych oczach malowany jako dzieło ukończone - tym bardziej słuchacz zaczynał się mentalnie nastawiać na coś, co bardziej będzie przypomniało scenariusz "Life After Death" niż "Born Again". nie są to oczekiwania uczciwe, nie powinno się porównywać rapera zmarłego w prime time'ie swej kariery z ikonicznym rozszczekanym sowizdrzałem, który co najmniej kilkanaście ostatnich lat intensywnie starał się zebrać gunwo w jedną całość. jak wyszło - dobrze wiemy. ale przynajmniej przygrywający w końcowych napisach score jest całkiem niezły

przyznam, byłem na początku przestraszony. track pierwszy - średnio pasjonujący na początek posse cut starej Ruff Rydersowej ekipy, ale jakoś tak bez ikry. track drugi - ciężko zwrócić w ogóle uwagę na gospodarza, gdy Jay Z z Nasem tworzą chyba swój najlepszy wspólny track w historii (i który już chyba kiedyś słyszałem). track trzeci - i znowu gość jakby bardziej na pierwszym planie. parafrazując słowa mistrza: WHERE MY DOG AT?

z czasem jednak wszystko się klaruje, album nabiera sensu, odnajduje go tam, gdzie go nie szukałem. charyzma bangerowego Earla powraca w duecie z Moneybagg Yo (podobno podmienionego w ostatniej chwili za Pop Smoke'a) przy jednoczesnej zabawie ciekawie dobranym samplem. potem wchodzą niespodziewane hajlajty. "Hold Me Down" jest piękne: radiowe w możliwe pozytywnym słowa znaczeniu, dziwaczne ze swym pociętym synthem, ponadczasowe w formule. nawet duet z wokalistą Bono z mało znanego zespołu U Dwa pozbawiony jest patosu i niezręcznego nadęcia - jakich to bym się spodziewał w utworze z wokalistą Bono z mało znanego zespołu U Dwa

w ogóle cały projekt zaskakuje tym jak bardzo jest utrzymany w swym względnie dobrym smaku. jak silnie trzyma z dala od blichtru, skali z jaką mogłaby się kojarzyć taka kondensacja featuringów na metr kwadratowy. wszystko to świetnie służy gospodarzowi, który w latach tworzenia tego projektu miał inne sprawy na głowie niż utrzymanie niedraśniętego imidżu agresywnego amstaffa mikrofonu. co z tego, że złapał zadyszkę i wykoleił się trochę w konfrontacji z Griseldą (choć wymiana ad-libowych salw między obozami jest co najmniej epicka), jak za to cudownie odnalazł się w roli skruszonego i naznaczonego przejściami pomnika w innych utworach? jako spełniony ojciec, jako zgłębiający siebie syn marnotrawny, jako zagubiony w swych zgubnych żądzach kochanek - stał się bardziej wiarygodny niż kiedykolwiek. a jego wciąż mało wysublimowana umiejętność władania słowem (szykujcie się na masę prostych zbitek jednosylabowych rymów i oklepanych metafor: rain - pain - gain, te sprawy) SOMEHOW gra tutaj na plus. bo tam gdzie zawodzi zasób leksykalny, tam triumfuje utajony między wersami weltschmerz

a wszystko to rzetelnie wyciska z DMX'a Swizz Beatz - i jako executive, i jako autor większości podkładów (z małą pomocą między innymi AraabMuzika czy Mr. Portera), z zachowaniem wspomnianego dobrego smaku, którego ze świecą szukać na składankach Khaleda. good job, choć przyjmując rolę domagającego się zawzięcie poetyckiej sprawiedliwości arbitra - upatrywałbym tutaj chętnie udziału Dame'a Grease'a, który to przecież miał równie sporo do opowiedzenia w tej historii. pomimo tego i pomimo czasem słabego miksu na wokalach utrudniającego zrozumienie szczekaniny - wszystko ma tutaj jakiś sens. a dygresje na temat tego co powstało w którym roku i kto gdzie oryginalnie pojawiał się w jakim utworze - nikogo, proszę się rozejść

wracając do tego totalnie zbędnego porównania postawionego w pierwszym akapicie: "Life After Death", czy "Born Again". odpowiedź to - UWAGA - żodyn. "Exodus" domyka dyskografię na własnych warunkach. nawet jeśli nie zadziała jako album nadający się wielu odsłuchów - to działa jako ważny event, jako koncert pożegnalny w tych dziwnych, niekoncertowych czasach. także ten, smartfony w górę i wszyscy razem <angry barking noises>. za legendę
28 maj 2021, 22:03
dzisiaj wpis w sumie nietypowy. zamiast cotygodniowego raportu ze spraw bieżących napiszę a najlepszej rzeczy, jaką udało mi się kompletnie przegapić w 2020 roku. w zasadzie to nawet dziwię się samemu sobie - gdyż poszlak, które mogłyby mnie zaprowadzić na odpowiedni trop, było całkiem sporo. dobra, do rzeczy, oto dwie godne docenienia sylwetki pięknych ludzi: pierwszą z nich jest Nicholas Craven. pochodzący z totalnie niekojarzącego się z hip hopem Montrealu digger zwrócił moją uwagę swoim nazwiskiem na najnowszym albumie Mach-Hommy'ego. "Kriminel" wybijało się na i tak cholernie solidnym muzycznie "Pray for Haiti", naturalnym było zrobić rzetelny, discogsowy RISERCZ. okazało się, że pan Mikołaj był przecież w wielu innych miejscach - i na poprzednich płytach Hommy'ego ("Sqeaky Hinge"!), i u Navy Blue, i u God Fahima, miał nawet materiał z Eto, dwa producenckie krążki z całkiem rozsądnym zestawem raperów, a nawet dwa remix albumy z odpicowanymi trackami Conwaya. wszystko o czym właśnie mówię jest jbc dostępne na Spotify. warto a czemu warto? Kanadyjczyk doskonale wpisuje się w profil pocztu moich ulubionych PROLIFIC producentów obecnych czasów. pływa w samplach kraulem, ma w sobie pokłady energii, za pomocą której mógłby samodzielnie przywrócić do łask chipmunk soul. kocha popularny we współczesnym "undergroundzie" drumless beatmaking, także zatwardziali przeciwnicy bezbębnych lambadziar mogą nie znaleźć nic dla siebie. a może jednak znajdą? Craven uderza w kompletnie inne, o wiele bardziej pozytywne niż Alc albo Muggs tony. podkłady - pomimo podziemno-garażowego (pamiętajcie: #nosamplesnitching) charakteru - niosą w sobie moc mainstreamowej, luxury-rapowej elegancji. fantastycznie brzmią na tych podkładach wcześniej wyliczeni artyści, ale równie chętnie bym usłyszał na nich Freddiego Gibbsa, Jaya Z, czy nawet Ricka Rossa drugi bohater to Ransom. nowojorski emcee działa na scenie już z kilkanaście lat. fun fact - zaczynał trzymając się blisko obiecującej raperki znanej pod ksywą Nicki Minaj. jednemu z tej dwójki udało się w żyćku z kontraktem w YMCMB, a drugie trafiło gdzieś w manowce Babygrande Records. wiele lat później - mniej więcej wraz z równolegle rosnącą potęgą Griseldy - zaczął zbijać coraz większy undergroundowy kapitał, pojawiać się w ogromnej liczbie gościnek. ale te gościnki zupełnie nie oddawały jego autorskiego potencjału warunkami głosowymi blisko mu do Benka Rzeźnika. talentem do pisania celnych linijek również, jednak Ransom nie wykorzystuje ich do przechwałek per se, albo niekończącej się opowieści o sprzedaży dragów. celuje znacznie wyżej, idzie w podbite rozsądną uliczną poezją moralizatorstwo, zuchwałe komentowanie bieżących kulturowych wydarzeń, wersy ryją się w pamięci w trybie instant. jednocześnie Ransom jest typem popkulturowego nerda, który każdą z nagranych w zeszłym roku piosenek zatytułowałby od któregoś z ulubionych filmów, a i w samych linijkach wykazałby się ponadprzeciętną biegłością w kinożerstwie i serialożerstwie obaj panowie mieli w zeszłym roku przepiękny wspólny run. dwie EPki ("Director's Cut", "Director's Cut Scene Two"), następnie longplay ("Director's Cut Scene 3"), a później znów EPki ("Deletes Scenes" i "Crime Scenes"). to, że w grafice dałem okładkę tylko jednego z projektów, absolutnie nic nie znaczy. sprawdzajcie te materiały po kolei, od końca, albo nawet tak jak wam się wylosuje. ale sprawdzajcie, SRSLY
dzisiaj wpis w sumie nietypowy. zamiast cotygodniowego raportu ze spraw bieżących napiszę a najlepszej rzeczy, jaką udało mi się kompletnie przegapić w 2020 roku. w zasadzie to nawet dziwię się samemu sobie - gdyż poszlak, które mogłyby mnie zaprowadzić na odpowiedni trop, było całkiem sporo. dobra, do rzeczy, oto dwie godne docenienia sylwetki pięknych ludzi:

pierwszą z nich jest Nicholas Craven. pochodzący z totalnie niekojarzącego się z hip hopem Montrealu digger zwrócił moją uwagę swoim nazwiskiem na najnowszym albumie Mach-Hommy'ego. "Kriminel" wybijało się na i tak cholernie solidnym muzycznie "Pray for Haiti", naturalnym było zrobić rzetelny, discogsowy RISERCZ. okazało się, że pan Mikołaj był przecież w wielu innych miejscach - i na poprzednich płytach Hommy'ego ("Sqeaky Hinge"!), i u Navy Blue, i u God Fahima, miał nawet materiał z Eto, dwa producenckie krążki z całkiem rozsądnym zestawem raperów, a nawet dwa remix albumy z odpicowanymi trackami Conwaya. wszystko o czym właśnie mówię jest jbc dostępne na Spotify. warto

a czemu warto? Kanadyjczyk doskonale wpisuje się w profil pocztu moich ulubionych PROLIFIC producentów obecnych czasów. pływa w samplach kraulem, ma w sobie pokłady energii, za pomocą której mógłby samodzielnie przywrócić do łask chipmunk soul. kocha popularny we współczesnym "undergroundzie" drumless beatmaking, także zatwardziali przeciwnicy bezbębnych lambadziar mogą nie znaleźć nic dla siebie. a może jednak znajdą? Craven uderza w kompletnie inne, o wiele bardziej pozytywne niż Alc albo Muggs tony. podkłady - pomimo podziemno-garażowego (pamiętajcie: #nosamplesnitching) charakteru - niosą w sobie moc mainstreamowej, luxury-rapowej elegancji. fantastycznie brzmią na tych podkładach wcześniej wyliczeni artyści, ale równie chętnie bym usłyszał na nich Freddiego Gibbsa, Jaya Z, czy nawet Ricka Rossa

drugi bohater to Ransom. nowojorski emcee działa na scenie już z kilkanaście lat. fun fact - zaczynał trzymając się blisko obiecującej raperki znanej pod ksywą Nicki Minaj. jednemu z tej dwójki udało się w żyćku z kontraktem w YMCMB, a drugie trafiło gdzieś w manowce Babygrande Records. wiele lat później - mniej więcej wraz z równolegle rosnącą potęgą Griseldy - zaczął zbijać coraz większy undergroundowy kapitał, pojawiać się w ogromnej liczbie gościnek. ale te gościnki zupełnie nie oddawały jego autorskiego potencjału

warunkami głosowymi blisko mu do Benka Rzeźnika. talentem do pisania celnych linijek również, jednak Ransom nie wykorzystuje ich do przechwałek per se, albo niekończącej się opowieści o sprzedaży dragów. celuje znacznie wyżej, idzie w podbite rozsądną uliczną poezją moralizatorstwo, zuchwałe komentowanie bieżących kulturowych wydarzeń, wersy ryją się w pamięci w trybie instant. jednocześnie Ransom jest typem popkulturowego nerda, który każdą z nagranych w zeszłym roku piosenek zatytułowałby od któregoś z ulubionych filmów, a i w samych linijkach wykazałby się ponadprzeciętną biegłością w kinożerstwie i serialożerstwie

obaj panowie mieli w zeszłym roku przepiękny wspólny run. dwie EPki ("Director's Cut", "Director's Cut Scene Two"), następnie longplay ("Director's Cut Scene 3"), a później znów EPki ("Deletes Scenes" i "Crime Scenes"). to, że w grafice dałem okładkę tylko jednego z projektów, absolutnie nic nie znaczy. sprawdzajcie te materiały po kolei, od końca, albo nawet tak jak wam się wylosuje. ale sprawdzajcie, SRSLY
30 maj 2021, 20:41
Westside Gunn oficjalnie potwierdził który rapowy solista jako następny pobłogosławiony zostanie magicznym dotykiem pana p o t ę ż n e g o hiphopowego executive'a. niezmiernie cieszy mnie, że będzie to Stove God Cooks, którego zeszłoroczna solówka (a w zasadzie duo z produkującym Marciano) była być może moim najprzyjemniejszym odkryciem zeszłego roku

BUMP, stary wpis, zapraszam na pokład tego bandwagonu. nie krępować się, mamy jeszcze sporo wolnych miejsc
Zaktualizowano 1 cze 2021, 21:01
1 cze 2021, 21:01
taki mem mi się dzisiaj wymyślił w głowie. może zbyt insajderski, nwm, trudno
taki mem mi się dzisiaj wymyślił w głowie. może zbyt insajderski, nwm, trudno
4 cze 2021, 16:03
uwielbiam historie o nowych otwarciach rapowych karier, o podnoszeniu się z popiołów, o odnajdywaniu poszukiwanej kilkanaście lat własnej niszy, o skutecznych rebrandingach pozwalających przeżyć drugą młodość - albo nawet pierwszą młodość, bo z tą pierwszą to tak sobie się udało. Lloyd Banks miał w garści wszystkie argumenty stojące za tym, żeby dokonać efektywnej tranzycji prosto w lepsze jutro. pomimo rosnącego mikstejpowego street credu, pokaźnej kolekcji znajomości w klaserze i kilku ostatnio udanych featuringów dostajemy album, za sprawą którego zbyt wiele się nie zmienia szkoda, gdyż "The Course of the Inevitable" to obraz kwitnącego rapera z krwi i kości, wciąż motywowanego wyrażaną dość dosłownie od lat ideą "głodu na więcej", ale jednocześnie rozczarowanego przebiegiem zdarzeń, zatapiającego w czerni i bieli zacierające się wspomnienia o obrzydliwie przepłaconych planach teledysków ekipy G-Unit. w tle gdzieś przebrzmiewa złośliwy śmiech 50 Centa twierdzącego, że gdyby Banks wcześniej wstawał, mniej oglądał Netflixa i zrobił ten cholerny kurs języka mandaryńskiego, to również byłby dziś wielkim panem człowiekiem sukcesu. słyszysz, że on to słyszał. i że zalazło mu to pod skórę niestety, w parzę z dojrzałością emocjonalną i warsztatową idzie taka delikatna impotencja w rysowaniu szerszego obrazu. może i mamy rapera, który potrafi zaskoczyć sprawiedliwą rywalizacją z takimi postaciami jak Freddie Gibbs, Benny the Butcher albo Ransom. ale wszystko to ma miejsce na podkładach równie ekscytujących, co czytanie listy odpowiedzialnych za nie anonimów. nieliczne (i niespecjalnie spektakularne) przebłyski rozumienia współczesnego EASTCOASTU gubią się w nowojorskiej obstrukcji drugiej połowy lat '00s. niektóre potworki ("Break Me Down", "Panic") straszą nie do końca przeciętą g-unitową pępowiną. no i co znowu z tym miksem na rapowych płytach i czemu Roc Marciano brzmi jakby nagrał swoja zwrotkę w pustej piwnicy mikrofonem do Skype'a? "The Course of the Inevitable" to przyzwoity album, ale też boleśnie kłujący - i w serce i czasem w ucho. nie chcę znowu pisać, że porządny executive by tutaj zrobił porządek I ŻE ZNAM PRZYKŁAD JEDNEGO TAKIEGO CO BY ZROBIŁ DOBRZE. ale trochę tak jest, no c'mon
uwielbiam historie o nowych otwarciach rapowych karier, o podnoszeniu się z popiołów, o odnajdywaniu poszukiwanej kilkanaście lat własnej niszy, o skutecznych rebrandingach pozwalających przeżyć drugą młodość - albo nawet pierwszą młodość, bo z tą pierwszą to tak sobie się udało. Lloyd Banks miał w garści wszystkie argumenty stojące za tym, żeby dokonać efektywnej tranzycji prosto w lepsze jutro. pomimo rosnącego mikstejpowego street credu, pokaźnej kolekcji znajomości w klaserze i kilku ostatnio udanych featuringów dostajemy album, za sprawą którego zbyt wiele się nie zmienia

szkoda, gdyż "The Course of the Inevitable" to obraz kwitnącego rapera z krwi i kości, wciąż motywowanego wyrażaną dość dosłownie od lat ideą "głodu na więcej", ale jednocześnie rozczarowanego przebiegiem zdarzeń, zatapiającego w czerni i bieli zacierające się wspomnienia o obrzydliwie przepłaconych planach teledysków ekipy G-Unit. w tle gdzieś przebrzmiewa złośliwy śmiech 50 Centa twierdzącego, że gdyby Banks wcześniej wstawał, mniej oglądał Netflixa i zrobił ten cholerny kurs języka mandaryńskiego, to również byłby dziś wielkim panem człowiekiem sukcesu. słyszysz, że on to słyszał. i że zalazło mu to pod skórę

niestety, w parzę z dojrzałością emocjonalną i warsztatową idzie taka delikatna impotencja w rysowaniu szerszego obrazu. może i mamy rapera, który potrafi zaskoczyć sprawiedliwą rywalizacją z takimi postaciami jak Freddie Gibbs, Benny the Butcher albo Ransom. ale wszystko to ma miejsce na podkładach równie ekscytujących, co czytanie listy odpowiedzialnych za nie anonimów. nieliczne (i niespecjalnie spektakularne) przebłyski rozumienia współczesnego EASTCOASTU gubią się w nowojorskiej obstrukcji drugiej połowy lat '00s. niektóre potworki ("Break Me Down", "Panic") straszą nie do końca przeciętą g-unitową pępowiną. no i co znowu z tym miksem na rapowych płytach i czemu Roc Marciano brzmi jakby nagrał swoja zwrotkę w pustej piwnicy mikrofonem do Skype'a?

"The Course of the Inevitable" to przyzwoity album, ale też boleśnie kłujący - i w serce i czasem w ucho. nie chcę znowu pisać, że porządny executive by tutaj zrobił porządek I ŻE ZNAM PRZYKŁAD JEDNEGO TAKIEGO CO BY ZROBIŁ DOBRZE. ale trochę tak jest, no c'mon
4 cze 2021, 17:51
o, a to jest przyjemny news do przekazania przez stronę, która nazywa się @[2210517145929651:274:Streamujcie zagraniczne rap płyty] oczywiście wiadomo: to nie jest tak, że nic nigdy nie było robione w tym kierunku, albo że był to zwyczajny kaprys zagubionej w dzisiejszych czasach grupy, albo zbyt trudne wyboje na drodze do wyczyszczenia sampli (choć to w pewnym stopniu również). mamy konkretne przeciwności losu i jest jakaś szansa by je pokonać. oby się to udało, bo absencja tak ważnej dyskografii na streamach jest w dzisiejszych czasach formą elektronicznego autowykluczania się z debaty o historii kultury - nie tylko tej hiphopowej
o, a to jest przyjemny news do przekazania przez stronę, która nazywa się Streamujcie zagraniczne rap płyty

oczywiście wiadomo: to nie jest tak, że nic nigdy nie było robione w tym kierunku, albo że był to zwyczajny kaprys zagubionej w dzisiejszych czasach grupy, albo zbyt trudne wyboje na drodze do wyczyszczenia sampli (choć to w pewnym stopniu również). mamy konkretne przeciwności losu i jest jakaś szansa by je pokonać. oby się to udało, bo absencja tak ważnej dyskografii na streamach jest w dzisiejszych czasach formą elektronicznego autowykluczania się z debaty o historii kultury - nie tylko tej hiphopowej
5 cze 2021, 12:28
trochę uszło to powszechnej uwadze, ale 21 Savage wraz z Metro wypuścili w piątek nowy track. i to taki w pełnym Savage Mode
Zaktualizowano 6 cze 2021, 11:21
6 cze 2021, 11:21
ze wszystkich premier ostatniego piątku okazało się, że to ONE RADIO PERSONALITY BOI ze swoją składanką dostarczył mi najwięcej satysfakcjonujących chwil. może włącza mi się już adekwatna do wieku faza na biasowanie nowojorsko-centrycznych wydarzeń na scenie, a może staje się zbyt leniwy by szukać odpowiednich środków wyrazu do wyartykułowania co jest w porządku z bardzo przystępnym przecież collabo albumem Lil Baby'ego z Lil Durkiem. z drugiej strony śledzę też opinię innych LUDZIÓW i chyba wcale nie jestem osamotniony w odurzaniu się eastcoastczyzną zawartą na albumie Petera Rosenberga "Real Late" daleko jest do ideału, jest trochę krzywizn na drodze, bitów bardziej przeciętnych od innych. ale wszystkie niedociągnięcia tracą znaczenie przy momentach tych bardziej epickich "dociągnięć". jak "Stain" Westside Gunna brzmiące jak rozkosznie sarkastyczny list miłosny do samego siebie. albo jak Styles P, Ransom i Smoke DZA dogadują się na nie byle jak złowieszczym synthu. Stove God Cooks - łykam w ciemno każdy jego featuring i niczego potem nie żałuję. Method Man wciąż broni tytułu arcymistrza gościnnych występów. dalej próbuje zrozumieć co się dzieje z Jimem Jonesem (i kto mu pisze teksty), że w 2021 roku leci u boku jednego z najlepszych raperów wszech czasów jak równy z równym. z innych niespodzianek: Buckwild dostarcza w "Midnight Sunday" zaskakująco współczesną produkcyjnie awangardę, a Homeboy Sandman gustownie zamyka projekt swoim zaskakująco fitującym tutaj trybem gawędziarza tak jak mówię: nic wielkiego, a cieszy, a bawi, a da się nawet coś zapamiętać na dłużej niż dwa tygodnie. niby randomowa składanka, a jednak daje nam logiczny obraz tego, co Rosenberg widzi - albo jakby chciał widzieć - scenę wschodniego wybrzeża Stanów. scenę niezatapialną, wielowątkową, międzypokoleniową (i to tak dosłownie, mamy tutaj pierwszoligową reprezentację rdzennego Wu Tang Clanu, ale i utwór składu założonego przez Wu-potomków). aha, mamy tu też kilka produkcji od producenta o ksywie Disco Vietman - a to jest jakieś light to strong 9 w kategorii bycia zajebistym w wymyślaniu sobie pseudonimu
ze wszystkich premier ostatniego piątku okazało się, że to ONE RADIO PERSONALITY BOI ze swoją składanką dostarczył mi najwięcej satysfakcjonujących chwil. może włącza mi się już adekwatna do wieku faza na biasowanie nowojorsko-centrycznych wydarzeń na scenie, a może staje się zbyt leniwy by szukać odpowiednich środków wyrazu do wyartykułowania co jest w porządku z bardzo przystępnym przecież collabo albumem Lil Baby'ego z Lil Durkiem. z drugiej strony śledzę też opinię innych LUDZIÓW i chyba wcale nie jestem osamotniony w odurzaniu się eastcoastczyzną zawartą na albumie Petera Rosenberga

"Real Late" daleko jest do ideału, jest trochę krzywizn na drodze, bitów bardziej przeciętnych od innych. ale wszystkie niedociągnięcia tracą znaczenie przy momentach tych bardziej epickich "dociągnięć". jak "Stain" Westside Gunna brzmiące jak rozkosznie sarkastyczny list miłosny do samego siebie. albo jak Styles P, Ransom i Smoke DZA dogadują się na nie byle jak złowieszczym synthu. Stove God Cooks - łykam w ciemno każdy jego featuring i niczego potem nie żałuję. Method Man wciąż broni tytułu arcymistrza gościnnych występów. dalej próbuje zrozumieć co się dzieje z Jimem Jonesem (i kto mu pisze teksty), że w 2021 roku leci u boku jednego z najlepszych raperów wszech czasów jak równy z równym. z innych niespodzianek: Buckwild dostarcza w "Midnight Sunday" zaskakująco współczesną produkcyjnie awangardę, a Homeboy Sandman gustownie zamyka projekt swoim zaskakująco fitującym tutaj trybem gawędziarza

tak jak mówię: nic wielkiego, a cieszy, a bawi, a da się nawet coś zapamiętać na dłużej niż dwa tygodnie. niby randomowa składanka, a jednak daje nam logiczny obraz tego, co Rosenberg widzi - albo jakby chciał widzieć - scenę wschodniego wybrzeża Stanów. scenę niezatapialną, wielowątkową, międzypokoleniową (i to tak dosłownie, mamy tutaj pierwszoligową reprezentację rdzennego Wu Tang Clanu, ale i utwór składu założonego przez Wu-potomków). aha, mamy tu też kilka produkcji od producenta o ksywie Disco Vietman - a to jest jakieś light to strong 9 w kategorii bycia zajebistym w wymyślaniu sobie pseudonimu
7 cze 2021, 21:12
gdybym miał w skali od jednego do dziesięciu ocenić jak bardzo świat potrzebował kolejnego albumu Migosów, powiedziałbym: CZŁOWIEKU, NIE WIEM. po bardzo chłodno przyjętym "Culture II" (które pamięta się głównie jako punkt zwrotny w dyskusji na temat kryzysu z wydawaniem albumów przeładowanych treścią w celu podbicia wyników streamingowych), po zainicjowanych bez szczególnego powodzenia karierach solowych (choć imo solówka Offseta była cool i będę jej bronił), po nikogo nieinteresujących kompilacjach Quality Control - jakoś nie widziałem zbyt wielu twarzy zmartwionych tym, że chłopaki mają jakieś tam inby z wytwórnią, a "Culture III" smaży się w development hell ale to już przeszłość, trzecia część flagowca Migosów już zawitała w naszych głośnikach. najcieplejszą rzeczą, jaką mógłbym powiedzieć jest "no, jest lepiej niż na dwójeczce". nie jest to aż tak niepotrzebnie obszerny projekt - aczkolwiek godzina i piętnaście minut muzyki na jednym albumie w 2021 roku dalej nie brzmi jak dobra zabawa. nie ma też odgórnych wytycznych, w których każdy z członków musiał nagrać rozbudowaną zwrotkę do niemal każdego utworu - przez co nie dość, że na "Culture II" było za dużo piosenek, to jeszcze o zgrozo trwały średnio od czterech do pięciu minut ale nie chodzi tylko o liczby. na najnowszym albumie - pomimo, że wciąż trwa ile trwa - udało się zachować względną różnorodność, i nawet po jednym/dwóch pierwszy odsłuchach z łatwością odróżnia się świeżo nabyte wspomnienia. to zasługa umiejętnej selekcji podkładów, opartych na chwytliwych loopach albo prowokujących do dzielenia się nowiną, że Migos nagrali pod sampel z Czajkowskiego. albo z 50 Centa. albo z The Temptations i że wreszcie to logo Motown Records na opakowaniu płyty coś znaczy. dodajmy do tego chwytliwy EDMowy riff w "Birthday" albo wakacyjną lekkość "Malibu" - ktoś ACTUALLY pomyślał nad całym soundem płyty, a nie skompilował tylko zestawu paczek bitów nadesłanych przez producentów z łapanki o tekstach Quavo, Takeoffa i Offseta pisać nie będę za wiele, no bo co można napisać? wciąż jest to liryczny ambient, randomowa lista obecności ekskluzywnych marek i follow upy/skojarzenia, o które nikt nie pytał ("Arabian b**** in the passenger seat / Like she got a illegal bomb (Bomb)", Takeoff typie...). teksty te jak zawszę są tylko pretekstem do obcowania z jak zawsze dobrze naoliwionymi flow. słyszę technikę Offseta i daję okejkę zawsze, OK? w przypadku uczucia monotonii możemy się ratować gościnnymi występami innych artystów... albo nie? selekcja ficzuringów tutaj była dość przewidywalna i tylko nieliczni wnieśli coś ciekawego (dalej zachwycony jestem lekkością back & forth z YoungBoyem NBA w "Need It"). aha, ogóle to fajnie, że Drake łaskawie pozwolił gospodarzom pojawić się w ich własnej piosence no to czy potrzebowaliśmy tego "Culture III"? jako osoba, która kibicowało grupie mniej więcej od czasu viralowego "Versace" i osoba która wychwalała uniwersalność i maksymalizm pierwszego "Culture", propsowała fascynujące połączenia triplet flow z autotune'owymi back vocalami - cieszę się, że mogę ponownie poczuć ułamek tego świeżego niegdyś ujęcia na mainstreamowy trap. ale 2021 to nie 2017, a nowa generacja raperów takich jak Polo G, Lil Durk czy Lil Baby robi okrążenia wokół tria z Atlanty i wygrywa w walce o to, czego pragnie masowy odbiorca hip hopów i co jest FRESH. okładka albumu tak jakby nawiązuje do "The Miracle" Queen - i chyba nie bez powodu to tego właśnie krążka, a nie na przykład "A Night at the Opera". trzech amigos będzie jeszcze trochę czasu na językach, ale bardziej będzie to opadający lot na autopilocie niż spektakularne sukcesy w walce o nową bazę słuchaczy
gdybym miał w skali od jednego do dziesięciu ocenić jak bardzo świat potrzebował kolejnego albumu Migosów, powiedziałbym: CZŁOWIEKU, NIE WIEM. po bardzo chłodno przyjętym "Culture II" (które pamięta się głównie jako punkt zwrotny w dyskusji na temat kryzysu z wydawaniem albumów przeładowanych treścią w celu podbicia wyników streamingowych), po zainicjowanych bez szczególnego powodzenia karierach solowych (choć imo solówka Offseta była cool i będę jej bronił), po nikogo nieinteresujących kompilacjach Quality Control - jakoś nie widziałem zbyt wielu twarzy zmartwionych tym, że chłopaki mają jakieś tam inby z wytwórnią, a "Culture III" smaży się w development hell

ale to już przeszłość, trzecia część flagowca Migosów już zawitała w naszych głośnikach. najcieplejszą rzeczą, jaką mógłbym powiedzieć jest "no, jest lepiej niż na dwójeczce". nie jest to aż tak niepotrzebnie obszerny projekt - aczkolwiek godzina i piętnaście minut muzyki na jednym albumie w 2021 roku dalej nie brzmi jak dobra zabawa. nie ma też odgórnych wytycznych, w których każdy z członków musiał nagrać rozbudowaną zwrotkę do niemal każdego utworu - przez co nie dość, że na "Culture II" było za dużo piosenek, to jeszcze o zgrozo trwały średnio od czterech do pięciu minut

ale nie chodzi tylko o liczby. na najnowszym albumie - pomimo, że wciąż trwa ile trwa - udało się zachować względną różnorodność, i nawet po jednym/dwóch pierwszy odsłuchach z łatwością odróżnia się świeżo nabyte wspomnienia. to zasługa umiejętnej selekcji podkładów, opartych na chwytliwych loopach albo prowokujących do dzielenia się nowiną, że Migos nagrali pod sampel z Czajkowskiego. albo z 50 Centa. albo z The Temptations i że wreszcie to logo Motown Records na opakowaniu płyty coś znaczy. dodajmy do tego chwytliwy EDMowy riff w "Birthday" albo wakacyjną lekkość "Malibu" - ktoś ACTUALLY pomyślał nad całym soundem płyty, a nie skompilował tylko zestawu paczek bitów nadesłanych przez producentów z łapanki

o tekstach Quavo, Takeoffa i Offseta pisać nie będę za wiele, no bo co można napisać? wciąż jest to liryczny ambient, randomowa lista obecności ekskluzywnych marek i follow upy/skojarzenia, o które nikt nie pytał ("Arabian b**** in the passenger seat / Like she got a illegal bomb (Bomb)", Takeoff typie...). teksty te jak zawszę są tylko pretekstem do obcowania z jak zawsze dobrze naoliwionymi flow. słyszę technikę Offseta i daję okejkę zawsze, OK? w przypadku uczucia monotonii możemy się ratować gościnnymi występami innych artystów... albo nie? selekcja ficzuringów tutaj była dość przewidywalna i tylko nieliczni wnieśli coś ciekawego (dalej zachwycony jestem lekkością back & forth z YoungBoyem NBA w "Need It"). aha, ogóle to fajnie, że Drake łaskawie pozwolił gospodarzom pojawić się w ich własnej piosence

no to czy potrzebowaliśmy tego "Culture III"? jako osoba, która kibicowało grupie mniej więcej od czasu viralowego "Versace" i osoba która wychwalała uniwersalność i maksymalizm pierwszego "Culture", propsowała fascynujące połączenia triplet flow z autotune'owymi back vocalami - cieszę się, że mogę ponownie poczuć ułamek tego świeżego niegdyś ujęcia na mainstreamowy trap. ale 2021 to nie 2017, a nowa generacja raperów takich jak Polo G, Lil Durk czy Lil Baby robi okrążenia wokół tria z Atlanty i wygrywa w walce o to, czego pragnie masowy odbiorca hip hopów i co jest FRESH. okładka albumu tak jakby nawiązuje do "The Miracle" Queen - i chyba nie bez powodu to tego właśnie krążka, a nie na przykład "A Night at the Opera". trzech amigos będzie jeszcze trochę czasu na językach, ale bardziej będzie to opadający lot na autopilocie niż spektakularne sukcesy w walce o nową bazę słuchaczy
12 cze 2021, 18:59
no więc napisałem tekst dla dobrych znajomych z @[104168148498647:274:Brak Kultury] . korzystając z okazji, bardzo polecam portal, bo to obiecująca platforma z powierzchnią dla wartościowej publicystyki NA RAPIE
Zaktualizowano 14 cze 2021, 08:48
14 cze 2021, 08:48
jak tam, meczyk obejrzany? humorek tak sobie - mimo że przebieg zdarzeń był raczej przewidywalny? nic tak nie ukoi bólu, jak zastąpienie pewnej niezmiennej inną nietykalną stałą - ale taką ujmująco pozytywną. a taką jest z pewnością solowa działalność artystyczna Pi'erre'a Bourne'a "The Life of Pi'erre 5" to - jak zawsze - pieśń życia. upojna rutyna codziennego bytu, ścieżka dźwiękowa do prania skarpetek albo wybierania idealnego pęczka szparagów w supermarkecie. sesja subtelnie wielowątkowa, sprawna melodyjnie i wkupująca się podświadomie w moje łaski perfekcyjnie głupkowatymi refrenami. tym razem - co bardzo doceniam - wzbogacona o gościnne występy (Carti, Uzi!) oraz pozbawiona bezcelowo przesadzonej kanonady trap-mixowych tagów "Ayy, this sh** like practice, ayy SpongeBob, SpongeBob, my n**** Patrick I got my guap, I got a mad trick He got my drop, he got the addy" i tak się żyje, tym sielskim żywotem pana Pietrka
jak tam, meczyk obejrzany? humorek tak sobie - mimo że przebieg zdarzeń był raczej przewidywalny? nic tak nie ukoi bólu, jak zastąpienie pewnej niezmiennej inną nietykalną stałą - ale taką ujmująco pozytywną. a taką jest z pewnością solowa działalność artystyczna Pi'erre'a Bourne'a

"The Life of Pi'erre 5" to - jak zawsze - pieśń życia. upojna rutyna codziennego bytu, ścieżka dźwiękowa do prania skarpetek albo wybierania idealnego pęczka szparagów w supermarkecie. sesja subtelnie wielowątkowa, sprawna melodyjnie i wkupująca się podświadomie w moje łaski perfekcyjnie głupkowatymi refrenami. tym razem - co bardzo doceniam - wzbogacona o gościnne występy (Carti, Uzi!) oraz pozbawiona bezcelowo przesadzonej kanonady trap-mixowych tagów

"Ayy, this sh** like practice, ayy
SpongeBob, SpongeBob, my n**** Patrick
I got my guap, I got a mad trick
He got my drop, he got the addy"

i tak się żyje, tym sielskim żywotem pana Pietrka
14 cze 2021, 20:59
obowiązkowy wpis o tym, że istnieje taki raper jak Your Old Droog. że to czołówka współczesnego rapu z NY, mistrz linijek zarówno na majku, jak i na twitterze (serio, śledźcie typa). że jest nowym Nasem, pokaż kto ma lepszą dyskografię - a przez ostatnie kilka lat udowodnił, że utrzymywanie wysokiej jakości jak i częstotliwości nagrywek nie musi się wcale wykluczać. a to wysokie tempo wcale nie musi narzucać powierzchownego, tymczasowego charakteru kolejnych albumów. u Drooga każdy kolejny projekt jest to osobny rozdział, osobny koncept, osobny mikroklimat "TIME" można w sumie uznać za sequel zeszłorocznego "DUMP YOD: Krutoy Edition". po rozliczeniu się z sowieckim dziedzictwem kulturowym swoich rodziców, raper zabiera nas tam, gdzie rozpoczyna się drugi akt każdej fabuły o poszukiwaniu krainy spełnienia marzeń o lepszej przyszłości. Nowy Jork to Nowy Jork, ale - jak sam emcee podczas rodzinnych wycieczek pociągiem za dziecka ("A Hip Hop Lullaby") dostrzega - nie bez powodu Stany Zjednoczone czasem nazywa się najbogatszym krajem trzeciego świata ten napędzany silnie ekshibicjonistycznym słowotokiem projekt skupia się jeszcze mocno wokół tytułowego "czasu". to album o chwilach zmarnowanych i tych, z których SOMEHOW dało się wyciągnąć wartościową lekcję. o tym, jak dosłowne momenty potrafią zaważyć o konsekwencjach na resztę życia. o tym, czy warto rozpieprzyć sobie zegar biologiczny by napisać szczerą nocą tą swoją najlepszą ever szesnastkę. dominujący na początku płyty "The Magic Watch" to opowiedziana z kilku perspektyw przypowieść o podroży w czasie połączona z debatą na temat stosowności oddawania się wspomnieniom i prowadząca do przewrotnego twistu. za HEART WARMING PIECE uchodzi tutaj duet w Wikim ("No Time"), a w nim dość prosty przekaz: ciesz się czasem spędzanym z najbliższymi, bo kiedyś go może zabraknąć no i mamy też cudownie truskulowo-breakowe "Dropout Boogie" z samym MF DOOMem - chyba najlepsze z tych trzech utworów, które wspólnie nagrali. świetne gościnny występy Aesop Rocka, Blu, Elzhiego, bity od Edana, Quelle'a Chrisa czy 88 Keys. oślepiająco biała baza sampli budująca lepki klimat eksperymentalnego rocka lat sześćdziesiątych/siedemdziesiątych. wszystko to trzymane króciutko przez charyzmatycznego, staroszkolnego duchem DRUCHA - niebojącego się przyznać, że o KRS-One'ie usłyszał pierwszy raz przy okazji beefu z Nellym wisienką na torcie jest jeszcze seria skitów przygotowanych przez stand-upera Anthony'ego Jeselnika*. jak nie jestem fanem gadanych przerywników na rapowych albumach - a szczególnie komediowych - to tutaj słucham i nawet myślę sobie: "o, nawet śmieszne". no ale to w końcu album Drooga, cóż niby miałoby się nie udać? * który to pojawił się również na albumie "PACKS" z 2017, ale jakoś mi się zapomniało xD
obowiązkowy wpis o tym, że istnieje taki raper jak Your Old Droog. że to czołówka współczesnego rapu z NY, mistrz linijek zarówno na majku, jak i na twitterze (serio, śledźcie typa). że jest nowym Nasem, pokaż kto ma lepszą dyskografię - a przez ostatnie kilka lat udowodnił, że utrzymywanie wysokiej jakości jak i częstotliwości nagrywek nie musi się wcale wykluczać. a to wysokie tempo wcale nie musi narzucać powierzchownego, tymczasowego charakteru kolejnych albumów. u Drooga każdy kolejny projekt jest to osobny rozdział, osobny koncept, osobny mikroklimat

"TIME" można w sumie uznać za sequel zeszłorocznego "DUMP YOD: Krutoy Edition". po rozliczeniu się z sowieckim dziedzictwem kulturowym swoich rodziców, raper zabiera nas tam, gdzie rozpoczyna się drugi akt każdej fabuły o poszukiwaniu krainy spełnienia marzeń o lepszej przyszłości. Nowy Jork to Nowy Jork, ale - jak sam emcee podczas rodzinnych wycieczek pociągiem za dziecka ("A Hip Hop Lullaby") dostrzega - nie bez powodu Stany Zjednoczone czasem nazywa się najbogatszym krajem trzeciego świata

ten napędzany silnie ekshibicjonistycznym słowotokiem projekt skupia się jeszcze mocno wokół tytułowego "czasu". to album o chwilach zmarnowanych i tych, z których SOMEHOW dało się wyciągnąć wartościową lekcję. o tym, jak dosłowne momenty potrafią zaważyć o konsekwencjach na resztę życia. o tym, czy warto rozpieprzyć sobie zegar biologiczny by napisać szczerą nocą tą swoją najlepszą ever szesnastkę. dominujący na początku płyty "The Magic Watch" to opowiedziana z kilku perspektyw przypowieść o podroży w czasie połączona z debatą na temat stosowności oddawania się wspomnieniom i prowadząca do przewrotnego twistu. za HEART WARMING PIECE uchodzi tutaj duet w Wikim ("No Time"), a w nim dość prosty przekaz: ciesz się czasem spędzanym z najbliższymi, bo kiedyś go może zabraknąć

no i mamy też cudownie truskulowo-breakowe "Dropout Boogie" z samym MF DOOMem - chyba najlepsze z tych trzech utworów, które wspólnie nagrali. świetne gościnny występy Aesop Rocka, Blu, Elzhiego, bity od Edana, Quelle'a Chrisa czy 88 Keys. oślepiająco biała baza sampli budująca lepki klimat eksperymentalnego rocka lat sześćdziesiątych/siedemdziesiątych. wszystko to trzymane króciutko przez charyzmatycznego, staroszkolnego duchem DRUCHA - niebojącego się przyznać, że o KRS-One'ie usłyszał pierwszy raz przy okazji beefu z Nellym

wisienką na torcie jest jeszcze seria skitów przygotowanych przez stand-upera Anthony'ego Jeselnika*. jak nie jestem fanem gadanych przerywników na rapowych albumach - a szczególnie komediowych - to tutaj słucham i nawet myślę sobie: "o, nawet śmieszne". no ale to w końcu album Drooga, cóż niby miałoby się nie udać?

* który to pojawił się również na albumie "PACKS" z 2017, ale jakoś mi się zapomniało xD
16 cze 2021, 17:55
duże info moment
duże info moment
17 cze 2021, 18:26
ANOTHER ONE 9 lipca
ANOTHER ONE

9 lipca
18 cze 2021, 10:48
trudno napisać coś o kolejnym albumie Gucciego Mane'a, bo co niby może się wydarzyć u Gucciego Mane'a? to tak jakbym miał opowiedzieć wam czemu czterdziesty siódmy album E-40'ego jest bardziej wartościowym od czterdziestego szóstego i czterdziestego czwartego (czego nie zrobię, bo jestem z siedemdziesiąt identycznych albumów do tyłu). LITERALNIE ostatni raz pisałem o Guwopie tylko dlatego, że podobało mi się okładka "Wobtoper II". cover albumu "Ice Daddy" też jest całkiem UwU, ale tym razem chciałbym jednak pogadać trochę u muzyce za sprawą nowej płyty przypomniałem sobie jak bardzo szanuję producenta Mike Will Made It i jak bardzo chciałbym go częściej słuchać. to jeden z nielicznych, którzy z nowoczesnej fali trapowych bitmejkerów wskoczyli do mainstreamowej ligi super dżentelmenów, z którego usług skorzystają nie tylko lokalne ikony rapu z Atlanty, ale i tacy Jay Z, Beyonce i Kendrick Lamar. przy wszystkim co zbudował, jakoś tak dzisiaj go mało. coraz rzadziej udziela się na albumach innych wykonawców, obok Future'a spotyka się go ekstremalnie nieczęsto (a jest to połączenie MADE IN HEAVEN). z jego autorskimi producenckimi albumami idzie trochę jak po grudzie, lepiej jak buduje coś w ścisłej relacji z rapującym wykonawcą. jego najlepszy póki co projekt-poligon do testowania nowych rozwiązań - czyli albumy Rae Sremmurd - jakoś zapadł się pod ziemię tuż po premierze "SR3MM". w całym tym galimatiasie pozostaje tylko czekać, aż pojawi się gdzieś, gdzie zawsze znajdzie swoje miejsce. na przykład na albumie Gucciego przy szacunku do Southside'a, Zaytovena, czy 30 Roca również obecnych na "Ice Daddy" - rzeczy się dzieją dopiero gdy Mike przejmuje kontrolę. tutejsze podkłady przypominają mi o wszystkim co najbardziej mnie ekscytuje w jego filozofii klepania bitów. to jak łączy niekonwencjonalne - może nawet industrialne rozwiązania - z epickim, ostrym jak żyleta sznytem kinowego blockbustera. jak przełamuje czwartą ścianę idealnego miksu, by wykorzystać to przełamanie jako środek stylistyczny. jak czegoś nie dostroi to wyeksponuje to tak, że staje się głównym atutem. a bangerowy buldożer jedzie dalej i niszczy wszystko po drodze. a za kierownicą siedzi Gucci Mane, któremu nigdy i nigdzie nie odmówicie kompetencji do odnajdywania się na jakimkolwiek trapowym podkładzie napisanym kiedykolwiek przez gatunek ludzki to wpis bardziej o Mike'u niż o Guccim i jego płycie. ale to też małe powtórzenie wiadomości z lekcji o tym jak to bezbłędna warstwa produkcyjna obroni się zawsze sama. dopiero co tydzień temu słuchaliśmy albumu Migosów, który również w 95% opierał się na tym co i jak brzmi. ale na "Culture 3" trzeba było dociekać, trzeba było co chwilę zastanawiać: czy ja na pewno dobrze się bawię? no a u Gucciego wszystko jest jasne jak słońce. BURRRR
trudno napisać coś o kolejnym albumie Gucciego Mane'a, bo co niby może się wydarzyć u Gucciego Mane'a? to tak jakbym miał opowiedzieć wam czemu czterdziesty siódmy album E-40'ego jest bardziej wartościowym od czterdziestego szóstego i czterdziestego czwartego (czego nie zrobię, bo jestem z siedemdziesiąt identycznych albumów do tyłu). LITERALNIE ostatni raz pisałem o Guwopie tylko dlatego, że podobało mi się okładka "Wobtoper II". cover albumu "Ice Daddy" też jest całkiem UwU, ale tym razem chciałbym jednak pogadać trochę u muzyce

za sprawą nowej płyty przypomniałem sobie jak bardzo szanuję producenta Mike Will Made It i jak bardzo chciałbym go częściej słuchać. to jeden z nielicznych, którzy z nowoczesnej fali trapowych bitmejkerów wskoczyli do mainstreamowej ligi super dżentelmenów, z którego usług skorzystają nie tylko lokalne ikony rapu z Atlanty, ale i tacy Jay Z, Beyonce i Kendrick Lamar. przy wszystkim co zbudował, jakoś tak dzisiaj go mało. coraz rzadziej udziela się na albumach innych wykonawców, obok Future'a spotyka się go ekstremalnie nieczęsto (a jest to połączenie MADE IN HEAVEN). z jego autorskimi producenckimi albumami idzie trochę jak po grudzie, lepiej jak buduje coś w ścisłej relacji z rapującym wykonawcą. jego najlepszy póki co projekt-poligon do testowania nowych rozwiązań - czyli albumy Rae Sremmurd - jakoś zapadł się pod ziemię tuż po premierze "SR3MM". w całym tym galimatiasie pozostaje tylko czekać, aż pojawi się gdzieś, gdzie zawsze znajdzie swoje miejsce. na przykład na albumie Gucciego

przy szacunku do Southside'a, Zaytovena, czy 30 Roca również obecnych na "Ice Daddy" - rzeczy się dzieją dopiero gdy Mike przejmuje kontrolę. tutejsze podkłady przypominają mi o wszystkim co najbardziej mnie ekscytuje w jego filozofii klepania bitów. to jak łączy niekonwencjonalne - może nawet industrialne rozwiązania - z epickim, ostrym jak żyleta sznytem kinowego blockbustera. jak przełamuje czwartą ścianę idealnego miksu, by wykorzystać to przełamanie jako środek stylistyczny. jak czegoś nie dostroi to wyeksponuje to tak, że staje się głównym atutem. a bangerowy buldożer jedzie dalej i niszczy wszystko po drodze. a za kierownicą siedzi Gucci Mane, któremu nigdy i nigdzie nie odmówicie kompetencji do odnajdywania się na jakimkolwiek trapowym podkładzie napisanym kiedykolwiek przez gatunek ludzki

to wpis bardziej o Mike'u niż o Guccim i jego płycie. ale to też małe powtórzenie wiadomości z lekcji o tym jak to bezbłędna warstwa produkcyjna obroni się zawsze sama. dopiero co tydzień temu słuchaliśmy albumu Migosów, który również w 95% opierał się na tym co i jak brzmi. ale na "Culture 3" trzeba było dociekać, trzeba było co chwilę zastanawiać: czy ja na pewno dobrze się bawię? no a u Gucciego wszystko jest jasne jak słońce. BURRRR
19 cze 2021, 14:58
historia relacji hip hopu z disco zasługiwałaby na większy esej, jeśli ktoś miałby ochotę takowy napisać. w telegraficznym skrócie: mamy tu jeden gatunek muzyczny, które swój początek miał gdzieś w epicentrum tego drugiego. trochę chciał go zaorać, trochę zagrać na nosie, wywrócić do góry nogami zasady rządzące nowojorskimi tańcbudami. punkowy sprzeciw przerodził się komensalizm, ten w taki ironiczny (lub nie) szacunek, a za ostateczną puentę można by uznać Bad Boyów tańczących w swoich błyszczących garniakach do zaloopowancyh disco hiciorów. CLAIMING na pełnej nastąpił. ale czy na pewno? mamy 2021 rok, a ja wciąż jestem głodny muzyki prowokującej jakieś nowe pytania. no spoko że disco. ale dlaczego disco? co chciał nam zatem powiedzieć MIKE? o co cho z tą kulą w jego dłoniach na okładce albumu? czym jest "Disco!" w jego wersji zdarzeń? NIE WIEM, ale bardzo chciałbym wiedzieć. może jest to cel, do którego dąży - jakiś pułap, od którego osiągnąć można stan pokoju z samym sobą, beztroski niczym sceny z "Gorączki Sobotniej Nocy"? a może to DICHO jest jego teraźniejszą formą, może to ciągły taniec autora ze wszechobecnymi na albumie używkami - które to raz są prowadzone przez niego, a czasem to on jest prowadzony. może gdzieś między wersami chodzi o ten prawilny przekaz, znany także jako "uważaj jak tańczysz, bo życiowy parkiet bywa śliski". albo jest to oczywiste, pozbawione jakiegokolwiek znaczenie postmodernistyczne zestawianie randomowych rzeczy i róbta z tym co chceta pryszczate internauty z RYMu? jakakolwiek odpowiedź by nie była, z przyjemnością się do niej dąży. bo MIKE - którego zbyt łatwo zignorować i zaszufladkować jako jednego z wielu klonów Earla - naprawdę potrafi zaangażować swoich odbiorców. po części jest to sprawa umiejętnego zarządzania głosem, może tej umiejętności do serwowania nam skrawków nieprzebierającej w środkach, ale za to niepretensjonalnej poezji. najbardziej ma tu jednak znaczenie pełna kontrola na swoją twórczością i w pełni samodzielnie zrealizowana warstwa produkcyjna (pod kryptonimem dj blackpower). nawet jeśli disco nie jest jedynym źródłem sampli, to czujesz i tak jego wszechobecną duszę. całość jest intrygujacą, anty-taneczną, ale jednak cholernie UPLIFTING wycinanką muzycznych idei i przyrzekam, dla samej warstwy muzycznej "Disco!" to taka w zasadzie pozycja obowiązkowa - dla każdego kto przynajmniej odrobinę w życiu liznął magii niezależnej sceny hip hopu. i jeśli pierwsze co wam przychodzi do głowy po usłyszeniu o "niezależnej scenie" to złota era Stones Throw i te bardziej krańcowe pomysły Madliba i późnego Dilli - to zdecydowanie jesteście na właściwym tropie
historia relacji hip hopu z disco zasługiwałaby na większy esej, jeśli ktoś miałby ochotę takowy napisać. w telegraficznym skrócie: mamy tu jeden gatunek muzyczny, które swój początek miał gdzieś w epicentrum tego drugiego. trochę chciał go zaorać, trochę zagrać na nosie, wywrócić do góry nogami zasady rządzące nowojorskimi tańcbudami. punkowy sprzeciw przerodził się komensalizm, ten w taki ironiczny (lub nie) szacunek, a za ostateczną puentę można by uznać Bad Boyów tańczących w swoich błyszczących garniakach do zaloopowancyh disco hiciorów. CLAIMING na pełnej nastąpił. ale czy na pewno? mamy 2021 rok, a ja wciąż jestem głodny muzyki prowokującej jakieś nowe pytania. no spoko że disco. ale dlaczego disco?

co chciał nam zatem powiedzieć MIKE? o co cho z tą kulą w jego dłoniach na okładce albumu? czym jest "Disco!" w jego wersji zdarzeń? NIE WIEM, ale bardzo chciałbym wiedzieć. może jest to cel, do którego dąży - jakiś pułap, od którego osiągnąć można stan pokoju z samym sobą, beztroski niczym sceny z "Gorączki Sobotniej Nocy"? a może to DICHO jest jego teraźniejszą formą, może to ciągły taniec autora ze wszechobecnymi na albumie używkami - które to raz są prowadzone przez niego, a czasem to on jest prowadzony. może gdzieś między wersami chodzi o ten prawilny przekaz, znany także jako "uważaj jak tańczysz, bo życiowy parkiet bywa śliski". albo jest to oczywiste, pozbawione jakiegokolwiek znaczenie postmodernistyczne zestawianie randomowych rzeczy i róbta z tym co chceta pryszczate internauty z RYMu?

jakakolwiek odpowiedź by nie była, z przyjemnością się do niej dąży. bo MIKE - którego zbyt łatwo zignorować i zaszufladkować jako jednego z wielu klonów Earla - naprawdę potrafi zaangażować swoich odbiorców. po części jest to sprawa umiejętnego zarządzania głosem, może tej umiejętności do serwowania nam skrawków nieprzebierającej w środkach, ale za to niepretensjonalnej poezji. najbardziej ma tu jednak znaczenie pełna kontrola na swoją twórczością i w pełni samodzielnie zrealizowana warstwa produkcyjna (pod kryptonimem dj blackpower). nawet jeśli disco nie jest jedynym źródłem sampli, to czujesz i tak jego wszechobecną duszę. całość jest intrygujacą, anty-taneczną, ale jednak cholernie UPLIFTING wycinanką muzycznych idei

i przyrzekam, dla samej warstwy muzycznej "Disco!" to taka w zasadzie pozycja obowiązkowa - dla każdego kto przynajmniej odrobinę w życiu liznął magii niezależnej sceny hip hopu. i jeśli pierwsze co wam przychodzi do głowy po usłyszeniu o "niezależnej scenie" to złota era Stones Throw i te bardziej krańcowe pomysły Madliba i późnego Dilli - to zdecydowanie jesteście na właściwym tropie
22 cze 2021, 18:25
jeśli zaś chodzi o GoldLinka...
Zaktualizowano 22 cze 2021, 20:10
22 cze 2021, 20:10
nauczał mnie do matury z chemii
nauczył mnie alfabetu (jeszcze raz, tak na wszelki wypadek)
nauczył mnie, że styl może być dobry bo trudny

R.I.P. Gift of Gab
Zaktualizowano 25 cze 2021, 19:28
25 cze 2021, 19:28
dyskografia Tylera, The Creatora to nie tylko historia niemal niespotykanej w naturze systematyczności wydawniczej. to przede wszystkim historia równomiernego, widocznego jak na dłoni rozwoju. nawet jeśli nie każdy z projektów jednoznacznie bił na głowę swojego poprzednika, to zawsze bardzo łatwo dało się zauważyć w jaki sposób artysta właśnie rozszerzył swój zakres kompetencji, co mu coraz bardziej zaczęło w duszy przygrywać, pod jakim względem stał się lepszym/ciekawszym człowiekiem od dwa lata młodszego siebie tylko do jakiego momentu może stawać się coraz lepszym? czy nagrodzony Grammy i szacunkiem ludzi ulicy "IGOR" nie był już tym K2 zdobytym zimą? co robić, jak żyć, jak przeskoczyć samego siebie? "CALL ME IF YOU GET LOST" przynosi nam dosyć prostą odpowiedź na to ostatnie pytanie. OTÓŻ nie musisz. jeśli wkupiłeś się już w łaski absolutnie każdego żyjącego na Ziemi recenzenta, absolutnie nic już nie musisz udowadniać. w tym nie-udowadnianiu-niczego najnowszy album sprawdza się doskonale. i pod żadnym względem nie uważam tego za coś złego uwolnienie się od presji galopujących oczekiwań pozwoliło Tylerowi na zawrócenie nurtu tranzycji w kierunku słodko-kwaśnego soulu. pozwoliło mu skupić się na swoim rapowym originie - ale tak by znienacka zaatakować nas w połowie płyty potężnym samba-popowym dyptykiem. zrobić sobie przerwę od kurczowego przywiązania się do songwriterskich przykazań i nie przejmować się czy dany artystyczny statement potrzebuje do oddychania jednej minuty, czy może ośmiu. dla odmiany nie zapraszać gości, którzy będą fajnie wyglądać w CV - ale takich którzy wyglądają jak stały repertuar playlisty RapCaviar. sięgać po pomysły na piosenki i poruszać tematy, na które miejsca zabrakło na przekonceptualizowanych poprzednich albumach. no i zupełnie nie przejmować się kiedy te pomysły przywodzą wspomnienia o pozornie porzuconym, gówniarskim duchu GOLF WANGOWEGO obozu "CALL ME IF YOU GET LOST" to niezły bałagan, ale zupełnie inny niż próbujące wszystkiego w zasięgu swych rąk "Cherry Bomb". to bałagan pełen szczerości, naturalna entropia człowieczeństwa, zabawa wolnością. przy okazji również tribute dla czasów kiedy era mixtape'ów rozkręciła się na całego, a główny nurt zastanawiał się tylko jak ten chaos skapitalizować. wiem jakie negatywne emocje wśród słuchaczy wzbudziła wszechobecność krzyków i dropów DJ'a Dramy. osobiście kompletnie ją kupiłem jako fascynującą aranżację przedstawionej tutaj wizji. jako przypomnienie, że hip hop - nawet w swoich najbardziej wysublimowanych wcieleniach - nie istnieje bez bagażu obrastającej go wokół meta-kultury ale album ma również pewien faktycznie nakreślony koncept. przywoływana od czasu do czasu postać globtrottera Tylera Baudelaire'a to akcent ciekawy, ale chyba niepotrzebny. jakby wydawca chciał kolejnego Igora - a Tyler na to, że miał go przecież na poprzedniej płycie. w połączeniu z pokładami bardziej pozytywnej i humorystycznej niż ostatnio energii daje mi wrażenie jakbym oglądał jakąś stonerską komedię, którą ktoś nabotoksował europejskim art house'em, bo a nóż-widelec może wpadną jakieś festiwalowe nominacje ale to mało znaczący zarzut. tak samo jak mało znaczące jest to, że "CALL ME IF YOU GET LOST" zdecydowanie NIE jest moim ulubionym jego albumem od lat. to wciąż ten sam niepowtarzalny twórca ze swoim kompletnie autorskim spojrzeniem na świat i muzykę. co by się nie działo, chcę razem z nim celebrować udaną w swym całokształcie karierę. i chcę też razem z nim uronić łezkę przy ośmiominutowym storytellingu o nieszczęśliwym zauroczeniu PS. do pewnego typiarza, co nie może się od 2017 roku zebrać do kupy z nagraniem albumu, bo presja i w ogóle - patrz i ucz się PS2. mam nadzieję, że pan @[72875205546:274:ConductorWilliams] zostanie odpowiednio doceniony za swój dziwacznie zaznaczony (bo niezaznaczony w ogóle) wkład w brzmienie intra płyty
dyskografia Tylera, The Creatora to nie tylko historia niemal niespotykanej w naturze systematyczności wydawniczej. to przede wszystkim historia równomiernego, widocznego jak na dłoni rozwoju. nawet jeśli nie każdy z projektów jednoznacznie bił na głowę swojego poprzednika, to zawsze bardzo łatwo dało się zauważyć w jaki sposób artysta właśnie rozszerzył swój zakres kompetencji, co mu coraz bardziej zaczęło w duszy przygrywać, pod jakim względem stał się lepszym/ciekawszym człowiekiem od dwa lata młodszego siebie

tylko do jakiego momentu może stawać się coraz lepszym? czy nagrodzony Grammy i szacunkiem ludzi ulicy "IGOR" nie był już tym K2 zdobytym zimą? co robić, jak żyć, jak przeskoczyć samego siebie? "CALL ME IF YOU GET LOST" przynosi nam dosyć prostą odpowiedź na to ostatnie pytanie. OTÓŻ nie musisz. jeśli wkupiłeś się już w łaski absolutnie każdego żyjącego na Ziemi recenzenta, absolutnie nic już nie musisz udowadniać. w tym nie-udowadnianiu-niczego najnowszy album sprawdza się doskonale. i pod żadnym względem nie uważam tego za coś złego

uwolnienie się od presji galopujących oczekiwań pozwoliło Tylerowi na zawrócenie nurtu tranzycji w kierunku słodko-kwaśnego soulu. pozwoliło mu skupić się na swoim rapowym originie - ale tak by znienacka zaatakować nas w połowie płyty potężnym samba-popowym dyptykiem. zrobić sobie przerwę od kurczowego przywiązania się do songwriterskich przykazań i nie przejmować się czy dany artystyczny statement potrzebuje do oddychania jednej minuty, czy może ośmiu. dla odmiany nie zapraszać gości, którzy będą fajnie wyglądać w CV - ale takich którzy wyglądają jak stały repertuar playlisty RapCaviar. sięgać po pomysły na piosenki i poruszać tematy, na które miejsca zabrakło na przekonceptualizowanych poprzednich albumach. no i zupełnie nie przejmować się kiedy te pomysły przywodzą wspomnienia o pozornie porzuconym, gówniarskim duchu GOLF WANGOWEGO obozu

"CALL ME IF YOU GET LOST" to niezły bałagan, ale zupełnie inny niż próbujące wszystkiego w zasięgu swych rąk "Cherry Bomb". to bałagan pełen szczerości, naturalna entropia człowieczeństwa, zabawa wolnością. przy okazji również tribute dla czasów kiedy era mixtape'ów rozkręciła się na całego, a główny nurt zastanawiał się tylko jak ten chaos skapitalizować. wiem jakie negatywne emocje wśród słuchaczy wzbudziła wszechobecność krzyków i dropów DJ'a Dramy. osobiście kompletnie ją kupiłem jako fascynującą aranżację przedstawionej tutaj wizji. jako przypomnienie, że hip hop - nawet w swoich najbardziej wysublimowanych wcieleniach - nie istnieje bez bagażu obrastającej go wokół meta-kultury

ale album ma również pewien faktycznie nakreślony koncept. przywoływana od czasu do czasu postać globtrottera Tylera Baudelaire'a to akcent ciekawy, ale chyba niepotrzebny. jakby wydawca chciał kolejnego Igora - a Tyler na to, że miał go przecież na poprzedniej płycie. w połączeniu z pokładami bardziej pozytywnej i humorystycznej niż ostatnio energii daje mi wrażenie jakbym oglądał jakąś stonerską komedię, którą ktoś nabotoksował europejskim art house'em, bo a nóż-widelec może wpadną jakieś festiwalowe nominacje

ale to mało znaczący zarzut. tak samo jak mało znaczące jest to, że "CALL ME IF YOU GET LOST" zdecydowanie NIE jest moim ulubionym jego albumem od lat. to wciąż ten sam niepowtarzalny twórca ze swoim kompletnie autorskim spojrzeniem na świat i muzykę. co by się nie działo, chcę razem z nim celebrować udaną w swym całokształcie karierę. i chcę też razem z nim uronić łezkę przy ośmiominutowym storytellingu o nieszczęśliwym zauroczeniu

PS. do pewnego typiarza, co nie może się od 2017 roku zebrać do kupy z nagraniem albumu, bo presja i w ogóle - patrz i ucz się

PS2. mam nadzieję, że pan ConductorWilliams zostanie odpowiednio doceniony za swój dziwacznie zaznaczony (bo niezaznaczony w ogóle) wkład w brzmienie intra płyty
26 cze 2021, 18:55
jak coś to istnieje (i chyba będzie istnieć) substronka przeznaczona do tzw. gunwopostingu

na dzień dobry wspaniałe dzieło mojego człowieka Michael Jarosz
Zaktualizowano 1 lip 2021, 15:51
1 lip 2021, 15:51
wpis o albumie Evidence'a to dla mnie taka lekka spowiedź, taki finał mojego redemption arc. jeśli ktoś śledził mnie w internecie dłużej niż od czasów powstania SZRP, mógł natrafić na hmmm... szereg podśmiechujek pod adresem lidera Dilated Peoples. Ev - wraz ze swym dosyć częstym bujankiem na koncertach w tej części Europy - stawał się dla mnie gdzieś w drugiej połowie '00s wyznacznikiem tego jak niewiele od zagranicznego hip hopu wymagał polski słuchacz. gdzieś pomiędzy mainstreamowymi powiewami luxury rapu, symptomami kreującego się wizerunku nowej rapowej gwiazdy pokroju Kanyego/Lupe Fiasco, a wkraczającymi coraz powszechniej do łask południowymi flow - i przy jednoczesnym systematycznym nadrabianiu klasyki - nie było w mojej wizji zbyt wiele miejsca dla stoickiego rapera ze ściśle nakreślonym, (do pewnego stopnia) konserwatywnym brzmieniem i bezceremonialnie rozpalonym bluntem w dłoni. coś tam się znało, cos się lubiło z jego katalogu, ale nie szło zrozumieć czemu mojemu otoczeniu kompletnie do szczęścia wystarczał Mr No Flow od tamtych czasów upłynęło wiele wiosen - a przynajmniej tyle, by człowiek mógł nauczyć się rozważniej orientować się w rzeczywistości. monotonność nawijki Evidence'a dalej mnie nie zachwyca - choć przez ten czas nauczyłem się od wielu innych raperów (od GZA przez Roca Marciano po 21 Savage'a), że "anty-flow" może być solidnym stylem samym w sobie i niezwykle potężnym środkiem stylistycznym. ale u rapera z Venice Beach kompletnie nie liczy się umiejętność rozmieszczania słów w takcie, liczą się wszystkie cechy jego osobowości, które nam te braki wynagradzają. ta szczera skromność, to oderwanie od kapitalistycznego wyścigu, słodko-gorzka relacja z bieżącego wyciągania życiowych lekcji. to wszystko brzmi jak truizmy - podobnie jak stwierdzenie, że gość sprawia wrażenie człowieka żyjącego hip hopem dwadzieścia cztery godziny na dobę. oddychającego hip hopem, odżywiającego się pięcioma porcjami hip hopu dziennie, klepiącego pierwszy bit zaraz po wstaniu z łózka, a potem drugi zaraz po pierwszej kawusi. skrobiącego kolejny tekst na jakimkolwiek dostępnym skrawku papieru - bo właśnie strumień świadomości wzywa. naprawdę nie czuję się, żebym pisał banały. po prostu tak jest "Unlearning vol. 1" w dużej mierze jest opowieścią właśnie o tym niewyczerpanym DEDICATION. opowieścią doskonale podkolorowaną fantastyczną warstwą produkcyjną, gdzie ci mniej znani wykazują się kreatywnością równą towarzyszącym im Alchemistom, Nottzom i Khryzisom. no a goście od Conwaya po Navy Blue dobitnie przypominają, jak istotnym nestorem i trendsetterem dzisiejszej alternatywnej sceny jest Mr Slow Flow
wpis o albumie Evidence'a to dla mnie taka lekka spowiedź, taki finał mojego redemption arc. jeśli ktoś śledził mnie w internecie dłużej niż od czasów powstania SZRP, mógł natrafić na hmmm... szereg podśmiechujek pod adresem lidera Dilated Peoples. Ev - wraz ze swym dosyć częstym bujankiem na koncertach w tej części Europy - stawał się dla mnie gdzieś w drugiej połowie '00s wyznacznikiem tego jak niewiele od zagranicznego hip hopu wymagał polski słuchacz. gdzieś pomiędzy mainstreamowymi powiewami luxury rapu, symptomami kreującego się wizerunku nowej rapowej gwiazdy pokroju Kanyego/Lupe Fiasco, a wkraczającymi coraz powszechniej do łask południowymi flow - i przy jednoczesnym systematycznym nadrabianiu klasyki - nie było w mojej wizji zbyt wiele miejsca dla stoickiego rapera ze ściśle nakreślonym, (do pewnego stopnia) konserwatywnym brzmieniem i bezceremonialnie rozpalonym bluntem w dłoni. coś tam się znało, cos się lubiło z jego katalogu, ale nie szło zrozumieć czemu mojemu otoczeniu kompletnie do szczęścia wystarczał Mr No Flow

od tamtych czasów upłynęło wiele wiosen - a przynajmniej tyle, by człowiek mógł nauczyć się rozważniej orientować się w rzeczywistości. monotonność nawijki Evidence'a dalej mnie nie zachwyca - choć przez ten czas nauczyłem się od wielu innych raperów (od GZA przez Roca Marciano po 21 Savage'a), że "anty-flow" może być solidnym stylem samym w sobie i niezwykle potężnym środkiem stylistycznym. ale u rapera z Venice Beach kompletnie nie liczy się umiejętność rozmieszczania słów w takcie, liczą się wszystkie cechy jego osobowości, które nam te braki wynagradzają. ta szczera skromność, to oderwanie od kapitalistycznego wyścigu, słodko-gorzka relacja z bieżącego wyciągania życiowych lekcji. to wszystko brzmi jak truizmy - podobnie jak stwierdzenie, że gość sprawia wrażenie człowieka żyjącego hip hopem dwadzieścia cztery godziny na dobę. oddychającego hip hopem, odżywiającego się pięcioma porcjami hip hopu dziennie, klepiącego pierwszy bit zaraz po wstaniu z łózka, a potem drugi zaraz po pierwszej kawusi. skrobiącego kolejny tekst na jakimkolwiek dostępnym skrawku papieru - bo właśnie strumień świadomości wzywa. naprawdę nie czuję się, żebym pisał banały. po prostu tak jest

"Unlearning vol. 1" w dużej mierze jest opowieścią właśnie o tym niewyczerpanym DEDICATION. opowieścią doskonale podkolorowaną fantastyczną warstwą produkcyjną, gdzie ci mniej znani wykazują się kreatywnością równą towarzyszącym im Alchemistom, Nottzom i Khryzisom. no a goście od Conwaya po Navy Blue dobitnie przypominają, jak istotnym nestorem i trendsetterem dzisiejszej alternatywnej sceny jest Mr Slow Flow
2 lip 2021, 19:03
być może nawet nie sięgnąłbym po nowy album G Herbo, gdyby nie był dosłownie jedyna mainstreamową premierą ostatniego weekendu. i szkoda by było, ziomeczek z Chicago zdecydowanie ma coś swojego do zaoferowania - nawet jeśli najłatwiej go scharakteryzować jako najzwyczajniej przyzwoitego rapera środka. na "25" celebruje dokładnie to o czym Andre 3000 wspomniał w pamiętnej linijce z "Da Art of Storytellin'". ulice Chi-town faktycznie mogły być dla niego szczególnie łaskawe, by mógł dobić tego ćwierćwiecza. ale Herbo ma apetyt na znacznie więcej, a ze swym dobrym uchem do podkładów i uniwersalnością może wciąż liczyć na dalsze (mniejsze lub większe) sukcesy nie należy zapominać, że bohater tego wpisu jest DRILLOWCEM, a drille - jak pewnie mogliście zauważyć - nie są moją specjalnością i w większości zostają przez mnie pomijane (no chyba, że to jakiś event wokół postaci Pop Smoke'a albo Kaczy/Proceder i obiecany wpis o nim na 1000 subskrybcji). ale wiertary w wykonaniu G Zioła to chyba najbardziej zliberalizowana ich forma. nie ma tu ślepego zapatrzenia w papcia Chief Keefa, nie ma męczenia buły kurczowym trzymaniem się upierdliwie pielęgnowanych technik narzuconych przez post-UK'ową erę, ale nie ma też popowego pogrzebania nurtu w stylu Polo G. mamy za to emcee z drillerstwem wygrawerowanym w jego szorstkim wokalu i hiperrealistycznych obserwacjach. a towarzyszące mu podkłady tak skaczą po epokach aż miło. każda osoba, która pokochała hip hop na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, znajdzie coś dla siebie. ja na przykład znalazłem dużo miejsca w swym serduszku dla solidnej porcji bitów od Southside'a, garści zawsze przyjemnych chipmunk-soulów, no i wyraźnie widzę co zostało zrobione tutaj z "I Really Mean It" Dipsetów. i nawet szanuję spoko album, no to teraz wypadałoby przypomnieć sobie/nadrobić poprzednie. jak tylko uda mi się oderwać od odurzania się bezwstydnie łajdackim "2 Chains"
być może nawet nie sięgnąłbym po nowy album G Herbo, gdyby nie był dosłownie jedyna mainstreamową premierą ostatniego weekendu. i szkoda by było, ziomeczek z Chicago zdecydowanie ma coś swojego do zaoferowania - nawet jeśli najłatwiej go scharakteryzować jako najzwyczajniej przyzwoitego rapera środka. na "25" celebruje dokładnie to o czym Andre 3000 wspomniał w pamiętnej linijce z "Da Art of Storytellin'". ulice Chi-town faktycznie mogły być dla niego szczególnie łaskawe, by mógł dobić tego ćwierćwiecza. ale Herbo ma apetyt na znacznie więcej, a ze swym dobrym uchem do podkładów i uniwersalnością może wciąż liczyć na dalsze (mniejsze lub większe) sukcesy

nie należy zapominać, że bohater tego wpisu jest DRILLOWCEM, a drille - jak pewnie mogliście zauważyć - nie są moją specjalnością i w większości zostają przez mnie pomijane (no chyba, że to jakiś event wokół postaci Pop Smoke'a albo Kaczy/Proceder i obiecany wpis o nim na 1000 subskrybcji). ale wiertary w wykonaniu G Zioła to chyba najbardziej zliberalizowana ich forma. nie ma tu ślepego zapatrzenia w papcia Chief Keefa, nie ma męczenia buły kurczowym trzymaniem się upierdliwie pielęgnowanych technik narzuconych przez post-UK'ową erę, ale nie ma też popowego pogrzebania nurtu w stylu Polo G. mamy za to emcee z drillerstwem wygrawerowanym w jego szorstkim wokalu i hiperrealistycznych obserwacjach. a towarzyszące mu podkłady tak skaczą po epokach aż miło. każda osoba, która pokochała hip hop na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, znajdzie coś dla siebie. ja na przykład znalazłem dużo miejsca w swym serduszku dla solidnej porcji bitów od Southside'a, garści zawsze przyjemnych chipmunk-soulów, no i wyraźnie widzę co zostało zrobione tutaj z "I Really Mean It" Dipsetów. i nawet szanuję

spoko album, no to teraz wypadałoby przypomnieć sobie/nadrobić poprzednie. jak tylko uda mi się oderwać od odurzania się bezwstydnie łajdackim "2 Chains"
6 lip 2021, 17:41
zapewne nie tylko ja zawiesiłem oko na dość rigczowej kolekcji rapowych taśm w pierwszym odcinku netflixowego "Rojst '97". można się zastanawiać w jakim stopniu zgodna w ówczesnymi realiami była sytuacja, w której 12-letni chłopak, obywatel miasta typu Pierdziszew (fikcyjne miejsce, chyba nikogo nie obrażam) miałby takie obeznanie w temacie i taki dostęp do tych nagrań. no i niezłe znajomości za oceanem, gdyż ten album Commona to w lipcu 1997 nie miał jeszcze amerykańskiej premiery niemniej docenić można, nawet trzeba. no i wyobrażam sobie ten pełen podniecenia błysk w oku pewnego kolekcjonera rap kaset, do którego odezwał się znajomy znajomego po filmówce, gdyż było właśnie takie a nie inne zapotrzebowanie na planie serialu
zapewne nie tylko ja zawiesiłem oko na dość rigczowej kolekcji rapowych taśm w pierwszym odcinku netflixowego "Rojst '97". można się zastanawiać w jakim stopniu zgodna w ówczesnymi realiami była sytuacja, w której 12-letni chłopak, obywatel miasta typu Pierdziszew (fikcyjne miejsce, chyba nikogo nie obrażam) miałby takie obeznanie w temacie i taki dostęp do tych nagrań. no i niezłe znajomości za oceanem, gdyż ten album Commona to w lipcu 1997 nie miał jeszcze amerykańskiej premiery

niemniej docenić można, nawet trzeba. no i wyobrażam sobie ten pełen podniecenia błysk w oku pewnego kolekcjonera rap kaset, do którego odezwał się znajomy znajomego po filmówce, gdyż było właśnie takie a nie inne zapotrzebowanie na planie serialu
8 lip 2021, 16:00
nie można powiedzieć, że Vince Staples nie dostarczył nam na swoim nowym albumie więcej znanego nam dobrze Vince'a Staplesa. talent do redefiniowania pojęcia hiphopowego minimalizmu ponownie znajduje nowe, ciekawe ujścia (tym razem bonusowo w komplecie z tytułem i okładką typu morda). wciąż z lekkością idzie mu fabrykowanie tej specyficznej estetycznej wyjebki, a sardoniczne obserwacje wciąż wzbogacają nam obraz rapera dokładnie tak bystrego, jak wskazywałoby jego twitterowe konto. konsekwentna, sprawnie opakowana w około dwudziestominutowy projekt narracja o zmaganiu się ze swym prywatnym survivor's guilt to kolejne względnie solidne wydawnictwo w tej i tak kosmicznie równej dyskografii. no dobra dobra, tylko dlaczego mimo wszystko słuchanie "Vince Staples" sprawia, ze czuję się taki hm... rozczarowany? nie jest to długość płyty, nie jest to songwriterska powściągliwość, to już przerabialiśmy. nie jest to też Kenny Beats - znając niekończący się potencjał możliwości tego producenta śmiało można założyć, że zrealizował dokładnie takie tło muzyczne, jakie zarysowywało się w głowie rapera. nie jest to też zmiana tonu na bardziej melancholijny i kruchy - nawet w takiej konwencji Vins potrafi skopać tyłek i zaryć się zaraźliwym hookiem w mojej pamięci podręcznej no to zatem co? może to ta nadmierna NORMICKOŚĆ w porównaniu z fascynująco absurdalnym anty-debiutem jakim było "Summertime '06", albo w porównaniu w sarkastycznym tanecznym przytupem dwóch następnych albumów? a może więcej oczekuję po krążku typu self titled - notabene wydanym po najdłuższej przerwie w karierze? bo owszem, album sprzedaje nam trochę bardziej kruchego i intymnego niż do tej pory Staplesa. ale szczerze, nie czuję bym dowiedział się o nim czegoś, czego nie dałoby się wyczytać między wersetami starszych utworów a może to wszystko takie "a może", a gdzieś za dwa-trzy lata będę szanował ten album Vinicjusza tak samo jak poprzednie? jest taka szansa, ale póki co tak na świeżo po premierze nie umiem sobie tego wyobrazić
nie można powiedzieć, że Vince Staples nie dostarczył nam na swoim nowym albumie więcej znanego nam dobrze Vince'a Staplesa. talent do redefiniowania pojęcia hiphopowego minimalizmu ponownie znajduje nowe, ciekawe ujścia (tym razem bonusowo w komplecie z tytułem i okładką typu morda). wciąż z lekkością idzie mu fabrykowanie tej specyficznej estetycznej wyjebki, a sardoniczne obserwacje wciąż wzbogacają nam obraz rapera dokładnie tak bystrego, jak wskazywałoby jego twitterowe konto. konsekwentna, sprawnie opakowana w około dwudziestominutowy projekt narracja o zmaganiu się ze swym prywatnym survivor's guilt to kolejne względnie solidne wydawnictwo w tej i tak kosmicznie równej dyskografii. no dobra dobra, tylko dlaczego mimo wszystko słuchanie "Vince Staples" sprawia, ze czuję się taki hm... rozczarowany?

nie jest to długość płyty, nie jest to songwriterska powściągliwość, to już przerabialiśmy. nie jest to też Kenny Beats - znając niekończący się potencjał możliwości tego producenta śmiało można założyć, że zrealizował dokładnie takie tło muzyczne, jakie zarysowywało się w głowie rapera. nie jest to też zmiana tonu na bardziej melancholijny i kruchy - nawet w takiej konwencji Vins potrafi skopać tyłek i zaryć się zaraźliwym hookiem w mojej pamięci podręcznej

no to zatem co? może to ta nadmierna NORMICKOŚĆ w porównaniu z fascynująco absurdalnym anty-debiutem jakim było "Summertime '06", albo w porównaniu w sarkastycznym tanecznym przytupem dwóch następnych albumów? a może więcej oczekuję po krążku typu self titled - notabene wydanym po najdłuższej przerwie w karierze? bo owszem, album sprzedaje nam trochę bardziej kruchego i intymnego niż do tej pory Staplesa. ale szczerze, nie czuję bym dowiedział się o nim czegoś, czego nie dałoby się wyczytać między wersetami starszych utworów

a może to wszystko takie "a może", a gdzieś za dwa-trzy lata będę szanował ten album Vinicjusza tak samo jak poprzednie? jest taka szansa, ale póki co tak na świeżo po premierze nie umiem sobie tego wyobrazić
10 lip 2021, 16:18
nowy numer @[808919392554326:274:GAMA. Nowa Gazeta Magnetofonowa] już w sprzedaży, sam widziałem. w nim między innymi potężny artykuł Marcina Flinta na temat Griselda Records. gościnnie udzielają się w nim również @[100044635980192:2048:Jakub Żulczyk], Grabiszczy Grabowski, Kurtek z @[284897335560:274:soulbowl.pl], no i jakiś ziomek co funpeja o rapie prowadzi
nowy numer GAMA. Nowa Gazeta Magnetofonowa już w sprzedaży, sam widziałem. w nim między innymi potężny artykuł Marcina Flinta na temat Griselda Records. gościnnie udzielają się w nim również Jakub Żulczyk, Grabiszczy Grabowski, Kurtek z soulbowl.pl, no i jakiś ziomek co funpeja o rapie prowadzi
12 lip 2021, 16:06
IDK może być jedną z przypadkiem najtrafniejszych rapowych ksywek w rapgrze. bo to któryś z rzędu projekt, a ja dalej po prostu dalej czegoś nie wiem. i to nie tak, że twórczość rapera miałaby być dla mniej jakimś nijakim bytem bez krzty charakteru - wręcz przeciwnie. charakteru, a może nawet charakterów walczących o nasze uznanie jest tutaj aż nadto, charakter wylewa się na boki. tylko czyj? jeden z nich (ten dominujący), praktycznie na każdej z możliwych płaszczyzn chce być w większym lub bardziej większym stopniu Kanye Westem. to przytłaczające podobieństwo bynajmniej nie kończy się na głosie, flow-patternach i manieryzmach importowanych wehikułem czasu z dropout-ery Yeezy'ego. to też humor, cwaniacka natura cholernie ambitnego gościa, niezaspokojone ego nerda, któremu zawadzają tak skandalicznie niskie oceny jak 6/10 (damn you, Melon!). tuż za ego idzie w parze muzyczna megalomania, potrzeba dopakowania do każdego utworu przestylizowanych przejść - powiedziałbym że wręcz z wątkiem wkraczania na terytorium innego barokowo-mainstreamowego wizjonera - Travisa Scotta uczucie obcowania z niezwykle wyrafinowanym deep fejkiem momentami na szczęście ustaje. i można się wtedy nacieszyć lekkością i swobodą gospodarza w konfrontowaniu się z odjechanymi stylami Thuggera i Offseta w całkiem udanych singlach. "1995" jest w swojej pompatyczności tak operetkowe i malownicze, że obrazy z wersów IDK'a stają się niemalże namacalne (a dyskontowy Future na refrenie nawet nie przeszkadza). track produkcji Neptunes paradoksalnie najmocniej (i z klasą!) pcha ten materiał w kierunku 2021 roku. ekscytujące wszystkich tuż przed premierą "Red" bardzo nie rozczarowało, nawet jeśli udział MF DOOMa praktycznie zapachniał jak jakiś perfidny scam. natomiast ciepłe i liryczne "Hey Auntie" kompletnie nie potrzebowało Slick Ricka jako atestu "certyfikowanego storylllera". ale dostało. i miło "USEE4YOURSELF" to album zdecydowanie stojący swoimi wyżynami, niż funkcjonujący jako organiczna całość. nawet jeśli próbuje wszystko spiąć pod koniec w całkiem wholesome przekaz o miłości strukturyzującej naszą rzeczywistość niczym religia, a nawet lepiej, yada yada - bez popadania w creepy sekcarski vibe. bo w tą miłość i w to serducho wkładane w powstawanie muzyki da się na luzie uwierzyć. ale potem słyszę kołysankę w phonkowym dressingu i zastanawiam się, czy to nie Eminem mu tak okropny pomysł podsunął podsumowując: NIE WIEM. sorry, musiałem
IDK może być jedną z przypadkiem najtrafniejszych rapowych ksywek w rapgrze. bo to któryś z rzędu projekt, a ja dalej po prostu dalej czegoś nie wiem. i to nie tak, że twórczość rapera miałaby być dla mniej jakimś nijakim bytem bez krzty charakteru - wręcz przeciwnie. charakteru, a może nawet charakterów walczących o nasze uznanie jest tutaj aż nadto, charakter wylewa się na boki. tylko czyj?

jeden z nich (ten dominujący), praktycznie na każdej z możliwych płaszczyzn chce być w większym lub bardziej większym stopniu Kanye Westem. to przytłaczające podobieństwo bynajmniej nie kończy się na głosie, flow-patternach i manieryzmach importowanych wehikułem czasu z dropout-ery Yeezy'ego. to też humor, cwaniacka natura cholernie ambitnego gościa, niezaspokojone ego nerda, któremu zawadzają tak skandalicznie niskie oceny jak 6/10 (damn you, Melon!). tuż za ego idzie w parze muzyczna megalomania, potrzeba dopakowania do każdego utworu przestylizowanych przejść - powiedziałbym że wręcz z wątkiem wkraczania na terytorium innego barokowo-mainstreamowego wizjonera - Travisa Scotta

uczucie obcowania z niezwykle wyrafinowanym deep fejkiem momentami na szczęście ustaje. i można się wtedy nacieszyć lekkością i swobodą gospodarza w konfrontowaniu się z odjechanymi stylami Thuggera i Offseta w całkiem udanych singlach. "1995" jest w swojej pompatyczności tak operetkowe i malownicze, że obrazy z wersów IDK'a stają się niemalże namacalne (a dyskontowy Future na refrenie nawet nie przeszkadza). track produkcji Neptunes paradoksalnie najmocniej (i z klasą!) pcha ten materiał w kierunku 2021 roku. ekscytujące wszystkich tuż przed premierą "Red" bardzo nie rozczarowało, nawet jeśli udział MF DOOMa praktycznie zapachniał jak jakiś perfidny scam. natomiast ciepłe i liryczne "Hey Auntie" kompletnie nie potrzebowało Slick Ricka jako atestu "certyfikowanego storylllera". ale dostało. i miło

"USEE4YOURSELF" to album zdecydowanie stojący swoimi wyżynami, niż funkcjonujący jako organiczna całość. nawet jeśli próbuje wszystko spiąć pod koniec w całkiem wholesome przekaz o miłości strukturyzującej naszą rzeczywistość niczym religia, a nawet lepiej, yada yada - bez popadania w creepy sekcarski vibe. bo w tą miłość i w to serducho wkładane w powstawanie muzyki da się na luzie uwierzyć. ale potem słyszę kołysankę w phonkowym dressingu i zastanawiam się, czy to nie Eminem mu tak okropny pomysł podsunął

podsumowując: NIE WIEM. sorry, musiałem
12 lip 2021, 20:22
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 5 "Van Gogh's Left Ear" to piąty w tym roku strzał ze strony ślicznie rozpościerającej skrzydła wytwórni Bruiser Brigade Records. tylko czy aby na pewno to element tej samej kampanii? w końcu ZelooperZ związany jest z marką BB znacznie dłużej niż Fat Ray czy Bruiser Wolf, poza tym sam zdążył już rozkręcić jakiś tam zauważalny (przy adekwatnym powiększeniu) szum wokół siebie i swojej etyki wydawniczej (trzy projekty w zeszłym roku!) - generalnie słuchacze raczej ksywkę znają i wiedzą czyim jest wychowankiem. a patrząc przez pryzmat płytek opisanych w poprzednich "ładnych rzeczach z Detroit" - jest jednocześnie najmniej i najbardziej pasującym elementem tego movementu najmniej, gdyż nie jest to do końca ta sama bajka. nie jest tradycjonalistycznym lepem na 30-cośtam letnich słuchaczy z soulfulowym zacięciem i ciepło-zimnym spojrzeniem na zmieniającą się rzeczywistość. ZelooperZ świetnie za to posługuje się językiem następnej generacji - ale nie na zasadzie bycia chodzącym gifem ze Steve'em Buscemim, bardziej na zasadzie odważnego chwytania za rogi soundcloud-rapowych form hiper-ekspresji, instynktownego kojarzenia się z estetyką Young Thuga czy Playboia Cartiego. nie jest pierwszej świeżości skok na teraźniejszość, ale dużo nadrabia swoim przywiązaniem do autorytetu w postaci samego pana złotego kierownika BB i pod tym względem Ze jest właśnie najbardziej bruiserowym z Bruiserów. jest rozbrajająco bezpośrednim potomkiem stylu Danny'ego Browna. jest jego Mini Me, ale jest również konsekwentnym przedłużeniem koncepcji nieskrępowanego nosowo-głosowego szaleństwa. wyekstrahowaną wacky-kreskówkową personą, zarówno hołubiącą jak i przedrzeźniającą rozmaite konwenanse. sam Danny stoi gdzieś obok, ale jak słyszę "Mechanic" crossujące abstrakcyjny jazz z burzycielskim industrialem, to dokładnie wiem po czyim dworku się poruszam. identycznie jak wtedy, gdy - dla kompletnego kontrastu - cieszę się wygłupami na sampelku z Crasha Bandicoota w "Bash Bandicoon" a to i tak czubek góry lodowej zawartych tutaj muzycznych konceptów. warto do nich zajrzeć, nawet jeśli są to takie raczej niewinne szkice w brudnopisie posiadającego więcej niż jeden talent artysty
ładne rzeczy z Detroit, odcinek 5

"Van Gogh's Left Ear" to piąty w tym roku strzał ze strony ślicznie rozpościerającej skrzydła wytwórni Bruiser Brigade Records. tylko czy aby na pewno to element tej samej kampanii? w końcu ZelooperZ związany jest z marką BB znacznie dłużej niż Fat Ray czy Bruiser Wolf, poza tym sam zdążył już rozkręcić jakiś tam zauważalny (przy adekwatnym powiększeniu) szum wokół siebie i swojej etyki wydawniczej (trzy projekty w zeszłym roku!) - generalnie słuchacze raczej ksywkę znają i wiedzą czyim jest wychowankiem. a patrząc przez pryzmat płytek opisanych w poprzednich "ładnych rzeczach z Detroit" - jest jednocześnie najmniej i najbardziej pasującym elementem tego movementu

najmniej, gdyż nie jest to do końca ta sama bajka. nie jest tradycjonalistycznym lepem na 30-cośtam letnich słuchaczy z soulfulowym zacięciem i ciepło-zimnym spojrzeniem na zmieniającą się rzeczywistość. ZelooperZ świetnie za to posługuje się językiem następnej generacji - ale nie na zasadzie bycia chodzącym gifem ze Steve'em Buscemim, bardziej na zasadzie odważnego chwytania za rogi soundcloud-rapowych form hiper-ekspresji, instynktownego kojarzenia się z estetyką Young Thuga czy Playboia Cartiego. nie jest pierwszej świeżości skok na teraźniejszość, ale dużo nadrabia swoim przywiązaniem do autorytetu w postaci samego pana złotego kierownika BB

i pod tym względem Ze jest właśnie najbardziej bruiserowym z Bruiserów. jest rozbrajająco bezpośrednim potomkiem stylu Danny'ego Browna. jest jego Mini Me, ale jest również konsekwentnym przedłużeniem koncepcji nieskrępowanego nosowo-głosowego szaleństwa. wyekstrahowaną wacky-kreskówkową personą, zarówno hołubiącą jak i przedrzeźniającą rozmaite konwenanse. sam Danny stoi gdzieś obok, ale jak słyszę "Mechanic" crossujące abstrakcyjny jazz z burzycielskim industrialem, to dokładnie wiem po czyim dworku się poruszam. identycznie jak wtedy, gdy - dla kompletnego kontrastu - cieszę się wygłupami na sampelku z Crasha Bandicoota w "Bash Bandicoon"

a to i tak czubek góry lodowej zawartych tutaj muzycznych konceptów. warto do nich zajrzeć, nawet jeśli są to takie raczej niewinne szkice w brudnopisie posiadającego więcej niż jeden talent artysty
15 lip 2021, 18:35
jeśli chodzi o pośmiertne albumy raperów, to mam wyznaczone pewien złoty standard - i przypuszczam, że wielu z Was ma podobny. pierwszy projekt, wydany niedługo po odejściu, wieńczący pracę na tym, nad czym artysta bezpośrednio pracował = WOKE. wszystko co dzieje się później = BROKE. ale Pop Smoke to Pop Smoke. z pełnym szacunkiem do komplementarnych osobowości Mac Millerów, Juice WRLDów i Nipseyów, ale to nowojorski drillowiec stał się ikoną, z której odejściem świat NAPRAWDĘ nie może się trzeźwo pogodzić. i ten sam świat wciąż nie może tez odpuścić sobie okazji by kapitalizować ile tylko można z naszych wewnętrznych projekcji wokół tej niesamowicie zapowiadającej się kariery czy zatem "Faith" zasługuje na istnienie? w momencie, w którym usłyszałem utwór z udziałem Kanyego i Puszatego, miałem pewne wątpliwości. bo Ye brzmi, jakby właśnie przechodził udar. Pusha T w sumie również - bo twierdzi, że słuchany przez nas album przebije ten niedawno wydany przez Tylera, the Creatora. niedługo potem okazuje się, że cała płyta składa się cut outów niewydanych tracków Dymka (kto by przypuszczał, kto by pomyślał...) wzbogacanych olśniewającą plejadą znaczących ksywek i nazwisk. Cudi, 21 Savage, czy (szczerze jarająca się udziałem na albumie) Dua Lipa robią wrażenie, szantażują nas emocjonalnie perspektywą utraty niebywale znaczącej jednostki. jednostka ta jako tako odnajduje się w takich crossoverach, ale nie brakuje tu też utworów pełnych umizgów wobec słuchaczy przywiązanych do Popa od pierwszego "Meet the Woo" ale kto wychodzi jako największy zwycięzca po odsłuchu najnowszego projektu? chyba ponownie nikt. największy drill-koneserzy jęczą w social mediach i chyba nie ma powodu, by jakoś polemizować z ich żalem. niedzielni słuchacze Pop Smoke'a i jemu pochodnych (that's me!) przyjemną ten album jako rozsądną ciekawostkę w sam raz na jeden odsłuch. ale tacy ludzie jak my nawet pewnie by nie zauważyli, że kolejne pośmiertne Pap Smołki to recykling w kółko tych samych zwrotek. nie mówię, że tak jest - szczerze wierzę, że z samych piosenek nagranych za życia w duecie z Quavo dałoby rade ukręcić z pięć takich albumów xD zatem: słuchać "Faith", czy nie? chyba tak. jest bardziej hołd zewnętrznego świata dla Pop Smoke'a niż coś bo mogłoby sprawiać wrażenie ostatniego artystycznego tchnięcia artysty - zresztą bardzo podobnie od ostatniego DMX'a. no i nie ma tej hiper-dominującej presji, jaką 50 Cent nałożył na poprzedni album, bo miał misję od Boga czy ch** wie co no i mamy trzy kozackie bity od The Neptunes. a uwierzcie, moje wrażenia z tego, jak to Pharrell Williams powrócił do współpracy z Chadem zapewniając sobie tym swoją trzecią/czwartą/piątą młodość - to coś czym o wiele chętniej bym opowiedział, niż o omawianym właśnie wydawnictwie
jeśli chodzi o pośmiertne albumy raperów, to mam wyznaczone pewien złoty standard - i przypuszczam, że wielu z Was ma podobny. pierwszy projekt, wydany niedługo po odejściu, wieńczący pracę na tym, nad czym artysta bezpośrednio pracował = WOKE. wszystko co dzieje się później = BROKE. ale Pop Smoke to Pop Smoke. z pełnym szacunkiem do komplementarnych osobowości Mac Millerów, Juice WRLDów i Nipseyów, ale to nowojorski drillowiec stał się ikoną, z której odejściem świat NAPRAWDĘ nie może się trzeźwo pogodzić. i ten sam świat wciąż nie może tez odpuścić sobie okazji by kapitalizować ile tylko można z naszych wewnętrznych projekcji wokół tej niesamowicie zapowiadającej się kariery

czy zatem "Faith" zasługuje na istnienie? w momencie, w którym usłyszałem utwór z udziałem Kanyego i Puszatego, miałem pewne wątpliwości. bo Ye brzmi, jakby właśnie przechodził udar. Pusha T w sumie również - bo twierdzi, że słuchany przez nas album przebije ten niedawno wydany przez Tylera, the Creatora. niedługo potem okazuje się, że cała płyta składa się cut outów niewydanych tracków Dymka (kto by przypuszczał, kto by pomyślał...) wzbogacanych olśniewającą plejadą znaczących ksywek i nazwisk. Cudi, 21 Savage, czy (szczerze jarająca się udziałem na albumie) Dua Lipa robią wrażenie, szantażują nas emocjonalnie perspektywą utraty niebywale znaczącej jednostki. jednostka ta jako tako odnajduje się w takich crossoverach, ale nie brakuje tu też utworów pełnych umizgów wobec słuchaczy przywiązanych do Popa od pierwszego "Meet the Woo"

ale kto wychodzi jako największy zwycięzca po odsłuchu najnowszego projektu? chyba ponownie nikt. największy drill-koneserzy jęczą w social mediach i chyba nie ma powodu, by jakoś polemizować z ich żalem. niedzielni słuchacze Pop Smoke'a i jemu pochodnych (that's me!) przyjemną ten album jako rozsądną ciekawostkę w sam raz na jeden odsłuch. ale tacy ludzie jak my nawet pewnie by nie zauważyli, że kolejne pośmiertne Pap Smołki to recykling w kółko tych samych zwrotek. nie mówię, że tak jest - szczerze wierzę, że z samych piosenek nagranych za życia w duecie z Quavo dałoby rade ukręcić z pięć takich albumów xD

zatem: słuchać "Faith", czy nie? chyba tak. jest bardziej hołd zewnętrznego świata dla Pop Smoke'a niż coś bo mogłoby sprawiać wrażenie ostatniego artystycznego tchnięcia artysty - zresztą bardzo podobnie od ostatniego DMX'a. no i nie ma tej hiper-dominującej presji, jaką 50 Cent nałożył na poprzedni album, bo miał misję od Boga czy ch** wie co

no i mamy trzy kozackie bity od The Neptunes. a uwierzcie, moje wrażenia z tego, jak to Pharrell Williams powrócił do współpracy z Chadem zapewniając sobie tym swoją trzecią/czwartą/piątą młodość - to coś czym o wiele chętniej bym opowiedział, niż o omawianym właśnie wydawnictwie
16 lip 2021, 19:25
nie będę ukrywał, Biza Markiego od dosyć długiego czasu nie zdarzyło mi się słuchać. poza sporadycznie uderzającym mnie rykoszetem, arcyważnym popkulturalnie singlem "Just A Friend", po piosenki reprezentanta Juice Crew nie sięgałem ostatnio specjalnie - a tym bardziej po całe albumy. co nie zmienia faktu, że z kronikarskiego punktu widzenia Biz był równie wpływową postacią, co co najmniej trzy inne osoby kojarzone ze wspomnianym kolektywem JC bo tam gdzie Marley Marl, Kool G Rap czy Big Daddy Kane gwałtownie popychali do przodu hiphopowe technikalia w najbardziej rozwojowym dla gatunku okresie historii, Markie puszczał swoje ekscentryczne sygnały z ciekawymi zapytaniami. a może by inaczej? dlaczego by nie tak odrobinę mniej poważniej? a może by coś zaśpiewać, a ewentualne przy tym niedoskonałości zatynkować solidną porcją autoironii i nieudawanego dystansiku? chociaż, tak z drugiej strony: Biz nie był taką kompletną antytezą ultra świeżych, wielokrotnych zbitek rymów BDK i Kool G. techniki, za pomocą których łączył świat rapu ze światem bitboksu również były swojego czasu unikalne i w znaczącym stopniu zasiliły bazę istotnych do dzisiaj archetypów wypluwania słów na mikrofon pewnie nie jest i pewnie nie będzie to postać tak bezpośrednio i spektakularnie celebrowana za swą ponadczasowość i odmienność jak nieodżałowany już od kilkunastu lat Ol' Dirty Bastard. ale pociągając dalej wiele zakwitłych na scenie ciągów przyczynowo skutkowych - Biz był, jest i dalej będzie z nami R.I.P.
nie będę ukrywał, Biza Markiego od dosyć długiego czasu nie zdarzyło mi się słuchać. poza sporadycznie uderzającym mnie rykoszetem, arcyważnym popkulturalnie singlem "Just A Friend", po piosenki reprezentanta Juice Crew nie sięgałem ostatnio specjalnie - a tym bardziej po całe albumy. co nie zmienia faktu, że z kronikarskiego punktu widzenia Biz był równie wpływową postacią, co co najmniej trzy inne osoby kojarzone ze wspomnianym kolektywem JC

bo tam gdzie Marley Marl, Kool G Rap czy Big Daddy Kane gwałtownie popychali do przodu hiphopowe technikalia w najbardziej rozwojowym dla gatunku okresie historii, Markie puszczał swoje ekscentryczne sygnały z ciekawymi zapytaniami. a może by inaczej? dlaczego by nie tak odrobinę mniej poważniej? a może by coś zaśpiewać, a ewentualne przy tym niedoskonałości zatynkować solidną porcją autoironii i nieudawanego dystansiku?

chociaż, tak z drugiej strony: Biz nie był taką kompletną antytezą ultra świeżych, wielokrotnych zbitek rymów BDK i Kool G. techniki, za pomocą których łączył świat rapu ze światem bitboksu również były swojego czasu unikalne i w znaczącym stopniu zasiliły bazę istotnych do dzisiaj archetypów wypluwania słów na mikrofon

pewnie nie jest i pewnie nie będzie to postać tak bezpośrednio i spektakularnie celebrowana za swą ponadczasowość i odmienność jak nieodżałowany już od kilkunastu lat Ol' Dirty Bastard. ale pociągając dalej wiele zakwitłych na scenie ciągów przyczynowo skutkowych - Biz był, jest i dalej będzie z nami

R.I.P.
18 lip 2021, 19:18
plot twist: tak naprawdę to żadnego albumu dziś nie będzie. te randomowe demówki na stadionie w ATL puszczał hologram, a "DONDA" to nazwa statku kosmicznego w kształcie SHERPa, którym Kanye właśnie frunie na orbitę w ślady Bezosa i tego drugiego
Zaktualizowano 23 lip 2021, 10:03
23 lip 2021, 10:03
jeśli chodzi o łącznie hip hopu z popem i ponoszenie całości do potęgi drugiej, Lil Nas X sprawia wrażenie posiadacza najbardziej wypracowanej formuły. wypracowanej, na papierze jakby zbyt oczywistej, by ktoś inny nie był również w stanie jej rozgryźć. a jednak, mechanizm stojący za tym "dzieckiem przemysłu" zuchwale przepycha się łokciami, rozbija w drobny mak rządzące popkulturą algorytmy, a konkurencję celującą w podobny profil muzyczny pozostawia w migającym świetle białego szumu jak to dokładnie działa? ni cholery nie wiem, a "Industry Baby" wcale nie pomaga mi tego zrozumieć. bo raper w piosence dość dosłownie i złośliwie rozlicza się z zarzutami o bycie podrzuconym w biznes kukułczym jajem. z jednej strony mu wierzę, a z drugiej załącza się alarmowe "ale czy na pewno?". a potem wchodzi "a nawet jeśli, to jakie to ma znaczenie?" bo i tak koniec końców dostajemy nad wyraz sprawnie napisany pop rapowy banger połyskujący bogactwem swojego rozbudowanego refrenu - pewnie już w tej chwili rozgrzewającego serwery TikToka tak, że aż skwierczą i nie bez powodu używam słowa "BANGER". (niedoceniany) duet Take a Daytrip (podobno wraz z tym wstrętnym oszustem od "Dondy") uderza w tony zakodowanej gdzieś w '00s dirty southowej fascynacji syntetycznymi akordami. a więc handlując nam nie tylko przejrzystym głosem pokolenia Z, ale i zrozumiałym dla trochę starszych słuchaczy kodem kulturowym. a potem nic dziwnego, że zapożyczający coś z ery Timbalandów Lil Nas X jest dużo bardziej czytelny dla szerszego grona odbiorców, niż koktajl z <miejsce na kilka ksywek będących właśnie na topie mainstreamowców>. no i klipy też swoje robią za pomocą włożonych w nie budżetów i głośnych gestów w kierunku LGBTQ+. to potrzebny i będący-jak-tylko-można-na-miejscu przekaz, a każde ZESRAŃSKO potencjalnych przeciwników czyni go jeszcze donośniej rezonującym rozpisałem się prawie jak o albumie. ale powiedzmy sobie tak szczerze - czy Lil Nas X potrzebuje go w ogóle? jego złota kampania strzelania pojedynczymi singlami (plus remiksy!) pozwoliła mu osiągnąć... well, wszystko. czy potencjalny debiutancki longplay miałby być uhonorowaniem tej ścieżki, czy jedynie zaspokojeniem naszych projekcji o jakiejś takiej obowiązkowej ewaluacji artystów za pomocą ALBUMÓW?
jeśli chodzi o łącznie hip hopu z popem i ponoszenie całości do potęgi drugiej, Lil Nas X sprawia wrażenie posiadacza najbardziej wypracowanej formuły. wypracowanej, na papierze jakby zbyt oczywistej, by ktoś inny nie był również w stanie jej rozgryźć. a jednak, mechanizm stojący za tym "dzieckiem przemysłu" zuchwale przepycha się łokciami, rozbija w drobny mak rządzące popkulturą algorytmy, a konkurencję celującą w podobny profil muzyczny pozostawia w migającym świetle białego szumu

jak to dokładnie działa? ni cholery nie wiem, a "Industry Baby" wcale nie pomaga mi tego zrozumieć. bo raper w piosence dość dosłownie i złośliwie rozlicza się z zarzutami o bycie podrzuconym w biznes kukułczym jajem. z jednej strony mu wierzę, a z drugiej załącza się alarmowe "ale czy na pewno?". a potem wchodzi "a nawet jeśli, to jakie to ma znaczenie?" bo i tak koniec końców dostajemy nad wyraz sprawnie napisany pop rapowy banger połyskujący bogactwem swojego rozbudowanego refrenu - pewnie już w tej chwili rozgrzewającego serwery TikToka tak, że aż skwierczą

i nie bez powodu używam słowa "BANGER". (niedoceniany) duet Take a Daytrip (podobno wraz z tym wstrętnym oszustem od "Dondy") uderza w tony zakodowanej gdzieś w '00s dirty southowej fascynacji syntetycznymi akordami. a więc handlując nam nie tylko przejrzystym głosem pokolenia Z, ale i zrozumiałym dla trochę starszych słuchaczy kodem kulturowym. a potem nic dziwnego, że zapożyczający coś z ery Timbalandów Lil Nas X jest dużo bardziej czytelny dla szerszego grona odbiorców, niż koktajl z <miejsce na kilka ksywek będących właśnie na topie mainstreamowców>. no i klipy też swoje robią za pomocą włożonych w nie budżetów i głośnych gestów w kierunku LGBTQ+. to potrzebny i będący-jak-tylko-można-na-miejscu przekaz, a każde ZESRAŃSKO potencjalnych przeciwników czyni go jeszcze donośniej rezonującym

rozpisałem się prawie jak o albumie. ale powiedzmy sobie tak szczerze - czy Lil Nas X potrzebuje go w ogóle? jego złota kampania strzelania pojedynczymi singlami (plus remiksy!) pozwoliła mu osiągnąć... well, wszystko. czy potencjalny debiutancki longplay miałby być uhonorowaniem tej ścieżki, czy jedynie zaspokojeniem naszych projekcji o jakiejś takiej obowiązkowej ewaluacji artystów za pomocą ALBUMÓW?
25 lip 2021, 19:02
kiedy przy okazji zeszłorocznego albumu Reasona czytałem sobie komentarze na temat premiery i jakieś osiemdziesiąt procent z nich to było jaranie się samym faktem, że Isaiah Rashad dograł tam swój featuring - wtedy właśnie zaczęło do mnie docierać jak wielki i oddany fan base pan Irasiad zdążył sobie wyhodować. dodatkowo, rozmaite okoliczności wyraźnie zaczęły wskazywać na to, że oczekiwany od 2016 roku następca "The Sun's Tirade" to najjaśniejsza i najbliższa możliwa perspektywa na to, że niegdyś ubóstwiany przeze mnie label Top Dawg Entertainment odzyska jakiś znaczący kawał dawnego blasku. bo widzicie: Ab-Soul z płyty na płytę coraz mocniej spada z rowerka, ScHoolboy mocno rozczarował ostatnim wydawnictwem (wciąż wierze, że to tylko niefortunny jednorazowy FAKAP), Reasony i inne Lance nikogo, a sami wielcy SZA i Kendrick Lamar sprawiają wrażenie zbyt ważnych, bo w ogóle wejść do studia i cokolwiek nagrać - a tym bardziej w ramach sławienia potęgi TDE trzech liter świętych. w całej ten nieciekawej sytuacji z pogubieniem złotej passy i cudownie spójnej tożsamości, Isaiah Rashad faktycznie jawi się jako ostatnia deska ratunku. czy może nawet - zupełnie nietrafnie nawiązując do tytułu albumu - ostatnia gaśnica do ugaszenia tej płonącej budy sam tytuł ("The House is Burning") nawiązuje oczywiście do czegoś zupełnie innego. gdyby nie komentarz jednego z czytelników na grupce SZRP, to pewnie nie zagłębił się w temat problemów z ogarnięciem żyćka, jakie to zamieniły Zayowi kilka lat życia w istne piekło. nie wiedziałbym pewnie też, że histora walki z uzależnieniem upośledzała już prace nad poprzednim albumem - który to album był sympatyczny, ale faktycznie COŚ JAKBY przeszkadzało mu być znacznie lepszym. mam dosyć restrykcyjne podejście do oceniania twórczości artystów przez pryzmat przewrotności ich prywatnych losów - stąd nie znałem sytuacji rapera - ale tutaj muszę wyjść z roli i coś docenić. wszystko z czym chłopak z Chattanoogi się uporał, przeistoczył w najczystszą siłę sprawczą. domknął wątki, rozliczył się z demonami (bardzo subtelnie, nie obawiajcie się rozdmuchanego do granic przyzwoitości ekshibicjonizmu w stylu "Recovery" Eminema), a wszystko to w jednym celu - dostarczyć swoim fanom sto procent siebie. a może i więcej więcej, gdyż do tej pory nie był aż tak dosłowny w spłacaniu ulicznego kredytu swoim idolom z pobliskiego Memphis. mafijkowe pogłosy przypominają nam osobie niemal w co drugiej piosence. coś, co powoli staję się zjechaną kliszą mainstreamu (a podziemia może nawet tym bardziej), tutaj działa ultra naturalnie. czuć u Zaya zarówno mocno osobiste przywiązanie do brzmienia, jak i chęć do narzucenia swojego osobistego twistu. i faktycznie, jego soulfulowy mumble-rap (mam nadzieję, że pierwszy wymyśliłem takie określenie i stanę się z tego powodu sławny) wstrzeliwuje się cudownie w te crunkowo-phonkowe pokłady, jednocześnie w magiczny sposób zmiękczając ich wrodzoną szorstkość no dobra, ale te crunki to i tak jedynie czubek góry lodowej, mnóstwo tu przede wszystkim tego Rashada, którego znamy najlepiej. uroczo prowincjonalnego, spijającego śmietankę z muzycznych dróg przebytych przez Devina i Soulquarianów. płonącego miłością do szeroko pojętego południa, dumnie je reprezentując w dobie globalnej trapifikacji hip hopu, parafrazując historyczne hooki (tym razem padło na przykład na Goodie Mob). zataczającego się czasem w kierunku westcoastu (co Jay Rock tutaj dał, o jeny). pisząc słowami-kluczami: luzik, czilerka, wajb. po prostu myślisz o chłopie i wiesz, że chcesz usłyszeć takie tracki jak "Headshots (4r Da Locals)" albo "Chad" "The House Is Burning" to piękna historia o odbijaniu się z dna. piękna, bo nie skupiająca się na tym (ale jako to robi, to WHOA: "You was lookin' to a light / And I was lookin' for a lighter / I was fu****' with the fire in the worst way" w "Don't Shoot" albo "I should put all of my trust in religion / I've hit the pavement and busted my nose / This ain't as hard as it gets, but I'm still on drugs" pachnącym neo-psychedelią ukrytym outrze), ale za to skupiająca na sprostaniu oczekiwań wygłodzonego pięć lat słuchacza. brawo! no i to TDE jakby faktycznie trochę mniej się żarzy...
kiedy przy okazji zeszłorocznego albumu Reasona czytałem sobie komentarze na temat premiery i jakieś osiemdziesiąt procent z nich to było jaranie się samym faktem, że Isaiah Rashad dograł tam swój featuring - wtedy właśnie zaczęło do mnie docierać jak wielki i oddany fan base pan Irasiad zdążył sobie wyhodować. dodatkowo, rozmaite okoliczności wyraźnie zaczęły wskazywać na to, że oczekiwany od 2016 roku następca "The Sun's Tirade" to najjaśniejsza i najbliższa możliwa perspektywa na to, że niegdyś ubóstwiany przeze mnie label Top Dawg Entertainment odzyska jakiś znaczący kawał dawnego blasku. bo widzicie: Ab-Soul z płyty na płytę coraz mocniej spada z rowerka, ScHoolboy mocno rozczarował ostatnim wydawnictwem (wciąż wierze, że to tylko niefortunny jednorazowy FAKAP), Reasony i inne Lance nikogo, a sami wielcy SZA i Kendrick Lamar sprawiają wrażenie zbyt ważnych, bo w ogóle wejść do studia i cokolwiek nagrać - a tym bardziej w ramach sławienia potęgi TDE trzech liter świętych. w całej ten nieciekawej sytuacji z pogubieniem złotej passy i cudownie spójnej tożsamości, Isaiah Rashad faktycznie jawi się jako ostatnia deska ratunku. czy może nawet - zupełnie nietrafnie nawiązując do tytułu albumu - ostatnia gaśnica do ugaszenia tej płonącej budy

sam tytuł ("The House is Burning") nawiązuje oczywiście do czegoś zupełnie innego. gdyby nie komentarz jednego z czytelników na grupce SZRP, to pewnie nie zagłębił się w temat problemów z ogarnięciem żyćka, jakie to zamieniły Zayowi kilka lat życia w istne piekło. nie wiedziałbym pewnie też, że histora walki z uzależnieniem upośledzała już prace nad poprzednim albumem - który to album był sympatyczny, ale faktycznie COŚ JAKBY przeszkadzało mu być znacznie lepszym. mam dosyć restrykcyjne podejście do oceniania twórczości artystów przez pryzmat przewrotności ich prywatnych losów - stąd nie znałem sytuacji rapera - ale tutaj muszę wyjść z roli i coś docenić. wszystko z czym chłopak z Chattanoogi się uporał, przeistoczył w najczystszą siłę sprawczą. domknął wątki, rozliczył się z demonami (bardzo subtelnie, nie obawiajcie się rozdmuchanego do granic przyzwoitości ekshibicjonizmu w stylu "Recovery" Eminema), a wszystko to w jednym celu - dostarczyć swoim fanom sto procent siebie. a może i więcej

więcej, gdyż do tej pory nie był aż tak dosłowny w spłacaniu ulicznego kredytu swoim idolom z pobliskiego Memphis. mafijkowe pogłosy przypominają nam osobie niemal w co drugiej piosence. coś, co powoli staję się zjechaną kliszą mainstreamu (a podziemia może nawet tym bardziej), tutaj działa ultra naturalnie. czuć u Zaya zarówno mocno osobiste przywiązanie do brzmienia, jak i chęć do narzucenia swojego osobistego twistu. i faktycznie, jego soulfulowy mumble-rap (mam nadzieję, że pierwszy wymyśliłem takie określenie i stanę się z tego powodu sławny) wstrzeliwuje się cudownie w te crunkowo-phonkowe pokłady, jednocześnie w magiczny sposób zmiękczając ich wrodzoną szorstkość

no dobra, ale te crunki to i tak jedynie czubek góry lodowej, mnóstwo tu przede wszystkim tego Rashada, którego znamy najlepiej. uroczo prowincjonalnego, spijającego śmietankę z muzycznych dróg przebytych przez Devina i Soulquarianów. płonącego miłością do szeroko pojętego południa, dumnie je reprezentując w dobie globalnej trapifikacji hip hopu, parafrazując historyczne hooki (tym razem padło na przykład na Goodie Mob). zataczającego się czasem w kierunku westcoastu (co Jay Rock tutaj dał, o jeny). pisząc słowami-kluczami: luzik, czilerka, wajb. po prostu myślisz o chłopie i wiesz, że chcesz usłyszeć takie tracki jak "Headshots (4r Da Locals)" albo "Chad"

"The House Is Burning" to piękna historia o odbijaniu się z dna. piękna, bo nie skupiająca się na tym (ale jako to robi, to WHOA: "You was lookin' to a light / And I was lookin' for a lighter / I was fu****' with the fire in the worst way" w "Don't Shoot" albo "I should put all of my trust in religion / I've hit the pavement and busted my nose / This ain't as hard as it gets, but I'm still on drugs" pachnącym neo-psychedelią ukrytym outrze), ale za to skupiająca na sprostaniu oczekiwań wygłodzonego pięć lat słuchacza. brawo!

no i to TDE jakby faktycznie trochę mniej się żarzy...
31 lip 2021, 20:53
forma trójki najpiękniejszych hiphopowych producentów: stan na 1 sierpnia 2021: Alchemist - trochę pomniejszych projektów co pojawiają się i znikają ze Spoti, ale poza tym genialne "Haram" - silny AOTY CONTENDER. w drodze jeszcze kolejny materiał z Boldym Jamesem i nie muszę chyba pisać, że w moim świecie to ważniejsze wydarzenie od "DONDY" Harry Fraud - jest ładnie, cztery albumy w tym roku. jeden bardzo dla mnie ważny i inspirujący (Jim Jones), drugi solidny ale bez tej bożej iskry (Benny the Butcher). no i dwa, za pomocą których jakoś tak nie udaje się pociągnąć niewystarczająco ciekawych raperów. w ten piątek ukazał się collabo project z Dave'em Eastem i tak nawet przy ogromnym przypływie chęci nie bardzo wiedziałbym co Wam o nim powiedzieć. zjadany charyzmą nawet przez Frencha Montanę emcee jest taką trochę czarną dziurą wysysającą jakikolwiek fun z potencjalnego obcowania z solidną porcją różnorodnych podkładów Harry'ego. bo ten oczywiście spisał się tak dobrze jak mógł. NO CUSZ DJ Muggs - no i tutaj mamy póki co lidera w tegorocznym zestawieniu. pięć albumów - jeden producencki i cztery z trwającego z długimi przerwami od 2005 cyklu "Muggs vs...". każdy z tych tworów brał z zaskoczenia MOCNO, odjechanej psychodelicznie jazdy z Rome Streetzem nie spodziewałem się tak samo jak pełnego serducha "klasycznego" side-projectu Yelawolfa. i "American Cheese" to kolejny strzał znikąd i to taki nawet celny. bo Holograma znałem jako weed carriera z albumów Action Bronsona i Meyhema Laurena (edit: jest to również braciak tego drugiego). ale typ ten ewidentnie zgarniał sobie jakieś trzy czwarte noszonego zioła, bo jego debiut (chyba...) to absolutny festiwal spizgania, bycia poważnym na niepoważnie w oparach sarkastycznego hardkoru. a Muggs kiedy zapytany został o to, w jakim stylu osadzić ten "Amerykański Ser" (kurde, po polsku nawet lepiej), to pewnie dostał odpowiedź w stylu: W KAŻDYM. i co, działa? działa kolejne notowanie topki najpiękniejszych producentów za dwa tygodnie (bo wtedy ma wyjść wspomniany Boldy), dziękuję i pozdrawiam
forma trójki najpiękniejszych hiphopowych producentów: stan na 1 sierpnia 2021:

Alchemist - trochę pomniejszych projektów co pojawiają się i znikają ze Spoti, ale poza tym genialne "Haram" - silny AOTY CONTENDER. w drodze jeszcze kolejny materiał z Boldym Jamesem i nie muszę chyba pisać, że w moim świecie to ważniejsze wydarzenie od "DONDY"

Harry Fraud - jest ładnie, cztery albumy w tym roku. jeden bardzo dla mnie ważny i inspirujący (Jim Jones), drugi solidny ale bez tej bożej iskry (Benny the Butcher). no i dwa, za pomocą których jakoś tak nie udaje się pociągnąć niewystarczająco ciekawych raperów. w ten piątek ukazał się collabo project z Dave'em Eastem i tak nawet przy ogromnym przypływie chęci nie bardzo wiedziałbym co Wam o nim powiedzieć. zjadany charyzmą nawet przez Frencha Montanę emcee jest taką trochę czarną dziurą wysysającą jakikolwiek fun z potencjalnego obcowania z solidną porcją różnorodnych podkładów Harry'ego. bo ten oczywiście spisał się tak dobrze jak mógł. NO CUSZ

DJ Muggs - no i tutaj mamy póki co lidera w tegorocznym zestawieniu. pięć albumów - jeden producencki i cztery z trwającego z długimi przerwami od 2005 cyklu "Muggs vs...". każdy z tych tworów brał z zaskoczenia MOCNO, odjechanej psychodelicznie jazdy z Rome Streetzem nie spodziewałem się tak samo jak pełnego serducha "klasycznego" side-projectu Yelawolfa. i "American Cheese" to kolejny strzał znikąd i to taki nawet celny. bo Holograma znałem jako weed carriera z albumów Action Bronsona i Meyhema Laurena (edit: jest to również braciak tego drugiego). ale typ ten ewidentnie zgarniał sobie jakieś trzy czwarte noszonego zioła, bo jego debiut (chyba...) to absolutny festiwal spizgania, bycia poważnym na niepoważnie w oparach sarkastycznego hardkoru. a Muggs kiedy zapytany został o to, w jakim stylu osadzić ten "Amerykański Ser" (kurde, po polsku nawet lepiej), to pewnie dostał odpowiedź w stylu: W KAŻDYM. i co, działa? działa

kolejne notowanie topki najpiękniejszych producentów za dwa tygodnie (bo wtedy ma wyjść wspomniany Boldy), dziękuję i pozdrawiam
1 sie 2021, 15:14
znajomi z @[100044365512443:2048:Popkiller] zapytali mnie czego oczekuję po nowym albumie tego dziwnego creepa okupującego stadion w ATL
Zaktualizowano 4 sie 2021, 20:56
4 sie 2021, 20:56
"Dondunia" znowu oficjalnie nie dropnęła, no ale miło jest przecież. bo jest za to nowy Nas, nowy Homeboy Sandman, nowy DJ Mustard, a ja sam jeszcze nie wyrobiłem z oceną wydanego kilka dni temu Young Nudy'ego. przygrywają nam nowe singielki Weeknda i Rico Nasty, a na prawdziwych koneserów muzyki nieograniczających się do zaściankowej amerykańskiej sceny czeka nowy track Young Leokadii. ale - zupełnie na serio - najmilszym akcentem tego dnia i najskuteczniejszym odstraszaczem kiepskiej pogody jest propozycja zespołu Abstract Mindstate. czyli pośrednio również sam Kanye West. DAMN IT za albumem reaktywującego się po latach duetu z Chi-town stoi urocza i bardzo poczytna historia. w sam raz na artykulik na Complex, historia jak wyciągnięta z reality show dla aspirujących muzyków. przepiękna lekcja by nie porzucać marzeń sprzed kilkunastu lat, a nawet najbardziej przymglone znajomości przed lat potrafią zaowocować rzeczywistym plot twistem totalnie wyobrażałem sobie jak może to "Dreams Still Inspire" wyglądać. że to będzie przyjemna wizyta w skansenie niezależnego truskuliku z lat '00s, że poczuje się trochę Little Brothera, trochę Blu & Exile, trochę Tanyi Morgan, i tak dalej. i znało się też formę Kanyego z czasów jego obfitych sesji w Wyoming, wiedziało się to tej oldskulowej duszy otaczającej skutecznie "Daytonę" i dużo mniej skutecznie "Nasira". tak, musiałem uszczypnąć Nasa, a tekst o "King's Disease II" naturalnie się napisze wracając do Abstrakcyjnego Stanu Umysłu - dostaliśmy dokładnie TO. a nawet więcej, bo nie spodziewałem się aż tak głębokiego wejścia Kanyego w ten dalekobieżny indie-rapowy styl - którego de facto nigdy aż tak stricte nie uprawiał, więc nie ma mowy o powrocie do czegokolwiek z timeline'u jego własnej kariery. i trudno przy tym uwierzyć, że są to odrzuty z pamiętnej kampanii albumowej w 2018, THEY'RE JUST THAT GOOD. a jeszcze ciekawiej to brzmi, gdy wyobrazimy sobie że człowiek klepiący te podkłady wczoraj paradował po stadionie Mercedesa w s&m kostiumie jeżozwierza. jeśli macie kolegę co za mocno udziela się na grupkach dla boomerskich diggerów (albo nawet jest adminem) to podeślijcie mu ten album - nie mówiąc kto go wyprodukował chociaż powody szerokiego grona odbiorców do sięgnięcia po album są dość oczywiste, warto zostać przy nim również dla samego dwojga rapujących głosów. Olskool Ice-Gre i E.P. Da Hellcat oprócz spijania tej przysłowiowej lemoniady z życiowych cytryn, naprawdę mają dużo nam do powiedzenia, do nadgonienia. szczególną sympatią zapałałem do pani E.P., która swoja bystrością i poetyckim pierwiastkiem skojarzyła się mocno z Jean Grae. pan Olskool taki podobny to nikogo, ale bawi się wyśmienicie mogą tu i teraz oboje nagrać taki właśnie rozkosznie tradycyjny album także no, miłego weekendu. bo jest miły - nieważne czy z "Dondą" czy bez "Dondy"
"Dondunia" znowu oficjalnie nie dropnęła, no ale miło jest przecież. bo jest za to nowy Nas, nowy Homeboy Sandman, nowy DJ Mustard, a ja sam jeszcze nie wyrobiłem z oceną wydanego kilka dni temu Young Nudy'ego. przygrywają nam nowe singielki Weeknda i Rico Nasty, a na prawdziwych koneserów muzyki nieograniczających się do zaściankowej amerykańskiej sceny czeka nowy track Young Leokadii. ale - zupełnie na serio - najmilszym akcentem tego dnia i najskuteczniejszym odstraszaczem kiepskiej pogody jest propozycja zespołu Abstract Mindstate. czyli pośrednio również sam Kanye West. DAMN IT

za albumem reaktywującego się po latach duetu z Chi-town stoi urocza i bardzo poczytna historia. w sam raz na artykulik na Complex, historia jak wyciągnięta z reality show dla aspirujących muzyków. przepiękna lekcja by nie porzucać marzeń sprzed kilkunastu lat, a nawet najbardziej przymglone znajomości przed lat potrafią zaowocować rzeczywistym plot twistem

totalnie wyobrażałem sobie jak może to "Dreams Still Inspire" wyglądać. że to będzie przyjemna wizyta w skansenie niezależnego truskuliku z lat '00s, że poczuje się trochę Little Brothera, trochę Blu & Exile, trochę Tanyi Morgan, i tak dalej. i znało się też formę Kanyego z czasów jego obfitych sesji w Wyoming, wiedziało się to tej oldskulowej duszy otaczającej skutecznie "Daytonę" i dużo mniej skutecznie "Nasira". tak, musiałem uszczypnąć Nasa, a tekst o "King's Disease II" naturalnie się napisze

wracając do Abstrakcyjnego Stanu Umysłu - dostaliśmy dokładnie TO. a nawet więcej, bo nie spodziewałem się aż tak głębokiego wejścia Kanyego w ten dalekobieżny indie-rapowy styl - którego de facto nigdy aż tak stricte nie uprawiał, więc nie ma mowy o powrocie do czegokolwiek z timeline'u jego własnej kariery. i trudno przy tym uwierzyć, że są to odrzuty z pamiętnej kampanii albumowej w 2018, THEY'RE JUST THAT GOOD. a jeszcze ciekawiej to brzmi, gdy wyobrazimy sobie że człowiek klepiący te podkłady wczoraj paradował po stadionie Mercedesa w s&m kostiumie jeżozwierza. jeśli macie kolegę co za mocno udziela się na grupkach dla boomerskich diggerów (albo nawet jest adminem) to podeślijcie mu ten album - nie mówiąc kto go wyprodukował

chociaż powody szerokiego grona odbiorców do sięgnięcia po album są dość oczywiste, warto zostać przy nim również dla samego dwojga rapujących głosów. Olskool Ice-Gre i E.P. Da Hellcat oprócz spijania tej przysłowiowej lemoniady z życiowych cytryn, naprawdę mają dużo nam do powiedzenia, do nadgonienia. szczególną sympatią zapałałem do pani E.P., która swoja bystrością i poetyckim pierwiastkiem skojarzyła się mocno z Jean Grae. pan Olskool taki podobny to nikogo, ale bawi się wyśmienicie mogą tu i teraz oboje nagrać taki właśnie rozkosznie tradycyjny album

także no, miłego weekendu. bo jest miły - nieważne czy z "Dondą" czy bez "Dondy"
6 sie 2021, 20:33
wymieniając wholesome rzeczy z tego tygodnia zapomniałem, że Vince wydał piosenkę na 25-lecie marki Pokemon. taką, że namedropuje w niej stworki z lekkością dwadzieścia lat młodszego mnie - ale też ciągle twardo i konsekwentnie urzęduje w swoim własnym uniwersum Ramona Parku. a tam na co dzień bywa tak wystrzałowo, że nawet siostra z pokecentrum nie pomoże

"Watch for the snakes, watch for the rats (Where they at?)
In the grass
Rattatas, Arboks, these is our blocks (Yeah)"

dziwny ten nasz timeline, ale lubię
Zaktualizowano 7 sie 2021, 17:48
7 sie 2021, 17:48
tak jak obiecywałem: trzeba się trochę poznęcać nad Nasem i jego najnowszym albumem. oczywiście sequelem poprzedniego, bo jak tu można byłoby nie odcinać cynicznie kuponów od dość powierzchownego, ale nagrodzonego Grammy "King's Disease"? czy to już faktyczny kreatywny koniec jednego z największych raperów ever? nagrywanie co roku o tej samej porze kolejnych części ledwo lepiącego się albumowego zamysłu, w towarzystwie równie poczciwego co nierównego super(?)producenta Hit-Boya - byle tylko gromadka niesłuchających raczej hip hopu dziadków borowych z Akademii została ponownie uraczona tym co zna i jako-tako jeszcze łapie w klamry swego selektywnego zrozumienia "młodzieżowej" muzyki? czy warto w ogóle w tym momencie sięgać po "King's Disease II"? jeśli jeszcze nie przestaliście czytać, to odpowiadam na pytanie: tak, warto xD. sorry za lekki trolling, ale sam się tak trochę czuję zaskoczony. w pozytywny sposób, bo "KDII" jest jak sequel gry video, przy pracy nad którym twórcy przeczytali wszystkie komentarze rozczarowanych graczy (z pominięciem całego rasistowskiego GEJMERSKIEGO syfu) i niemal od razu zabrali się za łatanie dziur w kodzie. sukces pierwszej części zadziałał wręcz przeciwnie do teorii o popadaniu w niecne produkowanie Grammy-baitów. tak, wciąż jest to easy-listening dla kogokolwiek stojącego z boku i łączącego koniec z końcem na podstawia swej rapowej wiedzy sprzed kilkunastu lat. ale w centrum uwagi mamy Nasa naprawę pałającego optymizmem, chęcią dopowiedzenia nienaświetlonych do tej pory segmentów swej biografii. w pełni w trybie "to zrobiłem, to widziałem", ale z pozytywnym tonem i nadzieją, że ci co przychodzą po nim dalej pociągną ten gatunek (i tak, mam nadzieję, że co najmniej kilku słuchaczy ma pianę na pysku z powodu trapowego podkładu w "40 Side" albo zwrotki Boogiego W Kapturze na "YKTV") w "Moment" wujek nas buja się na skrzypiącym fotelu i na jazzującym podkładzie nobilituje każdy najpiękniejszy moment, który miał miejsce (albo nie miał) w jego życiu. w "No Phony Love" opowiada trochę o swej dysfunkcjonalnej relacji z kobietami - normalnie jakby odpowiadał na mój zarzut o gryzące się ze sobą wątki z poprzedniego CD. a wokół tego wszystkiego charyzmatyczne tak jak trzeba, rasowe, Nasowe (hehe) braggi bogato utkane metaforą, ciekawostkami pod Black History Month i relacją z wydarzeń bardziej bieżących. przyznam, że trochę kręciłem nosem na szantażowanie martyrologią wokół wątku późnej relacji z 2Paciem. ale, z drugiej strony - nie wątpię, że wielu z nas gdzieś w głębi szukało takiego soczystego domknięcia wątku. aha, no i nie zauważyłem - przynamniej na tych paru pierwszych odsłuchach - żadnych poważnych szuryzmów. thank you, mr Nas pan Jones panem Jonesem, ale i Hit-Boy jakby zaliczył tutaj jakiś LEVEL-UP. wciąż jest to ten producent co na albumach z 2020 - na tyle solidny by nic zbyt poważnie nie spieprzyć, nie wystarczająco pasjonujący bym marzył o instrumentalnych wersjach jego projektów. ale na "King's Disease" podkłady są jakby bardziej... czyste, zrozumiałe, konsekwentne? nawet jak bębny nie raz zabrzmią płasko i jakby wrzucone z psiego obowiązku - to jego westoastowe rozumienie sensu atrakcyjności linii basu wynagradza wszelakie niedociągnięcia. no i chyba po prostu coraz lepiej rozumie czego Nasir potrzebuje w danej chwili, do danej tematyki - niemal tak dobrze jak rozumiał, że Benny the Butcher chce być Jayem Z z lat dziewięćdziesiątych gdybym miał się do czegoś przyczepić, to zgadnijcie do czego. nagrody nie będzie bo pewnie się domyśliliście w ułamku sekundy. "EPMD 2" to pewny skip, choć szkoda naprawdę mocno zajawionych tutaj Ericka i Parrisha. z drugiej strony jaki potężny boss move ze strony Escobara - wrzucić na album Eminema po tylu latach od przedawnienia beefu z Jayem, w czasach gdy Em działa już tak bardzo w swoim trybie odklejenia od jakiejkolwiek współczesnej narracji i po prostu nie da się stwierdzić faktu "bycia zamordowanym na własnym gunwie". ale wiecie co wynagradza nam niepotrzebny i niepotrzebnie długi featuring Marshalla Mathersa? potrzebny i totalnie zasłużenie długi featuring błyszczącej jak 25 lat temu Lauryn Hill <3 widziałem już w internetach już mnóstwo komentarzy, że "King's Disease" to już w tym momencie album roku. ja na to odpowiadam: hola, przecież Mach-Hommy istnieje, a wraz z nim jeszcze kilku artystów z fantastycznymi tegorocznymi wydawnictwami. ale jestem tu z tymi ludźmi i cieszę się ich szczęściem, bo Nasir Jones naprawdę dał porządny albumix. do którego zresztą wróciłem już więcej razy niż do jakiegokolwiek jego krążka od... jeny, nie wiem i nie powiem. a zacni panowie z Akademii już siedzą i polerują kolejną statuetkę dla chłopaka z QB. CAN'T BLAME THEM, bo skoro pierwsza część zasługiwała, no to tutaj przypałem byłoby nie dostać. a ja nie będę wtedy zrzędzić. chyba
tak jak obiecywałem: trzeba się trochę poznęcać nad Nasem i jego najnowszym albumem. oczywiście sequelem poprzedniego, bo jak tu można byłoby nie odcinać cynicznie kuponów od dość powierzchownego, ale nagrodzonego Grammy "King's Disease"? czy to już faktyczny kreatywny koniec jednego z największych raperów ever? nagrywanie co roku o tej samej porze kolejnych części ledwo lepiącego się albumowego zamysłu, w towarzystwie równie poczciwego co nierównego super(?)producenta Hit-Boya - byle tylko gromadka niesłuchających raczej hip hopu dziadków borowych z Akademii została ponownie uraczona tym co zna i jako-tako jeszcze łapie w klamry swego selektywnego zrozumienia "młodzieżowej" muzyki? czy warto w ogóle w tym momencie sięgać po "King's Disease II"?

jeśli jeszcze nie przestaliście czytać, to odpowiadam na pytanie: tak, warto xD. sorry za lekki trolling, ale sam się tak trochę czuję zaskoczony. w pozytywny sposób, bo "KDII" jest jak sequel gry video, przy pracy nad którym twórcy przeczytali wszystkie komentarze rozczarowanych graczy (z pominięciem całego rasistowskiego GEJMERSKIEGO syfu) i niemal od razu zabrali się za łatanie dziur w kodzie. sukces pierwszej części zadziałał wręcz przeciwnie do teorii o popadaniu w niecne produkowanie Grammy-baitów. tak, wciąż jest to easy-listening dla kogokolwiek stojącego z boku i łączącego koniec z końcem na podstawia swej rapowej wiedzy sprzed kilkunastu lat. ale w centrum uwagi mamy Nasa naprawę pałającego optymizmem, chęcią dopowiedzenia nienaświetlonych do tej pory segmentów swej biografii. w pełni w trybie "to zrobiłem, to widziałem", ale z pozytywnym tonem i nadzieją, że ci co przychodzą po nim dalej pociągną ten gatunek (i tak, mam nadzieję, że co najmniej kilku słuchaczy ma pianę na pysku z powodu trapowego podkładu w "40 Side" albo zwrotki Boogiego W Kapturze na "YKTV")

w "Moment" wujek nas buja się na skrzypiącym fotelu i na jazzującym podkładzie nobilituje każdy najpiękniejszy moment, który miał miejsce (albo nie miał) w jego życiu. w "No Phony Love" opowiada trochę o swej dysfunkcjonalnej relacji z kobietami - normalnie jakby odpowiadał na mój zarzut o gryzące się ze sobą wątki z poprzedniego CD. a wokół tego wszystkiego charyzmatyczne tak jak trzeba, rasowe, Nasowe (hehe) braggi bogato utkane metaforą, ciekawostkami pod Black History Month i relacją z wydarzeń bardziej bieżących. przyznam, że trochę kręciłem nosem na szantażowanie martyrologią wokół wątku późnej relacji z 2Paciem. ale, z drugiej strony - nie wątpię, że wielu z nas gdzieś w głębi szukało takiego soczystego domknięcia wątku. aha, no i nie zauważyłem - przynamniej na tych paru pierwszych odsłuchach - żadnych poważnych szuryzmów. thank you, mr Nas

pan Jones panem Jonesem, ale i Hit-Boy jakby zaliczył tutaj jakiś LEVEL-UP. wciąż jest to ten producent co na albumach z 2020 - na tyle solidny by nic zbyt poważnie nie spieprzyć, nie wystarczająco pasjonujący bym marzył o instrumentalnych wersjach jego projektów. ale na "King's Disease" podkłady są jakby bardziej... czyste, zrozumiałe, konsekwentne? nawet jak bębny nie raz zabrzmią płasko i jakby wrzucone z psiego obowiązku - to jego westoastowe rozumienie sensu atrakcyjności linii basu wynagradza wszelakie niedociągnięcia. no i chyba po prostu coraz lepiej rozumie czego Nasir potrzebuje w danej chwili, do danej tematyki - niemal tak dobrze jak rozumiał, że Benny the Butcher chce być Jayem Z z lat dziewięćdziesiątych

gdybym miał się do czegoś przyczepić, to zgadnijcie do czego. nagrody nie będzie bo pewnie się domyśliliście w ułamku sekundy. "EPMD 2" to pewny skip, choć szkoda naprawdę mocno zajawionych tutaj Ericka i Parrisha. z drugiej strony jaki potężny boss move ze strony Escobara - wrzucić na album Eminema po tylu latach od przedawnienia beefu z Jayem, w czasach gdy Em działa już tak bardzo w swoim trybie odklejenia od jakiejkolwiek współczesnej narracji i po prostu nie da się stwierdzić faktu "bycia zamordowanym na własnym gunwie". ale wiecie co wynagradza nam niepotrzebny i niepotrzebnie długi featuring Marshalla Mathersa? potrzebny i totalnie zasłużenie długi featuring błyszczącej jak 25 lat temu Lauryn Hill ♥

widziałem już w internetach już mnóstwo komentarzy, że "King's Disease" to już w tym momencie album roku. ja na to odpowiadam: hola, przecież Mach-Hommy istnieje, a wraz z nim jeszcze kilku artystów z fantastycznymi tegorocznymi wydawnictwami. ale jestem tu z tymi ludźmi i cieszę się ich szczęściem, bo Nasir Jones naprawdę dał porządny albumix. do którego zresztą wróciłem już więcej razy niż do jakiegokolwiek jego krążka od... jeny, nie wiem i nie powiem. a zacni panowie z Akademii już siedzą i polerują kolejną statuetkę dla chłopaka z QB. CAN'T BLAME THEM, bo skoro pierwsza część zasługiwała, no to tutaj przypałem byłoby nie dostać. a ja nie będę wtedy zrzędzić. chyba
9 sie 2021, 21:58
Streamujcie zagraniczne rap płyty zmienił(a) swój status.
zanim przejdziemy do dobrych premier tego tygodnia (a sporo tego, oh boy) - raport ze streamingowego świata, bo dużo ostatnio braków przestaje być brakami

- Big K.R.I.T. nareszcie wrzucił całość swojego mikstejpowego katalogu. co prawda projekty te w celu przepuszczenia przez samplingową cenzurę zostały trochę brutalnie okrojone - niektórych świetnych tracków brakuje ("Time Machine", "The Vent", "Boobie Miles"...), a niektóre zostały wyedytowane z trudnej do wyczyszczenia zawartości. niemniej miło że udało się zrobić cokolwiek, galeria albumów Krizzle'a bez "Return of 4Eva" czy "4eva N a Day" poważnie do końca nie wyglądała. to ważny upload, gdyż moim zdaniem najważniejszą historycznie artystyczną spuścizną po raperze/producencie z Mississippi będzie właśnie wyniesienie mixtape'owych standardów na poziom czegoś, czego praktycznie nie dało się odróżnić od jakości prezentowanej na faktycznych albumach

- od przyszłego tygodnia po trochu na streamy wjeżdżać będzie katalog Blackground Records - kawał historii czarnej muzyki lat dziewięćdziesiątych, z kompletną dyskografią Aaliyah na czele peletonu. przy okazji uzupełnione zostaną też braki w dyskografii Timbalanda (solo i z Magoo), a i wpadną kultowe soundtracki do "Romeo Must Die" i "Exit Wounds". czytałem niedawno artykuł Okayplayera, gdzie autor bardzo rozpaczał nad brakiem ścieżki dźwiękowej do "Romeo..". mam nadzieje, że jego życie stało się właśnie lepsze

- ciągnące się już dość długo pertraktacje dotyczące wejścia dyskografii De La Soul na chmurę (w inny sposób niż torrenty) zakończyły się sukcesem, listopad 2021 stał się oficjalną datą, potwierdzoną chociażby przez Spotify. szykuje się święto, oby tylko przeładowane samplami "3 Feet High and Rising" nie podzieliło losu mikstejpów Krita. no ale skoro "Fear of a Black Planet" albo drugi album Beastie Boysów wciąż na legalu funkcjonują w streamosferze, to i tutaj MUSI się udać

- no i ten nicpoń Naby Blue w końcu łaskawie podzielił się swoim ostatnim albumem. nie tak spektakularne info jak pozostałe, ale d-dzięki pan Navy

- "Dondy" wciąż nie ma 🤡
14 sie 2021, 11:40
nowy Boldy James, ulica, dilerka coś tam coś tam, mroczny klimat, metafory itepe, itede. Alchemist wciąż w swojej zajebistej formie, yada yada, kolejny świetny album. ok, wpis gotowy, pora na CS'a kurczę, ale naprawdę trudno cokolwiek dopowiedzieć na temat omawianej już wielokrotnie estetyki pana Boldy'ego, świetnie sprzężonego rachunku raperskich doskonałości i niedoskonałości, jego kompletnego imidżu o którym w zasadzie wszystko już wiemy, ale i tak lgniemy do usłyszenia nowych piosenek. nie mam też już siły pisać jakim bogatym w doświadczenie i kreatywność producentem jest Alchemist - i że po raz n-ty ten fakt został potwierdzony. "Bo Jackson" to album cholernie solidny, ale jest to też album wydany coś ponad rok po równie cholernie solidnym, może nawet identycznie cholernie solidnym "The Price of Tea In China". nie jest zatem tak fascynującym jak ostatnio strzałem z drugiego/trzeciego planu - kiedy to Alc i Boldy mieli okazję udowodnić naprawdę wiele, reaktywując niedocenione collabo z 2013. w 2021 roku to już samograj i czuć, że najnowszy materiał powstawał w kompletnie bezbolesnych okolicznościach, pisał się sam, a twórcy tylko patrzyli jak ciasto rośnie i pięknie rumieni się w piekarniku. aczkolwiek odnoszę wrażenie że "Bo" jest ODROBINĘ mniej niepokojąco-brundy, psychodeliczny niż do tej pory ale kiedy jest to robi to super. jak w ducie z Bennym the Butcherem, gdzie obaj raperzy testują swoje nowe paranoiczne flow pod bit taktowany cudownie kwaśnym bass-kickiem (jeden z mocniejszych łączników w dotychczasową muzyczną atmosferą Boldy'ego). ale ciężko też oprzeć się tradycjonalistycznie celnemu "EPMD", a kawałek z Earlem i Marciano to już w ogóle - mokry sen każdego fana abstracto-ulicznej stylistyki. "3rd Person" wyciąga tyle charyzmy z obojga artystów, że brzmi jak hymn całej ich dyskografii. "Speed Trap" narzuca wybijające z tropu tempo gwarantujące cudowny PAYOUT w następnym tracku - totalnie zblazowanym "Diamond Dallas" z jeszcze bardziej zblazowanym Stove God Cooksem (czekam na nowy album typa MOTZNO) no i to zamykające cały projekt "Drug Zone", idealnie spinające wizję świata, w którym to każdego dnia Boldy James osadza akcje swoich atrakcyjnie bezdusznych zwrotek. no po prostu jest dobrze, jak zwykle, NO KTO BY POMYŚLAŁ
nowy Boldy James, ulica, dilerka coś tam coś tam, mroczny klimat, metafory itepe, itede. Alchemist wciąż w swojej zajebistej formie, yada yada, kolejny świetny album. ok, wpis gotowy, pora na CS'a

kurczę, ale naprawdę trudno cokolwiek dopowiedzieć na temat omawianej już wielokrotnie estetyki pana Boldy'ego, świetnie sprzężonego rachunku raperskich doskonałości i niedoskonałości, jego kompletnego imidżu o którym w zasadzie wszystko już wiemy, ale i tak lgniemy do usłyszenia nowych piosenek. nie mam też już siły pisać jakim bogatym w doświadczenie i kreatywność producentem jest Alchemist - i że po raz n-ty ten fakt został potwierdzony. "Bo Jackson" to album cholernie solidny, ale jest to też album wydany coś ponad rok po równie cholernie solidnym, może nawet identycznie cholernie solidnym "The Price of Tea In China". nie jest zatem tak fascynującym jak ostatnio strzałem z drugiego/trzeciego planu - kiedy to Alc i Boldy mieli okazję udowodnić naprawdę wiele, reaktywując niedocenione collabo z 2013. w 2021 roku to już samograj i czuć, że najnowszy materiał powstawał w kompletnie bezbolesnych okolicznościach, pisał się sam, a twórcy tylko patrzyli jak ciasto rośnie i pięknie rumieni się w piekarniku. aczkolwiek odnoszę wrażenie że "Bo" jest ODROBINĘ mniej niepokojąco-brundy, psychodeliczny niż do tej pory

ale kiedy jest to robi to super. jak w ducie z Bennym the Butcherem, gdzie obaj raperzy testują swoje nowe paranoiczne flow pod bit taktowany cudownie kwaśnym bass-kickiem (jeden z mocniejszych łączników w dotychczasową muzyczną atmosferą Boldy'ego). ale ciężko też oprzeć się tradycjonalistycznie celnemu "EPMD", a kawałek z Earlem i Marciano to już w ogóle - mokry sen każdego fana abstracto-ulicznej stylistyki. "3rd Person" wyciąga tyle charyzmy z obojga artystów, że brzmi jak hymn całej ich dyskografii. "Speed Trap" narzuca wybijające z tropu tempo gwarantujące cudowny PAYOUT w następnym tracku - totalnie zblazowanym "Diamond Dallas" z jeszcze bardziej zblazowanym Stove God Cooksem (czekam na nowy album typa MOTZNO)

no i to zamykające cały projekt "Drug Zone", idealnie spinające wizję świata, w którym to każdego dnia Boldy James osadza akcje swoich atrakcyjnie bezdusznych zwrotek. no po prostu jest dobrze, jak zwykle, NO KTO BY POMYŚLAŁ
14 sie 2021, 18:36
ostatni Tyler, the Creator przywołał nieskrępowaną magię wspomnień o mixtape-erze lat '00s. odbyło się to jednak w sposób stosunkowo subtelny i było to jednym z wielu składowych smaczków kolejnej interesującej pozycji w dyskografii rapera. ale przejdźmy do Fat Joe, którego dyskografię raczej ciężko kojarzyć z pojęciami typu "subtelność", "artyzm", czy "konceptualizacja". tak jak "CALL ME IF YOU GET LOST" roztoczyło aurę sympatycznej tęsknoty, tak najnowszy mixtape Józka (we współpracy z Cool & Dre oraz - a jakże - DJ'em Dramą) wyprowadza nam solidną lutę na ryj. "What Would Big Do 2021" sprzedaje nam krzepkie POWER FANTASY o post-badboyowych hip hopach, a gospodarz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek roleplayuje Biggiego - który to w tej osi czasu nie zginął w 1997 i wciąż jako-tako trzymał się w pierwszej lidze mainstreamu lat zerowych. nie brakuje uroczo naiwnej pasji, nie brakuje bezwstydnego zawłaszczania pętli tak oczywistych, że podchodzi to pod autoironię (c'mon, sampel z Toto i jeszcze Lil Yachty do tego?). jest to wszystko troszku corny, ale musiałem mieć najwidoczniej skrajny niedobór kukurydzy w diecie. LET-NIAK
ostatni Tyler, the Creator przywołał nieskrępowaną magię wspomnień o mixtape-erze lat '00s. odbyło się to jednak w sposób stosunkowo subtelny i było to jednym z wielu składowych smaczków kolejnej interesującej pozycji w dyskografii rapera. ale przejdźmy do Fat Joe, którego dyskografię raczej ciężko kojarzyć z pojęciami typu "subtelność", "artyzm", czy "konceptualizacja". tak jak "CALL ME IF YOU GET LOST" roztoczyło aurę sympatycznej tęsknoty, tak najnowszy mixtape Józka (we współpracy z Cool & Dre oraz - a jakże - DJ'em Dramą) wyprowadza nam solidną lutę na ryj. "What Would Big Do 2021" sprzedaje nam krzepkie POWER FANTASY o post-badboyowych hip hopach, a gospodarz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek roleplayuje Biggiego - który to w tej osi czasu nie zginął w 1997 i wciąż jako-tako trzymał się w pierwszej lidze mainstreamu lat zerowych. nie brakuje uroczo naiwnej pasji, nie brakuje bezwstydnego zawłaszczania pętli tak oczywistych, że podchodzi to pod autoironię (c'mon, sampel z Toto i jeszcze Lil Yachty do tego?). jest to wszystko troszku corny, ale musiałem mieć najwidoczniej skrajny niedobór kukurydzy w diecie. LET-NIAK
15 sie 2021, 17:39
chociaż znam i szanuję pana Pink Siifu, nie spieszyłem się specjalnie by zapoznać się z jego najnowszym solowym projektem. teraz trochę czuję się jak ostatnia osoba na świecie, która zabiera głos na temat, no ale muszę to zrobić. na usprawiedliwienie mogę tylko napisać, że sięgnąłbym po "GUMBO'!" DUŻO bardziej żwawo, gdyby tylko ktoś mi powiedział czym ten album jest. a jest on prawdopodobnie najciekawszą reinkarnacją ducha Dungeon Family od wielu, wielu lat reinkarnacją, czy może wręcz kolejnym epizodem? nieprzypadkowo pojawia się tutaj południowy szaman w osobie samego Big Rube'a, niosący swoją poezją od lat dobrą nowinę o kondycji południowego hip hopu (chociaż zdarzało mu się czasem pobłogosławić coś bez kontekstu i sensu, kogo w 2021 obchodzi Jarren Benton?). wraz z nowiną w parze idą twarde dowody w postaci cudownie miękkiej, gęstej od aksamitnych linii basu, silnie inspirowanej południowym soulem muzyki. tutejszy wpływ DF to przede wszystkim wpływ tego wczesnego, najntisowego brzmienia Organized Noize, Society of Soul i tak dalej. ale kiedy gospodarz przypomina o swoich noise'owo-trapowych sympatiach (odsyłam do hardkorowego jak diabli zeszłorocznego "NEGRO"), dostajemy tutaj stylistyczne rewolty niemal tak odważne jak te zdarzające się na "Stankonii" Siifu nie jest już tutaj tym przesterowanym emocjonalnie, politycznym głosem aktualnej sytuacji, ewidentnie daje na luz. jest bliżej rapowych korzeni - emcee dużo prostszym do przetrawienia dla kogoś, kto zajarał się właśnie moimi zapewnieniami o "dungeonfamilowatości" albumu i z miejsca zabrał się za odsłuch. nie stał się za pstryknięciem palców Andrzejem Trzy Tysiące albo Big Boiem, ani nawet nikim Goodie Mob. ale da się go kupić jako enigmatyczną satelitę kolektywu, która pobierała lekcje gdzieś w kącie piwnicy Rico Wade'a i postanowiła wreszcie wyjść na słońce. jego skwierczące w oleju głębokiego południa flow łączy ze sobą rozmaite elementy w logiczną całość, a także maskuje trochę względnie mało interesujący głos i wzbogaca jego post-liryczną naturę transkrybowaną jakby bezpośrednio z intelektualnego dorobku Playboia Kartezjusza właśnie to bardzo wnikliwe spojrzenie rapera z Alabamy na stan współczesnych rzeczy, zorientowanie się w którym miejscu znajduje się BLEEDING EDGE rap-gry czyni "GUMBO'!" wyjątkową kontynuacją dzieła kolektywu z Atlanty. bo tak, mamy wielu innych followerów, z EarthGangiem i całym Spillage Village na czele. ale ich twórczość da się spuentować raczej stoickim "o, to znam, to lubię, no fajno". a Pink Siifu robi więcej, wykracza poza wyobrażenia i roszczeniowe wymagania co do spodziewanej zawartości wydawnictwa, dopisując kolejne intrygujące rozdziały do jednego z najbardziej kolorowych story-arców w hip hopie bo wiecie jakich dwóch panów stworzyło jedną z najlepszych dyskografii w historii gatunku - właśnie dzięki temu, że trzymali rękę na pulsie sceny i każdym kolejnym projektem wystawiali słuchacza na odważną próbę - ponad to co już się sprawdziło? nie mówię, że Pink Siifu jest tak dobry jak Hemp Gru, no ale jest naprawdę blisko
chociaż znam i szanuję pana Pink Siifu, nie spieszyłem się specjalnie by zapoznać się z jego najnowszym solowym projektem. teraz trochę czuję się jak ostatnia osoba na świecie, która zabiera głos na temat, no ale muszę to zrobić. na usprawiedliwienie mogę tylko napisać, że sięgnąłbym po "GUMBO'!" DUŻO bardziej żwawo, gdyby tylko ktoś mi powiedział czym ten album jest. a jest on prawdopodobnie najciekawszą reinkarnacją ducha Dungeon Family od wielu, wielu lat

reinkarnacją, czy może wręcz kolejnym epizodem? nieprzypadkowo pojawia się tutaj południowy szaman w osobie samego Big Rube'a, niosący swoją poezją od lat dobrą nowinę o kondycji południowego hip hopu (chociaż zdarzało mu się czasem pobłogosławić coś bez kontekstu i sensu, kogo w 2021 obchodzi Jarren Benton?). wraz z nowiną w parze idą twarde dowody w postaci cudownie miękkiej, gęstej od aksamitnych linii basu, silnie inspirowanej południowym soulem muzyki. tutejszy wpływ DF to przede wszystkim wpływ tego wczesnego, najntisowego brzmienia Organized Noize, Society of Soul i tak dalej. ale kiedy gospodarz przypomina o swoich noise'owo-trapowych sympatiach (odsyłam do hardkorowego jak diabli zeszłorocznego "NEGRO"), dostajemy tutaj stylistyczne rewolty niemal tak odważne jak te zdarzające się na "Stankonii"

Siifu nie jest już tutaj tym przesterowanym emocjonalnie, politycznym głosem aktualnej sytuacji, ewidentnie daje na luz. jest bliżej rapowych korzeni - emcee dużo prostszym do przetrawienia dla kogoś, kto zajarał się właśnie moimi zapewnieniami o "dungeonfamilowatości" albumu i z miejsca zabrał się za odsłuch. nie stał się za pstryknięciem palców Andrzejem Trzy Tysiące albo Big Boiem, ani nawet nikim Goodie Mob. ale da się go kupić jako enigmatyczną satelitę kolektywu, która pobierała lekcje gdzieś w kącie piwnicy Rico Wade'a i postanowiła wreszcie wyjść na słońce. jego skwierczące w oleju głębokiego południa flow łączy ze sobą rozmaite elementy w logiczną całość, a także maskuje trochę względnie mało interesujący głos i wzbogaca jego post-liryczną naturę transkrybowaną jakby bezpośrednio z intelektualnego dorobku Playboia Kartezjusza

właśnie to bardzo wnikliwe spojrzenie rapera z Alabamy na stan współczesnych rzeczy, zorientowanie się w którym miejscu znajduje się BLEEDING EDGE rap-gry czyni "GUMBO'!" wyjątkową kontynuacją dzieła kolektywu z Atlanty. bo tak, mamy wielu innych followerów, z EarthGangiem i całym Spillage Village na czele. ale ich twórczość da się spuentować raczej stoickim "o, to znam, to lubię, no fajno". a Pink Siifu robi więcej, wykracza poza wyobrażenia i roszczeniowe wymagania co do spodziewanej zawartości wydawnictwa, dopisując kolejne intrygujące rozdziały do jednego z najbardziej kolorowych story-arców w hip hopie

bo wiecie jakich dwóch panów stworzyło jedną z najlepszych dyskografii w historii gatunku - właśnie dzięki temu, że trzymali rękę na pulsie sceny i każdym kolejnym projektem wystawiali słuchacza na odważną próbę - ponad to co już się sprawdziło? nie mówię, że Pink Siifu jest tak dobry jak Hemp Gru, no ale jest naprawdę blisko
20 sie 2021, 18:18
Kendrick robi ruchy i zapowiada "final TDE album"
Kendrick robi ruchy i zapowiada "final TDE album"
20 sie 2021, 19:19
gdybym był wielkim panem executive producentem i miał podjąć istotne kreatywne decyzje odnośnie Benny'ego the Butchera - byłoby fajnie, bo mam już w głowie konkretny plan działania. odsunąłby się odrobinkę od posępnej Daringerowo-Alchemistowej przeszłości z "Tana Talk III", przytulił do kierunku obranego na albumie na albumie z Hit-Boyem, a podwójną czy nawet potrójną stawkę położył na kiczowatą (w kontrolowanym środowisku), post-dipsetową estetykę hiper-drug rapu i przaśnych hardrockowo-ejstisowych sampli. "Flood the Block" z najnowszej epki rapera to taki właśnie strzał w dziesiątkę, nawet nie próbujący udawać, że nie chodzi tu o odbite w triumfalny sposób światło Just Blaze'owej kompozycji z "Welcome to New York City" Cam'rona całe "Pyrex Picasso" to takie mydło i powidło złożone z tracków nagranych kiedyś tam i gdzieś tam, pewnie nawet przed sesjami do "Burden of Proof" i "Plugs i Met 2". i tak jak zarówno mydło jak i powidło są przydatnymi w życiu utensyliami, tak i tutaj fani Rzeźnika na pewno znajdą coś użytecznego dla siebie. tak jak ja znalazłem "Flood th Block". solidny extended play, posłuży jako czekadełko przed głównymi strzałami z obozu Griseldy Westcoast Pistol, wierzymy że w najbliższy piątek nas nie rozczarujesz
gdybym był wielkim panem executive producentem i miał podjąć istotne kreatywne decyzje odnośnie Benny'ego the Butchera - byłoby fajnie, bo mam już w głowie konkretny plan działania. odsunąłby się odrobinkę od posępnej Daringerowo-Alchemistowej przeszłości z "Tana Talk III", przytulił do kierunku obranego na albumie na albumie z Hit-Boyem, a podwójną czy nawet potrójną stawkę położył na kiczowatą (w kontrolowanym środowisku), post-dipsetową estetykę hiper-drug rapu i przaśnych hardrockowo-ejstisowych sampli. "Flood the Block" z najnowszej epki rapera to taki właśnie strzał w dziesiątkę, nawet nie próbujący udawać, że nie chodzi tu o odbite w triumfalny sposób światło Just Blaze'owej kompozycji z "Welcome to New York City" Cam'rona

całe "Pyrex Picasso" to takie mydło i powidło złożone z tracków nagranych kiedyś tam i gdzieś tam, pewnie nawet przed sesjami do "Burden of Proof" i "Plugs i Met 2". i tak jak zarówno mydło jak i powidło są przydatnymi w życiu utensyliami, tak i tutaj fani Rzeźnika na pewno znajdą coś użytecznego dla siebie. tak jak ja znalazłem "Flood th Block". solidny extended play, posłuży jako czekadełko przed głównymi strzałami z obozu Griseldy

Westcoast Pistol, wierzymy że w najbliższy piątek nas nie rozczarujesz
22 sie 2021, 14:29
w dzisiejszym wydaniu "Griselda Weekly" dowiemy się jak to jest słuchać nowego albumu Westside Gunna po prawie rocznej (!) przerwie, zastanowimy się czemu taki krótki (bo nie miał być taki krótki) ten album, zastanowimy się nad kulturowym impactem jego MASTERCURATORSKICH zapędów (albo i nie, może zapomnę). będą też duże ilości Boga Kuchenki naraz, zmiana warty w producenckim teamie wytwórni, a także mały kącik edukacyjny. stay tuned szkoda, że "HWH8" (nie będę pisał tytułu w jego pełnej formie, mój człowiek na grupce SZRP już dostał sanki za propagowanie totalitaryzmu) nie jest tym podwójnym albumem, na jaki był zapowiadany. wielu dyskografiom (szczególnie tak obfitym jak ta Fly Goda) klejnot w postaci double albumu się po prostu należy, bo jest pewnego rodzaju ukoronowaniem, domknięciem etapu, dodatkowym wyzwaniem artystycznym. Gunn rozbił projekt na dwie "strony" i choć ta druga jest nam wciąż obiecana - to nie będzie już to samo, co dostać w twarz dwudziestoma kilkoma piosenkami w tym samym momencie. szkoda bo niestety czuć, że pierwsza połowa "HWH8" pisana była z myślą o byciu hmmm... pierwszą połową czegoś? czuć też tą dłuższą niż zazwyczaj przerwę w wydawaniu albumów i mikstejpów. tak jak w zeszłym roku mieliśmy trzy projekty, tak ten pachnie trochę zderzeniem ich wszystkich w jedną koherentną siłę twórczą. SOPHISTICATION z "Pray for Paris" łączy się z intencjami bardziej showcase'owymi ("Fly Is An Awesome God 2") i dążeniem do odsuwania się na stołek reżysera hiphopowego spektaklu ("We Made the Sunshine"). a poza tym jest to po prostu kolejna odsłona znanej mikstejpowej serii, gdzie nikt nie patrzy na potencjalne zagrożenie w związku z niedoczyszczonym samplem, a każdy pomysł ma miejsce by pooddychać ile trzeba no dobra, ale czy jest dobrze? no jest, oczywiście, zakładając że szanujesz Gunna i jego wybory. takie jak ten, by praktycznie skończyć z nagrywaniem czysto solowych numerów. albo by - ot tak - zaprosić aż do pięciu utworów swojego aktualnego number one protégé. prywatnie nad-obecność Stove God Cooksa bardzo mnie cieszy, w połączeniu z jego występem na nowym albumie Flee Lorda mogę sobie skleić całe nowe EP od Kuchenki. osoby mniej ode mnie zachłyśnięte fajnością typa mogą nie mieć takiego zacieszu jak ja, ale myślę że znajdą pocieszenie w featach Boldy'ego, Conwaya czy Jadakissa. albo Tunechiego, którego sam fakt występu w obozie Griseldy nie zaskakuje, ale jego szczere zaangażowanie w pamiętny pobyt na posępnym boom-bapowym loopie - no, jest czymś bardzo wartym odnotowania najbardziej fascynującym mnie elementem "HWH8" jest przewietrzenie zespołu producenckiego. Daringer, Beat Butcha, The Alchemist - żadnego z tych pewniaków tutaj nie ma. przy całym moim szacunku do wymienionych - nie na nich kończą się wartościowe znajomości Fly Goda. jeśli nowy projekt miał nieść jakieś przesłanie na temat przyszłości obozu, to będzie nim ustanowienie Denny'ego LaFlare'a jako ważny tryb tej machiny. ksywę kojarzyłem, niektóre bity także (choćby świetne otwarcie i zamknięcie "Pray for Haiti" Mach-Hommy'ego), po "Hitl...Akwarelista Wears Hermes 8" (mało brakowało) będę już go niecierpliwie wypatrywał na przyszłych tracklistach. chłop zdecydowanie rozumie na bym polega bum bap w griseldowym wydaniu, rozumie czemu Westside Gunn na czymś takim PŁYWA, rozumie co uczyniło serię "HWH" cholernie wpływową i na swój sposób nowatorską i kontrkulturową - oraz rozumie jak dalej pociągnąć tę mitologię. nie można też niczego złego powiedzieć o spektakularnych i pełnych specyficznego ducha podkładów produkcji Camouflage Monka. trzecim i ostatnim (!) producentem albumu jest Conductor Williams i aż nie wierzę że to mówię, ale jest tutaj najsłabszym ogniwem bitmejkerskiej drużyny. ale nie świadczy to tyle o jego artystycznej niemocy, raczej ogólnie o bardzo wysokim muzycznym poziomie mikstejpu w całej swej okazałości powstrzymam się z ogólną oceną wydawnictwa do momentu, w którym - CUSZ - Gunn łaskawie uraczy nas drugą połową. ale SO FAR jestem raczej zadowolony. połowicznie jest to suma udanych decyzji Pana Potężnego Kuratora, a połowicznie mój stan wygłodnienia w oczekiwaniu na kolejny klasyk z obozu GxFR. zapachu klasyki tutaj nie poczułem, ale jest to kolejny segment pięknej historii pięknego labelu. tak jak wybitna polska artyska estradowa powiedziała: "każdy ruch to wspólny move" aha, miał być kącik edukacyjny. dzięki "HWH8" do końca życia zapamiętam jak prawidłowo wymawiać nazwisko twórcy zegarków, na które nigdy w życiu nie będzie mnie stać. szkoda, podobno są takie piękne
w dzisiejszym wydaniu "Griselda Weekly" dowiemy się jak to jest słuchać nowego albumu Westside Gunna po prawie rocznej (!) przerwie, zastanowimy się czemu taki krótki (bo nie miał być taki krótki) ten album, zastanowimy się nad kulturowym impactem jego MASTERCURATORSKICH zapędów (albo i nie, może zapomnę). będą też duże ilości Boga Kuchenki naraz, zmiana warty w producenckim teamie wytwórni, a także mały kącik edukacyjny. stay tuned

szkoda, że "HWH8" (nie będę pisał tytułu w jego pełnej formie, mój człowiek na grupce SZRP już dostał sanki za propagowanie totalitaryzmu) nie jest tym podwójnym albumem, na jaki był zapowiadany. wielu dyskografiom (szczególnie tak obfitym jak ta Fly Goda) klejnot w postaci double albumu się po prostu należy, bo jest pewnego rodzaju ukoronowaniem, domknięciem etapu, dodatkowym wyzwaniem artystycznym. Gunn rozbił projekt na dwie "strony" i choć ta druga jest nam wciąż obiecana - to nie będzie już to samo, co dostać w twarz dwudziestoma kilkoma piosenkami w tym samym momencie. szkoda bo niestety czuć, że pierwsza połowa "HWH8" pisana była z myślą o byciu hmmm... pierwszą połową czegoś?

czuć też tą dłuższą niż zazwyczaj przerwę w wydawaniu albumów i mikstejpów. tak jak w zeszłym roku mieliśmy trzy projekty, tak ten pachnie trochę zderzeniem ich wszystkich w jedną koherentną siłę twórczą. SOPHISTICATION z "Pray for Paris" łączy się z intencjami bardziej showcase'owymi ("Fly Is An Awesome God 2") i dążeniem do odsuwania się na stołek reżysera hiphopowego spektaklu ("We Made the Sunshine"). a poza tym jest to po prostu kolejna odsłona znanej mikstejpowej serii, gdzie nikt nie patrzy na potencjalne zagrożenie w związku z niedoczyszczonym samplem, a każdy pomysł ma miejsce by pooddychać ile trzeba

no dobra, ale czy jest dobrze? no jest, oczywiście, zakładając że szanujesz Gunna i jego wybory. takie jak ten, by praktycznie skończyć z nagrywaniem czysto solowych numerów. albo by - ot tak - zaprosić aż do pięciu utworów swojego aktualnego number one protégé. prywatnie nad-obecność Stove God Cooksa bardzo mnie cieszy, w połączeniu z jego występem na nowym albumie Flee Lorda mogę sobie skleić całe nowe EP od Kuchenki. osoby mniej ode mnie zachłyśnięte fajnością typa mogą nie mieć takiego zacieszu jak ja, ale myślę że znajdą pocieszenie w featach Boldy'ego, Conwaya czy Jadakissa. albo Tunechiego, którego sam fakt występu w obozie Griseldy nie zaskakuje, ale jego szczere zaangażowanie w pamiętny pobyt na posępnym boom-bapowym loopie - no, jest czymś bardzo wartym odnotowania

najbardziej fascynującym mnie elementem "HWH8" jest przewietrzenie zespołu producenckiego. Daringer, Beat Butcha, The Alchemist - żadnego z tych pewniaków tutaj nie ma. przy całym moim szacunku do wymienionych - nie na nich kończą się wartościowe znajomości Fly Goda. jeśli nowy projekt miał nieść jakieś przesłanie na temat przyszłości obozu, to będzie nim ustanowienie Denny'ego LaFlare'a jako ważny tryb tej machiny. ksywę kojarzyłem, niektóre bity także (choćby świetne otwarcie i zamknięcie "Pray for Haiti" Mach-Hommy'ego), po "Hitl...Akwarelista Wears Hermes 8" (mało brakowało) będę już go niecierpliwie wypatrywał na przyszłych tracklistach. chłop zdecydowanie rozumie na bym polega bum bap w griseldowym wydaniu, rozumie czemu Westside Gunn na czymś takim PŁYWA, rozumie co uczyniło serię "HWH" cholernie wpływową i na swój sposób nowatorską i kontrkulturową - oraz rozumie jak dalej pociągnąć tę mitologię. nie można też niczego złego powiedzieć o spektakularnych i pełnych specyficznego ducha podkładów produkcji Camouflage Monka. trzecim i ostatnim (!) producentem albumu jest Conductor Williams i aż nie wierzę że to mówię, ale jest tutaj najsłabszym ogniwem bitmejkerskiej drużyny. ale nie świadczy to tyle o jego artystycznej niemocy, raczej ogólnie o bardzo wysokim muzycznym poziomie mikstejpu w całej swej okazałości

powstrzymam się z ogólną oceną wydawnictwa do momentu, w którym - CUSZ - Gunn łaskawie uraczy nas drugą połową. ale SO FAR jestem raczej zadowolony. połowicznie jest to suma udanych decyzji Pana Potężnego Kuratora, a połowicznie mój stan wygłodnienia w oczekiwaniu na kolejny klasyk z obozu GxFR. zapachu klasyki tutaj nie poczułem, ale jest to kolejny segment pięknej historii pięknego labelu. tak jak wybitna polska artyska estradowa powiedziała: "każdy ruch to wspólny move"

aha, miał być kącik edukacyjny. dzięki "HWH8" do końca życia zapamiętam jak prawidłowo wymawiać nazwisko twórcy zegarków, na które nigdy w życiu nie będzie mnie stać. szkoda, podobno są takie piękne
27 sie 2021, 19:01
mam niejeden zarzut wobec Eminema i funkcjonalności jego wytwórni, ale myślę że za ostatnie lata należy się pochwała. i nie chodzi mi tutaj o (jakiś tam) udział we zwiększeniu zasięgów mojego ukochanego boysbandu z Buffalo, ale - patrząc również na ostatni album Boogiego - o coraz większe zaufanie do tego co zaproszony do szeregów Shady Records artysta jest w stanie sam z siebie zaoferować GRIP o mały włos nie został nazwany przeze mnie świeżakiem / młodziakiem / debiutantem, a zdecydowanie nim nie jest. pochodzący z Atlanty raper ma już na koncie kilka podejść do zdobycia sławy w rap grze. dopiero deal z Shady sprawił, że dzisiaj o nim piszę ja i zapewne wiele innych podobnych osób skutecznie pozorujących obeznanie w hiphopach. tyle że "I Died For This!?" wcale nie jest aktem rzucania się na tron nowego władcy maintstreamowego rapu. to akt zrozumienia, poprzestawiania sobie w łepetynie życiowych priorytetów. to głos trzydziesto-cośtamletniego ojca, który patrzy na swoje dawne zajawki jak na ordynarne gówniarstwo. i to nie takie niewinne, bo jednak warto mówić głośno o konsekwencjach ciągłej propagandy materializmu i werbalnej przemocy w hip hopie. to co mówię nie brzmi, jakby była to najbardziej oryginalna rzecz na scenie, pierwszy WOKE raper w historii or smth, ale uwierzcie - ma to wszystko swój własny angle, ciepły i unikający pretensjonalności angle. zresztą proszę bardzo, ładnie poskładana próbka tego, o czym mówię: "And real ni*** ain't buyin' all that sh** you kick But the kids eat it up, that's when the plot gets thick 'Cause see, a kid'll learn a song before they learn how to read So if it's nothin' in your lines, then how is they gon' succeed? I know you gotta play the game, you got a family to feed But if we shackle our own mental, then we'll never be freed I said my peace, I hope I ain't come off as preachy, but at least I utilized my reach to hug every ni*** out in these streets" warto posłuchać albumu dla rzeczy, które raper chce opowiedzieć. ale w jaki sposób to robi i na jakich podkładach - tu już jestem trochę rozkojarzony. GRIP ma bardzo solidne flow, delivery i warunki wokalne (tak, trochę Kendrickowe, miejmy to już za sobą). kiedy nudzi mu się pisanie dobrze technicznie złożonych wersów, zaczyna bawić się w bardziej eksperymentalne wokalizy i tu już bywa gorzej. dużo mniej zdecydowania jest w warstwie muzycznej. mamy tu dosłownie wszystko: około g-unitowy sound z czasów świetności Shady/Aftermath, ciężko dudniące (aczkolwiek bardzo bezpieczne jak na gościa z ATL) południowe cykacze, namiastkę boom bapu (Beat Butcha na niejednej produkcji), a także podchodzące pod lekki abstract momenty. bez kitu, takie "JDDTTINT!?" totalnie nie jest czymś, czego spodziewałbym się po krążku wydanym w stajni Eminema. chociaż żaden z producentów poważnej wtopy nie zaliczył, to ogólny muzyczny wydźwięk albumu nie wygląda na zuchwałą decyzję rozpieranego ambicjami artysty. raczej przypomina szukanie po ciemku kierunku dla majaczącej gdzieś na horyzoncie przyszłości ale nie przeszkadza to w ogólnym odbiorze "I Died For This!?". solidny projekt od solidnego rapera, który - jak sam przyznaje - był o włos od rzucenia tego wszystkiego w cholerę. chociaż telefon od pana Marshalla Mathersa zmienił jego plany o sto osiemdziesiąt stopni - to atmosfera ogólnego rozczarowania i ostrożnego podejścia do nowej szansy jest naprawdę zauważalna i na swój sposób unikalna i życzę mu jak najlepiej. skoro był w stanie na albumie zrymować słowa "Prius" i "penis", to naprawdę nic nie może być dla niego niemożliwe
mam niejeden zarzut wobec Eminema i funkcjonalności jego wytwórni, ale myślę że za ostatnie lata należy się pochwała. i nie chodzi mi tutaj o (jakiś tam) udział we zwiększeniu zasięgów mojego ukochanego boysbandu z Buffalo, ale - patrząc również na ostatni album Boogiego - o coraz większe zaufanie do tego co zaproszony do szeregów Shady Records artysta jest w stanie sam z siebie zaoferować

GRIP o mały włos nie został nazwany przeze mnie świeżakiem / młodziakiem / debiutantem, a zdecydowanie nim nie jest. pochodzący z Atlanty raper ma już na koncie kilka podejść do zdobycia sławy w rap grze. dopiero deal z Shady sprawił, że dzisiaj o nim piszę ja i zapewne wiele innych podobnych osób skutecznie pozorujących obeznanie w hiphopach. tyle że "I Died For This!?" wcale nie jest aktem rzucania się na tron nowego władcy maintstreamowego rapu. to akt zrozumienia, poprzestawiania sobie w łepetynie życiowych priorytetów. to głos trzydziesto-cośtamletniego ojca, który patrzy na swoje dawne zajawki jak na ordynarne gówniarstwo. i to nie takie niewinne, bo jednak warto mówić głośno o konsekwencjach ciągłej propagandy materializmu i werbalnej przemocy w hip hopie. to co mówię nie brzmi, jakby była to najbardziej oryginalna rzecz na scenie, pierwszy WOKE raper w historii or smth, ale uwierzcie - ma to wszystko swój własny angle, ciepły i unikający pretensjonalności angle. zresztą proszę bardzo, ładnie poskładana próbka tego, o czym mówię:

"And real ni*** ain't buyin' all that sh** you kick
But the kids eat it up, that's when the plot gets thick
'Cause see, a kid'll learn a song before they learn how to read
So if it's nothin' in your lines, then how is they gon' succeed?
I know you gotta play the game, you got a family to feed
But if we shackle our own mental, then we'll never be freed
I said my peace, I hope I ain't come off as preachy, but at least
I utilized my reach to hug every ni*** out in these streets"

warto posłuchać albumu dla rzeczy, które raper chce opowiedzieć. ale w jaki sposób to robi i na jakich podkładach - tu już jestem trochę rozkojarzony. GRIP ma bardzo solidne flow, delivery i warunki wokalne (tak, trochę Kendrickowe, miejmy to już za sobą). kiedy nudzi mu się pisanie dobrze technicznie złożonych wersów, zaczyna bawić się w bardziej eksperymentalne wokalizy i tu już bywa gorzej. dużo mniej zdecydowania jest w warstwie muzycznej. mamy tu dosłownie wszystko: około g-unitowy sound z czasów świetności Shady/Aftermath, ciężko dudniące (aczkolwiek bardzo bezpieczne jak na gościa z ATL) południowe cykacze, namiastkę boom bapu (Beat Butcha na niejednej produkcji), a także podchodzące pod lekki abstract momenty. bez kitu, takie "JDDTTINT!?" totalnie nie jest czymś, czego spodziewałbym się po krążku wydanym w stajni Eminema. chociaż żaden z producentów poważnej wtopy nie zaliczył, to ogólny muzyczny wydźwięk albumu nie wygląda na zuchwałą decyzję rozpieranego ambicjami artysty. raczej przypomina szukanie po ciemku kierunku dla majaczącej gdzieś na horyzoncie przyszłości

ale nie przeszkadza to w ogólnym odbiorze "I Died For This!?". solidny projekt od solidnego rapera, który - jak sam przyznaje - był o włos od rzucenia tego wszystkiego w cholerę. chociaż telefon od pana Marshalla Mathersa zmienił jego plany o sto osiemdziesiąt stopni - to atmosfera ogólnego rozczarowania i ostrożnego podejścia do nowej szansy jest naprawdę zauważalna i na swój sposób unikalna

i życzę mu jak najlepiej. skoro był w stanie na albumie zrymować słowa "Prius" i "penis", to naprawdę nic nie może być dla niego niemożliwe
28 sie 2021, 19:38
pikachuface.jpg
pikachuface.jpg
29 sie 2021, 14:03
Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda dawno nie miałem większego problemu ze stwierdzeniem czy podoba (lub nie podoba) mi się jakiś album. jeśli wprowadzenie słuchacza w tak potężne zakłopotanie było celem samym w sobie, to udało się to Westowi równie skutecznie co rozkręcenie być może najciekawszego (i zarazem najbardziej irytującego) albumowego rolloutu w historii. atmosfera wokół wydarzenia wydania tego jednego cholernego projektu przejdzie do historii, jeśli jeszcze nie przeszła. kolczasty strój Kanyego, klaustrofobiczna atmosfera stadionowego pokoiku, budowanie domu, latanie, stanie w płomieniach, wniosek o zmianę imienia i nazwiska na "Ye", no i oczywiście podkrążone oczy Mike'a Deana, który przez ostatni miesiąc postarzał się o dwadzieścia lat. niesamowita ikonografia, którą na zawsze skojarzę z rokiem 2021. no i fajnie tak, mieć jakieś barwne i wyraziste wspomnienia. szkoda tylko, że końcowy produkt całej tej absurdalnej kampanii nie sprostał sytuacji. no ale powiedzmy sobie szczerze: co mogło jej sprostać? "Donda" to fatalny album, jeśli w ogóle zdecydujemy się na nazwanie tego albumem. przy okazji ostatniego omówienia pierwszej części dwupłytówki Westside Gunna wspominałem o znaczeniu double albumów, związku długości wydawnictwa z oczekiwaniami, jakim takie artystyczne wyzwanie powinno sprostać. jakiś gimmick, jakiś statement, cokolwiek. nawet Drake wydając przeciętnego/przyzwoitego (nie mogę się zdecydować) "Scorpiona" dokonał jakiegoś eksperymentu z podziałem na swoje dwie walczące ze sobą stylistyki. różnorodność, inteligentne sekwencjonowanie tracków, kontrowanie bardziej epickich, maksymalistycznych piosenek innymi bardziej skromnymi/intymnymi - to są absolutne podstawy wydawania albumów trwających więcej niż - załóżmy - osiemdziesiąt minut. ale Kanye West, dla którego wypuszczanie w świat stu dziesięciu minut muzyki służy przede wszystkim wydłużaniu metaforycznego penisa, widocznie zapomniał o paru rzeczach. wiecie, ten sam który na "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" zaprezentował nam podręcznikowy zbiór lekcji na temat konstruowania idealnie skrojonego pop-rapowego dzieła. "Donda" to fatalny album, bo nie jest albumem, tylko sekwencją piosenek które powstały mniej więcej w tym samym okresie, trochę podmuchało się na nie, koledzy wchodzili i wychodzili by dograć zwrotki i nara. oczywiście fanatycy Westa (znani także jako "kanyebijcy", wspaniały neologizm) wyjaśniają, że to projekt skrojony idealnie pod epokę streamingu i kończącego się znaczenia albumu jako nośnika myśli muzycznej. no ale ci sami ludzie co album mówią, że Ye wydał swój album życia, więc nie wczuwałbym się specjalnie w takie teorie. "Donda" jest zbyt długa i napakowana zbyt intensywnymi porcjami pomysłów i różnorodnie opakowanych emocji, by nadawała się na poczciwy odsłuch od deski do deski zanim mnie odlajkujecie, chciałem jeszcze wspomnieć o pozytywnych stronach "Dondy" - których wbrew poprzednim akapitom dostrzegam całkiem pokaźną ilość. po pierwsze - przy całym tym wariackim przepychu i szoku informacyjnym - jest to najbardziej od lat spójna brzmieniowo płyta Kanyego. prawie dwie godziny materiału, dziesiątki gości, pierdylion producentów - ale z tego wszystkiego wyłania się klarowny sound, wyraźny logiczny rytm. oszczędne podejście do perkusji (co patrząc z perspektywy post-Alchemistowego undergroundu jest de facto pełznącym hiphopowym zeitgeistem), niekończące się złożone tekstury syntetycznych ścian dźwięku, całkiem na trzeźwo zgrywające się segmenty z drążącymi skały drillowymi liniami basu. dziwnie konsekwentny lot od interpretowanego współcześnie new age'u po UP-TO-DATE indie popik. jeśli miałbym to porównać do czegoś to wskazałbym kilka ostrożnie wybranych tracków z kompletnie niespójnego (ale w uroczy sposób) "The Life of Pablo". ale i tak czuję, że pierwszy raz od dawna o najświeższym projekcie Yeezy'ego nie mówię, że jest "no, takim w sumie połączeniem elementów ze wszystkich poprzednich albumów". "Donda" wie jak chce brzmieć. choć jakbym miał sam coś zdecydować, to kompletnie wyrzuciłbym tutejsze próby wbicia się w tę konstrukcję próbami typowego dla "starego Kanye" samplingu. utwór na samplu wokalnym z Lauryn w 2021, serio? nie żeby był zły, ale... serio? anyway, "Donda" wie jak brzmieć, a i Kanye wie co chce powiedzieć. Pitchfork słusznie w swojej recenzji zauważa, że w trakcie prac nad albumem zgubił się gdzieś wątek tytułowej matki rapera, a sam album stał się miksem bicia pokłonów do bozi z rejestrem emocji towarzyszących rozwodowi z Kim. rzeczywiście, niezręczny z tego wyszedł hołd dla Dondy West, no ale w sumie to co z tego? co chciał powiedzieć za pomocą albumu powiedział i przyznam, że trochę mi zaimponował. Kanye spasował z idiotycznymi kanyeizmami, żartami wąsatego wuja na weselu, ale i nieznośnie zażartym turbo-chrześcijanizmem z "Jesus is King". o dziwo, jest dużo bardziej subtelny, niedosłowny niż kiedykolwiek. a jak trzeba to - między bolesnymi zapiskami z rozłąki z małżonką - mówi o swojej młodości więcej niż kiedykolwiek, poszukuje swojego miejsca bardziej dociekliwie niż kiedykolwiek, a na monumentalnym (niestety, za bardzo monumentalnym) "Jesus Lord" rzuca storytelling taki, że no way, on sam tego nie napisał. tak, sporo się mówi o ghostwriterach i reference trackach, pod które Ye nawijał "swoje" wersy (co w przypadku jego występu na drillowym "Off the Grid" jest po prostu zbyt oczywiste). ale wiecie co, wolę tak niż słuchać jak piętnaście razy powtarza "I know it's corny b***** you wish you could unfollow / I know it's corny n**** you wish you could unswallow" rzeczą która przed odsłuchem mnie odpychała - ale ostatecznie zasługuje na prawilną okejkę - jest zatrzęsienie gości. nie jest żadnym odkryciem stwierdzić, że Kanye oddziałuje ultrapozytywnie na cudze talenty i to na jego krążkach Nicki Minaj, Rick Ross czy Chance the Rapper kładli swoje własne życiówki, no i na "Dondzie" też mamy kilka pamiętnych występów. na przykłach Fivio Foreign - jeśli ktoś się zastanawiał czy to on jest obecnym numerem jeden nowojorskiego drillu, to już nie powinien mieć wątpliwości. oprócz niego mamy też świetnych (choć odległych od swojego potencjału absolutnego) Baby Keema (645AR, czy to ty?), Roddy'ego Richa, Thuggera, Don Tolivera z Cudim i opowiadających o swojej szorstkiej relacji z Bogiem Gryzeldziakami. no i mamy też DaBaby'ego, który wraz z Marylinem Mansonem i Chrisem Brownem są słoniami w tym jakże pojemnym pomieszczeniu. w momencie, w którym to piszę profesjonalni recenzenci besztają Kanyego i cały album za samo umieszczenie na płycie tychże niewątpliwe toksycznych osobników. tak jak jestem daleki od podejścia w stylu notka 0/10 od Independent UK, to trochę cieszy mnie nakręcany wokół tej sytuacji ostracyzm. obrońcy Westa oczywiście powiedzą, że hurr durr polityczna poprawność, nie można tak cancelować i pozbawiać głosu artystów, Ye daje im szansę! to Ye daje samemu sobie rozgłos, dokładnie taki sam jak zawsze gdy pieprzył głupoty w wywiadach tuż przed premierami kolejnych albumów, albo wbijał się klinem w establishment z czapeczką MAGA na głowie. a jak wykorzystał swoją platformę DaHomofob? obiektywnie, nagrywając najlepszą (bo napędzaną czystym wkurwem) zwrotkę w swojej karierze. ale też - niestety - tłumacząc nam, że miał ciężkie życie i to go upoważnia do wypowiadania obrzydliwych słów. niesmaczne to, ale nie ma to dla mnie specjalnie znaczenia przy ostatecznym odbiorze albumu (zresztą te wszystkie "pt2" z końca "Dondy" i tak traktuję jako bonus tracki, to to chyba są bonus tracki?). ale jeśli dzięki tym tendencyjnym recenzjom toksyczni wykonawcy (i przy okazji tak nudni jak DaBaby) będą stanowczo rzadziej zapraszani na featuringi - trzy razy "tak" z mojej strony podsumowując: "Donda" to dziwna... rzecz. miała ogromne szanse być najlepszym (od dawna) albumem Westa, ale świetnie jej wychodzi udawanie najgorszego. pomysłów co by poprawić, co wywalić, jak inaczej ułożyć piosenki, jakie wersje przywrócić z poprzednich listening parties - jest tyle, co odbiorców tego kolosalnego i kruchego zarazem tworu muzycznego. tworu męczącego i kojącego. dołującego i inspirującego. cynicznego i magicznego. skomplikowana "Donda", w sam raz na te skomplikowane czasy
Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda Donda

dawno nie miałem większego problemu ze stwierdzeniem czy podoba (lub nie podoba) mi się jakiś album. jeśli wprowadzenie słuchacza w tak potężne zakłopotanie było celem samym w sobie, to udało się to Westowi równie skutecznie co rozkręcenie być może najciekawszego (i zarazem najbardziej irytującego) albumowego rolloutu w historii. atmosfera wokół wydarzenia wydania tego jednego cholernego projektu przejdzie do historii, jeśli jeszcze nie przeszła. kolczasty strój Kanyego, klaustrofobiczna atmosfera stadionowego pokoiku, budowanie domu, latanie, stanie w płomieniach, wniosek o zmianę imienia i nazwiska na "Ye", no i oczywiście podkrążone oczy Mike'a Deana, który przez ostatni miesiąc postarzał się o dwadzieścia lat. niesamowita ikonografia, którą na zawsze skojarzę z rokiem 2021. no i fajnie tak, mieć jakieś barwne i wyraziste wspomnienia. szkoda tylko, że końcowy produkt całej tej absurdalnej kampanii nie sprostał sytuacji. no ale powiedzmy sobie szczerze: co mogło jej sprostać?

"Donda" to fatalny album, jeśli w ogóle zdecydujemy się na nazwanie tego albumem. przy okazji ostatniego omówienia pierwszej części dwupłytówki Westside Gunna wspominałem o znaczeniu double albumów, związku długości wydawnictwa z oczekiwaniami, jakim takie artystyczne wyzwanie powinno sprostać. jakiś gimmick, jakiś statement, cokolwiek. nawet Drake wydając przeciętnego/przyzwoitego (nie mogę się zdecydować) "Scorpiona" dokonał jakiegoś eksperymentu z podziałem na swoje dwie walczące ze sobą stylistyki. różnorodność, inteligentne sekwencjonowanie tracków, kontrowanie bardziej epickich, maksymalistycznych piosenek innymi bardziej skromnymi/intymnymi - to są absolutne podstawy wydawania albumów trwających więcej niż - załóżmy - osiemdziesiąt minut. ale Kanye West, dla którego wypuszczanie w świat stu dziesięciu minut muzyki służy przede wszystkim wydłużaniu metaforycznego penisa, widocznie zapomniał o paru rzeczach. wiecie, ten sam który na "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" zaprezentował nam podręcznikowy zbiór lekcji na temat konstruowania idealnie skrojonego pop-rapowego dzieła. "Donda" to fatalny album, bo nie jest albumem, tylko sekwencją piosenek które powstały mniej więcej w tym samym okresie, trochę podmuchało się na nie, koledzy wchodzili i wychodzili by dograć zwrotki i nara. oczywiście fanatycy Westa (znani także jako "kanyebijcy", wspaniały neologizm) wyjaśniają, że to projekt skrojony idealnie pod epokę streamingu i kończącego się znaczenia albumu jako nośnika myśli muzycznej. no ale ci sami ludzie co album mówią, że Ye wydał swój album życia, więc nie wczuwałbym się specjalnie w takie teorie. "Donda" jest zbyt długa i napakowana zbyt intensywnymi porcjami pomysłów i różnorodnie opakowanych emocji, by nadawała się na poczciwy odsłuch od deski do deski

zanim mnie odlajkujecie, chciałem jeszcze wspomnieć o pozytywnych stronach "Dondy" - których wbrew poprzednim akapitom dostrzegam całkiem pokaźną ilość. po pierwsze - przy całym tym wariackim przepychu i szoku informacyjnym - jest to najbardziej od lat spójna brzmieniowo płyta Kanyego. prawie dwie godziny materiału, dziesiątki gości, pierdylion producentów - ale z tego wszystkiego wyłania się klarowny sound, wyraźny logiczny rytm. oszczędne podejście do perkusji (co patrząc z perspektywy post-Alchemistowego undergroundu jest de facto pełznącym hiphopowym zeitgeistem), niekończące się złożone tekstury syntetycznych ścian dźwięku, całkiem na trzeźwo zgrywające się segmenty z drążącymi skały drillowymi liniami basu. dziwnie konsekwentny lot od interpretowanego współcześnie new age'u po UP-TO-DATE indie popik. jeśli miałbym to porównać do czegoś to wskazałbym kilka ostrożnie wybranych tracków z kompletnie niespójnego (ale w uroczy sposób) "The Life of Pablo". ale i tak czuję, że pierwszy raz od dawna o najświeższym projekcie Yeezy'ego nie mówię, że jest "no, takim w sumie połączeniem elementów ze wszystkich poprzednich albumów". "Donda" wie jak chce brzmieć. choć jakbym miał sam coś zdecydować, to kompletnie wyrzuciłbym tutejsze próby wbicia się w tę konstrukcję próbami typowego dla "starego Kanye" samplingu. utwór na samplu wokalnym z Lauryn w 2021, serio? nie żeby był zły, ale... serio?

anyway, "Donda" wie jak brzmieć, a i Kanye wie co chce powiedzieć. Pitchfork słusznie w swojej recenzji zauważa, że w trakcie prac nad albumem zgubił się gdzieś wątek tytułowej matki rapera, a sam album stał się miksem bicia pokłonów do bozi z rejestrem emocji towarzyszących rozwodowi z Kim. rzeczywiście, niezręczny z tego wyszedł hołd dla Dondy West, no ale w sumie to co z tego? co chciał powiedzieć za pomocą albumu powiedział i przyznam, że trochę mi zaimponował. Kanye spasował z idiotycznymi kanyeizmami, żartami wąsatego wuja na weselu, ale i nieznośnie zażartym turbo-chrześcijanizmem z "Jesus is King". o dziwo, jest dużo bardziej subtelny, niedosłowny niż kiedykolwiek. a jak trzeba to - między bolesnymi zapiskami z rozłąki z małżonką - mówi o swojej młodości więcej niż kiedykolwiek, poszukuje swojego miejsca bardziej dociekliwie niż kiedykolwiek, a na monumentalnym (niestety, za bardzo monumentalnym) "Jesus Lord" rzuca storytelling taki, że no way, on sam tego nie napisał. tak, sporo się mówi o ghostwriterach i reference trackach, pod które Ye nawijał "swoje" wersy (co w przypadku jego występu na drillowym "Off the Grid" jest po prostu zbyt oczywiste). ale wiecie co, wolę tak niż słuchać jak piętnaście razy powtarza "I know it's corny b***** you wish you could unfollow / I know it's corny n**** you wish you could unswallow"

rzeczą która przed odsłuchem mnie odpychała - ale ostatecznie zasługuje na prawilną okejkę - jest zatrzęsienie gości. nie jest żadnym odkryciem stwierdzić, że Kanye oddziałuje ultrapozytywnie na cudze talenty i to na jego krążkach Nicki Minaj, Rick Ross czy Chance the Rapper kładli swoje własne życiówki, no i na "Dondzie" też mamy kilka pamiętnych występów. na przykłach Fivio Foreign - jeśli ktoś się zastanawiał czy to on jest obecnym numerem jeden nowojorskiego drillu, to już nie powinien mieć wątpliwości. oprócz niego mamy też świetnych (choć odległych od swojego potencjału absolutnego) Baby Keema (645AR, czy to ty?), Roddy'ego Richa, Thuggera, Don Tolivera z Cudim i opowiadających o swojej szorstkiej relacji z Bogiem Gryzeldziakami. no i mamy też DaBaby'ego, który wraz z Marylinem Mansonem i Chrisem Brownem są słoniami w tym jakże pojemnym pomieszczeniu. w momencie, w którym to piszę profesjonalni recenzenci besztają Kanyego i cały album za samo umieszczenie na płycie tychże niewątpliwe toksycznych osobników. tak jak jestem daleki od podejścia w stylu notka 0/10 od Independent UK, to trochę cieszy mnie nakręcany wokół tej sytuacji ostracyzm. obrońcy Westa oczywiście powiedzą, że hurr durr polityczna poprawność, nie można tak cancelować i pozbawiać głosu artystów, Ye daje im szansę! to Ye daje samemu sobie rozgłos, dokładnie taki sam jak zawsze gdy pieprzył głupoty w wywiadach tuż przed premierami kolejnych albumów, albo wbijał się klinem w establishment z czapeczką MAGA na głowie. a jak wykorzystał swoją platformę DaHomofob? obiektywnie, nagrywając najlepszą (bo napędzaną czystym wkurwem) zwrotkę w swojej karierze. ale też - niestety - tłumacząc nam, że miał ciężkie życie i to go upoważnia do wypowiadania obrzydliwych słów. niesmaczne to, ale nie ma to dla mnie specjalnie znaczenia przy ostatecznym odbiorze albumu (zresztą te wszystkie "pt2" z końca "Dondy" i tak traktuję jako bonus tracki, to to chyba są bonus tracki?). ale jeśli dzięki tym tendencyjnym recenzjom toksyczni wykonawcy (i przy okazji tak nudni jak DaBaby) będą stanowczo rzadziej zapraszani na featuringi - trzy razy "tak" z mojej strony

podsumowując: "Donda" to dziwna... rzecz. miała ogromne szanse być najlepszym (od dawna) albumem Westa, ale świetnie jej wychodzi udawanie najgorszego. pomysłów co by poprawić, co wywalić, jak inaczej ułożyć piosenki, jakie wersje przywrócić z poprzednich listening parties - jest tyle, co odbiorców tego kolosalnego i kruchego zarazem tworu muzycznego. tworu męczącego i kojącego. dołującego i inspirującego. cynicznego i magicznego. skomplikowana "Donda", w sam raz na te skomplikowane czasy
1 wrz 2021, 08:40
Zaktualizowano 1 wrz 2021, 14:26
1 wrz 2021, 14:26
pewną drobną, ale niebywale satysfakcjonującą czynnością jest dla mnie między dwoma (chyba) największymi rapowymi premierami roku napisać krótko o czymś takim jak nowy album Ka - który to wreszcie wylądował na platformach streamingowych najlepszy straźak w rap grze i najlepszy raper/producent w straży pożarnej wydał właśnie swój najbardziej osobisty od dawna materiał. tym razem nie kryje się ze swym przekazem za zasłoną greckich mitów ani biblijnych przypowieści. jest stuprocentowym sobą, który z troską o swoje najbliższe community niesie przestrogę, niesie naukę, rozpala nadzieję i reclaimuję rozpływającą się gdzieś w kątach gentryfikowanego Brownsville tożsamość. wszystko to na totalnie własnych, ugruntowanych przez ostatnie kilkanaście lat warunkach (ze szczyptą Preservationa, Navy Blue i znanej z Dungeon Family wokalistki Joi), bo jakby miało być inaczej. "A Martyr’s Reward" nie zawiodło. ej, i kto inny mógł nagrać taki utwór jak "I Notice" - najeżony wersami, które w ustach kogokolwiek innego byłyby kabaretem pół-zabawnych gierek słownych. ale kiedy wygłasza je Kaseem Ryan, płyty chodnikowe drżą w trwodze przed cierpkimi wspomnieniami, a elewacje brooklyńskich kamienic promieniują od gęsto spływającego po nich żaru jbc na szczęście straż pożarna jest na miejscu
pewną drobną, ale niebywale satysfakcjonującą czynnością jest dla mnie między dwoma (chyba) największymi rapowymi premierami roku napisać krótko o czymś takim jak nowy album Ka - który to wreszcie wylądował na platformach streamingowych

najlepszy straźak w rap grze i najlepszy raper/producent w straży pożarnej wydał właśnie swój najbardziej osobisty od dawna materiał. tym razem nie kryje się ze swym przekazem za zasłoną greckich mitów ani biblijnych przypowieści. jest stuprocentowym sobą, który z troską o swoje najbliższe community niesie przestrogę, niesie naukę, rozpala nadzieję i reclaimuję rozpływającą się gdzieś w kątach gentryfikowanego Brownsville tożsamość. wszystko to na totalnie własnych, ugruntowanych przez ostatnie kilkanaście lat warunkach (ze szczyptą Preservationa, Navy Blue i znanej z Dungeon Family wokalistki Joi), bo jakby miało być inaczej. "A Martyr’s Reward" nie zawiodło. ej, i kto inny mógł nagrać taki utwór jak "I Notice" - najeżony wersami, które w ustach kogokolwiek innego byłyby kabaretem pół-zabawnych gierek słownych. ale kiedy wygłasza je Kaseem Ryan, płyty chodnikowe drżą w trwodze przed cierpkimi wspomnieniami, a elewacje brooklyńskich kamienic promieniują od gęsto spływającego po nich żaru

jbc na szczęście straż pożarna jest na miejscu
2 wrz 2021, 22:12
zanim porozmawiamy o najgłośniejszym projekcie tego weekendu (i zanim go przetrawimy - mainstreamie weź przestań z tymi długimi albumami!), pozwolę sobie na szybkie Griselda Weekly. przy okazji też na hołd dla niekoniecznie pielęgnowanej dziś instytucji remiksowania całych albumów nie wiem czy Big Ghost Ltd nie czytał przypadkiem mojego ostatniego wpisu o epce Benny'ego the Butchera, ale wygląda jakby tak faktycznie było. wziął na tapet tegoroczną składankę "Trust the Sopranos" (świetnie się składa, bo nawet nie słuchałem jej) i tchnął w nią dokładnie to, czego brakuje tym drugoplanowym albumom posiadacza zajebistych pekaesów. "Trust The Sopranos: Big Ghost Ltd ‘83 Miami Edition" wywiązuje się z zawartej w tytule obietnicy. lukrowane gitarowe riffy, zgrabne symulakry archaicznych syntezatorów. jakby gdzieś tam w starym, pachnącym kurzem i kokainą studiu zachował się niewykorzystany nigdy filmowy soundtrack by Giorgio Moroder. i nagle nikomu nie potrzebna kompilacja (sorry Benek) staje się pełnokrwistym albumem, a Big Ghost zalicza swój najciekawszy od dawna release
zanim porozmawiamy o najgłośniejszym projekcie tego weekendu (i zanim go przetrawimy - mainstreamie weź przestań z tymi długimi albumami!), pozwolę sobie na szybkie Griselda Weekly. przy okazji też na hołd dla niekoniecznie pielęgnowanej dziś instytucji remiksowania całych albumów

nie wiem czy Big Ghost Ltd nie czytał przypadkiem mojego ostatniego wpisu o epce Benny'ego the Butchera, ale wygląda jakby tak faktycznie było. wziął na tapet tegoroczną składankę "Trust the Sopranos" (świetnie się składa, bo nawet nie słuchałem jej) i tchnął w nią dokładnie to, czego brakuje tym drugoplanowym albumom posiadacza zajebistych pekaesów. "Trust The Sopranos: Big Ghost Ltd ‘83 Miami Edition" wywiązuje się z zawartej w tytule obietnicy. lukrowane gitarowe riffy, zgrabne symulakry archaicznych syntezatorów. jakby gdzieś tam w starym, pachnącym kurzem i kokainą studiu zachował się niewykorzystany nigdy filmowy soundtrack by Giorgio Moroder. i nagle nikomu nie potrzebna kompilacja (sorry Benek) staje się pełnokrwistym albumem, a Big Ghost zalicza swój najciekawszy od dawna release
3 wrz 2021, 17:08
<długie, wymowne i ostentacyjne jak tylko można westchnięcie autora poniższego tekstu> nikt tak mnie ostatnio nie zniechęca do mainstreamowego hip hopu jak przedstawiciele najwyższego szczebla rap gry. Kanye West i Drake wydający swoje albumy na przestrzeni niecałego tygodnia - to brzmi jak coś, co dziesięć lat młodszy ja uznałby za jakieś cholerne golden hours gatunku, trwający z najlepsze festiwal muzycznego luksusu. łącznie jakieś dwieście minut, z featuringami Jaya-Z, Kida Cudiego i tak dalej. nic tutaj nie mogło pójść źle, prawda? prawda? <mem z Anakinem i Padme intensyfikuje mocno> nie chcę tutaj brzmieć jak dwunastolatek odkrywający, że muzyka powstająca z komercyjnych pobudek ISTNIEJE, ale jeny - tutaj naprawdę coś dzieje się nie tak. to w ogóle nie chodzi o "Dondę" i "Certified Lover Boya", co o spektakl, jaki wokół swej "rywalizacji" rozkręcili sobie milioner z miliarderem. wielka licytacja, kto ma więcej tracków, kto większe natężenia gości, komu lepiej na bicie położył zwrotkę Lil Baby. porównywanie rozmiarów swoich billboardów, wysyłanie Jokerów na DM'ach, kaskady subliminali, rzekome leakowanie utworów oponenta. to wszystko to wątpliwa rozrywka dla zmęczonego pandemią społeczeństwa, które w zamian za te "emocje" dostaje niełatwe zadanie. zadanie posłuchać albumów będących skutkami ubocznymi wszystkiego co dzieje się wokół nich. to taki muzyczny odpowiednik niedawnego pojedynku kosmicznego Bezosa i tego drugiego. tym razem niestety bez ryzyka, że któryś z uczestników pozostanie na orbicie Ziemi dłużej niż było to zaplanowane w przypadku nowego albumu Drake'a długość nie jest głównym problemem. w końcu Kanadyjczyk nie słynie i nigdy nie słynął z nagrywania krótkich krążków, a przecież tak niedawno wydał odrobinę dłuższego, dosłownie podwójnego "Scorpiona". w porównaniu z najnowszym dziełem Kanadyjczyka, wydawnictwo z 2018 roku sprawia wrażenie bardzo dynamicznego, różnorodnego i podejmującego jakieś próby rozwinięcia sprawdzonych do tej pory formuł. mało tego - nawet ten zeszłoroczny mixtape jakby brawurowo próbował odkroić sobie trochę drillowego tortu czy wylansować jakiś nowy tik-tokowy trend. na "Certified Lover Boy" nie ma za to nic. to jałowa jazda przez krajobraz dotychczasowych albumów Drizzy'ego. tu intro prawie jak z "Nothing Was The Same", tam kawałek z Rick Rossem prawie jak ten z "Take Care", bangery z Future'em prawie jak te z "What A Time To Be Alive", a tribute'y dla klasyki południa są prawie jak te wszystkie inne co mieliśmy okazję u niego usłyszeć. no i wszędzie "prawie" robi znaczącą różnicę ok, wspomniane bangery naprawdę bujają, ale równie dobrze mógł nagrać je pierwszy lepszy Nav zapraszając na featuring Thuggera, Travisa i łapiąc w garść podkład od kogoś z 808 Mafii. lubię dynamiczne kawałki na albumach Drejka, ale chciałbym były tak "drejkowe" jak te na mikstejpie "IYRTITL" (chyba dobrze skrót na pisałem, nie sprawdzam nawet). w ogóle chciałbym, by Drake produkował earwormy taki jak na przykład trendujące swojego czasu "In My Feelings" - które przesłuchałem zdecydowanie więcej razy niż mógłbym być w stanie się przyznać. artysta wciąż większość czasu urzęduje we własnym muzycznym uniwersum i korzysta z tych samych co zawsze narzędzi, ale nie wychodzi z tego nic co jakkolwiek by zapadało w pamięć. jedynie te niezręczne one-linery, które od wczoraj są złośliwie wytykane przez social-mediową społeczność. i nie chcę nawet zaczynać tematu, bo na przykład sam kultowy już wers o byciu lesbijką nie jest w połowie tak creepy, jak cały dziaderski wydźwięk zawierającej go piosenki czy zupełnie nie ma nadziei z "Certified Lover Boyu" (w wolnym tłumaczeniu: "Certyfikowanym Nocnym Kochanku")? nie do końca, coś tam jest. tym czymś jest Noah "40" Shebib, który wciąż jest jednym z moich ulubionych zachodnich producentów - a albumy Drake'a są zazwyczaj jedyną okazją by go w ogóle usłyszeć. gdzie pojawia się w creditsach, to dokładnie tam słychać ten niepodrabialny FEELING, a nurkujący w nim Drizzy instynktownie odnajduje swoje miejsce. apogeum zostaje osiągnięte w zamykającej piosence (jedyna samodzielna kompozycja CZTERDZIECHY) - jedzie to trochę na patencie bycia przerapowaną wersją "Marvin's Room", ale jest to jeden z nielicznych momentów kiedy czuję, że dostałem to po co przyszedłem. do innych zaliczę "Race My Mind", zaskakująco zawadiackie "No Friends in the Industry" albo oczywiście "Knife Talk z 21 Savage'em (w ogóle to ten track powinien znaleźć się na "Savage Mode II" zamiast tamtejszej ich kolaboracji, am i rite?) zachwalanie nielicznych przebłysków dawnej świetności to jednak nic innego niż wycieranie łez wypłakanych nad rozlanym mlekiem. "Certified Lover Boy"? bardziej "Certyfikowany Festiwal Ziewanka". no cóż. i z góry przepraszam, że mój funpej zaczyna wyglądać jak tendencyjne forsowanie tezy "MAINSTREAM BAD UNDERGROUND GUD". nie obwiniajcie mnie, obwiniajcie graczy. tych co wciąż gdzieś kiszą w sobie niegasnący potencjał - ale nie widzą logicznych sposobów na ponowne go rozpalenie. i to nawet wtedy gdy sensowne rozwiązania niemalże walają się po ulicach nagrywanie krótszych płyt byłoby rozsądnym początkiem
<długie, wymowne i ostentacyjne jak tylko można westchnięcie autora poniższego tekstu>

nikt tak mnie ostatnio nie zniechęca do mainstreamowego hip hopu jak przedstawiciele najwyższego szczebla rap gry. Kanye West i Drake wydający swoje albumy na przestrzeni niecałego tygodnia - to brzmi jak coś, co dziesięć lat młodszy ja uznałby za jakieś cholerne golden hours gatunku, trwający z najlepsze festiwal muzycznego luksusu. łącznie jakieś dwieście minut, z featuringami Jaya-Z, Kida Cudiego i tak dalej. nic tutaj nie mogło pójść źle, prawda? prawda? <mem z Anakinem i Padme intensyfikuje mocno>

nie chcę tutaj brzmieć jak dwunastolatek odkrywający, że muzyka powstająca z komercyjnych pobudek ISTNIEJE, ale jeny - tutaj naprawdę coś dzieje się nie tak. to w ogóle nie chodzi o "Dondę" i "Certified Lover Boya", co o spektakl, jaki wokół swej "rywalizacji" rozkręcili sobie milioner z miliarderem. wielka licytacja, kto ma więcej tracków, kto większe natężenia gości, komu lepiej na bicie położył zwrotkę Lil Baby. porównywanie rozmiarów swoich billboardów, wysyłanie Jokerów na DM'ach, kaskady subliminali, rzekome leakowanie utworów oponenta. to wszystko to wątpliwa rozrywka dla zmęczonego pandemią społeczeństwa, które w zamian za te "emocje" dostaje niełatwe zadanie. zadanie posłuchać albumów będących skutkami ubocznymi wszystkiego co dzieje się wokół nich. to taki muzyczny odpowiednik niedawnego pojedynku kosmicznego Bezosa i tego drugiego. tym razem niestety bez ryzyka, że któryś z uczestników pozostanie na orbicie Ziemi dłużej niż było to zaplanowane

w przypadku nowego albumu Drake'a długość nie jest głównym problemem. w końcu Kanadyjczyk nie słynie i nigdy nie słynął z nagrywania krótkich krążków, a przecież tak niedawno wydał odrobinę dłuższego, dosłownie podwójnego "Scorpiona". w porównaniu z najnowszym dziełem Kanadyjczyka, wydawnictwo z 2018 roku sprawia wrażenie bardzo dynamicznego, różnorodnego i podejmującego jakieś próby rozwinięcia sprawdzonych do tej pory formuł. mało tego - nawet ten zeszłoroczny mixtape jakby brawurowo próbował odkroić sobie trochę drillowego tortu czy wylansować jakiś nowy tik-tokowy trend. na "Certified Lover Boy" nie ma za to nic. to jałowa jazda przez krajobraz dotychczasowych albumów Drizzy'ego. tu intro prawie jak z "Nothing Was The Same", tam kawałek z Rick Rossem prawie jak ten z "Take Care", bangery z Future'em prawie jak te z "What A Time To Be Alive", a tribute'y dla klasyki południa są prawie jak te wszystkie inne co mieliśmy okazję u niego usłyszeć. no i wszędzie "prawie" robi znaczącą różnicę

ok, wspomniane bangery naprawdę bujają, ale równie dobrze mógł nagrać je pierwszy lepszy Nav zapraszając na featuring Thuggera, Travisa i łapiąc w garść podkład od kogoś z 808 Mafii. lubię dynamiczne kawałki na albumach Drejka, ale chciałbym były tak "drejkowe" jak te na mikstejpie "IYRTITL" (chyba dobrze skrót na pisałem, nie sprawdzam nawet). w ogóle chciałbym, by Drake produkował earwormy taki jak na przykład trendujące swojego czasu "In My Feelings" - które przesłuchałem zdecydowanie więcej razy niż mógłbym być w stanie się przyznać. artysta wciąż większość czasu urzęduje we własnym muzycznym uniwersum i korzysta z tych samych co zawsze narzędzi, ale nie wychodzi z tego nic co jakkolwiek by zapadało w pamięć. jedynie te niezręczne one-linery, które od wczoraj są złośliwie wytykane przez social-mediową społeczność. i nie chcę nawet zaczynać tematu, bo na przykład sam kultowy już wers o byciu lesbijką nie jest w połowie tak creepy, jak cały dziaderski wydźwięk zawierającej go piosenki

czy zupełnie nie ma nadziei z "Certified Lover Boyu" (w wolnym tłumaczeniu: "Certyfikowanym Nocnym Kochanku")? nie do końca, coś tam jest. tym czymś jest Noah "40" Shebib, który wciąż jest jednym z moich ulubionych zachodnich producentów - a albumy Drake'a są zazwyczaj jedyną okazją by go w ogóle usłyszeć. gdzie pojawia się w creditsach, to dokładnie tam słychać ten niepodrabialny FEELING, a nurkujący w nim Drizzy instynktownie odnajduje swoje miejsce. apogeum zostaje osiągnięte w zamykającej piosence (jedyna samodzielna kompozycja CZTERDZIECHY) - jedzie to trochę na patencie bycia przerapowaną wersją "Marvin's Room", ale jest to jeden z nielicznych momentów kiedy czuję, że dostałem to po co przyszedłem. do innych zaliczę "Race My Mind", zaskakująco zawadiackie "No Friends in the Industry" albo oczywiście "Knife Talk z 21 Savage'em (w ogóle to ten track powinien znaleźć się na "Savage Mode II" zamiast tamtejszej ich kolaboracji, am i rite?)

zachwalanie nielicznych przebłysków dawnej świetności to jednak nic innego niż wycieranie łez wypłakanych nad rozlanym mlekiem. "Certified Lover Boy"? bardziej "Certyfikowany Festiwal Ziewanka". no cóż. i z góry przepraszam, że mój funpej zaczyna wyglądać jak tendencyjne forsowanie tezy "MAINSTREAM BAD UNDERGROUND GUD". nie obwiniajcie mnie, obwiniajcie graczy. tych co wciąż gdzieś kiszą w sobie niegasnący potencjał - ale nie widzą logicznych sposobów na ponowne go rozpalenie. i to nawet wtedy gdy sensowne rozwiązania niemalże walają się po ulicach

nagrywanie krótszych płyt byłoby rozsądnym początkiem
4 wrz 2021, 16:29
Wygenerowane przez: Maciej J. Chojnacki w: Niedziela, 5 września 2021 o 14:42 UTC+02:00

Komentarze